Z Tatą jest bardzo źle. Od kilku dni nie odchodzimy od Jego szpitalnego łóżka.
Majaczy, idzie powoli w stronę światła.
Rozczula mnie. W krótkich chwilach świadomości jest sobą i krzywi się na źle złożoną gazetę, uzależniony od gazet i wiadomości sportowych, pyta o wyniki meczów. „Wisła wygrała 6:0” -zmyśliłam na poczekaniu.
Mój silny ojciec jest bezsilny jak piórko na wietrze.
Idę zaraz do niego, w nocy była pielęgniarka, teraz jest brat, zaraz będzie Mama, on czuje że jesteśmy przy nim, gotowi spełniać wszystkie zachcianki.
Wczoraj miał ochotę na lody truskawkowe i ananasa z puszki. Zjadł odrobinę. Tylko to, nic innego.
Chciał napić się piwa z sąsiadem z sali („to będzie ściśle tajna operacja, sąsiedzie”), brat przyniósł zimnego Żywca, ale chyba już nie zdąży…
Nie boję się, jestem spokojna, dziś pada deszcz, niebo płacze nad moim Tatą, nad zrozpaczoną Mamą, nad bardzo tęskniącym za swoim Panem psem. Biedny Wicek, nic z tego nie rozumie… ciągle czeka przy drzwiach.
Li.