Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy, że czasem wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad przygotowanie jej aksamitnego smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą, z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nienajlepszym ze światów.
Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki. W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy już podrumieniły się z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania w kuchni ma być stosowanie przy realizacji zamierzeń środków moralnie nagannych takich jak przemoc, często nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów. Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli. Dodałam soli, odrobiny gałki muszkatołowej, popieprzyłam tak jak lubię, i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru, ten kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły, a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości. By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
(Nie mam czasu na nic innego, wrócę po niedzieli, gdy wyłożę się na wykładach:)
Li.

Hej, ja tak samo przez blog Anity."nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć" – he, he, piękne :0)Nie będę się powtarzać, postanowiłam jednak, że po takim opisie jutro idę po dynię!
Cześć Mario S., miło mi Cię czytać, a komentarze nie są obowiązkowe:)
Trzymam kciuki. Mam nadzieję, że wykład się udał :-) Mam nadzieję, że podzielisz się wrażeniami :-)))
Na Twojego bloga natrafiłam czytając Dom w Toskanii Anity S. Będę go śledzić i komentowaćPozdrawiamJuż nie anonimowa – jak powyżejMaria S.
Podzielam Twój zachwyt dla zupy dyniowej. Ja od kilku lat z utęsknieniem czekam na początek sezonu dyniowego. Ale nie tylko zupa jest pyszna. Jeszcze lepsze są placki z dyni a zwłaszcza z sosem grzybowym ze świeżych grzybów / też z Kleparza / Pod koniec jesieni robię zawsze zapasy dyni by starczyło na zimowe powroty do domu – wtedy najbardzej doceniam wszystkie jej zalety, zwłaszcza czas przygotowania tego specyjału.PozdrawiamMaria S.
o to juz dynie sa??(dzisiaj odezwe sie pierwszy raz)
Jak byś się pytała to na pewno aurora nie lubi ;-)))
no ja chętnie pewnie bym polubiła tylko do Kleparza mi daleko i ciągle nie po drodze, ale musze spróbować, pachnie mi wszedzie szczególnie tym cynamonem ;)a wykład będzie można gdzies posłuchac? ja na etapie doszkalania, to może od razu uderzę do Pani Profesor :*ściskam La
a jak człowiek się pomyli i ten kleks śmietany da właśnie między piersi?
Ze względu na traumę po dżemie pomarańczowym z dyni (kto pamięta ten wynalazek?) – dyniom i dżemom pomarańczowym mówię stanowcze nie.
Nie wiem czy lubię zupę z dyni ale twojej mógłbym spróbować. Jednej rzeczy natomiast już nigdy nie wezmę do ust – zupy owocowej, bo albo kompot albo zupa ;-)Powodzenia w niedzielę! :-)
Taaaak!Książkę taką chcemy!"Kucharska kamasutra" -tytuł może :)
Zrobię, koniecznie, robiłam pierwszy raz w ubiegłym roku i do tej pory pamiętam jej niezwykłą, aksamitno-jedwabistą konsystencję. Przepisu – bo był! – nie pamiętam, z pełnym zaufaniem skorzystam z Twojego. Ale pamiętam gałkę, nie cynamon,zaryzykuję. Na wykładach się nie położysz :), tego się po prostu nie robi. Masz tremę, będzie super, jestem pewna!
Joa, szaszłyk z samca popijany dyniową zupą, to danie idealnie matriarchalne:)
Ania M., nie zepsuje, tylko pamiętaj że czosnek trzeba dac na zimną oliwę, wtedy nigdy się nie spali:)Karla, koniecznie z cynamonem, cudownie rozgrzewa, no i ten smak…:*maczka, to przyjdź, zupa w garnku jeszcze jest. Dolejemy wody….:)
człowiek tyle lat żyje na tym świecie i nigdy nie smakował zupy z dyni. Czas to naprawić!
nooo cały dzień dyniowy krem merda mi sie na kubkach smakowych …..oj taaak !maczka wypozdrawia
Mniam. Czy usmażenie na oliwie zamiast na maśle wszystko zepsuje?Już dawno chciałam zrobić zupę dyniową, ale zawsze, nie wiem czemu, wydawało mi się, że ona musi być na słodko. Uwielbiam dynię słodką marynowaną.Ale Twój przepis taki kuszący…
Domagam się ksiązki kucharskiej Twojego autorstwa! Natentychmiast! A w niedzielę będę debatować na Konkresie Kobiet. Może wezme te zupę ze sobą- w glinianych dwojakach? Na drugie danie upoluję jakiegoś samca. Opieczemy go potem nad własnoręcznie rozpalonym ogniskiem matriarchatu:)
ja robię z cynamonem, anabell i grubo mielonym świeżym pieprzem. Rewelacja:)Kleparz zawalony dyniami, jakoś to mnie wpędza w dobry humor:)
To już czas na dynię? Jakaś zapózniona jestem.A zupę z dyni uwielbiam, ale dodaję do niej, oprócz gałki, curry.
Taka zupa rozłoży każdego. Na łopatki:)
GE-NIAL-NE! Czytam Cię teraz od początku i jestem w szoku jakich rzeczy dokonałaś.A Twoje przepisy mnie rozkładająpozdrawiam cieplutkonowa czytelniczka