Rzadko zaglądam w statystyki bloga, bo i po co?
Ale dziś zajrzałam- uznałam to za jeden z kilku sposobów na depresję- i odkryłam, że codziennie kilka osób czyta najstarsze notki.
Czy robicie to za jakąś karę?
Ujawnicie się?
Przyznacie skąd jesteście? Od kogo? Przez kogo?
Ciekawość mnie zżera.
(A próżność się z tego śmieje, ale obciach, ja nie mogę).
I „starzy” ulubieni mogliby do mnie częściej pisać, ile mam jęczeć, że mi źle na tym świecie?
No ile, pytam się?
Znikąd ukojenia…
:)
Li.

;)))))
A ja jestem od Di (czy jako jedyna?) Opowiedziała mi kiedyś o Twoim blogu (tym poprzednim) i tak poczytawszy trochę zostałam i oczywiście przerzuciłam się na drugi. Czasem coś skomentuje. Czasem tylko uśmiechnę się do monitora. Pozdrawiam Cię cieplutko znad morza…
ukojenie mówisz, z ukojenia, nie mylić z u-kajania;-) mam dyplom;-) sama go sobie wydrukowałam;-) więc mówisz i masz, tzn. polecam się na przyszłość;-)
Yyyy, to jest fragment piosenki "Kiedyśmy wracali z Berlina" – mam nadzieję, że nie pomyliłam tytułu. "… i śmiechu było dużo i było trochę łez, a w lufy karabinów zatknęli chłopcy bez…" Wykorzystuję dosyć czesto ten kawałek i się zapędziłam.:)Nie jestem członkiem Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego.;))Asia
Asia, a co to znaczy: " a w lufy…STOP". Za Chiny nie mogę zgadnąc:)
Witam. Jakiś czas temu trafiłam na Twój blog i machnęłam całość (z przerwami oczywiście).Nie powiem; i śmiechu było dużo i było trochę łez, a w lufy …STOP.Przyplątałam się tu od Chustki, a na Chustkę trafiłam, bo myślałam, że to blog … robótkowy,:))Jestem Ślązaczką, prawie rówieśnicą (no dobra, za rok zmiana kodu na …5).Pozdrawiam.Asia
Jadwigo droga, no właśnie dopiero te komentarze ukojenie mi przyniosły:*
Znikad ukojenia? czy ja mam złe okulary a te pięćdziesiąt pare komentarzy to co? się nie liczyno ja przepraszam ….j
I ja poczytuje:) I ja od chustki się przybłąkałam :) Wiolka
Kto?- D.; wiek?- 32 lata (nie wiedziałam tak od razu, musiałam odjąć 1979 od 2011); skąd?- Trójmiasto; przez kogo?- przez Chustkę, ma się rozumieć (zgubiłam tę beznadziejną kartkę ze zdrapkami do przelewów z PKO BP, jak przyślą nową, to jasne, że dorzucę się znowu do kawałka tabletki); bo?- bo jeśli miałabym zaczarowany ołówek (pamiętasz tę bajkę, Li?), to dorysowałabym sobie trochę z kilku fajnych babek, w tym z Ciebie; coś jeszcze?- jasne, jest wiele powodów, ot- choćby taki, że wydałaś kilka tysięcy na leczenie kota. Pozdrawiam:)
No! I proszę mi tu częściej się odzywac, a nie tylko jak usilnie proszę:) Dzięki Wam bardzo za aż takie dobre słowa:*
Wywołana do tablicy i ja melduję, że czytam stale… Od kiedy to już? Nie wiedziałam, że stać mnie na taką wierność:)Trafiłam tu z konkursu blogowego. Czytam, w upały robię chłodnik z botwinki, a w każdy deszcz wiąże z Twoim myciem auta. Pozdrawiam z Piernikowego Miasta.I czekam na książkę niecierpliwie.Emi.
Ja też "Cię" czytam i wracam tu jak ta córka marnotrawna:)
Codziennie sprawdzam, czy jest coś nowego, czytam regularnie od 2008 roku. Cenię Cię za inteligencję, dystans do siebie, ale przede wszystkim za to, że masz hiper dobre serce, jak mało kto na tym najpodlejszym ze światów :). Sporadycznie umieszczam komentarze, ponieważ jestem leniwa i rzadko kiedy mam coś ciekawego do powiedzenia :D Pozdrawiam serdecznie, wierna na wieki wieków. Amen. Agata
o rety! ile prześlicznej urody nowych czytelNiczków;) Staremu ciężko się przebić więcidę poochać i poachać "pod kuchnią":)
to byłam ja, królowa literowek! :)
ja tez sie przyznam! w pewna deszczowa sobote przeczytalam WSZYSTKO, ognajdujac czasami kawałki siebie. kilka tygodni pózniej, zainspirowana i przy okazji wizyty w moim krk, poszłam do mammma mia na pizze z miodem. pyszna byla, zgadzam sie :) pozdrowienia!
Witaj Li!Nie pamiętam jak trafiłam do Ciebie, ale pierwsza notka była o Sylwii. Przeczytałam jednym tchem oba blogi ( czy był jeszcze wcześniejszy? Bo ktoś napisał że czytał jeszcze zanim pojawiła się Kobieta Koń?)i od tej pory zaglądam tu codziennie.Uwielbiam czytać Twoje teksty, oglądać zdjęcia, bardzo kibicowałam budowie, dałam się nabrać jak napisałaś, że domowi grozi katastrofa budowlana ;)Będąc w Krakowie też rozglądałam się za Twoją cudną kamieniczką i też niestety nie znalazłam…Pozdrawiam!
:) no dobra, coming out… znalazłam Cię przez linki z innego bloga, nie pamiętam którego, o był dość przypadkowy klik;) i zostałam. miałam się już okazać wśród komentujących, żeby podzielić się wrażeniami po koncercie pamięci Zauchy, na którym ostatnio byłyśmy obydwie. ale widocznie potrzebuję wezwania wprost;) no to jestem i (ostrzegam, że) na razie nigdzie się nie wybieram;)
Witaj Li. Miałam ujawnic się na Twoje urodziny ale dłużej czeakac nie będę.Znalazłam Cię przez Twoją ametystową łazienkę. Zdjęcie mnie skusiło i tak już wpadłam po uszy. Przeczytałam "Cię całą" od początku do końca.Podziwiam Twój dom, podziwiam Ciebie za siłę i optymizm. Rozgrzewasz tak jak karmazynowe ściany,czerwona lodówka,mruczące koty i blask świec w Twoim domu.Pozdrawiam serdecznie i pisz dalej. Anita
Witaj, trafiłam tutaj z bloga Chustki, gdy pisałaś o Sylwi i chciałam Ją wesprzec choć odrobinę! No i tak przez przypadek zaczęłam podczytywać: no i okazało się,że obie jestesmy równolatkami, mamy córki nastolatki, kochamy koty i pozwalamy im na drapanie, niszczenie i burzenie ze stoickim spokojem:) Mieszkamy w starej kamienicy, lubimy starocie i mamy podobny styl w pisaniu. No i tak juz podczytuję od dłuższego czasu, z przyjemnością i uśmiechem na twarzy.Niestety nie piekę szarlotki i mam wiele wad, ale to w końcu w czytaniu nie przeszkadza. A stare posty też trochę poczytałam, głównie dlatego,że tak nostalgicznie pisałas o Ilonce.Pozdrowienia.Iwona
Trafiłam od Chustki!!!Pozdrowienia
Pozdrowienia z frontu. Walczę z przeziębieniem ale na 19-tego będę zdrów jak ryba. Całusy :-**
Ja trafiłam do Ciebie od Chustki, bardzo lubię poczytać co u Ciebie słychać.Troszkę czytam od początku, troszkę poprzedni blog.Troszkę też próbuję prowazić własny blog. Pozdrawiam :)
ja właże w stare bo zaczełam niedawno i musze poznac poczatki :)- przybyłam z "Toskani" :)))
Podpisuję listę więcej szczegółów przesłałam w e-mailu.Czarnawiewiorka
Ja jestem od yoursa, a od Ciebie trafiłam do Chustki. Przeczytałam starego bloga i nowego bloga i często wracam do starszych postów (m.in. do przepisów kulinarnych). No i od Twojego bloga zaczynam mój dzień w pracy. We wrześniu byłam w Krakowie i rozglądałam się za Tobą Li i za piękną kamienicą :)Niestety nic nie wypatrzyłam. Pozdrawiam w piękny jesienny dzień. Ania P.
Będzie detektywistycznie:) Od dawna czytam blog Zimno z niego trafiłam na Chustkę a potem już była prosta droga do bloga Li (i to są jedyne blogi, które czytam a! nie jeszcze z innej beczki http://szyciejestpiekne.blogspot.com/). Ni mniej ni więcej by wiedzieć kto jest kto, przeczytałam archiwalne wpisy. To chyba trochę jest taka jak z nowo poznanymi osobami, najpierw nieśmiało a potem już górki. Opowiadamy sobie o tym kto jaka przyjaciółkę miał w przedszkolu i że kiedyś w zimę się chodziło w Relaxach i tylko gryzące rajstopy były. I ha ha. Hi hi. Tak to chyba trochę też dział w blogowym świecie. Tak sadzę. Trudniej jest w drugą stronę niestety… a może i stety. Bo czy autor blogowy potrzebuje wiedzieć wszystko, dużo, trochę o swoich czytelnikach? Czy taki jest powód? Nie wiem… ale też nie sądzę. A po co czytać coś co miało miejsce dwa, trzy lata temu? Dla nadziei, że czas w miejscu nie stoi, że życie jest skomplikowane, nie stałe… Nie wiem, dla mnie to rodzaj takiego bajania jak kiedyś, onegdaj bywało (tak sądzę) przy darciu pierza, kwaszeniu kapusty:) Przekazywanie ludowych-ludzkich mądrości kształtowanych doświadczeniem, które dają siłę innym. Pozwala na dystans do siebie, to zdarzeń. Chyba coś na kształt tego… A poza tym niepisząca bloga. Ps. I jeszcze jedno. Napisałaś, że piszesz bloga dla siebie, ze jest to Twój świat (o którym ludzie z otoczenie na co dzień nie wiedzą) tak jest trochę z moim czytaniem. To moje, nie dziele się z tym. Moje chwile, mój świat. Banialuka.
jak to nie ma, jak ja w zeszłym tygodniu własnie dla odmiany kupiłam zielone i sie nacieram nim, jest boski!juz nie moge się doczekać :*La
La, peelingi cukrowe ubóstwiam, a ostatnio dostałam od kosmetyczki w prezencie peeling o zapachu zielonego jabłuszka, cudowny, nie ma go w sprzedaży detalicznej.Ale się cieszę, że przyjeżdżacie z Di:*
ja tam często się szwędam po starych kątach, szczególnie jak mam ochotę na coś Twojego a zapomniałam co to było, to szukam przepisów :)a propos Bielendy to ja jestem uzależniona od peelingów cukrowych i całej tej serii, czy ta Twoja kosmetyczka też je ma? bo nawet myślałam, żeby Ci przywieźć taki smaczny 'czerwone wino' a ciało potem…. mniam jakie jędrne i nawilżone :*ściskam już tak na zapas, na jutro ;)młegoLa
Bielenda swietna faktycznie, przysylaja mi z Polski! wlaze codziennie a czasem nawet kilka razy dziennie, bloga starego i cale archiwum tu przeczytalam jakis czas temu i nie moglam sie oderwac, ale wracac to nie wracam, szkoda, ze nie jestes na wordpressie-tam mozna kliknac "random post" i losowo jakas notke wybiera :pkuchnia zachwyca :))))))))))))))))))))jedyne na co ponarzekam to: maaaloooo, pisz wieeeceeeej i wiecej zdjec !!!!, zwlaszcza kocich (btw. chyba trafilam tu od jakichs kotow, ale jakich-nie pamietam)btw. zaproszenie do Eire nadal aktualne :)
Dzięki za takie mile słowa, moja próżność jest wygłaskana do granic rozkoszy:P
Beem, nie szkapy, nie szkapy, a kobieta koń, miejmy jednak nad nią odrobinę litości:)
Witam….a ja nie pamiętam jak się tu znalazłam , na pewno link z innego bloga, ale jakiego? Nie pamietam:) No tak ….40 lat minęło to i skleroza i zmarszczki …..Bielenda wspaniała rzecz , maseczki, kremy , płyny , polecam także jednorazowe maseczki Dermiki-REWELACJA, zwłaszcza te na noc.A spędzać czas u Ciebie bardzo lubię , bo miło, ciepło i przytulnie:) Pozdrawia Ewa z okolic Poznania
Aaaaaa i skąd jesteśmy – pytanie padło …. No jak to skąd, od Chustki, oczywiście…Ania B.
Errata do wpisu: nie tyle starą, co dawną czytelniczka jestem :)
Boszszsz…. Jak to miło przeczytac, że się gdzieś ma sobowtórę….. cyt. z Ani M. : "Jakoś tak ostatnio lubię być ładna :) Ze czterdzieści lat mi zeszło, zanim do tego doszłam." Też tak mam ostatnio…. I też tak jak Ty, Li, w początkowej fazie jesiennej deprechy. A jeszcze wszystko przed nami :-(( Dzięki za porady w sprawie Bielendy .I też po starych postach buszowałam, ale już dawniej – głupio tak podczytywac bez kontekstu i ąturażu…W oczekiwaniu na wiosnę pozdrawia – Ania B.
Kochana, nie ma wpisów, bo przedtem i Ty milczałaś, miałam skomleć o notkę? Tego to chyba nie lubisz. A ostatnio rzeczywiście piszesz, to takie miłe znaleźć coś oczekiwanego, ale zamieściłaś zdjęcia kuchni, jak twierdzisz, a tak naprawdę o wiele większej części Twojego mieszkania, no i zwiedzam je starannie i się uśmiecham i podziwiam i całuję. Ktoś przede mną już napisał, że to wnętrze, to cała Ty. To właśnie sobie pomyślałam uśmiechając się po pierwszym spacerze. Gdybym nie wiedziała kto to stworzył a mnie spytano – poznałabym! Jest fantastycznie, urokliwie, ciepło i pięknie. Masz cudowne pomysły, choćby ta lśniąca tektura falista w skali 1:10, albo jakiejś innej,sporej, super pomysł. Łażę sobie i podziwiam, aha, to to a czym pisała, a tu tamto, frajda. Cudne szkła, szalone lampy, a sama kuchnia przemyślana i wcale nie taka mała w tym salonie, na pewno jest przewygodna i super ergonomiczna. Jasne, że zaglądam prawie codziennie i czasem żałuję, okrutny gość, że za blogiem też jest życie i brak ci czasu, a na pewno czasem i chęci albo siły na pisanie tutaj ku naszej uciesze. Całuję cię, jak to listopad wpłynął refleksyjnie , nie do wiary. Ja jestem bardzo starą czytelniczką, wiesz o tym, czytałam cie jeszcze zanim pojawiły się jakieś szkapy.
Tak – więc przyznam się :-) Lubię do Ciebie wracać, do starych zapisków, czytam według klucza – np. wszystkie październiki, albo listopady :-). Lecz to oczywiście po tym jak pochłonęłam dosłownie Twojego starego bloga, a potem wpadłam tu, i zostałam. Pewno już to pisałam kiedyś Tobie – ciepło mi na sercu, gdy Cię czytam. Inspirujesz mnie, czasem zachwycasz swoim zachwytem codziennością, czasem zmuszasz do refleksji, czasem po prostu piszesz to, co sama kiedyś pisałam, na swoim blogu, więc to też odkrywcze…Zżyłam się z Tobą, Twoimi córkami, znam Twoje koty, czuję dzięki Tobie sentyment do Krakowa. To zadziwiające, że gdzieś żyje ktoś, kto bardzo przypomina mnie samą… Podobna droga przez mękę przy budowie własnego domu, ta sama miłość do czerwona wina, ten sam pośpiech, kalendarz pełen spraw pilnych do załatwienia. Ex, obecna żona ex, wszystkie te niemiłe sytuacje, alimenty, wakacje, weekendy. Kalka – dosłownie.Ach i dzięki Tobie odkryłam Leca :-) I robię kulki mozarelli na koktajlowych pomidorkach skąpanych w occie balsamicznym :-) Droga Li – pozdrawiam Ciebie ciepło i z Wielkopolski przesyłam Tobie duuuuużo słońca. Niech ogrzewa Ciebie w chłodne listopadowe dni!Kasia
Li przez Ciebie kobieto parę nocy zarwałam i dalej mi mało:)Pozdrawiam chociaż mgła jeszcze na wschodzie nie opadła i lampkę muszę świecić coby moje 40-letnie oczy widziały co piszę:) Jutro już piątek weekendu początek i czas na spokojną kawę ciasteczkową i ciasto marchewkowe od Liski:) Nie ma to jak towarzystwo kobiet na LI:)
Ale ja nie z Torunia, ja z wiochy, do Poznania mam blisko:-) Wyślę na maila skąd piszę teraz (praca) Ola
To ja też się przyznam. To samo, co Ingrid. I coś mi się wydaje, że po tej samej ścieżce przyszłyśmy do Twego domku. Od Joanny Chustkowej. Dobrze mi tu. Dziękuję.
przyznaje sie, ze tez jakis czas temu przeczytalam od poczatku,bo nie lubie zaczynac lektury od srodka :)
Przyłapana na gorącym uczynku przyznaje się – to ja w ostatnim tygodniu nocami zaglądałam na stary blog oraz czytałam nowy. Dom w Toskanii wskazał drogę, zachwycona smakiem zupy dyniowej, słuchając ulubionych piosenek francuskich i popijając czerwone wino przysiadłam na moment i… zostałam. Jest tu ciepło, smakowicie, przyjaźnie i optymistycznie. No i pilnuję wpisów o tym że oddajesz auto do mycia – bo mieszkam w Krakowie;-) Li-ka
Agata! 16 grudnia 2006 roku napisałaś pierwszy komentarz, niedługo będzie pięc lat naszego wspólnego życia w wirtualu:) Mocno Cię bez okazji całuję!
Cześć Li … wszystko mija … ale mi … kropeczki nie mijają :) … przed chwilą pisałem list … oczywiście z kropeczkami … tragedia :) . A w kwestii kuchni Twej … podziwiam :) .
Wpiszę się tak dla poprawienia statystyki komentarzy żeby nie było, że najstarsza "czytaczka" siedzi cicho i tylko brawo bije ;-). Jam przecież najwierniejsza w miłości do Twojego bloga, kocham go i Ciebie za inteligencję, za wrażliwość na cudzą krzywdę, za wszystko…no i za dystans do samej siebie, jesteś mistrzynią w tym co, jak i o czym piszesz :). I Love You :*
Podoba mi sie Twoj kuchnio-salon, Li. Wiele w tym osobowosci. A ta cudna kolekcja obrazow na scianach, marzenie. Cora tez pieknie rosnie, jak ten czas pedzi…Pieke dzis rowniez dynie, jesiennie, ale kolorowo. I jak sama mowisz, wszystko mija… Smutki tez nie lubia samotnosci i czasem trzeba im dac czas i je przytulic.Pozdrawiam i wyslylam troche usmiechow:)Ania
Ale nie prowadzę bloga…bałabym się, że nie będę w tym dostatecznie dobra.Najmniejsza krytyka starłaby mnie na proszek, a ta większa… szkoda gadać.A co do kremów – ostatnio polubiłam Givenchy seria No Surgetics. I pod oczy i na twarz, i podkład też ostatnio wypróbowuję. Jakoś tak ostatnio lubię być ładna :) Ze czterdzieści lat mi zeszło, zanim do tego doszłam.
cześć mareczku trzy kropeczki…:) jadę na zakupy do nocnego, bo koty obijają się o pusta miskę. Głodne dzieci na szczęście już śpią:P
… :) .
Ola, ja ciągle pamiętam o tym, ze mam napisać o kremach pod oczy. Ale mam z tym pewien problem, bo wiesz.. od pewnego czasu -cholera- nie działają:) A jak sobie kupiłam super hiper drogi krem-kosmiczna technologia- Diora, z gatunku tych co od samego patrzenia na niego w łazience zmarszczki znikają, to rzeczywiście- gdy delikatnie wklepałam go pod oczy to rano nie było ani jednej zmarszczki, ani jednej! Spuchłam tak od tej super hiper drogiej chemii, że wszystkie zmarszczki mi się wypełniły od środka:))Od tej pory po pierwsze- tylko polskie kosmetyki, po drugie z możliwie najkrótszym terminem ważności, po trzecie- regularnie i nigdy nie odpuszczam- krem musi być! I maseczki nawilżające jednorazowe Bielendy, są fantastyczne. Jak nie ma u Was w tym Toruniu Bielendy, to Ci wyślę!
Oj Ania, właśnie zaliczyłaś gwałtowny awans:)))
A ile mam prosic o notke dla mnie?? Ale dobra dziewucha z Ciebie. Sushi najlepsze zjadłam? Zjadłam. Na skleroze Li pomoże? Pomoże! Kochana Ty, choć znajomo nieznajoma:-)
A tak w ogóle to fajnie, że jesteś. Nawet, jeśli teraz jęczysz, że Ci źle. Dobrze wiedzieć, że gdzieś jesteś.
Ania M., zapewniam Cię, że jesteś na najlepszej drodze:**
Joa, pieszczoty super robią na poprawę nastroju:* Od razu przeciągam się i mruczę:))Koty mnie nauczyły, że trzeba się domagać i domagać i domagać, aż…:)) Na tym świecie nic darmo, niestety… całusy!
Widocznie czytać Ciebie jest PRZYJEMNIE.Co prawda obecnie raczej nie wchodzę w najstarsze notki, ale kiedyś przeczytałam oba blogi. Nie spiesząc się, smakując. Wiedziałam już, że zbudujesz strych, więc mogłam czytać jak książkę o znanym, dobrym zakończeniu. No i, oczywiście, trochę żałuję, że nie zaczęłam czytać Cię wcześniej i nie należę do starych, zaufanych, blogowych znajomych.
oj Ty pieszczochu…