Wtłoczeni w ramy obyczajów i tradycji podświadomie oczekujemy jakiejś nadzwyczajności w dniu naszych urodzin.
Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
To była moja Mama ze wspomnieniami:
-Pamiętam ten ponury, zimny listopadowy dzień, gdy po 24-ch godzinach potwornej męczarni nareszcie Cię urodziłam. I gdy leżałam wykończona w strasznym, nieprzytulnym, zimnym szpitalu w Lidzbarku Warmińskim, a na parapecie siedziały kruki i wrony, myślałam: Jaki ciężki los czeka to dziecko?
No i widzisz? Jaki Ty masz los!
-Mamo, no daj spokój, chyba wcale taki nie najgorszy?
-A daj spokój, tragedia!
Tu nastąpił szloch, ale nie mój.
Podniesiona więc na duchu przez moją rodzicielkę, a jednocześnie przygnieciona ciężarem życia i myślami na temat zakupów obiadowych powlokłam się na Kleparz.
Mijając budkę Pani Heni (pierwsza po lewej zaraz przy wejściu) spontanicznie postanowiłam kupić sobie kwiaty, bo jak nie ja, to kto?
-Pani Heniu, 40 czerwonych róż poproszę (nawet przy różach to 44 wydało mi się nie na miejscu).
– Ooo, a jakaż to okazja?- Pani Henia zawsze ciekawa ploteczek i nowinek nadstawiła ucha, akurat na tyle, by usłyszeć wymamrotane przeze mnie dramatycznym w odbiorze szeptem:
– To moje 44 urodziny, ale wystarczy 40 tych róż
– To moje 44 urodziny, ale wystarczy 40 tych róż
– A to ma Pani ode mnie te 4 w prezencie- i tym sposobem dostałam tego dnia pierwsze (i ostatnie, sic! C’est un scandale, najwidoczniej czasy kuriera z bukietem kwiatów, mam już za sobą…) kwiaty, a humor dzięki temu miałam cudowny do wieczora, uwielbiam sama sprawiać sobie przyjemności… jakkolwiek to brzmi, haha)
Czterdzieści cztery róże prężą się więc pięknie na stole, od czasu do czasu atakowane przez koty.
Świętowanie urodzin przeniosłam na 19-go listopada, od wczoraj w moim życiu nic się nie zmieniło, poza realizacją jednej solennie danej sobie obietnicy: przestaję martwić się rzeczami na które nie mam wpływu,
w ogóle przestaję się martwić,
bo te zmartwienia to już nie na moje lata, o!
bo te zmartwienia to już nie na moje lata, o!
Li.

Tomek, ale i tak sprawiłeś mi miłą niespodziankę! :)I wszystkiego najlepszego! Niech Ci mały Kucyk rośnie na zucha! :*
Li, spóźniłem się maksymalnie. Wstyd mi…Wszystkiego najlepszego. Bądź dzielna i dziel się z nami … Uwielbiam Cię czytać.A ja dzisiaj kończę 36 :-)Ale było dmuchania…świeczek.Dobrej nocy.
bo człowiek podobno w 95% jest samowystarczalny;-) to w związku z tymi przyjemnościami, ale Wiesz czasem miło kogoś w to wrobić;-) a najlepiej jak się sam wmanewruje;-) NAJLEPSZEGO
I słusznie, bo to i tak nic nie da!!!!pozdrawiam serdecznieBabcia Jadzia
Hahahaha, przy komentarzu Twojej Mamusi uśmiałam się do łez :)))))Agata
a to nie chcę przepisu.Dynię zostawię na zupę-krem a skupię się na mega_skomplikowanej szarlotce sypanej z lodami:)
Li, wstałam bladym świtem i słyszę tefałenie, żeś tak hucznie obtańcowywała swoje 44 urodzinki,że schody byli runęli w disco- centrum!!!!Bój się Boga Droga Li, to co to będzie w Twoim nowiutkim domku się działo? tego 19-tego??:)))
LI_kochana – wszystkiego naj :) Najważniejsze, ze Ty masz odpowiednie okulary :)
Karla, jest przereklamowane. Wyjśc wyszło, ale to nie moje smaki, ja nie lubię ciasta piernikowego, a to jest właśnie takie lekko piernikowe. Ale dzieci jedzą:) Inna sprawa, że jest bardzo proste i szybkie!
jak się udało ciasto dyniowe?:>
Krystyno, no właśnie…:)
Chustko, to oczywista oczywistośc:)
Ingrid, Mama jest królową pesymizmu, wszystko widzi na czarno, przewiduje najgorsze ewentualności, wiecznie się martwi i terroryzuje tymi zmartwieniami wszystkich dookoła. Nie da się przekonac do zmiany okularów na bardziej różowe:) Dzięki za życzenia i nie martw się, haha, kiedyś stanę w tych Twoich amerykańskich drzwiach;-)
La, nic się nie martw, najwyżej wylądujecie w Pyrzowicach, a ja w ciągu godziny po Was dojadę*
Lola, to przez różnicę czasu:* Dzięki:)
Droga Li. wszystkiego najlepszego. A to postanowienie bardzo mądre. Mnie też się przyda.
Ach te Mamusie!A tu świetne wykształcenie, dobra praca,dwie wspaniałe córki, cudowny dom, wiele ciekawych podróży! To jest tragedia? Nawet to, że rozwiodłaś się z niewartym siebie mężem można policzyć na plus. Ale niestety wiele kobiet uważa, że tylko przy mężu. Pozdrawiam!
czekam na imprezę.czuję się zaproszona.howk.
optymizm i radosc zycia to chyba nie po mamusi odziedziczylas, he? :)jeszcze raz: 100 lat przynajmniej tak samo dobrych, wielu wizyt u kosmetyczek, masazystek, swietnych zakupow oraz hektolitrow wina i pysznej kawy; od czasu do czasu niech Ci sie trafia mile wakacje w cieplym miejscu (nieustannie zapraszam do Grand Canyon State); no i przede wszystkim duzo milosci!
żeby tylko opadły mgły….z pewną dozą nerwowości spoglądam za okno!do zooLa
Li kochana,Odrobinke spoznione, ale z calego serca wszystkiego najlepszego! :***
Dzięki Joanno, na tym właśnie się skupię:)
W takim razie życzę jeszcze- dotrzymania obietnicy :) (Joanna z K.)