Zamilkłam tu na tydzień, ale w realu usta niestrudzenie pracowały. Taki tydzień!
Wieczór, na który zniknęłam z bloga na osiem dni, skończył się przyzwoicie w okolicach drugiej w nocy, ale co to był za wieczór!
Slow Food Polska, którego Prezesa darzę od lat przyjaźnią wielką i odwzajemnioną zaprosił kilkadziesiąt osób w to miejsce. Pretekstem było zakończenie akcji „Gęsina na Świętego Marcina”.
Wielki, pięknie ubrany stół, świetne towarzystwo, pyszne jedzenie i wina, w tym to wino, które w 2006 roku zostało we Włoszech uznane za najlepsze białe wino biologiczne…
Konsekwencje przyjemności zawsze są jednak nieprzyjemne, główka bardzo bolała, ale jakoś ta sobota od wytoczenia się z łóżka w okolicach południa toczyła się do przodu.
Wiedzona wyrzutami sumienia, że ja objadam się consommé z gęsi podanym z warzywami julienne oraz świeżym domowym makaronem, pieczoną gęsią piersią w jabłkowym musie i gruszką w sosie balsamicznym serwowaną z ziemniakami confit, nie wspominając o deserze czekoladowo-kasztanowym z konfiturą z kumkwatu, upiekłam córkom szarlotkę i zrobiłam tartę cebulowo-porowo-grzybową. W domu zapachniało, było ciepło, miło i przytulnie… i gdy nadszedł wieczór już, już składałam dłonie w specjalny sposób nad klawiaturą, by opisać piątek, przyszła moja sąsiadka L. i zabrała mnie na babski wieczór u siebie, przy okazji pożyczając kilka widelców.
A tam same fajne baby, no i cytrynówka według receptury J., tak dobrej jeszcze nie piłam.
Wiedzona wyrzutami sumienia, że ja objadam się consommé z gęsi podanym z warzywami julienne oraz świeżym domowym makaronem, pieczoną gęsią piersią w jabłkowym musie i gruszką w sosie balsamicznym serwowaną z ziemniakami confit, nie wspominając o deserze czekoladowo-kasztanowym z konfiturą z kumkwatu, upiekłam córkom szarlotkę i zrobiłam tartę cebulowo-porowo-grzybową. W domu zapachniało, było ciepło, miło i przytulnie… i gdy nadszedł wieczór już, już składałam dłonie w specjalny sposób nad klawiaturą, by opisać piątek, przyszła moja sąsiadka L. i zabrała mnie na babski wieczór u siebie, przy okazji pożyczając kilka widelców.
A tam same fajne baby, no i cytrynówka według receptury J., tak dobrej jeszcze nie piłam.
I nie pamiętam, kiedy tak dużo wypiłam, do domu wracałam trzymając się ściany, co za ulga, że miałam tylko kilka metrów… ale to jak wejście na Kasprowy!
Niedziela zaczęła mi się w okolicach popołudnia i ze złożoną sobie uroczyście przysięgą, że nigdy więcej takich maratonów. Ci co mnie znają to wiedzą, że ja nie mogę pić dużo alkoholu, bo zawsze jestem chora,
a Ci co nie wiedzą, to właśnie się dowiedzieli- ekonomiczna ze mnie kobieta- dwie lampki wina i nic nie pamiętam.
a Ci co nie wiedzą, to właśnie się dowiedzieli- ekonomiczna ze mnie kobieta- dwie lampki wina i nic nie pamiętam.
A co dopiero pół litra spirytusowej cytrynówki!
Na swoje usprawiedliwienie podam, że była o dwa nieba lepsza od limoncello.
Na swoje usprawiedliwienie podam, że była o dwa nieba lepsza od limoncello.
Dotrwałam do wieczora i już już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą, by zacząć pisać bloga, gdy wyrwano mnie z domu brutalnie, acz przyjemnie i trafiłam w „Arsie” na „Szpiega”!
Genialny film, niesamowity, budujący nastrój, bez muzyki, zrobił na mnie wrażenie!
Zrobił wrażenie swoją prawdziwością. Świetnie zagrany, warto go zobaczyć i przerazić się.
A potem wiadomo- knajpka, kolacja, ale już bez wina, co to to nie!
Zrobił wrażenie swoją prawdziwością. Świetnie zagrany, warto go zobaczyć i przerazić się.
A potem wiadomo- knajpka, kolacja, ale już bez wina, co to to nie!
Wróciłam do domu po północy i już, już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą, by zacząć pisać bloga, gdy zmorzył mnie sen, a na sen nie ma rady.
Poniedziałku nie pamiętam, o tym że minął zorientowałam się w okolicy środy, gdy wygrzebałam się spod sterty spraw i ujrzałam światło dzienne.
Wieczorem w andrzejkową środę miałam iść tu, te spotkania organizuje moja koleżanka, a potem tu, ale mój organizm przerażony konsekwencjami i perspektywą trudnego czwartku, uderzył we mnie w celach samoobrony gorączką i bólem głowy tak straszliwym, że tylko łóżko, ciemność i święty spokój.
W czwartek rano wstałam za to jak młody bóg, co ewidentnie dowodzi jak dalece rozwinięty mam system samoobrony, ha!
W południe już, już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą,
gdy piknął zawodowy alarm i trzeba było zająć się innymi sprawami.
gdy piknął zawodowy alarm i trzeba było zająć się innymi sprawami.
A piątek? W piątek zły początek!
I dziś wyspana, zadowolona, po długiej kąpieli, wykremowana i wybalsamowana, w specjalny sposób złożyłam dłonie nad klawiaturą i napisałam dlaczego tak długo mnie tu nie było.
Życie! Nic innego tylko życie.
Dziś wieczorem idę na urodziny do A., i mam nadzieję, że to nie będzie „Dzień Świstaka”.
Na szczęście organizuje je w restauracji na Rynku, będę mieć blisko do domu.
Na szczęście organizuje je w restauracji na Rynku, będę mieć blisko do domu.
Miłego dla Was!
Li.

.
jak się chwalimy to proszę bardzo:)ja spędziłam całe dwa ekscytujące, emocjonujące i pełne wrażeń dni w łóżku z ekstremalnym psychopatą, którego kocham beznadziejnie:)dwa dni z Dexterem:)w sumie było całkiem beztrosko:)
Kasia, o "Osadnikach z Katanu" to pisałam już ze dwa lata temu, ile to wieczorów zostało zmitrężonych na tej grze:))uwielbiam ją do dziś! pozdrawiam!
Jak ja lubię takie anonimowe przebłyski intelektu ;D Natomiast Ty, moja droga Autorko masz prze…gwizdane.
Też pochwalę się swoim weekendem :-) Otóż, zainspirowana Li kupiłam Młodemu Osadników z Catanu i cały piatek do późnych godzin nocnych, a następnie całą sobotę prawie, razem ze znajomymi zasiedlaliśmy malowniczą wyspę Catan. Ile się żeśmy naśmiali, ile wina napili (bez Młodego – on pił sok), ile polan drewna w kominku spalili – Bóg jeden raczy wiedzieć. Wspaniały, beztroski czas, kiedy docenia się to, co ma – wspaniałego syna, wspaniałych przyjaciół, wspaniałego kota grzejącego się przed kominkiem :-) A Osadników z catanu – szczerze polecam – świetna rozrywka na jesienne i zimowe wieczory.Miłego dnia wszystkim!Kasia
Hej,hej, aurora to jest mój najlepszy sojusznik na tym najgorszym z blogów:))Myślę, że odniosła się do jakże miłych słów anatemy, że mój opis tygodnia przypomina poniedziałkowe opowieści ciecia- tak, być może, ale aurora uznała,że są lepiej opisane;-)Stąd zacytowała stary kawał: wszyscy rzygali, a tylko pan magister wymiotował. Bo i kupę można ładnie opisać, prawda? Bardziej łopatologicznie nie umiem :))
Jjjjjjasne…..,Anonimowy :(Bo garnki gliniane to sprawa dla archeologów,a oni jak wiadomo,ryją na zupełnie niskich poziomach.klątwa,ale nie chce mi się logować :(
Auroro ,anatemo -swoimi wpisami obniżacie poziom ,wyprowadzcie się stąd .
Taa … wszyscy rzygali, tylko magister wymiotował…Ważne jest 'co', ale również 'jak'.
Noooo!Prawie;)
Gliniane garnki to chyba za Wandy? ;D
He,no co Ty!Jeśli gdzieś włażę to znaczy,że lubię.Po co miałabym włazić gdzieś,gdzie nie lubię :)No i z Krakowa piszesz,a ja w Krakowie mieszkałam,pracowałam,na Kleparzu to jeszcze garnki gliniane kupowałam !Pamiętasz taki Kleparz?
no właśnie anatema, w tym problem, że ja nie zauważam tego, że Ty to lubisz.Widocznie powinnam jednak sprawić sobie nareszcie okulary:)
Li!Masz niewątpliwie kolorowe "zywobycie",jak mówią najstarsi górale :) i dlatego do Ciebie włażę.Ja ze wsi jestem,cisza tutaj,spokój sielski,tv nie mam,czasem ktoś umrze,straż na sygnale mignie,wesele to …..ho,ho! raz na dekadę.I na tle tego Ty,kolorowy ptak,Twoje kuchenne akty :),opowieści z dalekiego Kleparza…..!Och,jak lubię :)
viki:)))))
Li, to tylko przekleństwo blogów ;)a błogosławieństwo, że zawsze dochodzisz :)))
Ja nie rzygam, dochodzę zawsze i śwagra nie mam. A poza tym się zgadza.Usatysfakcjonowana?
Li- celebrare :)A w gruncie rzeczy, mimo różnic w formie / i miejsc / treść zupełnie jak opowieści, przeważnie poniedziałkowe, z kanciapy cieci i sprzątaczek: "tylem wypił","spotkałem Gienka","Hanka rzygała","ledwom doszła","łeb napierdalał","śwagier stawiał"…..Heloł:)
Błagam Cię, już mi nie wypominaj! Wiesz, że zwykle jestem rozsądna i myślę o tym, co robię. Szkoda że czasami, w pewnych okolicznościach, głupieję :(
Echoes, oj nabroiłaś :P
Własnie to jest niesamowite, że ja nie słyszałam muzyki! Nic nie mogę na jej temat powiedzieć, bo skupiona byłam na oglądaniu filmu. Naprawdę była jakaś muzyka? Mnie tam nic nie uśpiło, ale wiadomo, że ja się nie znam:)
Baw się dobrze, Li! A w przyszłym tygodniu porywam cię na kolację, nadal bardzo skruszona. Buziak!
TEKST SPONSOROWANY?Wszystko ok , ale nie zgodzę się ,że w Szpiegu nie było muzyki- to właśnie ona była najciekawsza. Film nudny jak flaki z olejem – nic nie przerażało a wręcz odwrotnie usypiało- ludziska wychodzili w trakcie seansu.
przekonałam się, że dobrze przyrządzona gęś jest przepyszna. Inna sprawa, że jakoś staram się wyrzucić z pamięci stado białych gęsi na zielonej trawie.
sisi, ja z drobiu tylko indyka, ale ta gęsia pierś była tak przyrządzona, że wprost rozpływała się w ustach… mniam…:)
Jesteś usprawiedliwiona:),,,,więcej , jestem pełna podziwu, że to przeżyłaś:)Pozdrawiam
Li… a ja gęsiny nieeeee… ja kaczuche lubię -ze śliwkami albo w pomarańczach, ech…
Wypatrywałam Cię niecierpliwie :)))…hmm muszę gdzieś spróbować gęsiny,nigdy nie jadłam…a właśnie próbuję mej cytrynówki…jak słońce zamknięte w słoju!
Li, podziel się trochę tymi wyjściami, rozdaj innym biednym, potrzebującym … :)Pozdrawiam mgliście, dacapo
Li – dobrego dla Ciebie :)Z przyjemnością czytam, uczestniczę, paralele robię ku życiu swojemu :)Buziaki
No to ciekawe, bo ja to zazdroszczę Ci tej Irlandii i tego morza na wyciągnięcie ręki! Mam dużo dobrych znajomych, którzy robią ciekawe rzeczy i mnie czasem zapraszają:)
Nareszcie!!! Myślałam, że skończyła Ci się Li-cencja na bloga ;-))). Ty to masz ciekawe życie…zazdroszczę!!! Całusy ze słonecznej (o dziwo) Irlandii ;-).