Przyszedł budzący lęki drań i siedzi vis-a-vis, bezczelnie rozparty z tym swoim drwiącym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust, nie lubię jego krzywego uśmiechu, nigdy nie mogę go złapać, jest dla każdego nikogo.
Pochylam się nad laptopem, by na niego nie patrzeć, razi mnie jego jaskrawość, to kameleon mojej doby,
w dzień jest dręczącym wątpliwościodawaczem, w nocy snubrakowaczem,
a na drugi etat pracuje jako bodyguard i nigdy nie spuszcza ze mnie oczu.
Znowu zabiera mi konstytucyjnie zagwarantowane mi prawo do snu, ale dziś nie będę protestować,
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
Kiedyś, a może tylko kilkanaście dni temu (czas przeszłości zaczyna mieć dla mnie coraz mniejsze znaczenie), usłyszałam od przyjaciela pełną pasji opowieść o zbieraniu przez niego płyt winylowych, nagle stały się one przedmiotem jego życiowej filozofii, sposobem na spędzanie wieczorów, towarzysko pożądanym wspólnym ich słuchaniem z tłem z szumów i trzasków.
Bo płyta winylowa zawsze gra do końca, nie lubi podnoszenia igły, pomijania pewnych jej części, wymaga skupienia i uwagi nad jej całością, to taki muzyczny slow food.
Zrozumiałam to, gdy wciśnięciem guzika zmusiłam Możdżera do kolejnej powtórki tematu z „Frank i Roxanne”, tak idealnie brzmiącego na CD, wymuskanego, ale narażonego na niebezpieczeństwo moich humorów, na zakłócenie porządku kolejności ułożenia utworów, bo na pewno ma znaczenie piąta pozycja „Neverland” i dziesiąta „Frascati”, jeszcze tylko nie odkryłam tej tajemnicy, widocznie ciągle tkwię na poziomie muzycznego fast foodu.
Poszukam tkwiącej przecież wciąż we mnie wrażliwości na muzykę, dającej mi zmysłową przyjemność z jej słuchania, nie jako tła dla innych czynności, a tylko słuchania z zamkniętymi oczami i w świetle świec,
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory.
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy chcąc zapomnieć o przeszłości,
z tęsknoty za nią ciągle ją sobie przypomina.
A co na to Lec?
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Li.
PS. Kupiłam sobie wczoraj tę płytę. Tnie mi duszę na kawałki. Cudowna masakra.

Jak to nie ma? Przecież widzę, że są:)
Przepiekna nota Li. Do zamyslenia. Pewnie dlatego nie ma pod nia komentarzy.
Muzyka do Neverland jest rewelacyjna…i pomyśleć tylko, że odkryłam ją dzięki Starszemu…
:) sisi, w teorii to ja mam miszcza:P
http://www.youtube.com/watch?v=luI3bkP1JaUhmm… wieczór zalezy od płyty – to kurcze źle ze mna będzie:)… posłuchaj:)- a pomijając wszystko jest to zajefajnie zrobione;)Li- po wczorajszej rozmowie wzięłam się do sprzątania w życiu:) wiesz…jesteś wspaniała baba!
Zakochałam się w tej płycie, słucham i nasłuchać się nie mogę!
Li, piękna muzyka a dzisiejsza myśl Leca chwyciła mnie za gardło. Byłam na koncercie Możdżera latem (koncerty Trójki "męskie granie" w Koneserze w W-wie) ale jego trzeba słuchać samemu lub na sali koncertowej. Na powietrzu, obok ludzi z piwem w łapach i gwarem dookoła nie da się. Aniu M. – nienasycenie poznania świata – to dobry stan:)
Posłuchałam fragmentów, piękne. Na pianinie też chciałabym umieć grać. W ogóle wszystkiego chciałabym się nauczyć, poznać, dowiedzieć: języków, gatunków motyli… taki nienasycony głód świata mam, taką naiwność i jakiś żal, że im więcej poznajesz, tym więcej widzisz obszarów, o których nic nie wiesz. Kurcze, no! Ostatnio łatwo się wzruszam.