Nasturcje na tarasie czarowały wielkimi baldachimami liści, starannie ukrywając swoje drugie, robaczywe ja.
Jednak moje bystre oko kobiety tuż po czterdziestce, a (daaaaaaaaaalekoooooooo) przed pięćdziesiątką, to oko nie będące w stanie odczytać napisanego złośliwymi drobniutkimi literkami składu kremu, zebrane w czarne kupki obozy wrogich mszyc zobaczyć zdołało.
Zobaczyło i zawrzało- bezczelne mszyce żarły moje pierwszy raz w życiu osobiście wysiane pnące nasturcje!
Postanowiłam je zabić i to z zimną krwią, a moje serce skamieniało.
Broń stanowiła zakupiona w „OBI” trucizna.
Ubrana w maseczkę chirurgiczną i gumowe rękawice po same łokcie (no cóż, daleka od samobójczych myśli ani mi było w głowie wdychać trujące opary) przez godzinę cierpliwie opryskiwałam moją plantację.
Wpadłam na genialny pomysł dorżnięcia niedobitków i zużyłam na to całe opakowanie wacików kosmetycznych -spryskiwałam wacik trucizną i po kolei przemywałam każdy liść, a liści było że ho ho!
Po zbrodni wyrzuciłam maseczkę i skażone rękawice, starannie umyłam odsłonięte fragmenty ciała i zeszłam na dół do kuchni, by nalać sobie nagrodę w postaci smakowicie zimnego białego wina.
Na blacie stała moja trucizna.
Drugą miałam w ręce.
Ale kupiłam tylko jedną, czegoś tu nie rozumiałam, spojrzałam uważniej przez pożyczone od Młodszej okulary, cholera jasna, psiakrew, oczywiście że na blacie stała w białym spryskiwaczu właściwa trucizna, ja natomiast przedsięwzięłam nadzwyczajne środki ostrożności przy spryskiwaniu mszyc przefiltrowaną wodą, z białego spryskiwacza używanego do prasowania, haha- doprawdy zbrodnia doskonała.
No co, no co? Każdy by się pomylił!
Nie mogłam tego przeżyć, to cholerne przemywanie liści tymi cholernymi małymi wacikami! Wodą???
No i było jak zwykle-emocje zamgliły mi rozum, wpadłam w szał, porwałam truciznę (chrzaniąc maseczkę i rękawice) i rozpylając ją na oślep w większości na siebie, bo tak jakby pod wiatr, zabiłam może trochę mszyc, ale i podtrułam się skutecznie- ból głowy nie opuścił mnie do następnego dnia.
Od tygodnia maniakalnie grzebię w liściach nasturcji- mszyce mają się dobrze i wcale nie jest ich mniej.
Podobno trzeba je pryskać mocno schłodzoną wodą, taką tuż przed zamrożeniem- dostają zapalenia płuc. Ale mam podejrzenia, że to jakaś ściema, bo czy mszyce mają płuca?
…
Potrzebna mi była ta długa przerwa od pisania bloga i od czytania innych.
Nie będę pisać tak często jak kiedyś, ale będę.
Czuję się spokojniejsza, wolna i swobodna, nie oglądam się do tyłu, wolę zaglądać pod liście moich nasturcji, czego i Wam życzę.
I mam niezłomne przekonanie, że idę w dobrym kierunku, bo życie idzie tam gdzie Ty, dopóki idziesz (Lec).
Miłego dla Was!
I mam niezłomne przekonanie, że idę w dobrym kierunku, bo życie idzie tam gdzie Ty, dopóki idziesz (Lec).
Miłego dla Was!
Li.

nasturcje to chyba mszycowy przysmak – też mam ten duet :-) jak tylko sprowadziły się niechciane lokatorki byłam zła. potem pomyślałam, że dla nich to całe życie: chatka i żarełko, a dla mnie … tylko kwiatki ;-) skłamałabym jednak, że radości nie przysporzyło mi stado biedronek, które przyleciały na mszycową ucztę na mój balkon :-) :-)
Co tam mszyce!Ważne, że wróciłaś.Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi i nigdy nie traciłam nadziei:)
Ja też po raz pierwszy wysiałam nasturcje i też mam mszyce!!! Ale jeszcze z nimi nie podjęłam walki. Wszystko przede mną. Welcome back, Li :)
aha – to pisałem ja czyli g. :)
:)))))))))))
Mam okropny charakter, ale taras cudny, więc to się jakoś równoważy:))
Też się bardzo cieszę że wróciłaś :)Nie przejmuj się debilami którzy piszą chamskie komentarze.Zazdroszczą Ci i tyle.Chciałabym byc Twoją kumpelą i wypic z Tobą kawę na Twoim cudnym tarasie.Buziaki – Ptysiek
Bardzo się cieszę,że wróciłaś i piszesz. Kocham mądrych ludzi, kwiaty i koty, a teraz też Leca.Kasia Olsztyn
Li Kochana Moja ja cały czas bardzo bliziutko tylko milczącam ostatnio. No bo to całe blogowe zamiezanie … to jakoś nie po mojemu :))) ale duszą zawsze z Tobą !!! ZAWSZE !!
Święci Pańscy, kto to się pokazał:)))Całusy!!!
Amen :))) Buziol Kobietko!!
mszyca też chce żyć, niestety:)
:):):):):):):):):):):)nasze mszyce wpierniczają cały ogród.pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy, z przepracowania, patrzę na to i mi wisi:):):)ale pomysł z wodą zapożyczę.przerozbawiająca opowieść:):)
Wiedziałam, że bazylia odstrasza komary a teraz wiem, że mszyce też. Jutro sieję bazylię i to w dużych ilościach ;-).
Poważnie? Przeczytałam, że mszyce uwielbiają nasturcje, ale z kolei one (czyli mszyce czarne)odstraszają inne mszyce. Można zwariować, nie będę mieć czarnych, to będę mieć inne!
P,S. Ja mszyce wytępiłam jakiś czas temu razem z podłożem, więc rad nie daję. Twój taras, ach, brak mi słów podziwu!
Bardzo, bardzo serdeczne pozdrowienia od ucieszonej niezmiernie B.
Hahahahaa, zamiast się truć po raz drugi, hahaha, wiedz, że mszyce zwiewają od zapachu cząbru, lawendy, bazylii, możesz zasiać też czosnek naciowy. Nasturcji to rybka, takie sąsiedztwo, a mszycom niekoniecznie ;)
Jak dobrze, że znów jest po co zaglądać do Ciebie! Miło zobaczyć piękny taras i ciekawskiego Bobcia. Pozdrawiam!
stań o północy na rozstajnych drogach, ubrana w białą szatę, spluń trzy razy przez lewe ramię, zawołaj "na pohybel mszycom!"- może odejdą:);)ps. tylko staraj się, żeby zbyt wielu przechodniów nie było w pobliżu (chociaż w sumie o północy…, ale z drugiej strony, jakiś nocny marek może gdzieś maszerować), bo czort wie, jak zareagują- lud taki nietolerancyjny mamy..:)))
Uśmiałam się niegrzecznie zamiast ci współczuć ;)Super, że wróciłaś!Klarysa
W sprawie mszyc – zakup główkę czosnku, ze 3 ząbki posiekaj, wrzuć do litra wody i zostaw na noc, pod przykryciem. Następnego dnia przecedz i tym subtelnym płynem spryskuj swoje roślinki. Mszyce niczym wampiry nie lubią czosnku. W ten sposób moja sąsiadka uratowała mi "zamszycone" róże i hederę. Oprysk powtarzała 2 razy co trzy dni.Dobrze, że będziesz pisać, cieszę się.
Tuszę, że nie kpisz :D
Tuszę, że powstaje saga na miarę Prousta.
Nie powiedziałaś mi, że to pisanie jest takie łogólnie męcące :D
tojasiepytam-> Li nie może przeprowadzać świętej inkwizycji, bo to Diabeł Wcielony:)
Była też wojna trzydziestoletnia, nie wspominając o krzyżowych. Może je ukrzyżuj? Ja pamiętam z dzieciństwa, że nasturcje w ogródku mojej babci miały zawsze czarne łodyzki. Takie to ekscentryczne kwiaty były:)Jak pisanie, to większe znaczy się?
Ja też zawsze występuję jako anonim ale podpisany. I też się stęskniłam, ale Li- ty o tym wiesz, bo zawsze Ci o tym piszę.czarnawiewiorka
To mszyce kochają nasturcję i przy okazji moje kochane róże i wiciokrzewy.Czarnawiewiorka
Droga Li, od pewnego czasu walczę z mszycami ( a raczej osobisty Małż opryskuje), które zżerają słoneczniki wychodowane przez chłopców. Jak na razie wygrywają oporne mszyce … Ściskam Cię mocno :)
Moja droga, już czas najwyższy uzbroić oczy w jakieś gustowne luksfery ;D, koniecznie osadzone w wyczesanym obramowaniu. A na mszyce, z tego co znam się na ogrodnictwie to tylko napalm.
Moje mszyce traktuję środkiem zakupionym w specjalistycznym sklepie ogrodniczym, ale co z tego, skoro mszyce znikają na chwilę, a potem znów ich następczynie radośnie harcują na różach. Pozdrawiam!
W poniżej podanym linku jest pozycja – opryski biologiczne – spróbuj – działają, czy nie, ale dają wrażenie, że się coś przeciw mszycom robi :-)))Ja swoje też mordowałam za pomocą roztworów mydła szarego albo bardzo mocnej esencji herbacianej – jest ich może CIUT mniej, ale tylko CIUT.Też nienawidzę opryskiwania SIĘ , dlatego pozwoliłam sobie wkleic ten link.http://podsosnami.wordpress.com/Pozdrawiam koty i nasturcje :-))
wpadnij do mnie, zobaczysz, że są gorsze "wpadki" :)
Wojen punickich było trzy, a ja nie spocznę jak nie wytłukę mszyc do ostatniej sztuki:)))) Żeby w moich nasturcjach!!!
Tarsis, nic takiego- to tylko konsekwencja konsekwentnej niekonsekwencji;-))
Ewa, anonim, który się podpisuje, już nie jest anonimem:)I gdy do tego tęsknił za mną…;-))
elw, nieubłagane prawo natury, piękne i smutne.
OooooOOoooo :-) a TUTAJ co sie wydarza ?
pierwsza wojna tarasowa – wiesz, że pomyślałam, że Anonim Cię w nocy zaatakował hahahahah i walczyłaś z nim na tym wstrętnym tarasie:) no cóż zaspana byłam:0skoro to "pierwsza", to teraz jest nadzieja, że notki będą kolejne:)
Ależ to jest myśl Aniu- spryskać ich winem, by odeszły w upojeniu:)))
Wrzucę zdjęcia mojej przemyślnej konstrukcji z siatką, która jak się okazało nie stanowi żadnej przeszkody w wyprawach na dachy, skoro można zręcznie wspiąć się na dach rozbitego na tarasie namiotu, a stamtąd na dach już jeden mały skok. Na razie włazi tam Masza z tą gapą Saszą, Bobcio jeszcze na to nie wpadł. Niepokoi mnie jednak z jakim zainteresowaniem obserwuje akrobacje Maszy przy schodzeniu z dachu namiotu. Szukam rozwiązania i załamuję ręce, chyba muszę osiatkować się do końca:(
Cześć Jędzuś, daj znać co i jak:)
Jak to nasturcja kocha mszyce? Bezczelna!
Ja co prawda obcy anonim ale ……stęskniłam się :)Dobrze, że powróciłaś :) Lubię Cię czytać. Ewa.
Tęskniłam za twoimi mszycami :)….nawet nie wiesz jak bardzo :)Byłam w szpitalu….peplałyśmy żeby czas szybciej minął….o północy urodziła……krąg życia się zamknął.Idziemy……
czuję Twój ból, droga Li :)))czytając, bałam się, że użyłaś jakiś drogi kosmetyk do twarzy, a to tylko woda, więc luzik ;)a nasturcja kocha mszyce, zawsze tak było:/ :*
No cóż, możesz się pocieszyć, że nie spryskałaś ich smakowicie schłodzonym białym winem. Może nawet dostałyby zapalenia płuc (czy czegoś, co tam mają), ale za to jakże byłoby im wesoło.
:)) spryskaj jeszcze raz, ja zabiłam wszystkie ( mam nadzieję ) na moich różach o cudnych romantycznych imionach…a już się bałam, ze Bobcio zorganizował pospolite ruszenie i pokonał siatkę…Pięknego dnia!
No nareszcie!Czułam się nieswojo bez Ciebie na swoim miejscu.Piękny tern taras :)