Wczoraj udała mi się zawodowo wielka rzecz, ale maksymalnie na niej skupiona oklapłam wieczorem jak balonik z odpustu.
Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy flaczek.
Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy flaczek.
I tak się czuję i dziś.
To chroniczne zmęczenie zabiera mi chęć do życia, co trochę napompuję się pozytywnymi stronami życia, to albo mam wbitą szpilkę i bezradnie sssssyczę uciekającym powietrzem, mając w dodatku odgórnie dany zakaz reakcji (a nie ma to jak międzyblogowa pyskówka uroczo podnosząca adrenalinkę) albo ponoszę wysiłek życiowy tak wielki, że nie mam siły na samopompowanie.
Dziś już czwartek- nic- nie -wartek, dzień wypełniony szczelnie w kalendarzu zajęciami, na które nie mam najmniejszej ochoty. Próbuję wejść na właściwe tory od szóstej rano, po dwóch latte życie jest trochę bardziej znośne.
Byle do piątku- dam sobie samej zakaz pracy i zajmę się przyjemnościami- tarasem, snem, przytulaniem dzieci, głaskaniem kotów i psa.
Wczoraj dostałam maila od Joasi, wzruszył mnie, zacytuję tu tylko ostatnie dwa zdania:
„Dziekuje bardzo za cala Twoja troske, jestes wielka.
Wracam spac.
Wysłano z BlackBerry® smartphone w Play”
W związku z tym po raz kolejny oświadczam, że wszystkie wbijane we mnie
szpilki,
histeryczne reakcje,
oskarżenia z wypływające z kompletnej niewiedzy,
i ostre słowa, świadczące li i jedynie o niezrozumieniu istoty sprawy
-mam w dupie (jakkolwiek to brzmi).
Miłego dnia Wam życzę, wyłączam możliwość komentowania, bo nie napisałam niczego wartego skomentowania.
Całusy!
Li.
