Wenecja.
Trzeba ją wziąć sposobem i unikać trasy turystycznej.
Wtedy uroda tego miasta zapiera dech!
Jutro wracamy do Krakowa, ech… mało, mało mi.
Ale i tak warto było wyrwać z życia tych kilka dni,
samouszczęśliwiłam się,
nasyciłam pięknem
i jakoś przetrwam do następnego wyjazdu.
Li.
PS. Wszystkie zdjęcia autorstwa Karoliny.









Fajna podróż, i jak czytam wcale nie taka męcząca ;) Pozdrawiam :)
Do Wenecji starym dobrym, burżuazyjnym obyczajem jeździ się w podróż poślubną, a nie na wakacje.
a ciepło było? bo to niebo nie aż tak irytująco niebieskie…
Cudownie, miło Cię przeczytać, choć prosi się zobaczyć.
ooooch…westchnąć tylko mi przyszło….z tęsknoty, nie z zazdrości….pewnie, ze mało…Wenecji zawsze mi mało :))
Cudnie! Cieszę się, że się nasyciłaś. I wcale się nie dziwię. :)