Lubię chodzić do kina na nocne seanse, prawie nie ma widzów, można mieć złudzenie posiadania całej sali, nikt niczym nie szeleści, niczego nie chrupie, z nikim nie gada, nogi same swobodnie się wyciągają,
a pomiędzy mną a ekranem nie ma żadnej głowy.
Poszliśmy o 22.00 na „Magię w blasku księżyca”, wierna Allenowi muszę obejrzeć każdy jego film, nie rozczarowałam się, bo tego właśnie chciałam-błahej historyjki pięknie ubranej.
No i… ech… Colin Firth, uwielbiam go, kocham miłością piszczącej fanki, nawet czasem o nim śnię, wielbię jego pozorną sztywność i cudowne spojrzenie, jest na mojej liście najbardziej pożądanych mężczyzn, hm… lista nie jest długa, ale za to mam ten luksus, że mogę ją dowolnie modyfikować, bo kto mi zabroni?
(Wiadomo, kto jest liderem, statler!)
Li.

Colin ratuje ten film.
p.s. Widziałaś już „Casanovę po przejściach”?
Chyba wybiore sie do kina… Ze stanikiem… w rece ;)… Tak na wszelki wypadek :)
Statler z fizys Firtha – gdzieś tam wyobraźnia podpowiada, że tak :)
Statler opowiada dowcipy z tak kamienną twarzą, że Colin się chowa:)
Ech zazdroszczę Ci tego statlera…
Nie zazdrość. Mam mizerną emeryturę.
ale jakże bogate wnętrze:*
Dopóki nie rzucasz stanikiem w ekran celuloidowa konkurencja mnie nie rusza.
Co prawda, to prawda, ja tylko na jego widok wzdycham i czasem piszczę:D Ale za to na Twój widok…:D