Spałam kilka popołudniowych godzin
i dzięki temu mam gwarancję nieprzespanej nocy.
Świętuję więc nocnie-samotnie,
bo do kogo mogę zadzwonić o trzeciej w nocy?
Nalałam sobie lampkę wybornego białego Chablis,
włączyłam muzykę
i oddałam się fascynującej czynności wymycia piekarnika,
niezbędności zrobienia porządku w herbatach
i konieczności zaktualizowania leków.
Noc nigdy nie jest oczywista, z natury muśnięta smutkiem
i tęsknotą zaniewiadomoczym
zagląda w te zakamarki duszy, które skrzętnie omija dzień,
bo opatrzone zakazem wstępu kryją w sobie niebezpieczeństwa
zbyt łatwego wydobycia składników do rozklejania się,
użalania, smucenia i porażkowania.
Brakuje mi pomysłów na wyrzucenie z siebie zatruwających mnie śmieci-
toksycznych odpadów przeszłości
i obezwładniających moją teraźniejszość lęków przyszłości.
Dochodzę do wniosku, że wbrew powszechnemu przekonaniu
jestem smutnym człowieczkiem,
czuję że dawnego optymizmu pozostała zaledwie szczypta,
a nowego pesymizmu mam całe magazyny.
Niewiele mnie już cieszy,
tak jakby zamknął się dla mnie kolorowy świat,
do niedawna przecież szeroko otwarty.
Czy gorzknieję?
Jeszcze tego nie czuję, ale stoję na rozdrożu
i boję się swojego wyboru.
Tak, tu jest zmiana- kiedyś się nie bałam.
Czuję, że zawodzę siebie samą.
(A przy Możdżerze trudno się nie rozklejać, prawda?).
Li.

Mycie piekarnika do muzyki Możdżera w bezsenną świąteczną noc… chyba nic bardziej nie podnosi na duchu. Nie mogłaś sobie puścić Guns N’ Roses albo choćby Orkiestry z Chmielnej?
Ale za to mam czysty, błyszczący piekarnik:P
Wiesz, do kogo możesz zadzwonić o trzeciej w nocy.
Aniu:*
Li, nie gorzkniejesz…dorastasz??? :) to Możdżer,Li,to tylko (aż?) Możdżer:)
Tja, dorastam… to już wiem, dlaczego nigdy nie chciałam być dorosła.