A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Codziennie pocieszam się w ramionach Leca, zawsze przed ramionami Morfeusza.
Na razie minęła mi chęć do codziennego pisania, pozamykałam się w sobie
i nie wypuszczam siebie poza swoje własne granice.
Tak jest lepiej i bezpieczniej.
Świat jest zły i trudno mi sobie z tym poradzić.
Mój mały światek funkcjonuje lepiej lub z reguły gorzej.
Czasem rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością
otwiera się nagle jak lej krasowy, wpadam w niego i myślę, że to mój koniec.
Ale gdy leżę na dnie, gdy już czuję nadchodzący spokój, święty spokój,
słyszę pukanie od spodu,
można więc spaść jeszcze niżej,
nawet to daje nadzieję i pozwala wygramolić się na brzeg.
Bo skoro może być gorzej, to może być i lepiej.
I tego się trzymam, robię swoje, kocham moje córki,
rozpieszczam moje zwierzaki
i pracuję nad sobą, bardzo nad sobą pracuję.
… Tyle u mnie nowego!
Miłego dla Was,
Li.
PS. Interia zamknęła platformę blogową, tym samym mój pierwszy blog „Licencja na bloga”,
zakończył swój żywot w otchłani internetu.
Zdążyłam go jednak skopiować.
Ależ to kawał życiowej historii!
Czytam na nowo i nie mogę się nadziwić,
po co mi było
tyle par czerwonych szpilek.

Czytam od dawna i regularnie myślę o tym, że może warto się spotkać. Na kawę, spacer, rozmowę, trochę śmiechu. Mieszkam w Krakowie, więc przy obustronnej chęci, plan możemy szybko wcielić w życie :) Daj znać :)
Dam:) napiszę maila.
Zapomniałaś przez swoją wrodzoną skromność wspomnieć o przynajmniej dwóch ramionach. O moim lewym i moim prawym.
Statler, mój królu, przecież wiem, że to Ty ciągle chowasz mi Leca i przez Ciebie mam konflikt z Morfeuszem :D
Ale czy musi wiedzieć o tym cały świat?
Więcej dyskrecji, proszę :D
… bo czerwony daje energie :-)
Szczęśliwie przestałam jej szukać w czerwonych szpilkach:D
Przeczytaj cale.
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1503424,1,jak-odpoczac-za-wszystkie-czasy.read
„tkwi w miejscu. Choć z ogromną szybkością” – to o mnie.
„Pojawia się pustka, która przenosi się także do życia prywatnego, zwłaszcza jeśli ono też zaszczute jest pośpiechem i rutyną.” Pustka wlasnie zatacza coraz wieksze kregi, ennui coraz glebiej. Oczywiscie, zawsze moze byc gorzej. Kwestia tylko, KIEDY.
Pamiętam ten artykuł. Ale to nie pustka jest moim problemem.
I chyba wolałabym pustkę, bo szukałabym wówczas okazji, by ją zapełnić.
Nie tkwiłabym w stanie przesytu, w którym brak miejsca na mnie samą dla siebie samej.
Kiedy wlasnie o przesycie mowa. Przesycie pracy, ludzi, obowiazkow, realizacji celow skupionych na „juz, szybko, trzeba”, prowadzacym do poczucia bezsensu, bo tracimy kontakt z samymi soba. Nie ma miejsca na mnie sama w moim zyciu – o takiej pustce mowie; o tkwieniu w miejscu na srodku karuzeli o zawrotnej predkosci, gdzie wszystkie sily skupione na tym, zeby zachowac rownowage. O braku radosci i mozliwosci delektowania sie zyciem, chwila, tu i teraz.
Ale same sobie fundujemy ten przesyt poprzez brak wyraźnych granic i rozbuchany konsumpcjonizm. Chciałam mieć 150 metrów w centrum Krakowa i lampy po kilka tysięcy za sztukę? To mam, ale muszę na to zarobić i tym samym pracować więcej. Kwoty na przeżycie, odzianie się i zachowanie higieny nie są wysokie. Kwoty na potrzeby ponadpodstawowe i owszem:) Wpadamy zatem we własne sidła i dopiero gdy nieubłaganie posuwamy się w jednym kierunku razem z czasem, a jednocześnie w życiu stoimy w jednym miejscu, widzimy jak nie było warto. Od momentu gdy powiesiłam swoje ręcznie kute lampy minęło pięć lat. Nie mogę już na nie patrzeć.
Te wnioski są bolesne:)
Najfajniejszą chwilę tej jesieni spędziłam w lesie na grzybach.
A poza wszystkim innym, mam dość komplikowania, szukania odpowiedzi, tworzenia teorii itp. Pragnę prostoty, harmonii i prawdy. Chce mi się uporządkować zewnętrzno-wewnętrzny bałagan, wyzbyć się bibelotów i bzdur niewartych odkurzania. Skasować męczące kontakty i wyciąć bluszcze wijące się na mnie i zabierające mi powietrze. Niewiele potrzebuję do szczęścia, nie muszę też mieć więcej szczęścia, bo nawet szczęście ma swoją miarę objętości, najwyraźniej wpadam w maksymalny minimalizm:)
Hasło na dziś: mniej, ale spokojniej.
Hasło na jutro: będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
sprzedaj lampy! serio mowie. sprzedaj, co sie da.
moje komentarze tutaj lacza niejako Twoj wpis z artykulem, ktorego link zapostowalam. a z niego wynika, ze nie zawsze rozbuchany konsumpcjonizm, ale po prostu wiazanie konca z koncem – finansowego, logistycznego i rodzinnego – pochlania nas bez reszty. nasze konsumpcjonistyczne rozbuchanie ma poniekad to samo zrodlo: poczuc sie lepiej, choc na chwile w tym pedzie. tyle obietnic lepszego w nowej szmince (ach, jak pieknie mi w niej bedzie, kremie (bo jestes tego warta), lampach (bede wspaniale czuc sie w swoim wyjatkowym mieszkaniu). i co? szminki przeterminowuja sie w kacie szuflady, bo nie ma okazji ich uzywac, a do pracy za duzo zachodu, bo trzeba sie szybko pozbierac z dzieckiem rano; krem wklepujemy, o ile wieczorem starczy sil; na lampy nie mozemy patrzec ;)
sprzedaje, co sie da. naprawde. oddaje tez tym, ktorym brakuje. z mojej szafy zniknelo w ciagu ostatnich dwoch miesiecy kilka tuzinow ubran kupionych, zebym czula sie lepiej. rozbuchanie minelo, juz nie uciekam w mrzonki. trud polega „tylko” na tym, ze chcialabym nie musiec sie wiecej przeprowadzac, gdy mojemu wynajmujacemu cos sie odwidzi. i zostawic corce cos, zeby ona nie musiala krecic sie w miejscu.
calus!
piszemy o tym samym, tylko innym jezykiem i kazda ze swojego (innego) usytuowania zyciowego. nie o teoriach mowa, ale o wlasciwej diagnozie, ktorej warto poszukac – wtedy mozna cos pozmieniac, zeby piekno i harmonia.
Oj wiem, że innym językiem. Poza tym, Ty mówisz po portugalsku, czego szczerze zazdroszczę:*
I wolę się spotkać i pogadać, niż pisać- zawsze coś umyka.
A co do kremu, to nie uwierzysz, jaki patent sprzedała mi moja ukochana kuzynka, najlepsza okulistka na świecie:))
Ale to powiem przez telefon, trochę jest hm… intymne;-)