Wiadomo, że czas leci nieubłaganie,
a jednak nie mogę uwierzyć,
że moje małe, słodkie Gusiątko z blond loczkami
jest już dorosłą kobietą,
że zrobiła prawo jazdy i jeździ autem.
Dziś po raz czwarty pozwoliłam jej pojechać samej,
bez mojej denerwującej asysty na siedzeniu pasażera.
Pojechała z Karą i Saszą do weta,
a potem przyjechała po mnie pod sąd.
Myślę, że ma za sobą jakieś 1500 km,
jeździ coraz lepiej, ale to nie znaczy
że ja – matka kwoka-mniej się denerwuję.
***
Znowu nad miastem wisi ta szczególna chmura
pod którą nieruchomieje powietrze.
Siedzę przy moim oknie z widokiem
i ani listek się nie porusza.
Przed chwilą odwiedził mnie Mecenas, wszedł przez okno,
podstawił łepek, pomruczał i tyle go widziałam.
Zezuś doszedł do siebie, znowu szaleje po murkach,
ale przynajmniej wiem, gdzie go w razie czego szukać.
Piątek, piątunio!
Ale mus pracować, mus.
Za to będę mieć piękny wieczór,
czego i Wam życzę!
Li.

Jeju, jak pomyślę, że wkrótce mój synuś, malutki przecież jeszcze taki, też zażyczy sobie samochodu (niespełna tydzień temu zdał egzamin!), to trochę drżeć zaczynam. Choć chyba nie powinnam, gdyż w naszym stadle to ja jestem pierwsza do problemów w materii motoryzacyjnej, co dobitnie (i to dosłownie) raczyłam przypieczętować niespełna dwa tygodnie temu… :]
To może sobie chociaż poczytam o tych zarysowanych drzwiach. ;)
Wow, a notka o tym ze to ja zrobilam prawo jazdy skupila sie na zarysowanych drzwiach ://///
A wcale nie:) Poziom dumy był ten sam. Ale Guśka auta mi jeszcze nie rozwaliła, z naciskiem na jeszcze:))