A z tym remontem,

31 stycznia, 2026

to nie przestaję o nim myśleć. Wizualizuję, szukam, analizuję, rysuję, a najbardziej to się cieszę.

Mam zamysł taki, by to był wygodny wiejski dom. Nie będę robiła żadnych łazienek glamour, absolutnie! Ma być prosto i w klimacie. Sekwencja czynności i tak nie może być inna: ściągnięcie dachu, utylizacja eternitu, wymurowanie tarasu, doprowadzenie na taras wody i prądu, uszczelnienie i położenie płytek. Potem okna, część chcę uratować, bo są piękne.

Prace będą od góry:

-dach, taras, woda i prąd na taras, uszczelnienie, płytki, okna, nowe zewnętrzne rolety (stare są nie do uratowania), skucie płytek w łazience i w kuchni, instalacja elektryczna, klimatyzacja, cała łazienka, płytki w kuchni, to plan minimum na ten rok. Meble kuchenne, łazienkę na dole i urządzenie drugiej sypialni zostawiam na przyszły rok. Decyzję co do przyszłości czerwonej podłogi też. Na razie nie mogę na nią patrzeć, ale może się uratuje…

Roboty huk! Oglądam filmiki na YT jak odnowić metalowe kute barierki, mam zamiar sama to zrobić i pomalować na kolor szałwiowy, będzie pięknie. No i jeszcze mam drzwi, piękne wejściowe drzwi! Nie mam pojęcia jak je odnowić, ale się dowiem. A gałki w drzwiach będą błyszczeć jak złoto, to pewne! Fajnie będzie często przyjeżdżać, żeby coś robić, a potem iść na plażę. I dzięki mojej budowie domu pod gwiazdami mam jako takie pojęcie o pracach budowlanych i remontowych, bezcenne doświadczenie, co dziwi włoskich mężczyzn…. Niech lepiej sobie uważają, o!


Zmowa milczenia.

29 stycznia, 2026

Dostałam kilka maili i uprzedzając kolejne napiszę od razu tak: nie będę nikomu szukać domu i nie będę podawać nazwy mojego miasteczka. Dom naprawdę można znaleźć samemu, bo idealista.it to kopalnia wiedzy, jest również w wersji polskiej. W moim miasteczku są cztery domy będące własnością umiłowanego narodu polskiego i jak dla mnie to wystarczy. Przepraszam, jeżeli ktoś poczuje się urażony, ale ja łaknę spokoju, a nie życia towarzyskiego. Tego mam nadto w Krakowie. Mia casa in Calabria to moja ucieczka od tłumów, zgiełku i wiecznie wrzeszczącego telefonu. Mieszkanie w centrum krakowskiego Starego Miasta stało się koszmarem, uwierzcie mi. Tłumy turystów, hałas, śmieci na ulicy (choć niby Kraków to jedne z czystszych miast Europy), a parkowanie pod domem to konieczność wielominutowych objazdów i szukania miejsca. Tak mi szkoda mojego domu pod gwiazdami, bo w sąsiednich oficynach wybudowano dwa potężne apartamentowce, ogromne, bezwzględne, egoistyczne, a nasza spokojna kamienica musi znosić teraz głośny szum kominów, wentylatorów, klimatyzatorów- na moim wcześniej tak intymnie spokojnym tarasie jest piekło szumu i wibracji. Wbrew woli słucham pijackich imprez z turystycznego koszmaru od strony podwórka i płakać mi się chce.

Im jestem starsza, tym mniej mam potrzeb konsumpcyjnych, a więcej potrzeb duchowo-przygodowych. Nie zależy mi też na nowych znajomościach, bo brakuje mi czasu na pięlęgnowanie starych. Oprócz blękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba.

(No chyba, że poznam kolejną tak fantastyczną kobietę, jak moja B., dzięki której mam dom z Madonną w centrum cudnego miasteczka. Ale taka znajomość trafia się raz w życiu, takie zazębienie, takie zrozumienie i taka frajda ze wspólnego czasu:)

Mogę odpowiadać na pytania, gdzie szukać, jak szukać, ile to kosztuje, jaka jest różnica między prima casa a seconda casa, ile wynoszą podatki, opłaty notarialne itp, ale na tym koniec. I nie ma co się na mnie gniewać, ja po prostu chronię swój spokój i spokój moich przyjaciół, zawarliśmy pakt milczenia, omerta.

Li.


Czy to będzie bluźnierstwo

28 stycznia, 2026

gdy napiszę, że mam swoja własną Madonnę z Dzieciątkiem*?

I że wystroję ją w błękity, czerwienie i złocistości, podświetlę i może zapunktuję u miejscowego proboszcza**?

Gdy usiłowałam sprzątać pozostawiony bałagan, przyszła do mnie moja sąsiadka Maria, lat na oko 80. Przyniosła mi wielką torbę z pomarańczami, cytrynami i pompelmi z ogrodu syna. Maria jest głuchawa, mówi wolno i głośno, dzięki temu rozumiałam aż co piąte slowo, więc jakoś się dogadałyśmy. Okazało się, że mieszkała w moim domu, urodziła w nim piątkę dzieci!

Ledwo wyszła, przyszedł Agazio ze swoim ojcem, oglądać zakres robót. Okazało się, że ojciec Agazia bywał w moim domu w dzieciństwie, to był dom miejscowego księdza, a Maria była jego siostrzenicą. Zapewnił mnie, że to jeden z lepszych i porządniejszych domów w miasteczku, poczułam się więc jeszcze większą szczęściarą.

Do tego mam własną Madonnę, już ją lubię i mam zamiar doprowadzić ją do stanu świetności. Jest na drugim piętrze, podświetlę ją solarami, będzie lśniła i pilnowała takiego antychrysta jak ja.

Li.

PS. *Oby się nie okazało, że jest warta więcej niż cały dom!

** Oby nie skończyła jak Jezus z Borji.


Przylecieliśmy w piątkę

28 stycznia, 2026

w poniedziałek w nocy.

Po wyjściu z samolotu urywało nam głowy, ale nie wzbudziło to żadnych podejrzeń.

Wiatr jak wiatr, deszcz jak deszcz, polska klasyka. Nie mieliśmy pojęcia, że szaleje cyklon. Drogi nadmorskie były zamknięte, ale to też nie wzbudziło cienia zdziwienia. Dojechaliśmy do domu B. przed północą, nikt nie zaglądał do internetu.

Na drugi dzień z nieba lały się wanny wody, to nam trochę zepsuło humor, ale mieliśmy konkretne plany- kupić wyposażenie domów- materace, kołdry, poduszki, kubki, sztućce, talerze- człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego ilu rzeczy potrzebuje. W sklepie było pusto, poza nami i obsługą nie było nikogo innego. Do tego były wielkie przeceny, no raj proszę Państwa, zakupowy raj. Wpakowaliśmy łupy do auta (a wypożyczyłam wielkiego suva) i poszliśmy do następnego sklepu, a tu wszystko pozamykane. Spotkana Włoszka wyjaśniła nam, że rząd ogłosił czerwony alert, zagrożenie życia, cyklon Harry… że co????

No i tak dowiedzieliśmy się, że wiatr jak wiatr, deszcz jak deszcz, ale do tego 12 metrowe fale, zdemolowana Sycylia i część Kalabrii.

O naszym wiecznym błąkaniu się po włoskich drogach, trzykrotnych powrotach w to samo miejsce, szalejącej nawigacji, szkoda pisać. Było dużo nerwów, dużo śmiechu, ale i mnóstwo beztroski. Czasem trzeba być tułaczem, by trafić na właściwą drogę.

Za to przyszła nagroda, bo błąkając się znaleźliśmy jedyną otwartą restaurację, byliśmy tam tylko my, pizza była wspaniała.

W czwartek cyklon schował swoje straszne oblicze i pokazało sie słońce. Morze było jeszcze wzburzone, ale już nie ryczące i groźne. W biurze Agazio zrobiliśmy przelewy do naszych sprzedających (taki poziom zaufania, że płaci się przed umową notarialną, bo potwierdzenie zapłaty notariusz musi otrzymać przed aktem) i dostaliśmy klucze.

I jak weszłam do tego prawie już mojego domu, to zaczęły walczyć we mnie dwa wilki- jeden absolutnie zachwycony, drugi absolutnie załamany.

Zacznę od załamki, bo już jej nie ma, więc to tylko historyczne wspomnienie: w domu był bałagan, ściany były zalane, umywalka w łazience dziurawa, a kuchnia do wyrzucenia.

A zachwyt trwa, jest coraz większy, do tego zalało mnie morze miłości i gdyby ktoś powątpiewał, czy można kochać kupę cegieł, to można, uwierzcie mi że można. Dom ma duszę, piękne widoki z okna, ogromne perspektywy i zrobię z niego nasze cudowne, ciepłe i piękne miejsce w Kalabrii. Nasz drugi dom. Seconda casa.

W piątek po umowie notarialnej puściły mi zawory i dzwoniąc do córek, popłakałam się ze wzruszenia. Niesamowitym przeżyciem jest spełniać swoje marzenia, choć uczciwie rzecz biorąc mało w tym mojej zasługi, bo jak to u mnie zwykle bywa- pomógł mi przypadek, znajomość z B. i trochę szczęścia.

W sobotę załatwialiśmy sprawy urzędowe (tak, tak, sobota, ale Agazio wszystko jest w stanie załatwić) a potem mogliśmy zabrać się za sprzątanie, każdy swojego domu. Zależało mi, by posprzątać choć jeden pokój, bo za trzy tygodnie wracam tam z Karoliną. Wcześniej jednak wyrwałam się nad morze, musiałam je zobaczyć odetchnąć, nacieszyć oczy kolorem, pożegnać na krótko.

Kupiłam wcześniej środki do sprzątania, mopy, miotły, ręczniki… jeden pokój już lśni, nowy materac leży na łóżku i w tym pokoju poza malowaniem, lampą i powieszeniem obrazów nic nie zmienię. To jest porządna włoska sypialnia, cieszę się że ją mam. Zostawię też płytki na podłodze, myślę, że jak dam na ścianę kolor oliwkowy to będzie ona z nimi pięknie współgrać. Chcę jeszcze wymienić gałki w szafie na stare mosiężne/złote!

Zostało w domu pełno obrazków w ładnych, złotych ramach, mam zamiar powiesić je wszystkie na jednej ścianie, nie są cenne, ale mają klimacik.

A taki mam widok z okna, z poziomu przyszłego tarasu, będę widzieć zachody Słońca.

cdn.

Li


Oczywiście, że to był

26 stycznia, 2026

cyklon.

I TO JAKI!!!

Wszystko opiszę, najważniejsze że dom kupiony. Choć do końca nie jestem pewna, bo odpis aktu dostanę dopiero za miesiąc, taka jest tu procedura. Tak jak pisałam wcześniej, sprawdziły się moje przewidywania, że w piątkowe popołudnie notariusz będzie spieszył sie do domu- cała umowa notarialna trwała cztery (4!) minuty z zegarkiem w ręku, notariusz czytał co drugą stronę i co trzecie zdanie, nikt nie zapytał mnie nawet o dowód tożsamości. Nie mówiąc o tym, że moje wkuwanie słówek prawniczych na nic:D Poza „buongiorno” nie powiedziałam ani słowa, bo nikt mnie o nic nie pytał. Dla prawniczej strony mojej natury to był szok/to Kalabria.

Agazio twierdzi, że kupiłam:D

Wróciłam totalnie wykończona, serio.

Ilość przygód, spraw, załatwień, zalany dom (wszystkie trzy nasze domy zostały zalane od dachu po parter, z nieba woda lała się wannami) pokonała nawet tak piracką naturę jak moja.

Jestem przeszczęśliwa, pełna planów, dam sobie radę!

No i nie da się ukryć, zaczynam kolejny remont od kolejnego strychu, gdzie będzie zrobiony taras!

(Strychy to najwidoczniej moje przeznaczenie).

A z tarasu będzie widok na morze, to już szczyt szczęścia. Mam już wykonawcę (ojciec Agazio) i już go lubię.

Jaka była siła żywiołu to widać nawet po naszej plaży, gdzie uderzenie cyklonu było trochę słabsze.

Na zdjęciach są schody na których siedziałam w październiku, do linii wody było z nich jakieś 10 metrów.

A teraz plaża została zjedzona przez fale, a są schody zrujnowane, smutny widok.

Przed moim wyjazdem morze było już gładkie jak stół, niewinne!

Li.


Amor fati,

15 stycznia, 2026

tak-pokochaj swój los. W gruncie rzeczy płynę przez życie niesiona przez sprawy i sprawki. Nie czynię wielkich planów na przyszłość, poza najbliższym miesiącem. Kiedy to się zmieniło? Nie pamiętam, ale żyje mi się lżej. Przyjmuję życiowe szanse z wdzięcznością, z pokorą znoszę porażki, choć uczciwie powiem, że ostatnio jest ich niewiele. Może dlatego, że nie porywam się na rzeczy wielkie, nie grozi mi upadek z wysoka, najwyżej potknięcie. Cieszę się z życia, mimo że czasem cholernie mnie boli. Wtedy jednak włączam samoratunek- komorę hiperbaryczną, masaż, kąpiel w magnezie, a czasem tylko przeglądam zdjęcia mojego włoskiego domu i już mi jest lepiej. Nie chcę innego życia, kocham swoje, bo jest moje. Tak się cieszę na to co będzie od poniedziałku, a może lepiej nic nie pisać, bo fati jest blisko fatum… a ze mną to wiadomo- jak coś ma się nie wydarzyć, to na pewno się wydarzy. I trzeba będzie mimo wszystko kochać… ech:)

A na zdjęciach nasza Klusia. Zanim do nas przyszła miała straszne życie. U nas królowa!

Li.


Nie mogę spać…

14 stycznia, 2026

sponiewierana przez grypę, przez ostatni tydzień nie wychodziłam z domu. Byłam słaba, ledwo kontaktowałam, rozpaczliwie czerpałam z łóżka i domu poczucie bezpieczeństwa, snując sobie mój własny kokonik z kołdry na te złe dni. Wytrzymam jeszcze kilka dni kieratu i od poniedziałku będę się wyłącznie cieszyć- Kalabrią, moimi przyjaciółmi (B. to kalabryjska rutyniara, A. jest tak samo podekscytowana jak ja. Mamy nasze akty jeden po drugim, co pół godziny, co napawa nas nadzieją, że notariusz w piątek będzie spieszył się do domu).

(A na zdjęciu widok na Badolato, przepiękne i przejmująco opustoszałe miasteczko).

W Kalabrii trzy dni temu było duże trzęsienie ziemi, z epicentrum na Morzu Jońskim. Nie było żadnych strat materialnych (nagle zauważam takie wiadomości, upchnięte gdzieś na końcu serwisów). Gdy powiedziałam o tym Achillusowi był szczerze zaskoczony, a akurat jest w Rzymie. Nic nie wiedział. Achillus żyje trochę naszą Kalabrią ( w sumie nie ma wyjścia:), jesteśmy też dla niego źródłem iście fascynujących informacji, np. będąc rodowitym Włochem (i podobno dziadkowie z Kalabrii) nigdy nie słyszał o męskim imieniu- Agazio, popularnym w „naszej”okolicy.

I takie drobne historyjki przewijają mi się codziennie, ciesząc zaraz umykają, zapisuję, bo zapominam co mnie cieszyło, zapomniałam już tyle swojego życia, smuci mnie to, żałuję że miałam taką długą przerwę w pisaniu, bo teraz gdy wracam do starych notek, sprzed tak wielu lat, nie mogę uwierzyć w samą siebie. Dałam radę, sama odchowałam dziewczyny, są super kobietami, moim stałym szczęściem. Inne szczęścia były przelotne, widocznie taka ich natura w kontakcie ze mną. Wiele spraw mogłam poprowadzić inaczej, wiele słów nie powiedzieć, powstrzymać gwałtowne harce mojej natury, ale niczego tak naprawdę nie żałuję, boję się tylko o swój czas, chcę go mieć przed sobą jeszcze dużo, naprawdę dużo, bo roboty huk!

W moim włoskim domu mam różowy bidecik. Normalnie jak u Barbie. Tego nie zniese, o nie! :D

Li.


Mój jest ten kawałek podłogi…

12 stycznia, 2026

…i tu będzie moja sypialnia!

Dziś tłukłam z Achillusem zwroty z umowy notarialnej, zaczynam się stresować. Za tydzień będę już w Kalabrii!

Ale dla przyjemności i pewna tego, że uda mi się przekonać notariusza, że mówię po włosku (Capisco il testo dell’atto) kupiłam już bilety na luty dla siebie i Karolci, będzie się działo! Dziewczyny jeszcze nie były w Kalabrii. Mam nadzieję, że nasza wspólna pula genowa pozwoli im zakochać się w tym miejscu tak jak mnie! Że mi pomogą z urządzaniem, szukaniem, malowaniem balustrad, planowaniem- tym wszystkim co smakuje i daje mnóstwo satysfakcji! Nie mogę się tego doczekać. Kupuję ten dom też dla nich.

Notariusz mnie zapyta: Lo stato di fatto corrisponde alla planimetria catastale? (Czy stan domu koresponduje ze stanem z księgi wieczystej?). No i co tu powiedzieć, jak się nie widziało…:D

Wiecie co? Może i idę w stronę starości, ale ciągle cieszy mnie fakt, że nie straciłam żyłki do hazardu i fantazji, ot co! W gruncie rzeczy kupuję kota w worku, ale przeczuwam, że ma piękne futro! No i co mam do stracenia? Pieniądze? Nie stracę, taki dom zawsze dobrze sprzedam. Złudzenia? Przekuwam je w pragnienia! Rozczarowanie? Jestem w tym mistrzynią i ciągle trafiają mi się nowe okazje do kolejnych rozczarowań, umiem z tym żyć. Sensem jest ciągle szukać, eksplorować, zdobywać, cieszyć się. Nic nie tracę, a mogę tak wiele zyskać! A ile będę mieć przygód, wrażeń, dyskusji z Antonio-mistrzem budowlanym! Przy moim poziomie włoskiego i dialekcie kalabryjskim Antonio może być wesoło! No i codzienne rozmowy telefoniczne z moimi przyjaciółkami, kto co, która, kiedy… nasze domy są w promieniu kilkuset metrów od siebie, magiczny trójkąt, tre sorelle.

Li.


No więc, no więc…

9 stycznia, 2026

…. pokażę Wam malutki fragmencik tej mojej włoskiej radości. Od razu zastrzegam, że wszelkie słowa krytyki będą przeze mnie bezlitośnie zwalczane! To nie jest willa w Toskanii, ale skromny, w duchu włoskiego południa dom po dobrej kobiecie (dokarmiała koty, to mówi wszystko).

Pierwsze zdjęcie zrobione jest z perspektywy bocznej, malutkiej uliczki, z uroczym włoskim antycznym syfem. Tak tam jest, trzeba to kochać, io amo. Mój dom jest ostatni, po lewej stronie z żółtą elewacją.

Na drugim zdjęciu jest salon, ogromny salon, zakochałam się w tym świetle, smudze słońca, cieniach, w tej podłodze, w tej lampie… ale mam pomysły, strach się bać! Stan w trakcie pakowania rzeczy, takie zdjęcia dostałam od Agazio, no cóż, powtarzam- kupuję dom, który na żywo widziałam wyłącznie z zewnątrz, ale poczułam uderzenie pioruna, miłość od pierwszego wejrzenia, colpo di fulmine.

A dla porówniania dodaję filmik z oferty sprzedaży domu w tym samym miasteczku, po tzw. generalnym remoncie, o powierzchni dwa razy mniejszej niż u mnie, ale za cenę trzy razy wyższą. Pozbawiony ducha włoskiego kompletnie, ale może komuś się spodoba. Filmik przysłał miejscowy kolega:)

Li


Myślałam, że

8 stycznia, 2026

będę sobie pisać tu lekko o sprawach i włoskich sprawkach, a tymczasem coraz częściej dławi mnie lęk i poczucie niemocy. Nie umiem być obojętna na sprawy świata, do cholery jasnej nie potrafię! Czytam wiadomości, słucham podcastów, jakie to szczęście że nie mam telewizora, nie zniosłabym więcej. Trump, Putin, Musk, USA, Tajwan, Chiny, Grenlandia, Wenezuela, a nawet Sokotra ze smoczymi drzewami, to się nie kończy, a coraz bardziej eskaluje. A na naszym poletku poza durną polsko-polską wojną interwencje różnych Fundacji i zamarzające na łańcuchach psy. Albo wyrzucone w środku lasu i przywiązane do drzewa. Zło wylewa się z każdego kąta, skąd tyle tego zła, jak jest tyle dobra? Ilu każdy z was zna naprawdę złych ludzi? Takich, co to idąc przez życie zło czynią? Ja znam takich zawodowo, ale w życiu prywatnym dwie osoby. Dwie! I gardzę nimi szczerze. Ale znam niestety wielu ludzi bez własnego zdania, płynących z nurtem populizmu, mających poczucie wyższości, bo Polak, bo biały, bo macierz-ojczyzna jednorodna, bo… Na tej ludzkiej głupocie pasą się takie Trumpy, takie Putiny, takie Brauny. Rzygam tym, serio. Wstrząsnął mną film z zabicia przez pieprzonego amerykańskiego agenta ICE Renee Nicole Good. Matki trójki dzieci. Amerykanki.

Za dwa tygodnie o tej porze będę w Kalabrii, to mnie trzyma przy życiu i w pionie.

Li.


Tak!

2 stycznia, 2026

Słucham na okrągło. Cudne!

I jeszcze to:

Tak, tak! Podpisuję się pod każdym słowem!

Li