podać jeden, najbardziej demolujący mnie skutek covidu, to byłaby pamięć o tym czasie sprzed 5 lat.
Zaczęło się od dreszczy w dniu 19 marca 2021 roku. Idąc z Gusią przez Planty, powiedziałam: Jakoś mi tak dziwnie zimno.
A mnie rzadko jest zimno.
Od tego czasu każdej wiosny czuję niepokój, jest to silniejsze ode mnie.
Dziękuję Ci Losie, dziękuję. Jestem wdzięczna, że przeżyłam. Jak ja się wtedy bałam o moje dziewczyny, ten strach był silniejszy od czegokolwiek innego. I pamiętam, zanim trafiłam do szpitala, jak wszystkie koty leżały przy mnie, na mnie, jak mruczały, jak próbowały mnie naprawić. Tamtej kociej gwardii już z nami nie ma, ale to mruczenie, to ciepło ich brzuszków pamiętam do dziś.
Li
Pierwsze fale covidu spędziłam w pracy-w stosownym wdzianku /kombinezon,przyłbica,maska/.Zachorowałam w dniu kiedy oficjalnie ogłoszono koniec epidemii,ale to już był inny temat, i po serii szczepień
Widziałałam /i do dziś widzę /pacjentów z powikłaniami.Najgorszy był brak miejsc w szpitalach zarówno kowidowych jak i innych.
Dobrze że możemy teraz to wspominać,mogło być różnie
Pozdrawiam serdecznie
Joanna
Teraz czasami myślę czy to wszystko naprawdę się zdarzyło….
Oby nigdy więcej
Red Mercedes
Pamiętam te godziny dla seniorów. Przegoniła mnie, ze sklepu, koleżanka-ekspedientka z podstawówki ” Ela, ty nie masz jeszcze sześćdziesięciu lat”. Za dwa dni okazało się, że cały personel sklepu chory. Na covid nie chorowałam. Miałam/mam szczęście
covida złapałam dwa razy. na blogu pisałam obszernie co i jak. siedziałam w domu na kwarantannie dłużej, niż musiałam, bo się system zawiesił i pracodawca mnie poinformował, że dopóki nie zniknie kwarantanna to mam nie wracać :-) miałam zapalenie płuc bez grama temperatury. Sąsiedzi i przyjaciele podrzucali nam zakupy i obiady pod drzwi. i my to robiliśmy gdy przyjaciele chorowali :-)
pamiętam lokdałn i pracę zdalną w szkole, że w piżamie zasiadłam do pracy jako i moi uczniowie … mam nagrania ku pamięci.
Drugi raz złapaliśmy covida na promie. cały wyjazd po Szwecji zaplanowaliśmy kamperem, żeby się po hotelach nie szlajać a tu wystarczyło wejść na prom…na szczęście na powrocie.
pies mój Ciri została przez nas wzięta w trakcie lokdałnu, bo siedziałam głównie w domu.
nikt nam nie umarł ale było bardzo niebezpiecznie i wręcz nierealnie. nie mogłam uwierzyć. w to co się dzieje.
Ja przeszłam niby „bezobjawowo”.
Wszystko zaczęło się u nas nagle, bez ostrzeżenia. Młody ostro zagoraczkował. Pan doktor -po dokonaniu stosownych pomiarów -wysłał nas w kolejkę do punktu grzebania w nosie. Fajnie było tam czekać prawie trzy godziny z nieomal nieprzytomnym dzieckiem na pokładzie. Gdy już dotarliśmy do punktu dłubania w nosach, byliśmy prawie pewni, że żywi do domu nie dotrzemy. Jednak udało się. Wyniki były zadziwiające- młody chory, ja też a mój małżonek, który łapie każdego wirusa (wystarczy, że w promieniu dwóch km ktoś kichnie)- zdrowy. Przesiedzieliśmy sobie w domku wymagany czas i wydawało się, że nie doznaliśmy większych obrażeń. Ale to tylko pozornie. Młody na szczęście wyszedł szybko na prostą. A ja – bezobjawowa- wpadłam w spiralę niekończących się przeziębień, zaburzeń koncentracji itd. Ale żyjemy:). A to jednak ma znaczenie :). Buziaki kochana. K
Pamiętam to zdjęcie , a tych anty- traktuję juz stale tak, jak napisałam wtedy w komentarzu. Li, niech ta włoska wiosna zatrze zle wspomnienia!
5 lat, a jakby wczoraj. Załapałam się na covid 1 lutego 2021. Objawem był upierdliwy suchy kaszel i nic poza tym, więc zignorowałam. Ale młode musiały w tamtym czasie codziennie się testować przed szkołą i gdy u młodszej wyskoczyły dwie kreski, to już było wiadomo. Kwarantanna, znajomi donosili pieczywo, ale poza tym przeszliśmy lekko. Dlatego tak bardzo wstrząsały mną historie takie jak Twoja. Ludzie naprawdę umierali i chyba tylko jakimś zrządzeniem losu to nam przypadł w udziale schowek z napisem: „do przetrwania”.