Milczałam, bo

26 lutego, 2026

wszystko co miałam do powiedzenia, nie nadawało się do powiedzenia bez soczystych przekleństw.

Ale jak wiadomo- ja milczeć nie potrafię, więc oto raporcik z ostatniego weekendu:

Wróciłam we wtorek w nocy i jutro znowu lecę do Kalabrii, to jak podróż tramwajem z Bieżanowa do Nowej Huty.

Sytuacja jest niezwykle dynamiczna i ściśle jest związana z nielegalnym tarasem moich sąsiadów.

Fakt jest taki (o czym nie wiedziałam wcześniej): dopóki ten taraso-basen istnieje, to będę zalewana. Poprzedni właściciele byli podobno bezsilni. Ale ja nie wiem co to jest bezsilność. W takiej sytuacji wychodzi ze mnie skorpion i nie daje się zabić, choć najpierw musiałam sobie solidnie popłakać, naprawdę solidnie, byłam wściekła i rozżalona. Dałam się nabrać na białe ściany.

Jednak:

Nie pozwolę nikomu niszczyć mojego domu, jest już tak pięknie posprzątany, projekt łazienki zrobiony, materiały do niej zamówione! I nawet trzymałam się budżetu, znalazłam cudne płytki za 28 euro za metr kwadratowy. Kto wie, ten wie, jak trudno w krainie pięknych płytek nie ulec pokusie!

Rozwiązanie, na które wpadł Agazio jest niezwykle perfidne w swojej prostocie. Otóż zaproponował skłóconym spadkobiercom, by sprzedali mi swoją ruinę za 5 (pięć, tak pięć) euro, jako rekompensatę za zalewanie. W przeciwnym wypadku pozwę każdego z nich osobno, zażądam odszkodowania, a poniesione przez nich koszty przewyższą wartość domu.

Generalnie postraszył mną jak dżumą.

Poszli na to, warunkiem z ich strony jest poniesienie przeze mnie opłat notarialnych, wraz z podatkiem (nie więcej niż 2500 euro). Poniosę je z przyjemnością.

W związku z powyższym niedługo kupuję za 5 euro (chcę zbić cenę do 1! Nie ma co przepłacać!) sąsiadujący ze mną dom. Jeszcze nie mam pojęcia co z nim pocznę, ale biorąc pod uwagę moje szczęście, los na pewno coś dla mnie wymyśli. Takiego scenariusza nie przewidziałam w najbardziej przygodowych snach. Plusem jest to, że spokojnie zabezpieczę swój dom. Minusem, że jest to niezamieszkała od kilku lat ruina. Ale ma zdrowe ściany, zdrowe stropy, jest dwa razy mniejsza niż mia casa, może ją trochę podremontuję, w międzyczasie dołączę do swojego pierwszego domu ten sporny kawałek dachu, no i… wystawię na sprzedaż. Będzie się działo! (Jak zwykle).

A jakby tego było mało, poznałam przemiłą kobietę, która… koniecznie chce mi sprzedać swój dom- oszalałam, gdy go zobaczyłam- zadbany, z czterema tarasami, z nowymi oknami, bardzo włoski, klimatyczny, są z niego takie widoki… i jest w moim zasięgu finansowym.

Jak żyć, pytam, jak żyć?

Bo ten widok, te drzwi i ten ganeczek mnie powaliły. Mamma mia!

Aaaaaaaaaaa!!!!!!!!

Li


Powoli do mnie

18 lutego, 2026

dochodzi pewność, że jestem kolejną ofiarą włoskich zaklęć, z których na razie najlepiej znam dwa, ale na pewno jest ich więcej. Pierwsze to „domani”, czyli jutro. Drugie to „piano, piano”, czyli spokojnie, powoli, coś w stylu „mora, mora” na Madagaskarze i „hakuna matata” na Zanzibarze. Pytam Agazio prostymi zdaniami: kiedy dostanę odpis aktu notarialnego(umowa była 25.01.26)? Kiedy dostanę umowę na prąd, na wodę, na śmieci? No kiedy? Domani, Monika, domani! Piano, piano. Przychodzi to domani, ale ono jest już oggi, czyli dzisiaj. Domani jest domani, capisci? A gdy pytam, kiedy zobaczy się z właścicielami sąsiedniej nieruchomości, tej z „ekskluzywnym” basenem? Stasera vado e parlare, Monika, piano, piano. Coś czuję, że wiele wody upłynie w miejscowej rzece, zanim zamknę sprawy remontowe. Ale z drugiej strony… B. remontuje swój dom już trzeci rok, za każdym razem coś nowego, może taki sposób remontu rzeczywiście jeszcze bardziej będzie cieszyć? Szukam plusów, szukam plusów- mam na czym spać, w łazience jest ciepła woda, kuchnia jest w tragicznym stanie, ale kawę sobie zrobię, a remont dachu, co jest najważniejsze, zacznie się lada moment. Domani.

Ale jestem nadal bardzo szczęśliwa i mam absolutne przekonanie, że to jest mój najlepszy pomysł ostatnich lat. Agazio mi pisze, że „Ci vuole molta patienza” (potrzeba dużo cierpliwości), dochodzi więc do mnie, że niczego nie przyspieszę, mogę tylko zaakceptować ten niespieszny rytm i … przecież między innymi dla tego dolce far niente, dla tego vita lente kupiłam mój dom.

Dziś przylatuje moja Starsza, w piątek lecimy do Kalabrii, muszę pokazać Dziewczynom co kupiłam, to przecież jest też ich dom, nasz dom!

Li


Ech Ci Włosi,

15 lutego, 2026

niech kaczka kopnie tę włoską prowizorkę i pomysły budowlane z kompletnej d…

Dziś Cosimo-ojciec Agazio wszedł nareszcie na mój dach, bo po trzech tygodniach deszczu (kolejny straszny cyklon, rujnujący kalabryjskie wybrzeże) i napadaniu rocznej normy nieśmiało wyszło słońce. Szybko wyjaśniła się tajemnica zalania mojego domu- to nie wina dachu, a sąsiada, który zrobił sobie tarasik nad moją kuchnią (dlaczego to nie jest moje, nie pytajcie. Na zdrowy rozum dach nad kuchnią powinien być mój, a nie jest), a tarasik ma formę niecki, bez odpływu wody. Z każdej strony otoczony jest murem innych kamieniczek, woda nie ma ujścia, więc stoi sobie na posadzce i przecieka do mnie. Absurdalna sytuacja! W dodatku pisząc „sąsiad” nie mam na myśli konkretnej osoby, bo niestety graniczę z niezamieszkałą ruinką. Potężnym domem, ale w kiepskim stanie. Rozważam czy go też nie kupić, nie wyremontować i nie sprzedać w swoim dobrze pojętym interesie. Agazio twierdzi, że będzie tańszy niż mój. Ale czy ja to wytrzymam? Już przecież teraz niecierpliwość zżera mnie na amen, z czym walczę, walczę, ale ciągle przegrywam.

Agazio twierdzi, że to nie jest problem, a zaledwie malutka niedogodność. Kiedy ja nareszcie nauczę się tego włoskiego luzu? Tego przekonania, że wszystko kiedyś da się załatwić, że się zrobi, że nie będzie problemu, że …. a teraz chodźmy na wino, pokażę Ci swoją cantinę, piano, piano.

No i sami zobaczcie, sąsiaduję z basenem.

Ale nie wyobrażam sobie innego rozwiązania, jak to, że będzie dobrze, że w ostateczności wyremontuję ten kawałek na swój koszt, puszczę przez swój taras odwodnienie i będzie pięknie, bo tam za tymi chmurami, pomiędzy dwiema górami niebieści się morze.

Dam radę, vero? VERO?

Li


Bardzo niedobry ten poniedziałek,

9 lutego, 2026

jakby wysypał się wór ze smutkami. Z każdej strony złe wiadomości, głównie o chorobach bliskich mi osób, a zwłaszcza ich mężów, co za ulga że nie mam męża, o jedną osobę martwię się mniej. Operacje, wznowy, prześwietlenia, choroby, czy tak już będzie? Czy to TEN wiek? Wg statystyk mężczyźni w Polsce żyją średnio 75 lat, o 7 lat krócej niż kobiety. Dzisiejsze wiadomości zaniżają te statystyki zdecydowanie. A kysz, zły losie!

Szukam pozytywów, choć mam przed sobą tak ciężki tydzień, że mogę tylko stanąć z nim na ringu i bić się o przetrwanie. Ale jest nadzieja na zmianę, w piątek idę na koncert Grzegorza Turnaua, potem jak zwykle szybko przebiegnie weekend, i już będzie nowy tydzień i moja Kalabria. Kurczowo się trzymam tej myśli, kurczowo. To moja kotwica, boja ratunkowa, obecne centrum mojego świata ze słońcem.

Gusia „zapomniała” o kubeczkowym zakazie i kupiła dwa kubki, słodkie i kiczowate, aż miło. Lojalnie zapytała, haha…są takie śliczne, że zakaz został chwilowo uchylony:) Jak zwykle konsekwentnie niekonsekwentnie.

Ale zrobiło się jakby jaśniej, cieplej i przytulniej, prawda? No i pasują do nowej pościeli w serduszka.

Przetrwać zły czas, przetrwać zły czas, wszak – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija/by Lec

Li


Miałam być systematyczna

7 lutego, 2026

i pisać codziennie, wychodzi jednak tak jak zwykle. Ten brak czasu tak dolega, mimo moich wysiłków doba ma 24 godziny i nie chce być dłuższa ani o sekundę. A niestety muszę przecież spać. I codziennie uczyć się włoskiego. Miotam się więc między życiem, a snem, mam poczucie, że ciągle biegnę, a mety nie widać.

Od Agazio płyną tylko dobre wiadomości- mam zgodę na zrobienie tarasu! No i dostałam większy przydział mocy prądu, bo zdecydowałam się na wyrzucenie gazu z domu. Gazu w sensie butli gazowej, wszyscy tam gotują na butlach, ale ja nie chcę. Boję się gazu, nie będzie mi się też chciało taszczyć butli (30 kg!) na pierwsze piętro, gdzie mam kuchnię, a już z pewnością gaz skończyłby się w niej noc mojego przyjazdu, znam swoje szczęście, haha. Będę mieć więc płytę indukcyjną, do tego potrzebne było zwiększenie mocy.

Za dwa tygodnie o tej porze będę z Karolcią w Kalabrii, czekam na to jak na głęboki oddech. Zwolnię, zajmę się kupowaniem pralki i rozmową z moim wykonawcą tarasu. Mam tyle pomysłów! Mój niebieski zeszyt z napisem „Mia casa in Calabria” szaleńczo od nich tyje i niech tyje. Pomysły rodzą pomysły, kocham ten stan twórczości. Przypadkiem poznałam miejscowego artystę. Obiecał zrobić mi dekoracyjne tynki, a robi między innymi takie. Czyż nie są piękne?

Wykorzystam je w łazience i w kuchni, ale powoli, piano, piano, szaleję w zeszycie, zwalniam w życiu, muszę być realistką, co nie zmienia faktu, że planowanie, marzenia, wizualizacje kolorują mi ten lutowy, szary czas.

Miłego weekendu! Kiedy koniec tej szarości, do diaska?

Li


Dziś zapadł wyrok

3 lutego, 2026

w sprawie „Polskiego Fritzla”, czyli kolejnego sadysty czerpiącego satysfakcję ze znęcania się nad kobietą i jej poniżania. Oskarżony ma 35 lat, ofiarę zwabił w 2019 roku, poznając ją na portalu randkowym. Poczytajcie tę historię, jeżeli jej nie znacie, bo mnie najbardziej w tej sprawie poza całą ohydą przestępstwa popełnionego przez sprawcę uderzyło zachowanie jego rodziców- musieli wiedzieć o obecności kobiety w komórce we własnym obejściu, a jednak nie reagowali, milczeli, dawali przyzwolenie. Milczenie- forma udawania że czegoś nie ma, jeżeli się o tym nie mówi.

Li


Co robić

2 lutego, 2026

by zachować dobry nastrój, nie poddawać się zimnu i szarości? Jak trzymać mózg w ryzach, by wiedział że to nie depresja, a zaledwie brak słońca? (Brać na rozum, brać na rozum, minie luty będzie wiosna). Siedzę w pracy, patrzę na moją biedną oliwkę w lichym namiocie, grzejnik nie daje rady, boję się, że nie wytrzyma tych mrozów. Mam gigantyczny problem z Bandytą, moim biurowym, podwórkowym kotem- gdy biorę go do domu, to jest w wielkim stresie i zasikuje łazienkę na amen, gdy go zostawiam na podwórku, martwię się że marznie. Zrobiłam mu porządną budę ze styropianu, w środku ma ocieplaną budkę wyściełaną skórą renifera ( to straszne, ale dostałam ją w prezencie jako siedzisko do sauny, nigdy we życiu nie usiadłabym na skórze renifera gołą d…, korzysta więc Bandyś, jednak renifery wiedzą co to prawdziwe mrozy, więc ich futro na pewno grzeje), ale przy tych mrozach czy to wystarczy? W dzień siedzi ze mną, ale na noc muszę gada wypraszać. Nie mogę mu ufać, lubi sobie zaznaczyć teren. Zasięgałam opinii znajomych kociar, są skrajne! Robię więc to co dyktuje mi instynkt, upasłam go do wielkiej kluski, daję mu się ogrzać i musi przetrwać, skoro nie chce być kotem domowym. Całe życie spędził na jednym zamkniętym ogrodzie, tu jest panem, goni biedne ptaki i czuje się bezpiecznie. Ma grube futro i 13 lat. Kocha mnie, jestem jedyną osobą której ufa i mnie to rozbraja. Ostatecznie nie mam w życiu szczęścia do mężczyzn, ale mam do kocurów, co mnie zupełnie satysfakcjonuje. Czuję się kochana jakże małym kosztem- za puszeczki i ciepłą budę. Zawsze wierny, czeka przy drzwiach, miauczy z radości na mój widok… polecam, a ile problemów mniej!

Li

PS. Nie wytrzymałam nerwowo i zabrałam go na dwie noce. Szaleje w łazience, ale przynajmniej jest mu ciepło.


Mam marzenie,

1 lutego, 2026

by zmniejszył się mój stan posiadania rzeczy. Gusia rzuciła mi wyzwanie pozbycia się tysiąca rzeczy w ciągu roku, liczymy wszystko i poza kosmetykami i ciuchami (w mocno ograniczonym zakresie) nie kupujemy niczego innego. Żadnych nowych kubeczków, świeczników, rzeczy zbędnie niezbędnych i innych, kupowanych często kompulsywnie. Szczęśliwie sklepy typu „Action” omijam szerokim łukiem, znam swoją słabą naturę, coś bez czego mogłam obyć się całe życie, może nagle stać się przedmiotem pożądania. Nie umiem nie kupować książek, ale potraktuję te zakupy jako mój wkład w narodową kulturę i nie bedę liczyć ani książek, ani CD- ciągle jeszcze mimo, że mam Spotify’a kupuję CD. Lubię, ale muszę to przemyśleć, czy aby na pewno muszę.

W obszernym smutnym dziale mojej pamięci ciągle żywa jest likwidacja ogromnego domu mojej Mamy, jej rzeczy lądujące w kontenerze, była z nich taka dumna, a mój brat wziął na siebie ciężar pozbycia się ich bez wahania, nie chciałam na to patrzeć, zabrałam jedynie srebrne sztućce od Frageta jeszcze po mojej prababci, jeden porcelanowy serwis obiadowy, bo jest śliczny, kilka obrazów i filiżanki które Mama kupiła sobie za swoje pierwsze wynagrodzenie. Jest mi tak żal, dławi mnie smutny wyrzut sumienia, że coś co było dla niej takie ważne, jej dzieci wyrzuciły na śmietnik. Część rzeczy ma odroczony wyrok, bo stoi w mieszkaniu, w którym Mama ciągle mieszka ciałem, choć duchem już dawno nieobecna, ludzki skurczony kadłubek, bez świadomości i pamięci, świat reha-łóżka, karmienia strzykawką i tej cholernej choroby Alzheimera.

Moja A. , która kupiła dom na sąsiedniej ulicy i jest głosem rozsądku w naszej przyjaźni przestrzega mnie przed mną samą: „Monia, tylko nie rozpędzaj się z tym remontem”. Tak, to będzie trudne, wstrzymać konie i realizować plan budżetowy, cholernie trudne. Dlatego muszę mieć w pamięci „marność nad marnościami” i że „gdy zamkną za mną drzwi, pójdę boso, nie zabiorę nic”.

Moja B. która ma w Kalabrii dom od dwóch lat, mówi o satysfakcji remontowania po kawałeczku.

Ale ja ciągle się uczę, uczę się, uczę. I może nareszcie nauczę się cierpliwości.

Li