Ale mam dysonans

pomiędzy przekonaniem(siebie), a rzeczywistością.

Bo nie chcąc ulegać świątecznym szaleństwom nie tknęłam okien, są brudne po zimie, a krakowska zima potrafi brudzić okna, kto wie, ten wie. I dziś, gdy pierwsze od wielu miesięcy promienie słońca zaświeciły mi w szyby, to byłam zła. Zła! Na siebie zła! Drażni mnie ten brud. Czuję, że oszukałam wiosnę. Kupiłam w sobotę trzy wielkie bukiety tulipanów, postawiłam na parapetach i zbrukałam je brudnymi szybami. Poczułam, że porządek nie jest świąteczny. A jednak! A jednak mam to w genach, wdrukowane, wbite przez lata, że na święta dom musi być wysprzątany, z umytymi oknami, z wypranymi zasłonami, nie ma co się oszukiwać. Zresztą daleko szukać… Gusia miała upiec jedno ciasto, zrobiła niestety przepyszne cztery. Bo są święta. Świątecznie więc zjadłam tyle cukru, że moje wszelkie postanowienia z rozpaczy rzuciły się z trzustki w otchłań trzewi, jestem śpiąca i do niczego. Dobrze, że jutro jest jeszcze jeden wolny dzień, postaram się go już nie zmarnować. A teraz korzystając z ciemności, zabieram się za mycie okien w salonie, zabierze mi to jakieś piętnaście minut, ale da jutro gwarancję zadowolenia z samej siebie. To tyle w temacie lekceważenia konwenansów, nie ulegania świątecznej histerii i celebrowania życia w jego duchowych rejestrach.

Ale świąteczny stół był. Najpierw były puzzle, a potem śniadanie. Jak są w domu dwie wegetarianki, to śniadanie jest głównie warzywne. A na pierwszym planie pascha Gusi, przepyszna, niestety!

A jak u Was? Błogo? Miło? Spokojnie?

Li

Dodaj komentarz