To był

impuls, by ratować swoje życie. Zadziałał instynkt przetrwania. Moje ciało było już tak bardzo zmęczone tempem życia, przebodźcowaniem, zalewem informacji, koniecznością bycia w wiecznej gotowości… Szybujący ponad normę kortyzol, dramatycznie mizerna dopamina, ciągły stres… ile można, no ile? Czułam, że moje żródła życiowej energii wcale nie są odnawialne. Wysychają jak woda w Dunaju. Pragnęłam spokoju i ukojenia po kawale naprawdę ciężkiego życia, bo pisząc lekko o ciężkich sprawach wcale nie odejmowałam im rzeczywistego ciężaru. Krew, pot i łzy, ale za to teraz dodałam sobie mnóstwo koloru. Życie jest takie jedno, warto walczyć o jak najmniejsze zmiany, nie trwać w bólu i szarości, bo czas nieubłaganie, miarowo kroczy naprzód. Chcę mieć cudownie beztroską drugą połowę życia, chcę się cieszyć z byle czego, być zdrową i sprawną, nie dbać o bilet i ściskając w ręku kamień zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

Cieszę się najbardziej z tego, że moje córki ciągle chcą być blisko mnie, że razem przeżywamy nasze życia, wspieramy się i akceptujemy. To daje niesamowitą siłę i dodaje odwagi do życiowych szaleństw. I że ciągle jestem dla nich drzewem pod cieniem którego mogą się schować, którego szumu chcą słuchać i którego gałęzie mogą pozbierać, by rozpalić ogień.

Włoski domek pewnie będzie stał, jak mnie już nie będzie. Ale będę tam przecież w każdej rzeczy, nasycę go dla nich szczęściem i radością na lata, taki mam plan.

Li

One Response to To był

Dodaj komentarz