Przypominajka z rozczarowaniem w tle.

24 października, 2012

Nie klikacie na Precla i wyprzedził nas Dzielny Franek

Porażka! (Miejmy nadzieję, że chwilowa).

Mam tu codziennie pięć tysięcy wejść.
I nawet zakładając, że co drugie wejście to wrogi mi element,
to i tak zostaje dwa i pół tysiąca osób,
które mogłyby zrobić tak: klik, klik.
Możliwe jednak, że optymistycznie mylę się
co do proporcji życzliwych do nieżyczliwych;-)
A gdzie duch współzawodnictwa?
Nie mówiąc o sprawianiu przyjemności i takich tam innych…

Tylko klik, klik!
Li.


Wtorek-potworek.

24 października, 2012

Duet gwałtownej zmiany pogody i deszczu  jeszcze nigdy  nie zawiódł swoim wpływem na moje samopoczucie.
Narastający ból głowy pozbawił mnie jakiejkolwiek aktywności życiowej
i wsadził do łóżka.
Niewiele pamiętam, bo ciśnienie 205/115 skutecznie pozbawia chęci do życia.
Muszę chyba znowu zmienić leki,
albo lepiej o nich pamiętać,
bo to głównie niepamięć jest przyczyną moich okresowych problemów.
Tak, tak- przypominajka w komórce, kartka na lodówce,
tatuaż na nadgarstku- wszystkie te pomysły są świetne,
ale co z tego, jak ja i tak nie chcę pamiętać, nie cierpię być
chora, nie znoszę leków, nie chcę, nie chcę!
Całkiem spokojnie wypijam więc zieloną herbatę z miodem
i cytryną, wybaczcie, ale dziś nie odpiszę na maile,
nie mam siły ani ochoty, skupię się na przetrwaniu zawodowego dnia,
boli mnie cały środek.
Pomyślę o nich jutro.
Jest piąta rano, sen już nie przyjdzie.
I znowu czuję skradający się ból głowy, a kysz!
Li.


Koniec babiego lata, koniec.

23 października, 2012

Młodsza zadzwoniła do mnie, gdy rozmawiałam przez drugi telefon.
Powiedziałam jej: Kochanie, mam inną rozmowę, oddzwonię do Ciebie.
Odpowiedziała mi- Ale ja jestem ważniejsza!
O rety, ale mnie zagięła, przecież jest ważniejsza, najważniejsza,
jak mogłam o tym zapomnieć!

Dziękuję za prezenty, muszę Wam napisać, że już ich wystarczy.
Sytuacja jest jaka jest,
a z powodu zaufania jakim mnie obdarzacie,
sama muszę mieć pewność,
że Joanna nad tym panuje.
Tym samym kończę odpisywanie na maile w wiadomej sprawie,
ale zawsze mogę odpisać w niewiadomej…
lubię dostawać maile, mile łechcą moją miłość własną,
bo komuś chciało się poświęcić czas na napisanie do mnie.
Czas, czas, czas, egoistycznie cieszę się że ciągle go przed sobą mam.
Liczę, że będę go mieć przynajmniej w najbliższej przyszłości,
to zaledwie marne 40 lat.
I nie może być inaczej.
Li.


Nie lubię kolejnego poniedziałku.

22 października, 2012

Noc mnie znowu poszarpała- najpierw sen nie przychodził,
potem koty postanowiły pobiegać za sobą,
fundując mi przebieżki przez moje śpiące ciało,
a potem męczyli mnie starzy znajomi- strachy na lachy, snubrakowacze, czarnowidzacze i wiarybraki.
Jestem więc zmęczonaaaaa, śpiącaaaaa i złaaaaaaa.
Nie lubię poniedziałków, zwłaszcza takich zamglonych,
mgła jest złowieszcza i przygnębiająca.
Jak by tu dobrze zacząć dzień?
Kawa latte w różowym kubku, mam dwie godziny czasu do koniecznego wyjścia, więc klik klik w Preclowy banerek
i wyjdę z psem.
Niech choć pies się cieszy. Koty chwilowo są w niełasce.
Li.

PS. Czy pisałam, że wczoraj popełniłam wielkie głupstwo,
którego wcale nie żałuję i pozwoliłam Starszej prowadzić auto spod Krakowa do centrum miasta?
I że świetnie jej szło?
I że jestem spokojna o jej egzamin, bo nawet jak nie zda,
to nie dlatego, że nie potrafi jeździć?
I że maniakalnie przestrzega przepisów, stwarzając tym samym zagrożenie na drodze? (tu jest 50 km/h i nie pojadę szybciej, matko!).
No! Mam nadzieję, że niedługo zacznie realizować swoje obietnice i odciąży mnie od zakupów i przywożenia jej z imprez.
Bo robi prawo jazdy, żeby to mnie było lżej. Oczywiiiiiście.


Smutno, smutno mi.

21 października, 2012

Mój ukochany brat mówi, że jestem głupia.
Przejawem mojej głupoty jest angażowanie się w zajęcia nie przynoszące mi dochodu i z reguły niosące za sobą przykrość. Jestem głupia, bo komuś bezinteresownie pomagam, jestem głupia, bo namawiam do pomocy, jestem głupia, bo wierzę ludziom i w ludzi.
Pewnie ma rację, jestem głupia, głupia, głupia,
zamiast czytać książkę, siedzę przed kompem i odpisuję na maile.
Jestem głupia, bo proszę o pomoc nie dla siebie i nie dla moich dzieci.
Jestem głupia, bo wydaje mi się, że kilkanaście złotych wydane pojedynczo, to bardzo mała kwota, na którą każdego stać.
Jestem głupia, bo proszę o klikanie i głosowanie na bloga, który wart jest najwyższych nagród.
Jestem głupia, bo ciągle mi się wydaje, że jak kogoś coś nic nie kosztuje, to może wykonać drobny gest,
taki malutki drobny gest, klik, klik.
Dla dania rodzicom chorego dziecka trochę radości.
Jestem głupia i naiwna i pewnie się nie zmienię, tylko jeszcze bardziej zamknę się w sobie i w domu, bo czego jak czego, ale ludzi zaczynam mieć zwyczajnie dość.
Tak, doszłam do pewnej granicy tolerancji dla egoizmu, zawiści i tej cholernej ludzkiej małostkowości.
Nie mam już siły ani ochoty kopać się z koniem, prosić, przekonywać, że warto, dawać odpór nieżyczliwym, acz licznym moim osobistym wrogom, bo czego jak czego, ale jednej rzeczy w internecie dorobiłam się na pewno- całej armii wiernych wrogów.
Nie rozumiem ich aktywności i śledzenia moich poczynań- ja nie wchodzę, tam gdzie nie mam przyjemności czytania, a oni męczą się każdego dnia, onanizują przy moich literkach, rozbierają je na czynniki pierwsze, gwałcą swoją niewrażliwość, a przede wszystkim uważają za stosowne od czasu do czasu upuścić jadu i napisać do mnie.
Pytacie co ja z tego mam, że komuś pomagam? Ile z tego mam?
A to mam- te słowa mam, ohydne, raniące słowa od słodkich mamusiek, pobożnych paniuś, grzecznych córeczek, przykładnych żon, od nich- realnych blondynek, szatynek, rudych, brunetek, fioletowych- od nich mam cały wachlarz zdań, od tatuśków, (nie)wiernych mężów, łysych, łysiejących, z brzuchem lub bez, z zębami, bez zębów, takich co to przecież przyzwoici są, ale w necie wychodzi ich prawdziwa natura.
Tak, internet jest lustrem, pokazuje jak schowani za pozorną anonimowością realni „porządni parafianie” w necie plują i gryzą, wylewając swoje realne frustracje i strach.
Tak, strach, boicie się być dobrzy, boicie się pomagać, bo może to uszczuplić Was, odebrać coś Wam, nie myślicie o tym, że to Wy możecie być następni, że pewnego dnia będziecie w takiej matni, że zaczniecie szukać pomocy u ludzi sobie nieznanych licząc na ich dobro, wrażliwość i empatię.

Nie generalizuję, mam wokół siebie tak wielu z Was takich jak ja. I tylko to trzyma mnie jeszcze w tym miejscu, tylko to.
Jest mi cholernie smutno, życie ostatnio wcale nie jest znośne, wokół zaciska się pierścień nieszczęść, trudno to wytrzymać, zwłaszcza w samotności.
Nikt nie powinien być samotną wyspą, nikt!
Jest mi cholernie smutno, cholernie.
Otworzyłam sobie wino, pierwszy raz od wielu miesięcy i chyba je wypiję z intencją, by ludzie byli lepsi.
Choć trochę lepsi.
Li.


Słowo na niedzielę.

21 października, 2012

Wstałam o szóstej rano, co miało być przeciwwagą dla soboty,
którą prawie całą poświęciłam na sen.
Starzeję się- kiedyś szkoda mi było czasu na sen,
teraz szkoda mi snu.
Śpię więc kiedy tylko mogę, we śnie ładuję nadwątlone akumulatory
i przeżywam w nim przygody będące echem rzeczywistości,
choć wczorajszy sen zmęczył mnie okrutnie-
śniło mi się, że ze ścian poodpadały  płytki w moich łazienkach.
Czy to oznacza, że moje życie obraca się w gruzy?
A co na to Lec?
Śniła mi się we śnie rzeczywistość. Z jaką ulgą się obudziłem.


Chustka napisała, że próbują porozumieć się z ojcem Jasia.
To bardzo dobrze,
lepsza najgorsza ugoda niż najlepszy proces,
wiadomo, że najtrudniej wznieść się ponad własną niechęć
i uprzedzenia dla dobra sprawy.
A co na to Lec?
Dzieci rodzą rodziców.

Zabieram się do pracy.
Muszę też zbierać siły,
po południu czeka mnie mrożące krew w żyłach przeżycie-
Starsza ma niedługo egzamin na prawo jazdy,
jadę z nią w ustronne miejsce, by ćwiczyć.
Losie, miej mnie i moje auto w swej opiece,
a przede wszystkim daj mi dużo cierpliwości.
Choć prawdę powiedziawszy, po ostatnich ćwiczeniach
z przyjemnością stwierdzam, że do jazdy ma talent.
Po mamusi, oczywiście :)
Li.

PS.  Ale pomagamy dalej.
W tej kwestii akurat niestety nic się nie zmienia.


W odpowiedzi na maile.

20 października, 2012

Zadajecie mi w mailach pytania dotyczące Chustki, ale ja nie będę na nie odpowiadać.
To są Jej sprawy i Jej prywatność, pisze tyle ile chce napisać, a każdy przeczyta tyle, ile potrafi przeczytać.

I nie, nie ma żadnego sposobu na to, by Jaś po Jej śmierci został w domu z ojczymem, czy z Babcią B.
Nie ma żadnego na to sposobu, bo gdyby taki sposób był, to by tak nie było, jak będzie.
Ale takie jest prawo, dura lex, sed lex.
My możemy pomóc Jasiowi na przyszłość, więc jeżeli macie jeszcze moje maile z akcji prezentowej, to pomagajcie.
Za 10 lat skończy lat osiemnaście i będzie mógł sam podjąć decyzję, z kim chce mieszkać. Matki z nim nie będzie, ale zostawi mu zabezpieczenie na przyszłość.
No co to? Ruszamy z prezentami dla Jasia? Szybko?
Nie mamy za wiele czasu.
Li.


Dobry wieczór:)

19 października, 2012

Wróciłam ciemną nocą i nie zdążyłam do kosmetyczki.
Ale załatwiłam interes, odwiedziłam Ilonkę, powiedziałam: „musisz mnie lepiej pilnować, bo coś nie ten tego” i jak zawsze popłakałam sobie widząc na nagrobku  jej zdjęcie- szczęśliwej, pięknej kobiety w dniu ślubu.
Zmęczenie ciągnie mnie do łóżka, jednak obowiązek matczyny każe mi czuwać
i czekać na telefon Starszej- imprezuje w Kryspinowie, obiecałam, że ją stamtąd odbiorę,  gdy zapragnie wrócić do domu.
Ziewam więc rozdzierająco i patrząc pożądliwie w stronę łóżka trwam na posterunku na kanapie.
Na szczęście w tv jest „Indiana Jones”, Harrison Ford z tamtego okresu podnosi ciśnienie i zdecydowanie odgania sen;-)
Och, och.
Li.
PS. Jestem straszliwie rozczarowana konkursową statystyką, więc wprowadzam zasadę- kto nie głosuje, ma zakaz czytania,
bo goni nas Dzielny Franek ;-)
Na wszelki wypadek jeszcze raz przypominam: klika się codziennie, o tu,
w baner na końcu Gosinego posta, do 15-go grudnia, to przecież nic nie kosztuje poza podarowaniem odrobiny radości.


Przy kawie, przed podróżą.

19 października, 2012

Jadę zaraz do Bielska, Bielska-Białej.
Wracając z powrotem, wpadnę w Pszczynie do Ilonki i nareszcie poczuję spokój, bo sumienie gryzie mnie prosto w serce, a może to nie sumienie, tylko Ilona wierci się z tęsknoty.
Słońce za oknem zachęca do zmobilizowania wszystkich funkcji życiowych, z chęcią do życia włącznie.
Czas witać dzień powstaniem (Lec) i myśleć o wieczorze- bo dla poprawy kiepskiego samopoczucia sięgnęłam po sposób niezawodny-umówiłam się na wieczór z kosmetyczką, jej ręce pełne odżywczego serum, masujące moją twarz, szyję i dekolt zawsze czynią psychologiczne cuda.
Tak, zdecydowanie trzeba dać odpór złym wciórnościom, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Musi być dobrze, bo nie może być inaczej,
czary-mary,
hokus-pokus.
Li.
Pamiętajcie o głosowaniu, ważne by to robić CODZIENNIE!
Na razie dzięki Wam, blog Gosi prowadzi. Zasłużenie prowadzi!


Notka wpadkowa.

18 października, 2012

Mam widok na piękny zachód słońca:

Jak sobie napiszę na blogu, że jest mi źle, a wokół panuje beznadzieja połączona z brakiem perspektyw, to od razu nastrój mam jeszcze gorszy.
Wynika to zapewne z mojego nabożnego stosunku do słowa pisanego-jest napisane? To widocznie tak jest.
Zadręczam się, i to pomimo dawno już nabytego przekonania, że nikt mnie nie dręczy tak skutecznie, jak ja siebie samą.
A co na to Lec?
Gdy człowiek bije się z własnymi myślami, trudno mu pozostać bezstronnym.
Robię więc plan i w punkcie pierwszym zapisuję (i wierząc w to co piszę), że nie będę więcej martwić się sprawami, na które nie mam wpływu.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.

Jestem już w domu, zrobiłam sobie kawę w ulubionym kubku, jakoś z niego lepiej mi smakuje.
Rozłożyłam dokumenty, patrzę w nie bez specjalnego zapału, ale i bez niechęci, przede mną zwyczajne popołudnie, nihil novi, praca w domu i dla domu- chodząca zmywarka, wirująca pralka, pyrkocząca zupa i przyjemność z bycia z moimi zwierzakami. Bobcio leży mi prawie na klawiaturze, oczy mu się zamykają, ale walczy ze sobą obserwując ruch moich palców. Szaruś rozwalony z drugiej strony bezwstydnie pokazuje biały, tłusty brzuchol, mruczy i wygląda na kota niezmiernie z siebie zadowolonego, Sasza siedzi vis-a-vis i myje sobie futerko, Masza leży na drukarce.
Wyjątkowa zgoda, nikt się z nikim nie tłucze, nikt niczego ode mnie nie chce, cisza, spokój, sącząca się muzyka i pies śpiący na kanapie. Nie ma mnie dla świata, wyciszyłam telefon i zabieram się do roboty.
Lubię pracować w domu, pewnie dlatego, że lubię w nim być.
A co na to Lec?
Między jednym, a drugim niebytem trzeba samemu starać się o swoje utrzymanie.
A co tam u Was?
Walczycie?
Li.


Wyszarpuję siebie z poczucia beznadziei.

18 października, 2012

Czwartek rozluźnił mi tydzień, mogę nareszcie pomyśleć o sobie. Szybko odrobię pracę konieczną, tę niekonieczną ułożę w zgrabny stos, zajmę się nim wtedy,  gdy zacznie płonąć z pilności.
Zdolność do samoratowania mam we krwi, bo jak ja siebie nie uratuję, to kto?
Słucham więc instynktu i mam czas na pogapienie się przez okno,
kubek z latte i muzykę.
Na moim pierwszym blogu znalazłam tekst z lutego 2009-go roku,  jest on potwierdzeniem teorii o powtarzalności faz życiowych, teraz mam tę samą fazę co trzy i pół roku temu, walka, walka i jeszcze raz walka, jakoś daję sobie radę gdy walczę ze światem, gorzej jest, gdy walczę sama ze sobą.

„Ostatnie tygodnie wyprały mnie ze wszystkiego poza działaniem instynktownym. Nie mam marzeń, nie mam ciepłych myśli, nie mam oczekiwań, chcę tylko znowu poczuć się bezpiecznie, bez tych wszystkich ciosów i kuksańców, co to podobno nazywają się szarą codziennością i prozą życia.
Są takie dni, że ich nie ma, są tylko porażką dla pamięci, bo nie różniące się niczym od siebie, nie zapadają w nią, nie zostawiają żadnego śladu, przechodzą, zabierają czas życia, ale nic w zamian nie zostawiają. Czas za siebie płaci różną walutą, ale to dobre wspomnienia mają najwyższy kurs. Dni bez wspomnień są tylko wielką stratą, nigdy nie do odrobienia.
Teraz dziś, tak jak i wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, utrzymując się jedynie na powierzchni, próbuję spokojnie oddychać, by podtrzymać swoje funkcje życiowe. Mozolnie zbieram siły do siebie, muszą się przedzierać przez wielkie zmęczenie i poczucie, że coraz trudniej mi zdobywać góry. Ale ciągle jeszcze chce mi się coś robić, więc nie porzucam nadziei na zmianę tej beznadziei.
Nie może przecież być inaczej.
A co na to Lec?
Gdy wstydzisz się ulegać-zwyciężaj!

No to co Losie? Idziesz ze mną na nową wojnę?
Bo na nasze pokojowe współistnienie straciłam już nadzieję.”

Tak!
Cieszę się z dokumentowania sześciu ostatnich lat mojego życia prawie codziennymi wpisami.
Daje mi to poczucie siły i bardzo wzmacnia nadwątlone poczucie pewności siebie.
Bo jeżeli wtedy dałam sobie radę,  to dam i teraz.
Li.

PS. Pamiętamy o głosowaniu?
Wchodzimy na tego bloga i klikamy w baner konkursowy umieszczony przez Gosię na końcu każdego posta.


Porządkowa ta notka.

17 października, 2012

Mam niejasne wrażenie, że nie jest skuteczne kopiowanie linku do konkursu, w którym bierze udział blog „W stronę Precla”, bo coś za wolno rośnie tam liczba kliknięć, a przecież ja święcie wierzę, że klika w banerek każdy z Was :)
Następuje więc zmiana i powrót do pierwotnej koncepcji- najpierw trzeba wejść na bloga Gosi, a potem kliknąć w banerek z konkursem, jest na końcu każdego Jej posta.
Proszę, zróbcie to jeszcze dziś, od razu sprawdzi się czy rośniemy w siłę naszych kliknięć!

Zauważyłam dziś Jesień.
Oblepiła mi auto liśćmi i wygoniła koty z tarasu.
Z tej okazji poszłam do fryzjera, dawno nie miałam tak długich włosów. Postanowiłam mieć rude loki, bo właściwie dlaczego miałabym ich sobie nie zrobić?
Potrzebuję tylko znaleźć pięć wolnych godzin na odfarbowanie włosów, by je na nowo zafarbować.
Znudziło mi się bycie brunetką.
Wracam do rudych korzeni!
Li.


Jestem złą matką, muszę się zabić.

17 października, 2012

Było sobie dwóch braci i dominująca matka.
Starszy brat ożenił się z dziewczyną z tej samej wsi wybraną przez matkę.
Młodszy brat był kawalerem.
Starszy spłodził czwórkę dzieci i po sześciu latach małżeństwa zginął tragicznie podczas prac polowych.
Jego matka zmusiła młodą wdowę do poślubienia szwagra, pod groźbą wyrzucenia jej z dziećmi z domu.
Dom oczywiście był własnością matki.
Kobieta nie miała wyjścia, bo podobno nie miała dokąd pójść, wyszła za mąż za brata zmarłego męża, w ciągu pięciu lat urodziła mu czworo dzieci, płynnie przechodząc z jednej ciąży w drugą i podjęła cztery próby samobójcze, z których ostatnia była prawie udana- odciął ją ze sznura sześcioletni syn, ale zbyt długo pozbawiona powietrza została sparaliżowana, odkorowana i bóg jeden wie, co jeszcze.
Trafiła do Domu Pomocy Społecznej, bo nie miał kto zająć się nią w domu, straciła przydatność do spożycia dla męża i teściowej. Dziś ma 37 lat i jest niezdolna do samodzielnej egzystencji.
Dzieci zostały w domu do dnia, w którym najstarsza 14-letnia córka z pierwszego małżeństwa, pękła nareszcie i wyznała nauczycielce, że od lat jest molestowana przez ojczyma, razem ze swoim rodzeństwem, trzema młodszymi braćmi.
Ale „swoich” dzieci drań nie tykał, molestował czwórkę dzieci brata.
Dzieci trafiły do rodziny zastępczej, ojczym do aresztu,
a babcia zeznawała, że wiedziała o tym, ale ” chłop musi sobie ulżyć”.
Wiedziała o tym i matka dzieci, ale zastraszona, gwałcona i zupełnie pogubiona wybierała najprostsze rozwiązanie problemu- własną śmierć.
Minęło kilka lat, najstarsza córka jest już pełnoletnia. Rzadko odwiedza w DPS-ie na wpół sparaliżowaną matkę (rehabilitacja dała częściowe efekty), ma do niej tyle żalu, że wystarczy go na całe pokolenia.
Doskonale się uczy, ma stypendium z gminy, chce studiować, wyjechać
z kraju, zabrać ze sobą rodzeństwo i zapomnieć o „złym dotyku”.
Straszna jest tragedia tych dzieci, matka kochała je jak umiała, miłością zupełnie nieudolną, już wiem, że sama była molestowana przez kuzyna ojca, dopiero zamążpójście w wieku 18 lat skończyło tamtą historię, ale zaczęło gwałty małżeńskie. Potem broniła dzieci przed ojczymem, podstawiając siebie i płodząc kolejne nieszczęśliwe dzieci.
Takie historie łamią mi serce, bo dla mnie macierzyństwo jest dawaniem silnej, najpiękniejszej i bezwarunkowej miłości.
Mogę się wściekać na dzieci, wkurzać, ponosić porażki wychowawcze, ale są dla mnie najważniejsze w życiu, zawsze będę stać na straży ich szczęśliwego życia, przynajmniej póki są ze mną, zawsze będę gotowa do pomocy, nigdy nie pozwolę, by były krzywdzone.
Nie potrafię wyobrazić sobie bierności tej matki, jej strachu, bezradności
i momentu, w którym sięga po sznur.
Ot, taka codzienna tragedia, ludzie ludziom gotują taki los.
Li.
PS. Głosujcie na Gosię, proszę. Codziennie tylko tyle: klik, klik. Podziwiam tę kobietę od lat.


Różnie podróżnie.

15 października, 2012

Stoczyłam się z łóżka o czwartej rano, Młodsza wyjeżdżała na „zieloną szkołę”.
O piątej rano na Dworcu PKP panował kompletny chaos. Trzy wagony zarezerwowane dla szkoły okazały się nie być zarezerwowane, pąsowy ze złości dyrektor szalał po peronie biegając tam i z powrotem, zaspane dzieci w ilości 250 sztuk stały smętnie ze swoimi walizkami, z których walizka mojej córki wyróżniała się ewidentnie- nie tylko kolorem jadowitego fioletu, ale przede wszystkim rozmiarem. Dałam jej wolną rękę w pakowaniu i ciężkie tego odczułam skutki. Bo Gusia przewidziała podobno wszystkie mogące się jej przydarzyć przypadki i na 12 dni zabrała 16 par skarpetek, sześć swetrów, pięć bluz (a jak się obleję?), bluzek, tunik i koszul nie zliczę, sześć par spodni (wiesz, że lubię mieć czyste), stos książek do czytania (a jak mi się skończą?), zapasy wafli ryżowych jak dla całej armii (wiesz, że nie jem mięsa, a na pewno będzie mięso), kosmetyki na rok, itd, itp, skutki znoszenia walizki z trzeciego piętra długo jeszcze będę odczuwać, ale tego jak ona wyniesie ją z pociągu nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie chciało mi się wszczynać porannej kłótni o każdą rzecz, trudno.
Na razie dostałam sms-a, że na pewno zapomniała tylko trzech ważnych rzeczy…
W każdym razie ciężko okupiłam swoją macierzyńską wolność, ziewam rozdzierająco, a zaraz muszę ruszyć w podróż do Łodzi, kawa, kawa, kawa i jakoś dojadę.
Jakoś.
Miłego dnia i klikajcie w Gosię, proszę:)
Li.


Dzielę się tajemnicą co biorę do ust.

14 października, 2012

Przeziębiłam się jak zwykle gdy neguję nadejście zimnej jesieni i mam ciągle bose nogi i za duży dekolt.
Na szczęście mam sprzymierzeńca nie do pokonania, poznaliśmy się już blisko i nawet doustnie, gdy wszedł we mnie w towarzystwie moich wrzeszczących z niechęci kubków smakowych, odważny z niego osobnik, nie cofnął się przed dalszym wnikaniem…, a i moje kubki złożyły broń wobec jego zdecydowanego działania.
Mój wspaniały wybawca- syrop z cebuli, miodu i cytryny-jest klasycznym przykładem kiepskiego początku z cudownym zakończeniem.

Do syropu niezbędnych jest kilka cebul, kilka sparzonych wrzątkiem i dobrze umytych cytryn, miód, ewentualnie w wersji soft-cukier, ale ja preferuję wersję hard- z miodem.
Działając w trosce o swoje szybko podupadające zdrowie, wszak periculum in mora, kroję cebulę na grube krążki, wyciskają mi się z oczu łzy, ale niech pierwszy rzuci cebulą, kto nie płakał przy jej krojeniu.
Dla odmiany cytrynę przed pokrojeniem na plastry trochę popieszczę, turlam ją po stole tam i z powrotem, mocno przyciskając dłonią, z rozkoszy wówczas robi się miększa i łatwiej oddaje swój sok.
Przygotowałam duży słój, układam w nim warstwami cebulę i cytrynę, pomiędzy te warstwy leję miód, to dla złamania mezaliansu warzywno-owocowego, miód łapczywie wchłonięty przez rozpulchnione plastry cytryny wprowadza w słoiku dolce vita, mami obietnicą dolce far niente, bo to towarzystwo zostawiam w stanie słodkiego nieróbstwa na nie mniej niż 12 godzin. Dla podgrzania atmosfery, wrzucam kilka plastrów świeżego imbiru, on rozgrzewa, och, jak on rozgrzewa, mhmmm… jak… mhmmm… najlepszy… termofor.
Każdą warstwę mocno dociskam dnem butelki po winie, pragnę, by cebula przylgnęła do cytryny pełnej miodu tak bardzo, by już nie było miejsca na nic innego, poza wydzielaniem magicznego soku, pełnego witaminy C, cynku i takich tam mikro- i makro-, które podejmą skuteczną walkę z zasiedlającymi mnie wirusami, bo tchórzliwe apteczne syropy dawno złożyły broń, a ja czułam się bardzo bezbronna i farmakologicznie opuszczona.
I zaprawdę powiadam Wam, medicus curat, natura sanat, ten syrop stawia na nogi, piję go łyżkami krzywiąc się niemiłosiernie, ale wszystko lepsze od bezproduktywnego leżenia w łóżku z gorącym, drżącym ciałem, bo to niewybaczalne marnotrawstwo drżenia!

Chcę wrócić cała do siebie, przez ostatnich kilka dni nie mogłam się w sobie dopasować, ciągle wystawał jakiś mnie kawałek, narażał się na przeciągi, kichał mi prosto w nos, kaszlał do ucha, skarżył się na bóle, marudził, zrzędził, chorował i nieszczęśliwiał, coraz bardziej nieszczęśliwiał… jak ja nie lubię być chora, muszę wtedy sama sobie robić herbatkę do łóżka, sama sobie poprawiać poduszkę, takie samodbanie jest męczące i absorbujące, bo gdy choruję jestem nieznośna.
Li.
PS. Pamiętamy o klikaniu w banerek na blogu Precla?

Trzeba klikać codziennie, raz dziennie, aż do 15-go grudnia!
Będę Wam przypominać, prosić, męczyć i jękolić. Gosia jest tego warta:)


Miło, miło mi.

13 października, 2012

Kleparz to miejsce magiczne, mówcie co chcecie.
Uwielbiam ten klimacik drobnych interesików i pokątnych handelków.
Rozstałam się z ulubionym kolegą, wracał do Warszawy, ale przedtem zaciągnęłam go na Kleparz, zwariował!
Ja też wróciłam z serami owczymi i z grzybami, a teraz leniwie rozwalona na kanapie pod oknem, na wyciągnięcie ręki mam nad sobą czyste, niebieskie niebo, rzadki to widok w Krakowie.
Cieszy mnie ta sobota, bardzo cieszy.
Wieczorem idę na wernisaż,
a potem zacznę pakowanie Guśki- wyjeżdża w poniedziałek na 12 dni na „zieloną szkołę”, nad Bałtyk do Sianożęt, znowu będę wolna od matczynych obowiązków, choć ciesząc się z tej wolności popełniam ciężki grzech przeciwko oddanemu macierzyństwu.
Ale za to tęsknić będę okrutnie.
Mam zamiar zrobić dziecku niespodziankę i zmienić jej pokój.
Wyrosła z róży, amarantów i fioletów, marzy o czarnej ścianie.
Znajdę jakiś kompromis między czernią, a moją wizją pokoju ukochanej córeczki, najważniejsze że nareszcie powieszę jej plakaty z Beatlesami, czy pisałam już, że Gusia zna prawie wszystkie ich piosenki na pamięć, przeczytała biografię i obudzona w nocy wyrecytuje dyskografię?

A na koniec-prośba.
U mnie w linkach jest Gosia- wejdźcie proszę na Jej bloga i kliknijcie w banerek w notce- trzeba zagłosować na ten niezwykły blog.
Gosię znam od lat, podziwiam ją za to w jaki sposób podchodzi do życia z ciężko chorym dzieckiem.
Proszę-klikajcie codziennie!
To nic nie kosztuje, a ile może dać radości!
Miłej soboty!
Co najmniej tak miłej jak moja!
Li.


W piątek był dobry początek.

13 października, 2012

Z największą niechęcią wstałam skoro świt, w okolicach godziny ósmej, gwałcąc święte prawo do sobotniego wylegiwania się do południa.
Wstałam, bo musiałam- umówiłam się na śniadanie z moim ulubionym kolegą, który akurat jest w Krakowie.
Ziewam rozpaczliwie, ale za to sobota będzie jakby dłuższa.
Piątek zakończył się zdarzeniem, które nie powinno się zdarzyć, gdyby nie wcześniejsze zdarzenie, które też nie powinno się zdarzyć, ale czasem niezrozumienie podzielone przez emocje i przez inne potrzebne, acz zaburzające ostrość widzenia sprawy powoduje, że człowiek płynie na łupinie przez wzburzone oceany i walczy nie wiadomo z czym, kim i o co. A wokół tylko rekiny.
Jaśniej rzecz ujmując- dostałam pewnego maila, odpisałam, odpisano mi, znowu odpisałam i poczułam w sercu radość i spokój, oczywiście się wzruszyłam (jak każda starsza pani jestem wyjątkowo wrażliwa;-), sprawa zakończona, bezsensowna kłótnia skończona, tylko dlaczego są jeszcze nicki, które w to ingerują, wątpią, podważają, nie odpuszczają, kwestionują, jątrzą… ech, tego nie zrozumiem.
Widocznie martwią się o swoją dietę- żywią się negatywnymi emocjami, wojenkami, pyskówkami i szeroko pojętym stanem międzyblogowej wojny.
A ja mam ich w dupie, mówiąc obrazowo i piszę tak: zawsze lubiłam zazie i podziwiam Ją za niezwykłe umiejętności. Postarałam się też zrozumieć, dlaczego zareagowała tak, a nie inaczej. Trudne to było, bo w obliczu nieszczęścia-jak to obrazowo napisała w mailu- ona oddaje się rozpaczy, a ja konkretnie działam.
Ale obie martwimy się o jedną i tę samą osobę.
Zazie mnie przeprosiła i ja Ją przeprosiłam.
Poczułam wielką ulgę i radość.
Z tego co mi napisała- Ona też.
I to jest naprawdę ciepłe i piękne.
Dlatego uprzejmie proszę o zaprzestanie roztrząsania kto, jak i dlaczego.
Obie jesteśmy rozumnymi istotami.
Li.


Jestem głodna.

11 października, 2012

Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania. Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja miksuję na gładką masę.
Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry, a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li


Notka bez sensu, za to a propos.

9 października, 2012

Wariat nie skoczył, bo wiatr był za silny.
Następnym razem wiatr nie powieje, wariat skoczy i nie przeżyje.
Zdumiewa mnie taki brak szacunku do życia.
Z drugiej strony nie mogę wykluczyć, że to nie brak szacunku, a pycha, buta i wiara w kosmiczny kombinezon koniecznie z logo sponsora, bo Red Bull doda Ci skrzydeł.
Życie jest takie jedno, ciągle o tym pamiętam, gdy tylko sobie przypomnę. Bo na co dzień zabijam się po kawałku i czuję bóle fantomowe po tych częściach mnie, których już we mnie nie ma.
Żyję nie tak jak chcę, robię nie to co chcę, im jestem starsza tym trudniej przeciwstawiać się samej sobie.
W marzeniach jest inaczej, mam spokój i widok na-wszystko-jedno- które-morze, bujany fotel na werandzie i głód pisania. Jestem oczywiście po moim fantastycznym debiucie i piszę kolejną wyczekiwaną przez świat powieść. Czekam na Nobla, a co najmniej Nike, jestem szczęśliwa i nareszcie nie muszę martwić się przyziemnymi sprawami, które ciągną mnie na dno, gdzie muł i wodorosty.
Dziś miałam kolejny trudny dzień.
Jakiś tam sukcesik był za mały, by dodać mi skrzydeł.
Ale cieszę się, że moja Starsza wróciła do domu.
Widok jej porannej, naburmuszonej miny-bezcenny!
Li.
PS. Dostałam koty z Barcelony. Od ukochanego brata:)
W sumie do końca nie wiadomo, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, ale są dwa:


Wina braku wina.

8 października, 2012

Kawa przeciska się przez ekspres, wypływając wąskim strumyczkiem z szerokim aromatem.
Telefon wyciszony i nareszcie może przestać dzwonić.
Poniedziałkowy stres popijam wodą z magnezem i w poczuciu pozornego, acz błogiego bezpieczeństwa domowych pieleszy, zaczynam wieczór.
Mam zamiar popracować, cisza będzie mi sprzyjać, a noc jest najpiękniejszą porą dnia.
Starsza wraca jutro, Młodsza mnie kocha (tak powiedziała dosłownie trzy minuty temu, więc pewnie jej jeszcze nie przeszło), koty zgromadzone przy misce zgodnie jedzą, a potem przyjdą pomruczeć.
Stukam w klawiaturę zapisując białą kartkę ekranu, gnana potrzebą pisania nie-wiadomo-po-co, ale przynajmniej daję sobie czas przed sięgnięciem po poważny temat końca pewnego małżeństwa, gdzie piękne „nie opuszczę Cię aż do śmierci” po latach zamieniło się w pospolite „żądanie rozwodu z wyłącznej winy”.
Nolens volens będę szukać tej winy, a przecież fajna Ona, fajny On,  napiłabym się z nimi wina i powiedziała: ludzie! gadajcie ze sobą!
Rozmawiajcie, przytulajcie, dotykajcie, muskajcie, czule patrzcie, sypiajcie, kochajcie, wstawajcie, wyjeżdżajcie, wychodźcie, spędzajcie i unikajcie internetu.
Bo rozwód czasem jest wyzwoleniem, ale z reguły jest poranieniem, zwłaszcza od środka, przez tych których zamyka się w sercu (prawie Lec).

Trzeba przeżyć, by o tym się przekonać.

Ech…  nie ma co się rozczulać, łyk kawy i zabieram się do roboty, bo wystarczy kilkadziesiąt okrągłych zdań z literackim zacięciem, by podsumować cudze małżeństwo.
Li.


Zakaz poddawania (się).

7 października, 2012

Trudno zachować dobry humor, gdy temperatura powietrza nagle zmienia front. Wiszące nisko chmury wtłaczają do głowy ciężkie myśli, szarość zabija kolor, a deszcz spłukuje chęć jakiejkolwiek aktywności.
Poddaję się zaokiennej ciemności i wyłożona na kanapie, zapalam wszystkie lampy, pewnie wzrośnie efekt cieplarniany, ale może opadnie efekt pchającej się we mnie chandry.
Skupiam się, by jej do siebie nie dopuścić, muszę otoczyć się cordon sanitaire kubka z kawą, ptasiego mleczka, stosu tygodników, ciepłych grzejników, telefonu do przyjaciela i odpytania Młodszej z biologii.
Byle nie dopuścić, byle nie dopuścić!
Nie pozwolę sobie na zły nastrój, to jest prawdziwy luksus,
a w obecnej sytuacji nie stać mnie na to, by nie działać, nie pracować, nie tryskać energią, nie mieć nowych pomysłów, absolutnie nie wolno mi popaść w najwygodniejszy stan przygnębienia, którym łatwo wytłumaczę sobie wszystkie niepowodzenia.
A kysz, a sio, wynocha ode mnie, ależ absolutnie, uśmiech-na- twarz-i- świat- jest- nasz!
Wstaję, puszczam wodę do wanny.
Ulubiona łazienka, pachnąca piana, ciepła woda, maseczka nawilżająca, kubek latte i książka- będę moczyć się tak długo, aż stanę się rasistką i utopię wszystkie beznadziejne myśli.
Bo co na to Lec?
Ra­siści! Nie do­puszczają czar­nych myśli.
:)
Li.


Sobota z pomyłką kinową w tle.

7 października, 2012

Spędziłam dziś pół dnia u moich przyjaciół w takich oto okolicznościach przyrody:

A wieczorem poszłam na „Paryż-Manhattan”, komedię podobno bardzo romantyczną. W tym akurat wydaniu romantyzm jest nudny jak flaki z olejem i zgadzam się z przeczytaną niestety dopiero teraz recenzją, iż dzieło to należy do kategorii filmów, o których zapomina się natychmiast po ich oglądnięciu.
Bo i czego w tym filmie nie było, łącznie z osobistym udziałem Woody Allena i brakiem jakiejkolwiek sensownej fabuły. Bezsensowna była.
Jest to film bardzo o niczym, więc jak nie macie nic lepszego do roboty, to można go zobaczyć. W każdym innym przypadku serdecznie odradzam.
A ta recenzja mówi o jakimś zupełnie innym filmie, albo ja jestem z Marsa. Nie można również wykluczyć możliwości, że wina niezrozumienia przesłania filmu  leży po mojej stronie-to może być zgorzknienie, starzenie, zniechęcenie…  mogę nie wiedzieć, nie pamiętać jaką siłę ma prawdziwa miłość, taka jak z filmów, zwłaszcza z komedii bardzo romantycznych.
Oczy mi się zamykają, łóżko mnie wabi, och jak wabi, idę, już idę!
Dobranoc!
Li.


Sezon na dynię, to i przepis ten sam:)

4 października, 2012

Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy,
że wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad przygotowanie jej aksamitnego smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą, z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nie najlepszym ze światów.

Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki.
W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy już podrumieniły się z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania przy realizacji zamierzeń kulinarnych, musi być stosowanie środków moralnie nagannych takich jak przemoc,nawet i nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów.
Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli.
Posoliłam świeże rany, starłam w nie odrobinę gałki muszkatołowej, popieprzyłam tak jak lubię i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru ten, kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły,
a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości.
By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu
i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
Li.


Zajrzałam do księgarni, a tu…

3 października, 2012

Mogę być pańcią w średnim wieku (tfu;-)), ale zawsze będę uwielbiać Jeżycjadę. Dziś sobie kupiłam!
McDusia, o córce Kreski.
Kto też kupił?
Kto uwielbia?
Kto zna na wyrywki?
:)
Li.


Rzuciłam słowa na pożarcie.

3 października, 2012

Przywróciłam na www.niedyskrety.blogspot.com wszystkie ukryte i ach, ach-jakże bulwersujące notki. Tutaj niestety nie umiem ich przenieść, bo pojedynczych przenieść się nie da.
Z drugiej strony- dobrze, że ich tu nie ma.
Odcinam się od tej całej durnej historii, bo i żenada ma swoje granice.
Dość mam interpretacji, nadinterpretacji, huczących plotek i taniej sensacji.
Cała ta międzyblogowa wojna jest o pietruszkę,
o kocie kłaki,
o sierść z ogona (mo)psa.
Takie jest moje zdanie, a ja zawsze mam rację :P
Li.


Dziecko obecnych czasów.

2 października, 2012

Starsza niepomna włoskich uroków, zadzwoniła do mnie pogrążona w złości i rozpaczy, bo oto zadzwonił do niej jeden z jej czterech klientów, z którym wiązała ją ustna umowa o pracę, przynosząca jej niewielki, acz regularny dochodzik.

Na waciki było.

Klient podziękował za współpracę i ładnie się pożegnał.
Skądinąd wiem, że ma problemy, jak chyba teraz każdy, ale Starsza rozpacza, bo: „To ona ma rzucać pracę, a nie ją mają wyrzucać”.
No i tych nie zarobionych pieniędzy jest jej żal, takie pieniądze liczy się łatwo, a żegna się z nimi z wielkim trudem.
Och, a ja będąc w gruncie rzeczy wyrodną matką, cieszę się z obrotu sprawy. Wywalono ją z pracy, której wykonywać nie musiała, a ciągle jeszcze nie musi zarabiać na utrzymanie i na rachunki, niech poczuje ten ból utraty,  złagodzony brakiem noża na gardle i banku dzwoniącego w sprawie niezapłaconego w terminie kredytu.
Życie to ciągła walka o przetrwanie i dobrze, że przekonuje się o tym, kiedy nie musi utrzymać rodziny i martwić się o rachunki.
Niech pamięta, że życie to czasem słońce czasem deszcz, najważniejsze by nigdy o tym nie zapominać, myśleć pozytywnie i z nadzieją na zmianę każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.
Szkoda tylko, że mnie teraz przy niej nie ma, przynajmniej mogłabym ją przytulić i pokpić sobie z jej przekonania o własnej, pracowniczej doskonałości. Śmiech łagodzi żal.
Ale może i dobrze- niech przegryzie się z tym sama.
Utrata klienta to jedno, ale urażona ambicja, to już zupełnie inna sprawa!

Tu trzeba walczyć z samym sobą. A to ciężki przeciwnik!
:)
Li.


Nic dziwnego-wtorek!

2 października, 2012

Wtorek-potworek nie zawiódł mnie już od ciemnego świtu (jaki ładny oksymoron).
Lista dowodów na jego winę rosła gwałtownie:
1. konieczność powstania o czwartej rano, po uprzednim położeniu się o pierwszej w nocy- Starsza dziś leci do Mediolanu, a zbiórka o 5.30.
2. paniczne, poranne pakowanie walizki, tak jakby nie dało się tego zrobić wczoraj.
3. ucieczka kota Maszkota przez otwarte na szerokość walizki drzwi i konieczność odłożenia poszukiwań na czas po odstawieniu dziecka-z bolesną świadomością,  że kot na gigancie zaczyna mieć zbyt dużą przewagę czasową.
4. przedzieranie się przez krzaczory i sterty liści zaniedbanego podwórka vis-a-vis.
5. błaganie kota, by raczył zejść z drzewa, przy jednoczesnym przekonywaniu psa, by zamknął pysk i przestał szczekać na kota na drzewie.
6. stan najwyższej irytacji po powrocie do domu.

Czas na plan samoratunkowy, trzeba jakoś uratować ten dzień.
Ech… całkiem spokojnie zrobię sobie drugą kawę, woda leci do wanny ciepłym strumieniem, pachnąca piana apetycznie rośnie, zanurzę się po czubek nosa i dam radę.
Dzień dobry:)
Li.


Każdy ma prawo głosu:)

1 października, 2012

Napiszcie, co chcecie zmienić, co jest nie tak, co dodać, czego ująć, jakie mają być kolory, jakie dodać linki, z czym macie problemy, pragnę  by każdy z Was czuł się tu dobrze.
Ja oczywiście nie mam pojęcia,  jak i co zmieniać, ale mam Krzysia- szefa tego całego interesu:)
Piszcie, uwagi rozpatrywane będą wnikliwie i załatwione w najbliższym możliwym terminie:)
Li.


Dzień dobry, cześć i czołem!

1 października, 2012

Rozglądam się po nowym miejscu, widzę że komentarze są na górze, potem zrobię swoje porządki, poukładam, poprzestawiam, powieszę obrazy i zamieszkam.
Może uda mi się nie wywalić nowego blogasia w kosmos.

Podoba mi się tu, zmiany zawsze działają na mnie twórczo i pobudzająco, zabieram się więc do pisania pisma „na już”,
a Wy całkiem spokojnie wypijcie tu pierwszą kawę.
Li.
PS. Nie mam pojęcia jak wyjustować tekst, muszę poczekać na Krzysia.
Co do komentarzy- w tym miejscu moderacji nie będzie.
Zasadą jest natomiast akceptacja każdego pierwszego komentarza od każdego   z Was- wpadają do spamu, muszę je stamtąd wyciągnąć i odhaczyć jako „nie spam”.

Potem z każdym następnym nie będzie już problemu, proszę więc o cierpliwość.
Gubię się jeszcze w tym panelu, ale nie z takimi rzeczami człowiek dał sobie radę.


Kto jeszcze nie przeczytał?

30 września, 2012
Uwielbiam Yoursa  od lat, ale za tę książkę pokochałam go miłością do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Musicie koniecznie ją przeczytać, koniecznie, to lektura obowiązkowa.
A kto już ją przeczytał? I co, i co? Napiszcie, proszę!
A na deser cytacik z książki:

„W internecie jest jak w „Państwie” Platona. Człowiek nie widzi prawdziwych rzeczy, ludzi, zjawisk, lecz złudzenia i cienie. U Platona ludzie siedzieli w jaskini i patrzyli na ścianę przed sobą. Za nimi palił się ogień. Między ogniem a nimi działa się rzeczywistość. Nie widzieli jej, bo byli do niej odwróceni plecami. Widzieli tylko cienie, które na ścianę rzucał płonący z tyłu ogień. Układali z nich swój złudny świat, nigdy nie poznając prawdziwego. Tak Platon przewidział istnienie świata wirtualnego, dziś w nim żyjemy jak jego ludzie w jaskini. Internet to współczesna jaskinia Platona. Tworzymy rzeczywistość ze swoich wyobrażeń. Budujemy światy, które nie powstają, wskrzeszamy ludzi, którzy nie istnieją. W świecie wirtualnym możemy być młodzi, piękni i bogaci. Nie mamy krzywych nóg ani cellulitu, próchnicy, kurzajek ani hemoroidów, zmarszczek, pryszczy na nosie, dziurawej skarpety, niewyprasowanej koszuli, nieświeżego oddechu. Nie wydzielamy brzydkich zapachów, lecz pięknie pachniemy. Możemy urosnąć o dziesięć centymetrów, schudnąć o dwadzieścia kilogramów. Możemy latać. A tam, po drugiej stronie klawiatury siedzą mieszkańcy jaskini Platona, którzy nam wierzą.”
Li.

Bardzo, bardzo długa grafomańska notka;-)

30 września, 2012
Przespałam 20 godzin.

Sponiewierana przez koszmarny ból głowy i ciśnienie odbierające mi jakąkolwiek chęć do życia (co oczywiście ściśle związane jest z notoryjnym  faktem, że ciągle wypieram z siebie obowiązek codziennego brania leków i biorę je w kratkę, ale koniec z tym, koniec!) przeleżałam wczoraj w łóżku,  ni to we śnie, ni to w czuwaniu-rzyganiu cały dzień. 
Ulgę przyniosła mi dopiero noc, bo zasnęłam bez pamięci i snów. 
Teraz jest ok, piję bezkofeinową (tfu!) kawę, leki już we mnie działają, ciśnienie prawie w normie, mogę zająć się odpoczywaniem w pigułce- bo straconych dni, nie odda mi nikt.
Szlag mnie trafia, że zawsze choruję w weekendy, gdy jestem rozluźniona i bez codziennej adrenaliny, ze mną to zawsze musi być coś nie tak, bo komu oprócz mnie nie służy dolce far niente?
Codzienny stres, obecne problemy, wiejący halny i  złe słowa plątające się po innych blogach na mój temat, to  toksyczna mieszanka, od wyziewów której padają nawet osty, a co dopiero ja.
Bo to nie jest tak, że dobre słowa zrównoważą złe- dobre otulają, łechtają, miło głaszczą, cieszą, nie zostawiają śladów na ciele i siedzą sobie ciepło w sercu, gotowe do wyfrunięcia dalej w świat, a złe wchodzą w najgłębsze pokłady wrażliwości, zapadają tak głęboko, że nie da się ich wydobyć, kłują, dokuczają, są jak powoli rozkładająca się trucizna, więc bolą, zwyczajnie bolą. 
Można zagłuszyć ten ból wytoczeniem bitwy, zebraniem sojuszników, wywaleniem jeszcze większych, zanurzonych w trutce słów, można stracić wszelkie hamulce, można dostarczyć uciechy gawiedzi, można podnieść sobie znacząco statystyki na blogu, bo nic tak nie przyciąga ludzi jak kolejna bitwa, można dowalać, kopać, wyśmiewać, upokarzać i ranić. Można? Można.
Nie zrobię tego jednak. 
Nie tylko dlatego, że prosiła mnie o to panistarsza-Kinga, kobieta, do której mam bardzo wiele szacunku i ogromnej sympatii. 
Nie zrobię tego, bo mam w sobie nadmiernie niestety rozwinięte poczucie sprawiedliwości i na podstawie subiektywnego, płytkiego przekonania, wywołanego przeczytanym zbiorem  słów nie feruję wyroków, choć dopuszczając do głosu najbardziej prymitywne instynkty mam ochotę zabić,
w  myśl zasady oko za oko, ząb za ząb. 
Wchodząc na wyższy poziom rozwoju wiem jednak, że same słowa to za mało, by na ich podstawie oskarżyć człowieka.
Bo trzeba ocenić, jaki cel miały słowa?
Jakie za nimi miały iść czyny?
Do czego miały zmobilizować?
Do czego porwać?
Jakie wzbudzić uczucia? 
W ludziach zanika podstawowa umiejętność- czytanie ze zrozumieniem.
Ślizgają się wzrokiem pod wierzchniej warstwie słów i wydaje im się, że złapali sens zdania.
A kuku! Tak jest może w komiksie z obrazkami.

Postanowiłam więc wybaczyć  tym, którzy mnie opluli.

Wynika to u nich jedynie z niezrozumienia, z pójścia za stadem, z chwilowej satysfakcji dokopania komuś, kogo się nie lubi- bo oczywiście kwestia lubienia czy nie lubienia została rozwiązana li i jedynie na podstawie słów napisanych na tym blogu.
Na tym kończę moją przydługą wypowiedź, dla niektórych zapewne grafomańską (tja.., bo o tym też była mowa, ale czyż nie wiadomo powszechnie, że moją idolką jest Mniszkówna?) skończyła mi się kawa, a coś czuję, że wzrasta poziom irytacji- dziś nie mogę do tego dopuścić!
In fine chciałam napisać tylko jedno- Ci, którzy mnie przeczytali ze zrozumieniem i wdrożyli moje słowa w czyn są cudowni, wspaniali, hojni, niezwykli, ciepli, empatyczni, wrażliwi,  kochani i to jest moim/naszym/Chustki  zwycięstwem! 
Li.

PS. Wprowadzam zakaz negatywnych komentarzy. I pyskówek. Będę kasować. 
Kochajmy się! :)


Jestem na nielegalu:)

27 września, 2012
Zgodnie z obietnicą daną samej sobie zaczynam odpoczywać.
Odpoczywanie jest bardzo proste, robi się nic, trzyma się nogi na kanapie w pozycji swobodnej, pod ręką ma się zawsze coś dobrego do zjedzenia i kubek pełen herbaty z imbirem, miodem i cytryną.

Odpoczywa się najlepiej w ciepłym kręgu lampy, w warunkach korzystnych, gdy dom jest wysprzątany, lodówka pełna, pranie powieszone, prasowanie zrobione, zmywarka załadowana, żarówki wkręcone,  dzieci nakarmione domowym obiadem, kuweta kusząca koty świeżym żwirkiem i śpiący, wyczerpany spacerem pies.
….
Niczego z powyższych czynności nie wykonałam, odpoczywam więc nielegalnie.
Ale z łamaniem zasad jest mi dobrze, a posprzątam, załaduję, powieszę, wymienię i wszystko inne- jutro.
Dziś chcę tylko mieć święty spokój, cieszyć się wieczorem w domu, nie włączać komórki, słuchać deszczu, bębniącego w dach, śmiać się przy szkolnych opowieściach Młodszej i być. 
Mocno być. Najmocniej jak się da. 
Być, żyć, oddychać, nie czuć bólu, dziękować losowi.
O innych sprawach pomyślę jutro. Jak Scarlett (nota bene-uwielbiam ją).
Li.
A to kot, którego dostałam dwa dni temu- prosto z targu staroci z Norwegii.
Piękny!


Oświadczenie.

27 września, 2012
Wczoraj udała mi się zawodowo wielka rzecz, ale maksymalnie na niej skupiona oklapłam wieczorem jak balonik z odpustu.  
Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy  flaczek. 
I tak się czuję i dziś. 
To chroniczne zmęczenie zabiera mi chęć do życia, co trochę napompuję się pozytywnymi stronami życia, to albo mam wbitą szpilkę i bezradnie sssssyczę uciekającym powietrzem, mając w dodatku odgórnie dany zakaz reakcji (a nie ma to jak międzyblogowa pyskówka uroczo podnosząca adrenalinkę) albo ponoszę wysiłek życiowy tak wielki, że nie mam siły na samopompowanie. 
Dziś już czwartek- nic- nie -wartek, dzień  wypełniony szczelnie w kalendarzu zajęciami,  na które nie mam najmniejszej ochoty. Próbuję wejść na właściwe tory od szóstej rano, po dwóch latte życie jest trochę bardziej znośne.
Byle do piątku- dam sobie samej zakaz pracy i zajmę się przyjemnościami- tarasem, snem,  przytulaniem dzieci, głaskaniem kotów i psa. 
Wczoraj dostałam maila od Joasi, wzruszył mnie, zacytuję tu tylko ostatnie dwa zdania:

„Dziekuje bardzo za cala Twoja troske, jestes wielka.
Wracam spac.
Wysłano z BlackBerry® smartphone w Play”

W związku z tym po raz kolejny oświadczam,  że wszystkie wbijane we mnie
szpilki,
histeryczne reakcje,
oskarżenia z wypływające z kompletnej  niewiedzy,
i ostre słowa,  świadczące li i jedynie o niezrozumieniu istoty sprawy
-mam w dupie (jakkolwiek to brzmi). 
 
Miłego dnia Wam życzę, wyłączam możliwość komentowania, bo nie napisałam niczego wartego skomentowania.
Całusy!
Li.
 

Przed północą w Krakowie.

25 września, 2012
Wyłączyłam telefon
i schowana w domowym kokonie
moszczę się na kanapie
z kubkiem pełnym ciepłej herbaty.
Mam przed sobą kilka godzin kojącego spokoju,
noc jest przecież najpiękniejszą porą dnia
i w dodatku zupełnie nie przeszkadza jej
zielona maseczka na mojej twarzy,
na widok której takie na przykład koty
omijają mnie szerokim łukiem. 
Trochę popracuję, popiszę
i ciepło o kimś pomyślę.
Li.


Notka kompletnie o niczym, a to o życiu właśnie.

25 września, 2012
Miało się zacząć babie lato, a jest jak zwykle. 
Deszcz masakruje umyte wczoraj okna, a koty snując się po kątach,  z tęsknotą patrzą na moknący taras.
Praca wre od rana-schowana za monitorem stukam w klawisze,  ingerując zawodowo w ludzkie problemy.
Dziś wtorek-potworek, to  śmieszne powiedzonko stygmatyzuje ten dzień tygodnia i nie dając mu szansy na lepszy wizerunek  mnie daje łatwe usprawiedliwienie byle jakiego nastroju i ogólnej niechęci.
Bo wtorek-potworek na pewno mnie nie zawiedzie i przyniesie ze sobą jakieś nowe problemy, czuję to podskórnie i na wszelki wypadek łykam podwójną dawkę magnezu.
(Byle do jutra-  jutro środa, co urody doda).
W listopadzie  we Wrocławiu będzie koncert Diany Krall.
Mam trzy  miejsca w aucie z Krakowa, może ktoś ma ochotę pojechać?
Dziś chcę kupić bilety!
Li.

Kto chce, to zrobi.

24 września, 2012
Założyć sobie konto na Google to naprawdę żadna sztuka. 
Jeżeli udało się to mnie, to znaczy że uda się każdemu. 
W związku z powyższym, poczynając od tej chwili- przyjemność komentowania i obcowania z kimś tak niezwykłym jak ja (przy czym poziom niezwykłości mierzony jest ilością wirtualnych wrogów, co oznacza, iż jest naprawdę wysoki, niczym Mount Everest, albo tak denny  jak Rów Mariański), będą mieć li i jedynie zalogowani  na Googlach.
I nie mówcie się się nie da! 
Da!
A propos życzliwych inaczej, co na to Lec?
Nie otchłań nas dzieli, lecz różnica poziomów.

Mam nadzieję, że zabrzmiało to wyjątkowo zarozumiale.
;-)
Li.

24 września, 2012
Są dni, gdy całkiem spokojnie pijąc trzecią kawę, zastanawiam się po co mi to czy tamto, ten czy ta, to czy owo i nie znajduję na te pytania odpowiedzi. 
Poświęcam bardzo dużo czasu na odpisywanie na maile. 
Dumam sobie- po co niektórzy je piszą, skoro i tak z góry wiadomo, że nie pomogą. 
Po co zabieracie mi minuty z mojego życia? 
Po co sobie zabieracie minuty na napisanie maila?
Oszukujecie mnie, siebie  i los.
Ja Wam to  z trudem mogę wybaczyć, sobie bardzo łatwo wybaczycie, ale czy los Wam wybaczy?
Apeluję więc do resztek sumienia tłukących się w niektórych (powtarzam: niektórych) z Was- nie piszcie, nie zawracajcie mi głowy, nie udawajcie, nie epatujcie fałszywym współczuciem, nie przejawiajcie zatroskania, nie pytajcie ile już jest, albo pomagacie bezwarunkowo, bo chcecie, albo pomóżcie najpierw sobie odzyskać honor.
Ja mam instynkt słowa rozwinięty do granic jasnowidztwa, wiem – po prostu wiem. 
Jest poniedziałek, a już jestem bardzo zmęczona.
Zwyczajnie- starzeję się, kawa mi  nie pomaga, 
problemy osobiste mnie gnębią, 
ale właśnie przyszedł do mnie Bobcio, położył się przy laptopie i mrucząc patrzy na mnie oczami pełnymi kociej miłości… mmmmrrrrrrrrrr-będzie dobrze-mmmrrrrrrrrr- będzie dobrze-mmmrrrmmmmm.
Ech, będzie, będzie- nie może przecież być inaczej. 
Li.
UPDATE:
Po lekturze komentarzy muszę jeszcze raz zapewnić:
1. mnie żadne potwierdzenia prezentowe  nie są potrzebne.
2. zarzut robienia dużo szumu w wiadomej sprawie jest kompletnie poroniony z punktu widzenia celu.
Im więcej szumu, tym lepiej!
Siedzenie i cichutkie chlipanie nie odnosi zdaje się skutku.


Pytanko mam?

23 września, 2012
Zastanawiam się (choć nie poświęcam temu zbyt wiele czasu),
ile jeszcze komentarzy będę musiała wywalić,
zanim
przestaną
pisać
do mnie
wszelkiej maści
rozliczacze, pytacze, pyskacze, pouczacze, dopytywacze, podejrzewacze,
ciekawacze, oceniacze, wyliczacze i pierdaczacze.
Czy nie szkoda  Wam życia na pisanie sążnistych komentarzy
Które ja
lekką ręką
(z lakierem w odcieniu niewinnie przelanej  tętniczej krwi)
wyrzucam
bo jestem
złaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa,
wrednaaaaaaaaaaaaaaaa,
i w dodatku prowincjonalnaaaaaaaaaaaa,
więc nic a nic nie znam się na dobrych manierach.
Li.


Zapowiada się piękna jesień.

23 września, 2012

Niedziela. 

Siedzę na tarasie z kubkiem zimnej kawy i  otulona pledem  szczękam zębami.
Zimno! Zimno mi!
Ale jak tu nie siedzieć, gdy wrzośce takie piękne? Za miesiąc zostaną puste donice i znowu będzie łatwe usprawiedliwienie jesiennej depresji.

Chcę dziś uporać się z dotychczas nie uporanym, zgrabiałymi palcami walę więc w laptopa i proszę każdego, kto nie dostał ode mnie odpowiedzi na maila o kontakt- chyba jednak moja skrzynka nie była taka gościnna i nie przyjęła w siebie wszystkich chętnych, jakkolwiek to brzmi.

Piszcie do mnie, piszcie! 
Dziś swój dzień poświęcam na prace hydrologiczne, trzeba pogłębić koryto strumienia prezentowego,
płynie zbyt wolno, zbyt płytko, zdecydowanie nieadekwatnie do sytuacji, a przecież wszyscy wiemy jak jest. 
(Poza tymi oczywiście, co nie wiedzą, ale i tak wiedzą. Lepiej.)
I dziękuję za prezenty, które spłynęły dotychczas.
Zimno, zimno mi, ale bardzo ciepło.
Li
mo67@poczta.fm
P.S Na maile o treści sensacyjno-ciekawskiej nie odpisuję. Bo tak.
I choć (ku chwale bloga) ilość wchodzących tu osób gwałtownie spadła, co oznacza wyłącznie to, że odszedł element aferyjno-plotkarski  i wysoce niepożądany, to i tak jest nas tyle, że powinna popłynąć prawdziwa Niagara! 

Są sprawki i SPRAWY.

21 września, 2012
I niech tak zostanie, nie mam siły na ten cyrk.

I na razie zajmuję się czymś bardziej pożytecznym, musimy działać dalej,
kto ma ochotę przyłączyć się do prezentu to zapraszam: mo67@poczta.fm
Tym bardziej, że to działa!

Zapowiada się fajny weekend.
Li.


Uwaga, uwaga, pociąg z Warszawy do Krakowa jedzie przez Radom.

20 września, 2012
Po trzeciej w nocy z głębokiego snu wyrwał mnie telefon. 
Pogodny głos mojej Starszej oznajmił mi, że wysiedli z pociągu i są na dworcu w Radomiu, bo się „nie dało wytrzymać, nie było czym oddychać, dzikie tłumy i brak możliwości wyegzekwowania wykupionych miejsc 
i mam się nie przejmować, bo i tak nic nie zmienię, ale koncert był świetny”.
Tja…, wiedziałam, że to wszystko coś za gładko szło i musiało skończyć się takim Radomiem. 
Nie, w sumie nie mam nic do Radomia, poza tym, że dlaczego akurat w Radomiu?
Resztę nocy miałam z głowy, a marzył mi się na rano jasny umysł.
Dzieci są już w „jakimś” pociągu do Krakowa, jadą, ale nie wiedzą, kiedy, jak, o której i generalnie mam się nie martwić, co w tym przypadku jest niemożliwe. Sama znalazłam, że będą przed godziną dziewiątą.
(Szkoda, że PKP nie bada rynku i nie podstawia po większych imprezach zwiększonych składów. Wystarczyłaby szybka analiza gwałtownego wzrostu zakupu biletów z takiego np Krakowa w danym dniu, połączenie tego z faktem koncertu w Warszawie i już wiadomo by było, że ludzie muszą też jakoś wrócić, a w nocy tych pociągów jest zdecydowanie mniej. Ale zapewne za wiele wymagam:)

Idę pod prysznic, na szczęście jest już jasno.
Boli mnie głowa, jestem kompletnie rozbita i wyglądam, jakbym całą noc nosiła kamienie  z Krakowa do Radomia i z powrotem.
I w dodatku nie mogę sama sobie udzielić  odpowiedzi na pytanie, czy mam je zabić w pakiecie razem z kolegą, czy pochwalić za podjęcie próby poprawy warunków podróżowania tym cholernym PKP?
Macierzyństwo to jednak wieczny brak odpowiedzi na pytania zadawane samej sobie.
:)
Li.

Zakupy.

18 września, 2012
Czy ktoś wie, co to jest albumina?
Ja nie wiedziałam.
Ale kosztowała 1500,00  złotych i były na nią pieniądze.
:)
Dziękuję.
Li.

Notka reklamowa z uwielbieniem w tle.

18 września, 2012
Yours-Piotr wydał książkę
(od razu zastrzegam, iż odmawiam odpowiedzi na pytanie, kiedy będzie moja książka. Jak się napisze!).
Od wczoraj można ją kupić, kupiłam i ja- wielbię jego sposób opisywania świata od lat, misterne balansowanie pomiędzy  wyidealizowanym światem pożądanego przez kobiety kochanka, a lekko zszarzałą codziennością (nie)dojrzałego mężczyzny.
Czasem gdy czytam Yoursa jest mi zwyczajnie smutno, bo lekceważąc przaśną codzienność tworzy złudę, której można pożądać tak bardzo, że nie zostaje miejsca na nic innego, a życie przemija.
Recenzje są świetne, ego Piotrusia szybuje w kosmosie, zupełnie zasłużenie, jak mi się wydaje, choć na razie swojego zdania, poza pełnym smaku i pożądania oczekiwania jeszcze nie mam (wybacz Yo, że nie rzuciłam wszystkiego i się na książkę).
Czego jestem pewna, to braku rozczarowania.
Weekend z Piotrem, mhmmmmm…. (nie mam złudzeń, że będę jedyna)
Miłego dnia dla Was!
Li.
PS. Wiadomość do Iwony B.- nie jestem w stanie wysłać do Ciebie maila zwrotnego, wraca!
Napisz do mnie jeszcze raz, proszę:) 

W dalszym ciągu nie lubię poniedziałków.

17 września, 2012
Pikający zegar w piekarniku postawił mnie na nogi o piątej rano, niechętnie wstałam, ciemność za oknami    jednoznacznie wskazuje na początek jesieni, a lato było takie piękne tego roku.
Przede mną tydzień wcale nie zachęcający, a już myśl o środzie z obowiązkową podróżą do Warszawy celem odbycia pokuty na koncercie Coldplay obiecanym córkom,  wrzuca mnie na największy poziom zniechęcenia, bo i nie ten czas, nie ta ochota. 
Muszę jechać autem, by szybko w nocy wrócić, w czwartek rano  mam w Krakowie sprawę nie do odwołania. 
Boże, spraw by mi się chciało, tak jak mi się nie chce.
W moim obecnym stanie ducha  myśl o oglądaniu Chrisa Martina z poziomu murawy Stadionu Narodowego wydaje mi się nieznośna, cóż jednak począć, się obiecało, bilety się kupiło, to się pojedzie i się wróci.
Bardzo dziękuję Wam za maile. Tak właśnie trzeba.
Li.
PS. Mam wrażenie, ze odpisałam na wszystkie maile. 
Gdyby okazało się, że ktoś z Was czeka na odpowiedź-piszcie! 
Może Wasz mail błąka się gdzieś po światłowodach, a ja tu czekam:) 

Słowo na niedzielę.

16 września, 2012
Wdrukowany w niedzielę spokój pozwolił mi na leżakowanie do popołudnia.
Nic nie musząc,  mogę robić nic i szukać w tym ukojenia.
Wokół wiele słów, niektóre miodem, niektóre kamieniem, tak jak w życiu- czasem słońce, czasem deszcz.
Nic to, trzeba witać dzień powstaniem (Lec) i zabierać się do roboty.
Co niedzielę grzeszę sprzątając, nic na to nie poradzę, że uwielbiam niedzielne porządki.
Zmywarka szumi, pralka wiruje, odkurzacz w pogotowiu, a Wam miłego popołudnia.
:)
Li.


Po północy w Krakowie.

15 września, 2012
Znowu maile nazbierały się jak grzyby do koszyka po ciepłym deszczu. Jutro, jutro! 
Teraz wyciszam się przed snem, pełna niewesołych myśli, ale przecież życie toczy się dalej.
Moje życie, Wasze życie.
Pamiętam czas sprzed trzech lat po odejściu Ilonki, pierwszy raz tak blisko przeszła obok mnie śmierć, wydawało mi się, że wszystko się zmieni, a nic się nie zmieniło, tylko Jej już nie było.
Zostają pamiątki, a  bolesna pamięć z codziennej przechodzi w tygodniową, potem w okazjonalną, aż  staje się skamieniałym wspomnieniem, którego już nie można zmienić i przynosi mu się kwiaty na cmentarz. 
Dziwne, bo myślałam że  po śmierci Taty  na pewno już zmieni mi się życie, a to tylko Jego nie ma.
Staram się nie żyć przeszłością, nie mam już na nią wpływu,  nic mi nie da rozpamiętywanie skończonych zdarzeń i dat, powroty do przeszłości są  ciężkie, chociaż  nie niosą ze sobą żadnej nadziei na ich zmianę.
Patrzę przed siebie i chcę widzieć tęczę,
chcę mieć plany,
chcę wierzyć, że przede mną jeszcze długie, ciekawe życie,
chcę się cieszyć tym co mam,
chcę walczyć z problemami i pokonywać je rzutem na matę,
chcę mieć zawsze dobre perfumy, kawę i ochotę na sushi i seks.
Ciągle bije we mnie źródło nie wiadomo skąd odnawialnej energii,
czasem jest mi tak cholernie ciężko,
ale to tylko chwilowe przerwy w zasilaniu.
Podłączam się do zapasowego domowego agregatu, przytulam do córek, popieszczę koty, pogłaszczę psa, wyjdę z kubkiem kawy na swój cudowny taras
i zawsze, zawsze jakoś mi się udaje przetrwać zły czas.
Nakręca mnie życie,
życie to moje perpetuum mobile.
Kiedyś stanę, ale jeszcze nie teraz.
Będę więc łykać te cholerne koraliki, bo mam wielką ochotę zobaczyć kiedyś Barcelonę i swoje wnuki. 
Li.
PS do córeczek:  A z tymi wnukami to tak najwcześniej za dziesięć lat! Bo wydziedziczę!:)

Pochwała soboty.

15 września, 2012
Do licha, czasem zapominam o braniu leków i mój Obcy zaczyna się szarogęsić.
Tak jak dziś! 
Głowa mi pęka, ciśnienie oszalało i doprowadziło krew do 200/150, musiałam położyć się do łóżka
i zaprzestać ruchu. Ale czy ruch palców to ruch? :)
Nafaszerowana lekami czekam aż mi przejdzie.
Muszę znaleźć sposób na pamiętanie o codziennym braniu leków, bo jak to jest,  że nigdy nie zapominam o kremach, pamiętam o makijażu i odżywce do rzęs, a nie pamiętam o kilku kolorowych koralikach. Podejrzewam syndrom wyparcia, niepogodzona z faktem jakiejkolwiek choroby mojego środka udaję, że jej nie ma.
W domu niespotykany spokój. 
Kocham soboty za ich niewymuszone zwolnienie w biegu tygodnia, za świadomość niedzieli, za milczący telefon i za możliwość wejścia do swojego ukochanego, cudownego, wygodnego łóżka, owinięcia się bezpieczeństwem kołdry, schowania za zasłoną, zapalenia lampy i wdzięczności, że pomimo problemów, nie mam problemów. 
Bo jestem i chyba, mam nadzieję, prawdopodobnie, z dużą dozą pewności  jeszcze trochę sobie pobędę.
Czego i Wam życzę.
Li.
PS. W sprawach naszego prezentu zalecam daleko posunięty umiar w używaniu słów, wskazujących na sami-wiecie-co, by nie zainteresował się tym sami-wiecie-kto, a to z powodu donosów sami-wiecie-kogo.
Nie ma potrzeby generowania problemów. 
Ok? Więc pokasuję kilka komentarzy, a Wy się na to nie obrazicie…:)

Sprawozdanie.

14 września, 2012
Moi Drodzy i Inni:)
Nie ma mnie jeszcze w domu, a telefon pika nowymi mailami, mam ich już ponad sto! 
A w sumie ze dwieście,  nie mogę uwierzyć, chce mi się płakać, że jesteście, że nie odmawiacie pomocy i że rozumiecie dlaczego, co i jak.
Wracam za godzinę i siądę przed kompem, odpiszę na każdego maila, daję słowo.
Cudowne jest to Wasze zjednoczenie się w jedynej słusznej sprawie.
A pierwsze prezenty już są tam gdzie miały być, cieszą, wzruszają i dają poczucie bezpieczeństwa.
Tak trzymamy dalej, liczy się każdy drobiazg, choć niektórzy uderzyli z naprawdę grubej rury, daję słowo- myślałam, że mnie wzrok myli:)
Ściskam wszystkich i każdego z osobna, a życzliwym inaczej wpychającym się na mojego bloga grzecznie dziękuję za uwagę. 
Moderacja komentarzy rulez! :)
Li.
Update:
zaczynam odpisywanie na maile, odpiszę każdemu.

Nigdy nie stracę wiary w człowieka!

14 września, 2012
Ludzie kochane,
jesteście wspaniali i cudownie!
Czytam maile i potwierdzenia przelewów i oczom nie wierzę!
Chociaż tak, poza słaniem ciepłych myśli możemy Jej pomóc, chociaż tak!
Ściskam każdego z osobna!
Li.
PS. Dobro zawsze wraca.


Czwartek-nic-nie- wartek.

13 września, 2012
Okna z rezygnacją przyjmują na siebie strugi deszczu, zmiana pogody podnosi  poziom wody w Wiśle i moją depresję.
Problemy mają używanie, bezczelne i bez żadnych zasad rozhulały się bezkarnie i zarzucają swoje sieci coraz dalej, gdzie nie spojrzę, tam są.
Nie mam ochoty z nikim się spotykać, bo poziom ogólnoludzkiego nieszczęścia przekroczył granice mojej tolerancji. Skupiam się więc na sobie, jest mi źle, bardzo źle, muszę, muszę, muszę coś z tym zrobić.
Ale zupełnie nie mam pomysłu co, więc na razie wychodzę z łóżka,
idę pod prysznic,
zrobię sobie kawę i popatrzę przez okno.
Jest to jakiś plan. 
Przynajmniej wstanę. 
A co na to Lec?
Najstraszniejsze jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
Czuję się bezradna, a jest to stan w którym dopadają mnie stracholęki, wiarybraki i snubrakowacze.
Li.