Jestem złą matką, muszę się zabić.

17 października, 2012

Było sobie dwóch braci i dominująca matka.
Starszy brat ożenił się z dziewczyną z tej samej wsi wybraną przez matkę.
Młodszy brat był kawalerem.
Starszy spłodził czwórkę dzieci i po sześciu latach małżeństwa zginął tragicznie podczas prac polowych.
Jego matka zmusiła młodą wdowę do poślubienia szwagra, pod groźbą wyrzucenia jej z dziećmi z domu.
Dom oczywiście był własnością matki.
Kobieta nie miała wyjścia, bo podobno nie miała dokąd pójść, wyszła za mąż za brata zmarłego męża, w ciągu pięciu lat urodziła mu czworo dzieci, płynnie przechodząc z jednej ciąży w drugą i podjęła cztery próby samobójcze, z których ostatnia była prawie udana- odciął ją ze sznura sześcioletni syn, ale zbyt długo pozbawiona powietrza została sparaliżowana, odkorowana i bóg jeden wie, co jeszcze.
Trafiła do Domu Pomocy Społecznej, bo nie miał kto zająć się nią w domu, straciła przydatność do spożycia dla męża i teściowej. Dziś ma 37 lat i jest niezdolna do samodzielnej egzystencji.
Dzieci zostały w domu do dnia, w którym najstarsza 14-letnia córka z pierwszego małżeństwa, pękła nareszcie i wyznała nauczycielce, że od lat jest molestowana przez ojczyma, razem ze swoim rodzeństwem, trzema młodszymi braćmi.
Ale „swoich” dzieci drań nie tykał, molestował czwórkę dzieci brata.
Dzieci trafiły do rodziny zastępczej, ojczym do aresztu,
a babcia zeznawała, że wiedziała o tym, ale ” chłop musi sobie ulżyć”.
Wiedziała o tym i matka dzieci, ale zastraszona, gwałcona i zupełnie pogubiona wybierała najprostsze rozwiązanie problemu- własną śmierć.
Minęło kilka lat, najstarsza córka jest już pełnoletnia. Rzadko odwiedza w DPS-ie na wpół sparaliżowaną matkę (rehabilitacja dała częściowe efekty), ma do niej tyle żalu, że wystarczy go na całe pokolenia.
Doskonale się uczy, ma stypendium z gminy, chce studiować, wyjechać
z kraju, zabrać ze sobą rodzeństwo i zapomnieć o „złym dotyku”.
Straszna jest tragedia tych dzieci, matka kochała je jak umiała, miłością zupełnie nieudolną, już wiem, że sama była molestowana przez kuzyna ojca, dopiero zamążpójście w wieku 18 lat skończyło tamtą historię, ale zaczęło gwałty małżeńskie. Potem broniła dzieci przed ojczymem, podstawiając siebie i płodząc kolejne nieszczęśliwe dzieci.
Takie historie łamią mi serce, bo dla mnie macierzyństwo jest dawaniem silnej, najpiękniejszej i bezwarunkowej miłości.
Mogę się wściekać na dzieci, wkurzać, ponosić porażki wychowawcze, ale są dla mnie najważniejsze w życiu, zawsze będę stać na straży ich szczęśliwego życia, przynajmniej póki są ze mną, zawsze będę gotowa do pomocy, nigdy nie pozwolę, by były krzywdzone.
Nie potrafię wyobrazić sobie bierności tej matki, jej strachu, bezradności
i momentu, w którym sięga po sznur.
Ot, taka codzienna tragedia, ludzie ludziom gotują taki los.
Li.
PS. Głosujcie na Gosię, proszę. Codziennie tylko tyle: klik, klik. Podziwiam tę kobietę od lat.


Różnie podróżnie.

15 października, 2012

Stoczyłam się z łóżka o czwartej rano, Młodsza wyjeżdżała na „zieloną szkołę”.
O piątej rano na Dworcu PKP panował kompletny chaos. Trzy wagony zarezerwowane dla szkoły okazały się nie być zarezerwowane, pąsowy ze złości dyrektor szalał po peronie biegając tam i z powrotem, zaspane dzieci w ilości 250 sztuk stały smętnie ze swoimi walizkami, z których walizka mojej córki wyróżniała się ewidentnie- nie tylko kolorem jadowitego fioletu, ale przede wszystkim rozmiarem. Dałam jej wolną rękę w pakowaniu i ciężkie tego odczułam skutki. Bo Gusia przewidziała podobno wszystkie mogące się jej przydarzyć przypadki i na 12 dni zabrała 16 par skarpetek, sześć swetrów, pięć bluz (a jak się obleję?), bluzek, tunik i koszul nie zliczę, sześć par spodni (wiesz, że lubię mieć czyste), stos książek do czytania (a jak mi się skończą?), zapasy wafli ryżowych jak dla całej armii (wiesz, że nie jem mięsa, a na pewno będzie mięso), kosmetyki na rok, itd, itp, skutki znoszenia walizki z trzeciego piętra długo jeszcze będę odczuwać, ale tego jak ona wyniesie ją z pociągu nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie chciało mi się wszczynać porannej kłótni o każdą rzecz, trudno.
Na razie dostałam sms-a, że na pewno zapomniała tylko trzech ważnych rzeczy…
W każdym razie ciężko okupiłam swoją macierzyńską wolność, ziewam rozdzierająco, a zaraz muszę ruszyć w podróż do Łodzi, kawa, kawa, kawa i jakoś dojadę.
Jakoś.
Miłego dnia i klikajcie w Gosię, proszę:)
Li.


Dzielę się tajemnicą co biorę do ust.

14 października, 2012

Przeziębiłam się jak zwykle gdy neguję nadejście zimnej jesieni i mam ciągle bose nogi i za duży dekolt.
Na szczęście mam sprzymierzeńca nie do pokonania, poznaliśmy się już blisko i nawet doustnie, gdy wszedł we mnie w towarzystwie moich wrzeszczących z niechęci kubków smakowych, odważny z niego osobnik, nie cofnął się przed dalszym wnikaniem…, a i moje kubki złożyły broń wobec jego zdecydowanego działania.
Mój wspaniały wybawca- syrop z cebuli, miodu i cytryny-jest klasycznym przykładem kiepskiego początku z cudownym zakończeniem.

Do syropu niezbędnych jest kilka cebul, kilka sparzonych wrzątkiem i dobrze umytych cytryn, miód, ewentualnie w wersji soft-cukier, ale ja preferuję wersję hard- z miodem.
Działając w trosce o swoje szybko podupadające zdrowie, wszak periculum in mora, kroję cebulę na grube krążki, wyciskają mi się z oczu łzy, ale niech pierwszy rzuci cebulą, kto nie płakał przy jej krojeniu.
Dla odmiany cytrynę przed pokrojeniem na plastry trochę popieszczę, turlam ją po stole tam i z powrotem, mocno przyciskając dłonią, z rozkoszy wówczas robi się miększa i łatwiej oddaje swój sok.
Przygotowałam duży słój, układam w nim warstwami cebulę i cytrynę, pomiędzy te warstwy leję miód, to dla złamania mezaliansu warzywno-owocowego, miód łapczywie wchłonięty przez rozpulchnione plastry cytryny wprowadza w słoiku dolce vita, mami obietnicą dolce far niente, bo to towarzystwo zostawiam w stanie słodkiego nieróbstwa na nie mniej niż 12 godzin. Dla podgrzania atmosfery, wrzucam kilka plastrów świeżego imbiru, on rozgrzewa, och, jak on rozgrzewa, mhmmm… jak… mhmmm… najlepszy… termofor.
Każdą warstwę mocno dociskam dnem butelki po winie, pragnę, by cebula przylgnęła do cytryny pełnej miodu tak bardzo, by już nie było miejsca na nic innego, poza wydzielaniem magicznego soku, pełnego witaminy C, cynku i takich tam mikro- i makro-, które podejmą skuteczną walkę z zasiedlającymi mnie wirusami, bo tchórzliwe apteczne syropy dawno złożyły broń, a ja czułam się bardzo bezbronna i farmakologicznie opuszczona.
I zaprawdę powiadam Wam, medicus curat, natura sanat, ten syrop stawia na nogi, piję go łyżkami krzywiąc się niemiłosiernie, ale wszystko lepsze od bezproduktywnego leżenia w łóżku z gorącym, drżącym ciałem, bo to niewybaczalne marnotrawstwo drżenia!

Chcę wrócić cała do siebie, przez ostatnich kilka dni nie mogłam się w sobie dopasować, ciągle wystawał jakiś mnie kawałek, narażał się na przeciągi, kichał mi prosto w nos, kaszlał do ucha, skarżył się na bóle, marudził, zrzędził, chorował i nieszczęśliwiał, coraz bardziej nieszczęśliwiał… jak ja nie lubię być chora, muszę wtedy sama sobie robić herbatkę do łóżka, sama sobie poprawiać poduszkę, takie samodbanie jest męczące i absorbujące, bo gdy choruję jestem nieznośna.
Li.
PS. Pamiętamy o klikaniu w banerek na blogu Precla?

Trzeba klikać codziennie, raz dziennie, aż do 15-go grudnia!
Będę Wam przypominać, prosić, męczyć i jękolić. Gosia jest tego warta:)


Miło, miło mi.

13 października, 2012

Kleparz to miejsce magiczne, mówcie co chcecie.
Uwielbiam ten klimacik drobnych interesików i pokątnych handelków.
Rozstałam się z ulubionym kolegą, wracał do Warszawy, ale przedtem zaciągnęłam go na Kleparz, zwariował!
Ja też wróciłam z serami owczymi i z grzybami, a teraz leniwie rozwalona na kanapie pod oknem, na wyciągnięcie ręki mam nad sobą czyste, niebieskie niebo, rzadki to widok w Krakowie.
Cieszy mnie ta sobota, bardzo cieszy.
Wieczorem idę na wernisaż,
a potem zacznę pakowanie Guśki- wyjeżdża w poniedziałek na 12 dni na „zieloną szkołę”, nad Bałtyk do Sianożęt, znowu będę wolna od matczynych obowiązków, choć ciesząc się z tej wolności popełniam ciężki grzech przeciwko oddanemu macierzyństwu.
Ale za to tęsknić będę okrutnie.
Mam zamiar zrobić dziecku niespodziankę i zmienić jej pokój.
Wyrosła z róży, amarantów i fioletów, marzy o czarnej ścianie.
Znajdę jakiś kompromis między czernią, a moją wizją pokoju ukochanej córeczki, najważniejsze że nareszcie powieszę jej plakaty z Beatlesami, czy pisałam już, że Gusia zna prawie wszystkie ich piosenki na pamięć, przeczytała biografię i obudzona w nocy wyrecytuje dyskografię?

A na koniec-prośba.
U mnie w linkach jest Gosia- wejdźcie proszę na Jej bloga i kliknijcie w banerek w notce- trzeba zagłosować na ten niezwykły blog.
Gosię znam od lat, podziwiam ją za to w jaki sposób podchodzi do życia z ciężko chorym dzieckiem.
Proszę-klikajcie codziennie!
To nic nie kosztuje, a ile może dać radości!
Miłej soboty!
Co najmniej tak miłej jak moja!
Li.


W piątek był dobry początek.

13 października, 2012

Z największą niechęcią wstałam skoro świt, w okolicach godziny ósmej, gwałcąc święte prawo do sobotniego wylegiwania się do południa.
Wstałam, bo musiałam- umówiłam się na śniadanie z moim ulubionym kolegą, który akurat jest w Krakowie.
Ziewam rozpaczliwie, ale za to sobota będzie jakby dłuższa.
Piątek zakończył się zdarzeniem, które nie powinno się zdarzyć, gdyby nie wcześniejsze zdarzenie, które też nie powinno się zdarzyć, ale czasem niezrozumienie podzielone przez emocje i przez inne potrzebne, acz zaburzające ostrość widzenia sprawy powoduje, że człowiek płynie na łupinie przez wzburzone oceany i walczy nie wiadomo z czym, kim i o co. A wokół tylko rekiny.
Jaśniej rzecz ujmując- dostałam pewnego maila, odpisałam, odpisano mi, znowu odpisałam i poczułam w sercu radość i spokój, oczywiście się wzruszyłam (jak każda starsza pani jestem wyjątkowo wrażliwa;-), sprawa zakończona, bezsensowna kłótnia skończona, tylko dlaczego są jeszcze nicki, które w to ingerują, wątpią, podważają, nie odpuszczają, kwestionują, jątrzą… ech, tego nie zrozumiem.
Widocznie martwią się o swoją dietę- żywią się negatywnymi emocjami, wojenkami, pyskówkami i szeroko pojętym stanem międzyblogowej wojny.
A ja mam ich w dupie, mówiąc obrazowo i piszę tak: zawsze lubiłam zazie i podziwiam Ją za niezwykłe umiejętności. Postarałam się też zrozumieć, dlaczego zareagowała tak, a nie inaczej. Trudne to było, bo w obliczu nieszczęścia-jak to obrazowo napisała w mailu- ona oddaje się rozpaczy, a ja konkretnie działam.
Ale obie martwimy się o jedną i tę samą osobę.
Zazie mnie przeprosiła i ja Ją przeprosiłam.
Poczułam wielką ulgę i radość.
Z tego co mi napisała- Ona też.
I to jest naprawdę ciepłe i piękne.
Dlatego uprzejmie proszę o zaprzestanie roztrząsania kto, jak i dlaczego.
Obie jesteśmy rozumnymi istotami.
Li.


Jestem głodna.

11 października, 2012

Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania. Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja miksuję na gładką masę.
Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry, a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li


Notka bez sensu, za to a propos.

9 października, 2012

Wariat nie skoczył, bo wiatr był za silny.
Następnym razem wiatr nie powieje, wariat skoczy i nie przeżyje.
Zdumiewa mnie taki brak szacunku do życia.
Z drugiej strony nie mogę wykluczyć, że to nie brak szacunku, a pycha, buta i wiara w kosmiczny kombinezon koniecznie z logo sponsora, bo Red Bull doda Ci skrzydeł.
Życie jest takie jedno, ciągle o tym pamiętam, gdy tylko sobie przypomnę. Bo na co dzień zabijam się po kawałku i czuję bóle fantomowe po tych częściach mnie, których już we mnie nie ma.
Żyję nie tak jak chcę, robię nie to co chcę, im jestem starsza tym trudniej przeciwstawiać się samej sobie.
W marzeniach jest inaczej, mam spokój i widok na-wszystko-jedno- które-morze, bujany fotel na werandzie i głód pisania. Jestem oczywiście po moim fantastycznym debiucie i piszę kolejną wyczekiwaną przez świat powieść. Czekam na Nobla, a co najmniej Nike, jestem szczęśliwa i nareszcie nie muszę martwić się przyziemnymi sprawami, które ciągną mnie na dno, gdzie muł i wodorosty.
Dziś miałam kolejny trudny dzień.
Jakiś tam sukcesik był za mały, by dodać mi skrzydeł.
Ale cieszę się, że moja Starsza wróciła do domu.
Widok jej porannej, naburmuszonej miny-bezcenny!
Li.
PS. Dostałam koty z Barcelony. Od ukochanego brata:)
W sumie do końca nie wiadomo, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, ale są dwa:


Wina braku wina.

8 października, 2012

Kawa przeciska się przez ekspres, wypływając wąskim strumyczkiem z szerokim aromatem.
Telefon wyciszony i nareszcie może przestać dzwonić.
Poniedziałkowy stres popijam wodą z magnezem i w poczuciu pozornego, acz błogiego bezpieczeństwa domowych pieleszy, zaczynam wieczór.
Mam zamiar popracować, cisza będzie mi sprzyjać, a noc jest najpiękniejszą porą dnia.
Starsza wraca jutro, Młodsza mnie kocha (tak powiedziała dosłownie trzy minuty temu, więc pewnie jej jeszcze nie przeszło), koty zgromadzone przy misce zgodnie jedzą, a potem przyjdą pomruczeć.
Stukam w klawiaturę zapisując białą kartkę ekranu, gnana potrzebą pisania nie-wiadomo-po-co, ale przynajmniej daję sobie czas przed sięgnięciem po poważny temat końca pewnego małżeństwa, gdzie piękne „nie opuszczę Cię aż do śmierci” po latach zamieniło się w pospolite „żądanie rozwodu z wyłącznej winy”.
Nolens volens będę szukać tej winy, a przecież fajna Ona, fajny On,  napiłabym się z nimi wina i powiedziała: ludzie! gadajcie ze sobą!
Rozmawiajcie, przytulajcie, dotykajcie, muskajcie, czule patrzcie, sypiajcie, kochajcie, wstawajcie, wyjeżdżajcie, wychodźcie, spędzajcie i unikajcie internetu.
Bo rozwód czasem jest wyzwoleniem, ale z reguły jest poranieniem, zwłaszcza od środka, przez tych których zamyka się w sercu (prawie Lec).

Trzeba przeżyć, by o tym się przekonać.

Ech…  nie ma co się rozczulać, łyk kawy i zabieram się do roboty, bo wystarczy kilkadziesiąt okrągłych zdań z literackim zacięciem, by podsumować cudze małżeństwo.
Li.


Zakaz poddawania (się).

7 października, 2012

Trudno zachować dobry humor, gdy temperatura powietrza nagle zmienia front. Wiszące nisko chmury wtłaczają do głowy ciężkie myśli, szarość zabija kolor, a deszcz spłukuje chęć jakiejkolwiek aktywności.
Poddaję się zaokiennej ciemności i wyłożona na kanapie, zapalam wszystkie lampy, pewnie wzrośnie efekt cieplarniany, ale może opadnie efekt pchającej się we mnie chandry.
Skupiam się, by jej do siebie nie dopuścić, muszę otoczyć się cordon sanitaire kubka z kawą, ptasiego mleczka, stosu tygodników, ciepłych grzejników, telefonu do przyjaciela i odpytania Młodszej z biologii.
Byle nie dopuścić, byle nie dopuścić!
Nie pozwolę sobie na zły nastrój, to jest prawdziwy luksus,
a w obecnej sytuacji nie stać mnie na to, by nie działać, nie pracować, nie tryskać energią, nie mieć nowych pomysłów, absolutnie nie wolno mi popaść w najwygodniejszy stan przygnębienia, którym łatwo wytłumaczę sobie wszystkie niepowodzenia.
A kysz, a sio, wynocha ode mnie, ależ absolutnie, uśmiech-na- twarz-i- świat- jest- nasz!
Wstaję, puszczam wodę do wanny.
Ulubiona łazienka, pachnąca piana, ciepła woda, maseczka nawilżająca, kubek latte i książka- będę moczyć się tak długo, aż stanę się rasistką i utopię wszystkie beznadziejne myśli.
Bo co na to Lec?
Ra­siści! Nie do­puszczają czar­nych myśli.
:)
Li.


Sobota z pomyłką kinową w tle.

7 października, 2012

Spędziłam dziś pół dnia u moich przyjaciół w takich oto okolicznościach przyrody:

A wieczorem poszłam na „Paryż-Manhattan”, komedię podobno bardzo romantyczną. W tym akurat wydaniu romantyzm jest nudny jak flaki z olejem i zgadzam się z przeczytaną niestety dopiero teraz recenzją, iż dzieło to należy do kategorii filmów, o których zapomina się natychmiast po ich oglądnięciu.
Bo i czego w tym filmie nie było, łącznie z osobistym udziałem Woody Allena i brakiem jakiejkolwiek sensownej fabuły. Bezsensowna była.
Jest to film bardzo o niczym, więc jak nie macie nic lepszego do roboty, to można go zobaczyć. W każdym innym przypadku serdecznie odradzam.
A ta recenzja mówi o jakimś zupełnie innym filmie, albo ja jestem z Marsa. Nie można również wykluczyć możliwości, że wina niezrozumienia przesłania filmu  leży po mojej stronie-to może być zgorzknienie, starzenie, zniechęcenie…  mogę nie wiedzieć, nie pamiętać jaką siłę ma prawdziwa miłość, taka jak z filmów, zwłaszcza z komedii bardzo romantycznych.
Oczy mi się zamykają, łóżko mnie wabi, och jak wabi, idę, już idę!
Dobranoc!
Li.


Sezon na dynię, to i przepis ten sam:)

4 października, 2012

Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy,
że wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad przygotowanie jej aksamitnego smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą, z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nie najlepszym ze światów.

Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki.
W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy już podrumieniły się z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania przy realizacji zamierzeń kulinarnych, musi być stosowanie środków moralnie nagannych takich jak przemoc,nawet i nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów.
Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli.
Posoliłam świeże rany, starłam w nie odrobinę gałki muszkatołowej, popieprzyłam tak jak lubię i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru ten, kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły,
a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości.
By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu
i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
Li.


Zajrzałam do księgarni, a tu…

3 października, 2012

Mogę być pańcią w średnim wieku (tfu;-)), ale zawsze będę uwielbiać Jeżycjadę. Dziś sobie kupiłam!
McDusia, o córce Kreski.
Kto też kupił?
Kto uwielbia?
Kto zna na wyrywki?
:)
Li.


Rzuciłam słowa na pożarcie.

3 października, 2012

Przywróciłam na www.niedyskrety.blogspot.com wszystkie ukryte i ach, ach-jakże bulwersujące notki. Tutaj niestety nie umiem ich przenieść, bo pojedynczych przenieść się nie da.
Z drugiej strony- dobrze, że ich tu nie ma.
Odcinam się od tej całej durnej historii, bo i żenada ma swoje granice.
Dość mam interpretacji, nadinterpretacji, huczących plotek i taniej sensacji.
Cała ta międzyblogowa wojna jest o pietruszkę,
o kocie kłaki,
o sierść z ogona (mo)psa.
Takie jest moje zdanie, a ja zawsze mam rację :P
Li.


Dziecko obecnych czasów.

2 października, 2012

Starsza niepomna włoskich uroków, zadzwoniła do mnie pogrążona w złości i rozpaczy, bo oto zadzwonił do niej jeden z jej czterech klientów, z którym wiązała ją ustna umowa o pracę, przynosząca jej niewielki, acz regularny dochodzik.

Na waciki było.

Klient podziękował za współpracę i ładnie się pożegnał.
Skądinąd wiem, że ma problemy, jak chyba teraz każdy, ale Starsza rozpacza, bo: „To ona ma rzucać pracę, a nie ją mają wyrzucać”.
No i tych nie zarobionych pieniędzy jest jej żal, takie pieniądze liczy się łatwo, a żegna się z nimi z wielkim trudem.
Och, a ja będąc w gruncie rzeczy wyrodną matką, cieszę się z obrotu sprawy. Wywalono ją z pracy, której wykonywać nie musiała, a ciągle jeszcze nie musi zarabiać na utrzymanie i na rachunki, niech poczuje ten ból utraty,  złagodzony brakiem noża na gardle i banku dzwoniącego w sprawie niezapłaconego w terminie kredytu.
Życie to ciągła walka o przetrwanie i dobrze, że przekonuje się o tym, kiedy nie musi utrzymać rodziny i martwić się o rachunki.
Niech pamięta, że życie to czasem słońce czasem deszcz, najważniejsze by nigdy o tym nie zapominać, myśleć pozytywnie i z nadzieją na zmianę każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.
Szkoda tylko, że mnie teraz przy niej nie ma, przynajmniej mogłabym ją przytulić i pokpić sobie z jej przekonania o własnej, pracowniczej doskonałości. Śmiech łagodzi żal.
Ale może i dobrze- niech przegryzie się z tym sama.
Utrata klienta to jedno, ale urażona ambicja, to już zupełnie inna sprawa!

Tu trzeba walczyć z samym sobą. A to ciężki przeciwnik!
:)
Li.


Nic dziwnego-wtorek!

2 października, 2012

Wtorek-potworek nie zawiódł mnie już od ciemnego świtu (jaki ładny oksymoron).
Lista dowodów na jego winę rosła gwałtownie:
1. konieczność powstania o czwartej rano, po uprzednim położeniu się o pierwszej w nocy- Starsza dziś leci do Mediolanu, a zbiórka o 5.30.
2. paniczne, poranne pakowanie walizki, tak jakby nie dało się tego zrobić wczoraj.
3. ucieczka kota Maszkota przez otwarte na szerokość walizki drzwi i konieczność odłożenia poszukiwań na czas po odstawieniu dziecka-z bolesną świadomością,  że kot na gigancie zaczyna mieć zbyt dużą przewagę czasową.
4. przedzieranie się przez krzaczory i sterty liści zaniedbanego podwórka vis-a-vis.
5. błaganie kota, by raczył zejść z drzewa, przy jednoczesnym przekonywaniu psa, by zamknął pysk i przestał szczekać na kota na drzewie.
6. stan najwyższej irytacji po powrocie do domu.

Czas na plan samoratunkowy, trzeba jakoś uratować ten dzień.
Ech… całkiem spokojnie zrobię sobie drugą kawę, woda leci do wanny ciepłym strumieniem, pachnąca piana apetycznie rośnie, zanurzę się po czubek nosa i dam radę.
Dzień dobry:)
Li.


Każdy ma prawo głosu:)

1 października, 2012

Napiszcie, co chcecie zmienić, co jest nie tak, co dodać, czego ująć, jakie mają być kolory, jakie dodać linki, z czym macie problemy, pragnę  by każdy z Was czuł się tu dobrze.
Ja oczywiście nie mam pojęcia,  jak i co zmieniać, ale mam Krzysia- szefa tego całego interesu:)
Piszcie, uwagi rozpatrywane będą wnikliwie i załatwione w najbliższym możliwym terminie:)
Li.


Dzień dobry, cześć i czołem!

1 października, 2012

Rozglądam się po nowym miejscu, widzę że komentarze są na górze, potem zrobię swoje porządki, poukładam, poprzestawiam, powieszę obrazy i zamieszkam.
Może uda mi się nie wywalić nowego blogasia w kosmos.

Podoba mi się tu, zmiany zawsze działają na mnie twórczo i pobudzająco, zabieram się więc do pisania pisma „na już”,
a Wy całkiem spokojnie wypijcie tu pierwszą kawę.
Li.
PS. Nie mam pojęcia jak wyjustować tekst, muszę poczekać na Krzysia.
Co do komentarzy- w tym miejscu moderacji nie będzie.
Zasadą jest natomiast akceptacja każdego pierwszego komentarza od każdego   z Was- wpadają do spamu, muszę je stamtąd wyciągnąć i odhaczyć jako „nie spam”.

Potem z każdym następnym nie będzie już problemu, proszę więc o cierpliwość.
Gubię się jeszcze w tym panelu, ale nie z takimi rzeczami człowiek dał sobie radę.


Kto jeszcze nie przeczytał?

30 września, 2012
Uwielbiam Yoursa  od lat, ale za tę książkę pokochałam go miłością do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Musicie koniecznie ją przeczytać, koniecznie, to lektura obowiązkowa.
A kto już ją przeczytał? I co, i co? Napiszcie, proszę!
A na deser cytacik z książki:

„W internecie jest jak w „Państwie” Platona. Człowiek nie widzi prawdziwych rzeczy, ludzi, zjawisk, lecz złudzenia i cienie. U Platona ludzie siedzieli w jaskini i patrzyli na ścianę przed sobą. Za nimi palił się ogień. Między ogniem a nimi działa się rzeczywistość. Nie widzieli jej, bo byli do niej odwróceni plecami. Widzieli tylko cienie, które na ścianę rzucał płonący z tyłu ogień. Układali z nich swój złudny świat, nigdy nie poznając prawdziwego. Tak Platon przewidział istnienie świata wirtualnego, dziś w nim żyjemy jak jego ludzie w jaskini. Internet to współczesna jaskinia Platona. Tworzymy rzeczywistość ze swoich wyobrażeń. Budujemy światy, które nie powstają, wskrzeszamy ludzi, którzy nie istnieją. W świecie wirtualnym możemy być młodzi, piękni i bogaci. Nie mamy krzywych nóg ani cellulitu, próchnicy, kurzajek ani hemoroidów, zmarszczek, pryszczy na nosie, dziurawej skarpety, niewyprasowanej koszuli, nieświeżego oddechu. Nie wydzielamy brzydkich zapachów, lecz pięknie pachniemy. Możemy urosnąć o dziesięć centymetrów, schudnąć o dwadzieścia kilogramów. Możemy latać. A tam, po drugiej stronie klawiatury siedzą mieszkańcy jaskini Platona, którzy nam wierzą.”
Li.

Bardzo, bardzo długa grafomańska notka;-)

30 września, 2012
Przespałam 20 godzin.

Sponiewierana przez koszmarny ból głowy i ciśnienie odbierające mi jakąkolwiek chęć do życia (co oczywiście ściśle związane jest z notoryjnym  faktem, że ciągle wypieram z siebie obowiązek codziennego brania leków i biorę je w kratkę, ale koniec z tym, koniec!) przeleżałam wczoraj w łóżku,  ni to we śnie, ni to w czuwaniu-rzyganiu cały dzień. 
Ulgę przyniosła mi dopiero noc, bo zasnęłam bez pamięci i snów. 
Teraz jest ok, piję bezkofeinową (tfu!) kawę, leki już we mnie działają, ciśnienie prawie w normie, mogę zająć się odpoczywaniem w pigułce- bo straconych dni, nie odda mi nikt.
Szlag mnie trafia, że zawsze choruję w weekendy, gdy jestem rozluźniona i bez codziennej adrenaliny, ze mną to zawsze musi być coś nie tak, bo komu oprócz mnie nie służy dolce far niente?
Codzienny stres, obecne problemy, wiejący halny i  złe słowa plątające się po innych blogach na mój temat, to  toksyczna mieszanka, od wyziewów której padają nawet osty, a co dopiero ja.
Bo to nie jest tak, że dobre słowa zrównoważą złe- dobre otulają, łechtają, miło głaszczą, cieszą, nie zostawiają śladów na ciele i siedzą sobie ciepło w sercu, gotowe do wyfrunięcia dalej w świat, a złe wchodzą w najgłębsze pokłady wrażliwości, zapadają tak głęboko, że nie da się ich wydobyć, kłują, dokuczają, są jak powoli rozkładająca się trucizna, więc bolą, zwyczajnie bolą. 
Można zagłuszyć ten ból wytoczeniem bitwy, zebraniem sojuszników, wywaleniem jeszcze większych, zanurzonych w trutce słów, można stracić wszelkie hamulce, można dostarczyć uciechy gawiedzi, można podnieść sobie znacząco statystyki na blogu, bo nic tak nie przyciąga ludzi jak kolejna bitwa, można dowalać, kopać, wyśmiewać, upokarzać i ranić. Można? Można.
Nie zrobię tego jednak. 
Nie tylko dlatego, że prosiła mnie o to panistarsza-Kinga, kobieta, do której mam bardzo wiele szacunku i ogromnej sympatii. 
Nie zrobię tego, bo mam w sobie nadmiernie niestety rozwinięte poczucie sprawiedliwości i na podstawie subiektywnego, płytkiego przekonania, wywołanego przeczytanym zbiorem  słów nie feruję wyroków, choć dopuszczając do głosu najbardziej prymitywne instynkty mam ochotę zabić,
w  myśl zasady oko za oko, ząb za ząb. 
Wchodząc na wyższy poziom rozwoju wiem jednak, że same słowa to za mało, by na ich podstawie oskarżyć człowieka.
Bo trzeba ocenić, jaki cel miały słowa?
Jakie za nimi miały iść czyny?
Do czego miały zmobilizować?
Do czego porwać?
Jakie wzbudzić uczucia? 
W ludziach zanika podstawowa umiejętność- czytanie ze zrozumieniem.
Ślizgają się wzrokiem pod wierzchniej warstwie słów i wydaje im się, że złapali sens zdania.
A kuku! Tak jest może w komiksie z obrazkami.

Postanowiłam więc wybaczyć  tym, którzy mnie opluli.

Wynika to u nich jedynie z niezrozumienia, z pójścia za stadem, z chwilowej satysfakcji dokopania komuś, kogo się nie lubi- bo oczywiście kwestia lubienia czy nie lubienia została rozwiązana li i jedynie na podstawie słów napisanych na tym blogu.
Na tym kończę moją przydługą wypowiedź, dla niektórych zapewne grafomańską (tja.., bo o tym też była mowa, ale czyż nie wiadomo powszechnie, że moją idolką jest Mniszkówna?) skończyła mi się kawa, a coś czuję, że wzrasta poziom irytacji- dziś nie mogę do tego dopuścić!
In fine chciałam napisać tylko jedno- Ci, którzy mnie przeczytali ze zrozumieniem i wdrożyli moje słowa w czyn są cudowni, wspaniali, hojni, niezwykli, ciepli, empatyczni, wrażliwi,  kochani i to jest moim/naszym/Chustki  zwycięstwem! 
Li.

PS. Wprowadzam zakaz negatywnych komentarzy. I pyskówek. Będę kasować. 
Kochajmy się! :)


Jestem na nielegalu:)

27 września, 2012
Zgodnie z obietnicą daną samej sobie zaczynam odpoczywać.
Odpoczywanie jest bardzo proste, robi się nic, trzyma się nogi na kanapie w pozycji swobodnej, pod ręką ma się zawsze coś dobrego do zjedzenia i kubek pełen herbaty z imbirem, miodem i cytryną.

Odpoczywa się najlepiej w ciepłym kręgu lampy, w warunkach korzystnych, gdy dom jest wysprzątany, lodówka pełna, pranie powieszone, prasowanie zrobione, zmywarka załadowana, żarówki wkręcone,  dzieci nakarmione domowym obiadem, kuweta kusząca koty świeżym żwirkiem i śpiący, wyczerpany spacerem pies.
….
Niczego z powyższych czynności nie wykonałam, odpoczywam więc nielegalnie.
Ale z łamaniem zasad jest mi dobrze, a posprzątam, załaduję, powieszę, wymienię i wszystko inne- jutro.
Dziś chcę tylko mieć święty spokój, cieszyć się wieczorem w domu, nie włączać komórki, słuchać deszczu, bębniącego w dach, śmiać się przy szkolnych opowieściach Młodszej i być. 
Mocno być. Najmocniej jak się da. 
Być, żyć, oddychać, nie czuć bólu, dziękować losowi.
O innych sprawach pomyślę jutro. Jak Scarlett (nota bene-uwielbiam ją).
Li.
A to kot, którego dostałam dwa dni temu- prosto z targu staroci z Norwegii.
Piękny!


Oświadczenie.

27 września, 2012
Wczoraj udała mi się zawodowo wielka rzecz, ale maksymalnie na niej skupiona oklapłam wieczorem jak balonik z odpustu.  
Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy  flaczek. 
I tak się czuję i dziś. 
To chroniczne zmęczenie zabiera mi chęć do życia, co trochę napompuję się pozytywnymi stronami życia, to albo mam wbitą szpilkę i bezradnie sssssyczę uciekającym powietrzem, mając w dodatku odgórnie dany zakaz reakcji (a nie ma to jak międzyblogowa pyskówka uroczo podnosząca adrenalinkę) albo ponoszę wysiłek życiowy tak wielki, że nie mam siły na samopompowanie. 
Dziś już czwartek- nic- nie -wartek, dzień  wypełniony szczelnie w kalendarzu zajęciami,  na które nie mam najmniejszej ochoty. Próbuję wejść na właściwe tory od szóstej rano, po dwóch latte życie jest trochę bardziej znośne.
Byle do piątku- dam sobie samej zakaz pracy i zajmę się przyjemnościami- tarasem, snem,  przytulaniem dzieci, głaskaniem kotów i psa. 
Wczoraj dostałam maila od Joasi, wzruszył mnie, zacytuję tu tylko ostatnie dwa zdania:

„Dziekuje bardzo za cala Twoja troske, jestes wielka.
Wracam spac.
Wysłano z BlackBerry® smartphone w Play”

W związku z tym po raz kolejny oświadczam,  że wszystkie wbijane we mnie
szpilki,
histeryczne reakcje,
oskarżenia z wypływające z kompletnej  niewiedzy,
i ostre słowa,  świadczące li i jedynie o niezrozumieniu istoty sprawy
-mam w dupie (jakkolwiek to brzmi). 
 
Miłego dnia Wam życzę, wyłączam możliwość komentowania, bo nie napisałam niczego wartego skomentowania.
Całusy!
Li.
 

Przed północą w Krakowie.

25 września, 2012
Wyłączyłam telefon
i schowana w domowym kokonie
moszczę się na kanapie
z kubkiem pełnym ciepłej herbaty.
Mam przed sobą kilka godzin kojącego spokoju,
noc jest przecież najpiękniejszą porą dnia
i w dodatku zupełnie nie przeszkadza jej
zielona maseczka na mojej twarzy,
na widok której takie na przykład koty
omijają mnie szerokim łukiem. 
Trochę popracuję, popiszę
i ciepło o kimś pomyślę.
Li.


Notka kompletnie o niczym, a to o życiu właśnie.

25 września, 2012
Miało się zacząć babie lato, a jest jak zwykle. 
Deszcz masakruje umyte wczoraj okna, a koty snując się po kątach,  z tęsknotą patrzą na moknący taras.
Praca wre od rana-schowana za monitorem stukam w klawisze,  ingerując zawodowo w ludzkie problemy.
Dziś wtorek-potworek, to  śmieszne powiedzonko stygmatyzuje ten dzień tygodnia i nie dając mu szansy na lepszy wizerunek  mnie daje łatwe usprawiedliwienie byle jakiego nastroju i ogólnej niechęci.
Bo wtorek-potworek na pewno mnie nie zawiedzie i przyniesie ze sobą jakieś nowe problemy, czuję to podskórnie i na wszelki wypadek łykam podwójną dawkę magnezu.
(Byle do jutra-  jutro środa, co urody doda).
W listopadzie  we Wrocławiu będzie koncert Diany Krall.
Mam trzy  miejsca w aucie z Krakowa, może ktoś ma ochotę pojechać?
Dziś chcę kupić bilety!
Li.

Kto chce, to zrobi.

24 września, 2012
Założyć sobie konto na Google to naprawdę żadna sztuka. 
Jeżeli udało się to mnie, to znaczy że uda się każdemu. 
W związku z powyższym, poczynając od tej chwili- przyjemność komentowania i obcowania z kimś tak niezwykłym jak ja (przy czym poziom niezwykłości mierzony jest ilością wirtualnych wrogów, co oznacza, iż jest naprawdę wysoki, niczym Mount Everest, albo tak denny  jak Rów Mariański), będą mieć li i jedynie zalogowani  na Googlach.
I nie mówcie się się nie da! 
Da!
A propos życzliwych inaczej, co na to Lec?
Nie otchłań nas dzieli, lecz różnica poziomów.

Mam nadzieję, że zabrzmiało to wyjątkowo zarozumiale.
;-)
Li.

24 września, 2012
Są dni, gdy całkiem spokojnie pijąc trzecią kawę, zastanawiam się po co mi to czy tamto, ten czy ta, to czy owo i nie znajduję na te pytania odpowiedzi. 
Poświęcam bardzo dużo czasu na odpisywanie na maile. 
Dumam sobie- po co niektórzy je piszą, skoro i tak z góry wiadomo, że nie pomogą. 
Po co zabieracie mi minuty z mojego życia? 
Po co sobie zabieracie minuty na napisanie maila?
Oszukujecie mnie, siebie  i los.
Ja Wam to  z trudem mogę wybaczyć, sobie bardzo łatwo wybaczycie, ale czy los Wam wybaczy?
Apeluję więc do resztek sumienia tłukących się w niektórych (powtarzam: niektórych) z Was- nie piszcie, nie zawracajcie mi głowy, nie udawajcie, nie epatujcie fałszywym współczuciem, nie przejawiajcie zatroskania, nie pytajcie ile już jest, albo pomagacie bezwarunkowo, bo chcecie, albo pomóżcie najpierw sobie odzyskać honor.
Ja mam instynkt słowa rozwinięty do granic jasnowidztwa, wiem – po prostu wiem. 
Jest poniedziałek, a już jestem bardzo zmęczona.
Zwyczajnie- starzeję się, kawa mi  nie pomaga, 
problemy osobiste mnie gnębią, 
ale właśnie przyszedł do mnie Bobcio, położył się przy laptopie i mrucząc patrzy na mnie oczami pełnymi kociej miłości… mmmmrrrrrrrrrr-będzie dobrze-mmmrrrrrrrrr- będzie dobrze-mmmrrrmmmmm.
Ech, będzie, będzie- nie może przecież być inaczej. 
Li.
UPDATE:
Po lekturze komentarzy muszę jeszcze raz zapewnić:
1. mnie żadne potwierdzenia prezentowe  nie są potrzebne.
2. zarzut robienia dużo szumu w wiadomej sprawie jest kompletnie poroniony z punktu widzenia celu.
Im więcej szumu, tym lepiej!
Siedzenie i cichutkie chlipanie nie odnosi zdaje się skutku.


Pytanko mam?

23 września, 2012
Zastanawiam się (choć nie poświęcam temu zbyt wiele czasu),
ile jeszcze komentarzy będę musiała wywalić,
zanim
przestaną
pisać
do mnie
wszelkiej maści
rozliczacze, pytacze, pyskacze, pouczacze, dopytywacze, podejrzewacze,
ciekawacze, oceniacze, wyliczacze i pierdaczacze.
Czy nie szkoda  Wam życia na pisanie sążnistych komentarzy
Które ja
lekką ręką
(z lakierem w odcieniu niewinnie przelanej  tętniczej krwi)
wyrzucam
bo jestem
złaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa,
wrednaaaaaaaaaaaaaaaa,
i w dodatku prowincjonalnaaaaaaaaaaaa,
więc nic a nic nie znam się na dobrych manierach.
Li.


Zapowiada się piękna jesień.

23 września, 2012

Niedziela. 

Siedzę na tarasie z kubkiem zimnej kawy i  otulona pledem  szczękam zębami.
Zimno! Zimno mi!
Ale jak tu nie siedzieć, gdy wrzośce takie piękne? Za miesiąc zostaną puste donice i znowu będzie łatwe usprawiedliwienie jesiennej depresji.

Chcę dziś uporać się z dotychczas nie uporanym, zgrabiałymi palcami walę więc w laptopa i proszę każdego, kto nie dostał ode mnie odpowiedzi na maila o kontakt- chyba jednak moja skrzynka nie była taka gościnna i nie przyjęła w siebie wszystkich chętnych, jakkolwiek to brzmi.

Piszcie do mnie, piszcie! 
Dziś swój dzień poświęcam na prace hydrologiczne, trzeba pogłębić koryto strumienia prezentowego,
płynie zbyt wolno, zbyt płytko, zdecydowanie nieadekwatnie do sytuacji, a przecież wszyscy wiemy jak jest. 
(Poza tymi oczywiście, co nie wiedzą, ale i tak wiedzą. Lepiej.)
I dziękuję za prezenty, które spłynęły dotychczas.
Zimno, zimno mi, ale bardzo ciepło.
Li
mo67@poczta.fm
P.S Na maile o treści sensacyjno-ciekawskiej nie odpisuję. Bo tak.
I choć (ku chwale bloga) ilość wchodzących tu osób gwałtownie spadła, co oznacza wyłącznie to, że odszedł element aferyjno-plotkarski  i wysoce niepożądany, to i tak jest nas tyle, że powinna popłynąć prawdziwa Niagara! 

Są sprawki i SPRAWY.

21 września, 2012
I niech tak zostanie, nie mam siły na ten cyrk.

I na razie zajmuję się czymś bardziej pożytecznym, musimy działać dalej,
kto ma ochotę przyłączyć się do prezentu to zapraszam: mo67@poczta.fm
Tym bardziej, że to działa!

Zapowiada się fajny weekend.
Li.


Uwaga, uwaga, pociąg z Warszawy do Krakowa jedzie przez Radom.

20 września, 2012
Po trzeciej w nocy z głębokiego snu wyrwał mnie telefon. 
Pogodny głos mojej Starszej oznajmił mi, że wysiedli z pociągu i są na dworcu w Radomiu, bo się „nie dało wytrzymać, nie było czym oddychać, dzikie tłumy i brak możliwości wyegzekwowania wykupionych miejsc 
i mam się nie przejmować, bo i tak nic nie zmienię, ale koncert był świetny”.
Tja…, wiedziałam, że to wszystko coś za gładko szło i musiało skończyć się takim Radomiem. 
Nie, w sumie nie mam nic do Radomia, poza tym, że dlaczego akurat w Radomiu?
Resztę nocy miałam z głowy, a marzył mi się na rano jasny umysł.
Dzieci są już w „jakimś” pociągu do Krakowa, jadą, ale nie wiedzą, kiedy, jak, o której i generalnie mam się nie martwić, co w tym przypadku jest niemożliwe. Sama znalazłam, że będą przed godziną dziewiątą.
(Szkoda, że PKP nie bada rynku i nie podstawia po większych imprezach zwiększonych składów. Wystarczyłaby szybka analiza gwałtownego wzrostu zakupu biletów z takiego np Krakowa w danym dniu, połączenie tego z faktem koncertu w Warszawie i już wiadomo by było, że ludzie muszą też jakoś wrócić, a w nocy tych pociągów jest zdecydowanie mniej. Ale zapewne za wiele wymagam:)

Idę pod prysznic, na szczęście jest już jasno.
Boli mnie głowa, jestem kompletnie rozbita i wyglądam, jakbym całą noc nosiła kamienie  z Krakowa do Radomia i z powrotem.
I w dodatku nie mogę sama sobie udzielić  odpowiedzi na pytanie, czy mam je zabić w pakiecie razem z kolegą, czy pochwalić za podjęcie próby poprawy warunków podróżowania tym cholernym PKP?
Macierzyństwo to jednak wieczny brak odpowiedzi na pytania zadawane samej sobie.
:)
Li.

Zakupy.

18 września, 2012
Czy ktoś wie, co to jest albumina?
Ja nie wiedziałam.
Ale kosztowała 1500,00  złotych i były na nią pieniądze.
:)
Dziękuję.
Li.

Notka reklamowa z uwielbieniem w tle.

18 września, 2012
Yours-Piotr wydał książkę
(od razu zastrzegam, iż odmawiam odpowiedzi na pytanie, kiedy będzie moja książka. Jak się napisze!).
Od wczoraj można ją kupić, kupiłam i ja- wielbię jego sposób opisywania świata od lat, misterne balansowanie pomiędzy  wyidealizowanym światem pożądanego przez kobiety kochanka, a lekko zszarzałą codziennością (nie)dojrzałego mężczyzny.
Czasem gdy czytam Yoursa jest mi zwyczajnie smutno, bo lekceważąc przaśną codzienność tworzy złudę, której można pożądać tak bardzo, że nie zostaje miejsca na nic innego, a życie przemija.
Recenzje są świetne, ego Piotrusia szybuje w kosmosie, zupełnie zasłużenie, jak mi się wydaje, choć na razie swojego zdania, poza pełnym smaku i pożądania oczekiwania jeszcze nie mam (wybacz Yo, że nie rzuciłam wszystkiego i się na książkę).
Czego jestem pewna, to braku rozczarowania.
Weekend z Piotrem, mhmmmmm…. (nie mam złudzeń, że będę jedyna)
Miłego dnia dla Was!
Li.
PS. Wiadomość do Iwony B.- nie jestem w stanie wysłać do Ciebie maila zwrotnego, wraca!
Napisz do mnie jeszcze raz, proszę:) 

W dalszym ciągu nie lubię poniedziałków.

17 września, 2012
Pikający zegar w piekarniku postawił mnie na nogi o piątej rano, niechętnie wstałam, ciemność za oknami    jednoznacznie wskazuje na początek jesieni, a lato było takie piękne tego roku.
Przede mną tydzień wcale nie zachęcający, a już myśl o środzie z obowiązkową podróżą do Warszawy celem odbycia pokuty na koncercie Coldplay obiecanym córkom,  wrzuca mnie na największy poziom zniechęcenia, bo i nie ten czas, nie ta ochota. 
Muszę jechać autem, by szybko w nocy wrócić, w czwartek rano  mam w Krakowie sprawę nie do odwołania. 
Boże, spraw by mi się chciało, tak jak mi się nie chce.
W moim obecnym stanie ducha  myśl o oglądaniu Chrisa Martina z poziomu murawy Stadionu Narodowego wydaje mi się nieznośna, cóż jednak począć, się obiecało, bilety się kupiło, to się pojedzie i się wróci.
Bardzo dziękuję Wam za maile. Tak właśnie trzeba.
Li.
PS. Mam wrażenie, ze odpisałam na wszystkie maile. 
Gdyby okazało się, że ktoś z Was czeka na odpowiedź-piszcie! 
Może Wasz mail błąka się gdzieś po światłowodach, a ja tu czekam:) 

Słowo na niedzielę.

16 września, 2012
Wdrukowany w niedzielę spokój pozwolił mi na leżakowanie do popołudnia.
Nic nie musząc,  mogę robić nic i szukać w tym ukojenia.
Wokół wiele słów, niektóre miodem, niektóre kamieniem, tak jak w życiu- czasem słońce, czasem deszcz.
Nic to, trzeba witać dzień powstaniem (Lec) i zabierać się do roboty.
Co niedzielę grzeszę sprzątając, nic na to nie poradzę, że uwielbiam niedzielne porządki.
Zmywarka szumi, pralka wiruje, odkurzacz w pogotowiu, a Wam miłego popołudnia.
:)
Li.


Po północy w Krakowie.

15 września, 2012
Znowu maile nazbierały się jak grzyby do koszyka po ciepłym deszczu. Jutro, jutro! 
Teraz wyciszam się przed snem, pełna niewesołych myśli, ale przecież życie toczy się dalej.
Moje życie, Wasze życie.
Pamiętam czas sprzed trzech lat po odejściu Ilonki, pierwszy raz tak blisko przeszła obok mnie śmierć, wydawało mi się, że wszystko się zmieni, a nic się nie zmieniło, tylko Jej już nie było.
Zostają pamiątki, a  bolesna pamięć z codziennej przechodzi w tygodniową, potem w okazjonalną, aż  staje się skamieniałym wspomnieniem, którego już nie można zmienić i przynosi mu się kwiaty na cmentarz. 
Dziwne, bo myślałam że  po śmierci Taty  na pewno już zmieni mi się życie, a to tylko Jego nie ma.
Staram się nie żyć przeszłością, nie mam już na nią wpływu,  nic mi nie da rozpamiętywanie skończonych zdarzeń i dat, powroty do przeszłości są  ciężkie, chociaż  nie niosą ze sobą żadnej nadziei na ich zmianę.
Patrzę przed siebie i chcę widzieć tęczę,
chcę mieć plany,
chcę wierzyć, że przede mną jeszcze długie, ciekawe życie,
chcę się cieszyć tym co mam,
chcę walczyć z problemami i pokonywać je rzutem na matę,
chcę mieć zawsze dobre perfumy, kawę i ochotę na sushi i seks.
Ciągle bije we mnie źródło nie wiadomo skąd odnawialnej energii,
czasem jest mi tak cholernie ciężko,
ale to tylko chwilowe przerwy w zasilaniu.
Podłączam się do zapasowego domowego agregatu, przytulam do córek, popieszczę koty, pogłaszczę psa, wyjdę z kubkiem kawy na swój cudowny taras
i zawsze, zawsze jakoś mi się udaje przetrwać zły czas.
Nakręca mnie życie,
życie to moje perpetuum mobile.
Kiedyś stanę, ale jeszcze nie teraz.
Będę więc łykać te cholerne koraliki, bo mam wielką ochotę zobaczyć kiedyś Barcelonę i swoje wnuki. 
Li.
PS do córeczek:  A z tymi wnukami to tak najwcześniej za dziesięć lat! Bo wydziedziczę!:)

Pochwała soboty.

15 września, 2012
Do licha, czasem zapominam o braniu leków i mój Obcy zaczyna się szarogęsić.
Tak jak dziś! 
Głowa mi pęka, ciśnienie oszalało i doprowadziło krew do 200/150, musiałam położyć się do łóżka
i zaprzestać ruchu. Ale czy ruch palców to ruch? :)
Nafaszerowana lekami czekam aż mi przejdzie.
Muszę znaleźć sposób na pamiętanie o codziennym braniu leków, bo jak to jest,  że nigdy nie zapominam o kremach, pamiętam o makijażu i odżywce do rzęs, a nie pamiętam o kilku kolorowych koralikach. Podejrzewam syndrom wyparcia, niepogodzona z faktem jakiejkolwiek choroby mojego środka udaję, że jej nie ma.
W domu niespotykany spokój. 
Kocham soboty za ich niewymuszone zwolnienie w biegu tygodnia, za świadomość niedzieli, za milczący telefon i za możliwość wejścia do swojego ukochanego, cudownego, wygodnego łóżka, owinięcia się bezpieczeństwem kołdry, schowania za zasłoną, zapalenia lampy i wdzięczności, że pomimo problemów, nie mam problemów. 
Bo jestem i chyba, mam nadzieję, prawdopodobnie, z dużą dozą pewności  jeszcze trochę sobie pobędę.
Czego i Wam życzę.
Li.
PS. W sprawach naszego prezentu zalecam daleko posunięty umiar w używaniu słów, wskazujących na sami-wiecie-co, by nie zainteresował się tym sami-wiecie-kto, a to z powodu donosów sami-wiecie-kogo.
Nie ma potrzeby generowania problemów. 
Ok? Więc pokasuję kilka komentarzy, a Wy się na to nie obrazicie…:)

Sprawozdanie.

14 września, 2012
Moi Drodzy i Inni:)
Nie ma mnie jeszcze w domu, a telefon pika nowymi mailami, mam ich już ponad sto! 
A w sumie ze dwieście,  nie mogę uwierzyć, chce mi się płakać, że jesteście, że nie odmawiacie pomocy i że rozumiecie dlaczego, co i jak.
Wracam za godzinę i siądę przed kompem, odpiszę na każdego maila, daję słowo.
Cudowne jest to Wasze zjednoczenie się w jedynej słusznej sprawie.
A pierwsze prezenty już są tam gdzie miały być, cieszą, wzruszają i dają poczucie bezpieczeństwa.
Tak trzymamy dalej, liczy się każdy drobiazg, choć niektórzy uderzyli z naprawdę grubej rury, daję słowo- myślałam, że mnie wzrok myli:)
Ściskam wszystkich i każdego z osobna, a życzliwym inaczej wpychającym się na mojego bloga grzecznie dziękuję za uwagę. 
Moderacja komentarzy rulez! :)
Li.
Update:
zaczynam odpisywanie na maile, odpiszę każdemu.

Nigdy nie stracę wiary w człowieka!

14 września, 2012
Ludzie kochane,
jesteście wspaniali i cudownie!
Czytam maile i potwierdzenia przelewów i oczom nie wierzę!
Chociaż tak, poza słaniem ciepłych myśli możemy Jej pomóc, chociaż tak!
Ściskam każdego z osobna!
Li.
PS. Dobro zawsze wraca.


Czwartek-nic-nie- wartek.

13 września, 2012
Okna z rezygnacją przyjmują na siebie strugi deszczu, zmiana pogody podnosi  poziom wody w Wiśle i moją depresję.
Problemy mają używanie, bezczelne i bez żadnych zasad rozhulały się bezkarnie i zarzucają swoje sieci coraz dalej, gdzie nie spojrzę, tam są.
Nie mam ochoty z nikim się spotykać, bo poziom ogólnoludzkiego nieszczęścia przekroczył granice mojej tolerancji. Skupiam się więc na sobie, jest mi źle, bardzo źle, muszę, muszę, muszę coś z tym zrobić.
Ale zupełnie nie mam pomysłu co, więc na razie wychodzę z łóżka,
idę pod prysznic,
zrobię sobie kawę i popatrzę przez okno.
Jest to jakiś plan. 
Przynajmniej wstanę. 
A co na to Lec?
Najstraszniejsze jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
Czuję się bezradna, a jest to stan w którym dopadają mnie stracholęki, wiarybraki i snubrakowacze.
Li.


Zwiędłe liście ryją tunele smutku w duszy mej.

9 września, 2012
Znowu wyrzuciłam kolejny worek z suchościami i zwiędłościami z tarasu. 
Jesień czai się na niebie, jeszcze udaje że ma jakiś interes za drzewami, jeszcze nie podchodzi bezczelnie blisko, jeszcze nie wchodzi bez pukania przez letnio otwarte okno, ale ja ją już czuję- to ten nieuchwytny, ale dotykający mnie smuteczek, wbrew woli dziejące się podsumowanie roku przed kolejnymi urodzinami, łatwa do przewidzenia, a trudna do zwalczania szarość i nieprzyjazność zimy.
To nie był dla mnie dobry rok, kolejny niedobry rok, tak jakby musiała spełnić się przepowiednia siedmiu chudych lat, trwam, egzystuję, walczę z codziennością, ale nie posuwam się do przodu w moich planach 
i marzeniach, przesuwa mnie jedynie codziennie czas, wzór codziennej konsekwencji,
nigdy nie odpuszcza i idąc do przodu zbliża mnie do końca moich marzeń, dając mi siebie coraz mniej.
Potrzebuję wstrząsu, silnego wstrząsu, takiego co to sponiewiera mnie i rzuci gdzieś na dno najgłębszej depresji, bo wtedy nagle zawsze znajduję siły, by odbić się wysoko, by wzbić się ponad tę cholerną duszącą mnie codzienność, by włożyć czerwone szpilki i znowu iść z uśmiechem nie do pokonania.
Jakoś mi tak smutno, jak zawsze w okolicach 12-go września, to już będą trzy lata od odejścia  Ilonki, w przyszły weekend pojadę do Pszczyny, tak dawno u niej nie byłam… ech, tak dawno.
Tyle mam i tyle nie mam.
Li.

Środa. (Urody doda).

5 września, 2012
Wracałam wczoraj wieczorem do Krakowa, drogą od strony Zakopanego.
Księżyc świecił na czerwono, droga wiła się pod kołami, lekka mgiełka snuła się po miedzach… czułam jakiś wewnętrzny niepokój….
I słusznie czułam, bo gdy weszłam do domu, zastałam kompletny chaos- kuchenne pobojowisko, salonowy nieład, głodne zwierzaki i brak dzieci.
Uzbrojona w już mające realną podstawę złe przeczucia udałam się na górę, było ciemno, tylko spod zamkniętych drzwi sączyła się jasna smuga światła.
Z niepokojem nacisnęłam klamkę do drzwi Młodszej i…
… i podmienili mi dziecko, bo nie wierzyłam własnym oczom- siedziała na łóżku o obłędem w oczach, obłożona książkami i pierwsze jej słowa nie były o miłości, ewentualnie o kolacji, a zawierały pytanie o wpływ litosfery na atmosferę. 
Moje dziecko, blond gwiazda, leser pospolity sama z własnej inicjatywy odrobiła lekcje. 
I w dodatku się do nich przyłożyła. Dam na mszę, by zapału wystarczyło jej choć do końca tygodnia…
(Inna sprawa, że postraszona przez nauczycieli, gimnazjum postrzega na razie jak karę za grzechy beztroskiej podstawówki).
Starsza z kolei naznaczona piętnem matury kłóci się ze mną o przedmioty do zdawania. 
Wywalczyłam historię, ale nie mogę przekonać jej do rozszerzonego języka polskiego. 
Nastawiona na studia i życie w Anglii nie widzi powodu, a mnie krwawi serce. 
Bo jak to? Zdawać tylko podstawowy poziom z języka polskiego? 
Jako, że nie mogę się z tym pogodzić, muszę sięgnąć po środki ostateczne z przekupstwem włącznie. 
Co to za pomysł z tym podziałem na wersję podstawową i rozszerzoną, matura to ma być matura! 
A jak tam u Was sprawy naukowe?
Szukam korepetycji z historii, celem uporządkowania historycznego bałaganu w głowie Starszej.
Ja niestety nie mam cierpliwości, a za bardzo kocham swoje dziecko, by narażać ją na niebezpieczeństwo moich historyczno-histerycznych wybuchów ;-)
Li.


Kocie zapasy:)

20 sierpnia, 2012
I kilka słów od Dagmary:)
Dwa kocurki, które jakiś zwyrodnialec wyrzucił do kontenera na śmieci. Kociaki miały wtedy ok. 4 tygodnie. Ledwo trzymały się na łapkach i nie umiały same jeść. Szukam dla nich wspanialego domu i kochających ludzi. Poniewaz zostały uratowane razem i wychowały się bez matki, są ze sobą bardzo związane i chciałabym, żeby ktoś adoptowal je razem. 
Kocurki sa urocze, wesołe i bystre, bardzo garną się do ludzi. 
Mam nadzieję,  że znajdę dla nich kochających opiekunów.


A ja nie mam teraz czasu na bloga.
Wrócę, jak zwykle wrócę, kiedyś…
Miłego dla Was!
Li.
PS. Oglądajcie z głośnikami.

Kocie dzieci, moje dzieci.

3 sierpnia, 2012
Siłą rzeczy koci temat trwa.

Dostałam maila od Dagmary, mojej Przyjaciółki:

…Sąsiad znalazł je wrzucone do kontenera na śmieci na Widoku..
Ważą po 35 deko każdy i są o wiele mniejsze, niż się wydają na zdjęciu.
Szukam im wspaniałego domu, najlepiej razem!



Mam dziś straszny dzień, straszny. 
Będę musiała bardzo się spieszyć, złapać sznurki wielu spraw, do wieczora mam zajętość wprost nieprzyzwoitą, co w piątek jest grzechem, ciężkim grzechem.. 
Za oknem już zaczął się lepki upał, powietrze stanęło w bezruchu, poziom wkurzenia zaczął piąć się w górę
i jeszcze ten mail od D., uch złapać takiego drania…!
Kto z Krakowa lub okolic szukał kota, niech już nie szuka, dwa prześliczne kocurki szukają domu! 
Ja niestety nie mogę ich wziąć, muszę liczyć się z uczuciami mojej kociej zgrai, no i przecież wszystkie najlepsze obserwacyjne miejsca w domu są już zajęte.
Dla pociechy dostaję maile od Młodszej, śmieję się do łez, wrzucam parę fragmentów, Bimbo to Karolcia-ksywka jeszcze z dzieciństwa. 
W mailach jest wszystko: delikatny jęk o kasę, próba wzbudzenia współczucia, tęsknota i skarga na Starszą:)

„…Dzisiaj byłam z bimbem w mieście i w kupiłam wyjątkowo beznadziejne podroby conversow, więc jak
pojedziemy moze w poniedziałek to kupię lepsze, ale nie mam chyba juz w
sumie wystarczająco pieniędzy .___. Moglabys zrobić jeszcze malutki
Pzelew na 100 zł albo 120 po 60 na Lebka! Kupilysmy tez koszulki z hrc,
ale w sumie chcialabym kupić sobie jeszcze taka z wielbladem palacym
fajkę i z napisem ” nie patrz na mój tył” po angielsku ofkors,
a z tylu na niej jest dupa wielblada :D…”
„…Chyba sobie spalilam ramiona, ale to w sumie spoko, bo okulary do pływania
taty mnie obcieraja i pieka, a Bimbo swoje mi daje tylko jak jest na
lezaku, a jak sobie spale ramiona to wloze koszulkę i poloze sie na lezaku
w cieniu…”
„…Jedna cześć twarzy mam bardziej opalona niż druga :DDD…”
„…Mysle ze ten Kair będzie spoko, ponieważ w autobusie będzie mi sie
wygodnie spac. Wezmę poduszkę i everything will be okay :P…”
„…Mówiłam ze ryba mnie wczoraj chyba ugryzla?…”
„…A jak ty sie masz? Pewnie Ci sie dobrze żyje bez nas. Wolność, co?:DDDD…”
„…No i boli mnie
gardło. Wzięłam juz tabletkę! Więc sie nie Martw, jak cos to mamy
numer do lekarza, ale chyba nie będzie mi potrzebny…”
„…Chce do domu w sumie, do mojego lozka…”
„…Bimbo nie pozwala mi pisac i mnie popędza, a ja czekałam na moje 10 minut na laptopie 1,5 godziny -.-
W sumie to teraz mega mnie denerwuje, ale nic nie moge poradzic…”




Tak, mam swoją wolność, ale zdecydowanie jednak wolę być w niewoli.
Myślcie o tych kociakach!
Li.

Koty.

2 sierpnia, 2012
Mam nowe kocie łupy- trzy koty z Japonii i dwa z Maroka, uwielbiam przyjaciół za pamięć o moich zbiorach.
Co prawda wzmacniana ona bywa męczącym przypominaniem Im przed każdym wyjazdem o obowiązku przywiezienia kota, ale co tam- cel uświęca środki, a moja kolekcja rozrasta się jak niekontrolowana  kocia populacja.
Mam koty z najbardziej egzotycznych miejsc, ale i z Krościenka.
Muszę się pokusić o skatalogowanie, kiedyś!

Od lewej: kot z Delft, z Pragi, z Jędrzejowa, z Drezna.

 Od lewej: Kot z Krościenka, Kuby, niewiadomego pochodzenia, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.

Od lewej, na górze: Norwegia, Rosja, Anglia, Szwecja, cztery takie same koty made in China, ale dwa z Malediwów, jeden z Amsterdamu, a jeden z Krościenka, za nimi kot z Kuby i Maroka, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.
Dolna półka: Anglia, Egipt, Wietnam, Indonezja, Nepal, Chiny, Turcja, Wyspy Kanaryjskie, Andaluzja, Singapur, Kraków, Japonia

Dolna półka od lewej: Praga, Egipt, Meksyk, Kambodża, Indonezja, Turcja, Chorwacja, Sri Lanka, Grecja, Niemcy, od maczki, Egipt, Izrael, Holandia, Warszawa, Wietnam, Niemcy

Japonia, Irlandia ( dwa kilo ofiarnie wiezione przez Jędzę w bagażu podręcznym).

Anglia, Egipt, Szwecja, Anglia, Praga, Normandia, Pekin, Japonia, kurczę nie pamiętam skąd mam tę zebrę, Pszczyna, Indonezja, Szwecja, Kraków.

Kot złoty, najukochańszy- z podroży poślubnej do Indii Ilonki i mojego brata. Obok kot z Luksoru.
Kot z lewej z Lomboku, kot na książkach od Tośka (wybacz Tosiek, ale to takie trochę kocie zombi :D, poniżej grzeczne kocisko ze sklepu „Wszystko za 4 zł”.

Kolekcji pilnuje  przydźwigany osobiście kocur z Indonezji.

A to kocisko z Katowic, od prawdziwej jędzy.

Pamiętam ofiarodawców i okoliczności, w których sama szukałam kotów.
W Hongkongu nie znalazłam ani jednego!
Lubię, gdy kot jest rękodziełem, gdy jest  charakterystyczny dla danego kraju, czy regionu, gdy jest niepowtarzalny, jak każdy kot. Ale kolekcja moich kotów made in China cieszy mnie niezmiernie- osobno przywiezione z Malediwów, Holandii i Krościenka odnalazły się na mojej półce, czyż to nie cudowne zrządzenie kociego losu?
Miłego dla Was!
Li.
PS. Zdjęcia robione są telefonem, a krytykę ich jakości niewątpliwie za chwilę dokonaną przez moje  ukochane, czuwające dzień i noc trolle mam głęboko gdzieś. Ech, ten blog bez Was nie byłby taki sam…
I tak traficie do spamu, jak ze wszystkimi swoimi durnymi komentarzami, które wywołują u mnie głęboki zieeeeeeeeeeewwwww…… 
Pozdrowienia od Meli i Hesi, mają się świetnie.


Dobry wieczór:)

31 lipca, 2012
Wolność zaczęłam od sprzątania i ponurego wniosku, że dwie nastolatki pakujące się na tygodniowy wyjazd są jak tornado.(Ciekawe czego zapomniały?)
Starsza zabrała laptopa, bo „przecież musi pracować”, nie poznaję mojego dziecka, jakieś takie dorosłe się robi, zarabia pieniądze i w dodatku je odkłada, czyniąc rozliczne lokaty, czego na pewno nie wyssała z mlekiem matki, o nie…
Czekam jak na szpilkach na sms-a, że moje skarby najukochańsze doleciały, potem spokojnie zanurzę się w wannę pełną piany i rzucając stęsknione spojrzenie na zachęcająco przytulne łóżko,
zrobię sobie kawę 
i napiszę na jutro umowę,
która miała być na wczoraj,
a klient przyszedł z nią dziś. 
Otwieram więc swój wieczór, jeszcze jestem na tarasie, cudownie pachnie maciejka, rozświetlone okna sąsiadów kryją swoje tajemnice, ale nie- nie uruchamiam wyobraźni, jest mi dobrze, tak jak jest.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Li.
Update: 
1. Doleciały. Świat jest piękny!
2. wyszukiwarka szaleje wypluwając z siebie ciągle „bluebellmybell”.
I przez to mam tłumy na blogu. Rozczaruję niektórych z Was- nic więcej na temat tego nicka pisać nie będę. 

Klikać też trzeba umieć.

31 lipca, 2012

Przypadkiem usunęłam sobie notkę i komentarze, najmocniej przepraszam:)

Pakuję walizki i udzielam ostatnich dobrych rad, których nikt w tym domu nie chce słuchać.
Dolecą, pobyczą się i wrócą, nie może przecież być inaczej.
Li.


Cichym ścigałam ją lotem (kto lubi Joe Alexa?)

30 lipca, 2012
Ostatnie dwa dni ścigałam trolla, złapanego pozbawiłam anonimowości i oddałam w ręce, które będą wiedziały co z nim zrobić.
Czuję się zmęczona, jak zawsze gdy walczyć trzeba z ludzką podłością, zawiścią i niegodziwością. Większość z Was czyta bloga Chustki,  więc wie o co chodzi, reszcie napiszę że nikt w sieci nie jest anonimowy.
W spontanicznym porozumieniu z kilkoma innymi nickami utkałyśmy sieć, w którą wpadła niejaka Aneta K., pisząca u Chustki jedne z najbardziej niegodziwych komentarzy jakie czytałam, a to wszystko pod wdzięcznym nickiem BlueBellmybell.
Mało inteligentny był to troll, co odejmuje splendoru i chwały naszemu zwycięstwu, bo swoją niezwykłą aktywność w sieci na blogach, forach, stronach konkursowych na temat kapsułek do prania Ariel,  kremu marki Bielenda, krytyki kocyków Anny Muchy  i na allegro firmował jednym i tym samym nickiem. A nie jest to nick pospolity, powiedzmy sobie szczerze.
Aby mieć dowód koronny posunęłam się nawet do zakupu na allegro paskudnej torebki tłoczonej we wzór skóry krokodyla, tym samym usłużne allegro podesłało mi od razu dane sprzedawcy, telefon i maila (od razu zaznaczam- nie mam zamiaru za to paskudztwo zapłacić, ale negatywa nie zniesę ;-)
Telefon już milczy jak zaklęty, a szkoda- chętnie zapytałabym Anetę K. co nią kierowało, gdy pisała raniące, szydzące i pełna zła słowa na blogu walczącej z chorobą kobiety.
BlueBellmybell spędziła wczorajszą niedzielę na czyszczeniu swoich śladów w necie, kasowaniu  wypowiedzi wszędzie tam gdzie skasować mogła, kasowaniu kont na forach, wszędzie zostawiając za sobą tani zapach paniki.
Myślę, że dostała nauczkę.
Słodki smak zwycięstwa nad złem zepsuła jednak gorycz niektórych komentarzy u Chustki- mdła do urzygania political correctness, och, och- oszczędzcie ją, a może to nie ona, a co tam, Chustka jest silna, nie przejmuje się, tym, że ktoś jej życzy by zdechła na raka, e tam, Chustka ma dystans, a dlaczego nie moderuje, gdyby moderowała, to trolle by nie wchodziły, głupiutkie wypowiedzi, robiące z kata ofiarę tej niedobrej Li.
Tak, jestem niedobra, zła, wredna i zdolna do największych poświęceń, gdy wiem, że działam w słusznej sprawie,  więc uprzejmie proszę darować sobie te komentarze, jakimi raczyliście mnie u mnie i u Chustki  przez ostatnią dobę.
Mam je głęboko w swojej wirtualnej i realnej d….
Nacinam  jeden karb na kolbie swojej strzelby i w poczuciu zwycięstwa dobra nad złem idę na sushi.
:)
Li.


Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się.

28 lipca, 2012
Sobota-spokój, brak pośpiechu i milczący telefon.
Czerpię przyjemność z ruchu kubka kawy podnoszonego do ust, bo wiele może się zdarzyć pomiędzy ustami a brzegiem pucharu. Cieszę się, że od pewnego czasu żyję wolniej, spokojniej, bardziej świadomie.
Więcej chodzę pieszo, auto kurzy się na chodniku i stoi  bez ruchu czasem i dwa dni. 
Po kwietniowych rewolucjach, które najpierw były dla mnie końcem świata, a teraz są moim błogosławieństwem- do pracy mam dwie minuty  spokojnym krokiem, mogę wyjść z domu z kubkiem mojej kawy i nawet pianka mi nie opadnie. 
Zawsze w moim życiu sprawdza się zasada, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, tylko czasem w  pośpiechu o niej zapominam. 
Częściej spotykam się ze znajomymi, którzy tak jak ja poczuli przesyt wiecznym biegiem, ślizgiem po powierzchni dnia, niezauważaniem tygodnia. Wcale nie jest tak, że więcej przeżyjesz i zobaczysz biegnąc szybko. Potrącasz wtedy ważne sprawy, przeciskasz się pomiędzy ludźmi, by dopaść celu, który generuje następny cel. Patrzysz wcale niczego nie widząc. Świat oglądany przez szybę samochodu chowa swoje szczegóły. Dopiero chodząc pieszo odkryłam w okolicy fantastyczne miejsca, o których przedtem nie miałam pojęcia. Zmieniłam tryb na wolniejszy, a i tak jadę do przodu.
Przeciągam się leniwie, sobotnie zajęcia czas zacząć, a jest ich huk! 
Zacznę od podlewania roślin na tarasie, potem może poszczotkuję koty, a na końcu zalegnę na mojej tarasowej sofie i przeczytam nareszcie wszystkie gazety.
Czeka mnie więc cudowne południe, dzieci sobotnie jeszcze śpią, za trzy dni wylatują z Nemo do Egiptu, a ja spuszczona ze smyczy macierzyństwa mam w tym czasie wielkie, plany, oj wielkie! 
Nie potrafię powiedzieć czy jestem szczęśliwa. Ale czuję, że nie jestem nieszczęśliwa, a to dar od losu. Idę więc to poczucie popielęgnować, popodlewać, powygrzewać w cieple przebijającego się przez krakowski smog słońca, życie czasami bywa znośne, zgadzam się droga Pani Wisławo, oby nie było gorzej, oby nie było gorzej!
A pod wieczór  jadę pod Kraków, będzie dużo ludzi i grill, przeciwwaga dla spokojnego poranka.
Miłego dla Was!
Li.

O niczym, ale to nic nowego:)

26 lipca, 2012
Jak się wstaje o piątej rano, to dzień odwdzięcza się długim towarzystwem. 
Jestem już po prysznicu, po wyjściu z niechętnie nastawionym do tego pomysłu psem, po pierwszej kawie. 
Moje miasto budzi się bardzo powoli, jeszcze nie szumi, daje złudzenie spokoju. 
Koty zaspane i zdezorientowane snują mi się pomiędzy nogami, wyczuwam w ich spojrzeniach lekką nutę pretensji, bo o tej porze porządny kot odsypia nocne igraszki.
Zabieram się do pracy,  to dla niej poświęciłam kilka godzin snu, nie ma to jak poranny rozruch, gdy myśli bardziej odważne, pomysły błyskotliwsze, palce szybciej przebierające- ech, gdybym mogła tam wstawać o piątej rano, chodzić spać o drugiej w nocy, życie byłoby piękne. 
Bo naprawdę szkoda mi czasu na sen! I tak go nie pamiętam. 
Uwielbiam tylko ten moment otulenia kołdrą, wygodnego ułożenia poduszki, zmęczenia zamykającego oczy
i powolnego wpadania w objęcia Morfeusza, coraz bardziej w półśnie, coraz mniej rzeczywiście, coraz bardziej błogo, bezpiecznie… aż do rana i wrzasku budzika, jednego w komórce- dudniącego obok poduszki i drugiego -pikającego czasomierza w piekarniku- oooo, to najmniej cywilizowana forma porannego budzenia, sam nie przestanie, trzeba wstać, iść do kuchni i w dodatku wycelować palcem w małe kółeczko na panelu- doprawdy, doprawdy jestem mistrzem wkurzającego samobudzenia.
Dobra wiadomość jest taka, że dziś czwartek. 
Miłego dla Was!
Li.

Poranna analiza jest najkrótszą drogą do całodziennej depresji.

25 lipca, 2012
Wstałam rano skoro świt o ósmej. 
(Dziś mogę trochę zwolnić, zajęcia obowiązkowe mam od południa). 
W domu słychać kojący uszy Perfekcyjnej Pani Domu (uwielbiam ten program! Poukładałam alfabetycznie wszystkie przyprawy i zioła) szumiący duet pralki ze zmywarką, w tle muzyka i chrapanie psa. 
Kocham mój świat, nawet zaraz go odkurzę, podleję taras, powieszę pranie, rzucę, tylko rzucę okiem na zachęcający stos gazet na tarasowej kanapie, wysuszę włosy- dawno nie miałam aż tak długich, popatrzę bez entuzjazmu na białe niteczki wymuszające pójście do fryzjera, pocieszę się brakiem zmarszczek, pogrążę   widokiem reszty, całej reszty, do jasnej cholery,  miałam taki dobry humor, dopóki nie zaczęłam analizować wyglądu swoich ud, a nie mam wady wzroku niestety. Ani fotoszopa w oczach.
Siłownia i fitnes są zaledwie sześć kamienic dalej, cóż z tego, jak blisko znaczy czasem bardzo daleko…
Potrzeba mi znowu ćwiczeniowej  mobilizacji i porządnego kopniaka w wołający pomocy tyłek.
A jak Z TYM  u Was, drogie Kobiety?
Dobijcie mnie, albo pocieszcie…
:)
Li.

O tempora, o mores!

22 lipca, 2012

Mama pojechała do znajomej do domu pod miastem.
Dobrze się bawiła, a były tam same kobiety- wszystkie wdowy.
Zrobiłam babski wieczór.
Bawiłam się świetnie, a na osiem kobiet  było siedem  rozwódek i jedna w trakcie procesu. 
Dwie różne genezy pomałżeńskiej samotności- od odpowiedzialnego „nie opuszczę Cię aż do śmierci”  do  „wyrokiem Sądu w imieniu Rzeczpospolitej rozwiązuje się małżeństwo”.
(Ale jeden wspólny mianownik- na szczęście i tu i tu zabawa była przednia!)
Znak czasów? Niewiele już mężatek wokół mnie, a szczęśliwych mężatek może kilka.
O ile można to stwierdzić w sposób nie budzący wątpliwości.
Li.