Zwiędłe liście ryją tunele smutku w duszy mej.

9 września, 2012
Znowu wyrzuciłam kolejny worek z suchościami i zwiędłościami z tarasu. 
Jesień czai się na niebie, jeszcze udaje że ma jakiś interes za drzewami, jeszcze nie podchodzi bezczelnie blisko, jeszcze nie wchodzi bez pukania przez letnio otwarte okno, ale ja ją już czuję- to ten nieuchwytny, ale dotykający mnie smuteczek, wbrew woli dziejące się podsumowanie roku przed kolejnymi urodzinami, łatwa do przewidzenia, a trudna do zwalczania szarość i nieprzyjazność zimy.
To nie był dla mnie dobry rok, kolejny niedobry rok, tak jakby musiała spełnić się przepowiednia siedmiu chudych lat, trwam, egzystuję, walczę z codziennością, ale nie posuwam się do przodu w moich planach 
i marzeniach, przesuwa mnie jedynie codziennie czas, wzór codziennej konsekwencji,
nigdy nie odpuszcza i idąc do przodu zbliża mnie do końca moich marzeń, dając mi siebie coraz mniej.
Potrzebuję wstrząsu, silnego wstrząsu, takiego co to sponiewiera mnie i rzuci gdzieś na dno najgłębszej depresji, bo wtedy nagle zawsze znajduję siły, by odbić się wysoko, by wzbić się ponad tę cholerną duszącą mnie codzienność, by włożyć czerwone szpilki i znowu iść z uśmiechem nie do pokonania.
Jakoś mi tak smutno, jak zawsze w okolicach 12-go września, to już będą trzy lata od odejścia  Ilonki, w przyszły weekend pojadę do Pszczyny, tak dawno u niej nie byłam… ech, tak dawno.
Tyle mam i tyle nie mam.
Li.

Środa. (Urody doda).

5 września, 2012
Wracałam wczoraj wieczorem do Krakowa, drogą od strony Zakopanego.
Księżyc świecił na czerwono, droga wiła się pod kołami, lekka mgiełka snuła się po miedzach… czułam jakiś wewnętrzny niepokój….
I słusznie czułam, bo gdy weszłam do domu, zastałam kompletny chaos- kuchenne pobojowisko, salonowy nieład, głodne zwierzaki i brak dzieci.
Uzbrojona w już mające realną podstawę złe przeczucia udałam się na górę, było ciemno, tylko spod zamkniętych drzwi sączyła się jasna smuga światła.
Z niepokojem nacisnęłam klamkę do drzwi Młodszej i…
… i podmienili mi dziecko, bo nie wierzyłam własnym oczom- siedziała na łóżku o obłędem w oczach, obłożona książkami i pierwsze jej słowa nie były o miłości, ewentualnie o kolacji, a zawierały pytanie o wpływ litosfery na atmosferę. 
Moje dziecko, blond gwiazda, leser pospolity sama z własnej inicjatywy odrobiła lekcje. 
I w dodatku się do nich przyłożyła. Dam na mszę, by zapału wystarczyło jej choć do końca tygodnia…
(Inna sprawa, że postraszona przez nauczycieli, gimnazjum postrzega na razie jak karę za grzechy beztroskiej podstawówki).
Starsza z kolei naznaczona piętnem matury kłóci się ze mną o przedmioty do zdawania. 
Wywalczyłam historię, ale nie mogę przekonać jej do rozszerzonego języka polskiego. 
Nastawiona na studia i życie w Anglii nie widzi powodu, a mnie krwawi serce. 
Bo jak to? Zdawać tylko podstawowy poziom z języka polskiego? 
Jako, że nie mogę się z tym pogodzić, muszę sięgnąć po środki ostateczne z przekupstwem włącznie. 
Co to za pomysł z tym podziałem na wersję podstawową i rozszerzoną, matura to ma być matura! 
A jak tam u Was sprawy naukowe?
Szukam korepetycji z historii, celem uporządkowania historycznego bałaganu w głowie Starszej.
Ja niestety nie mam cierpliwości, a za bardzo kocham swoje dziecko, by narażać ją na niebezpieczeństwo moich historyczno-histerycznych wybuchów ;-)
Li.


Kocie zapasy:)

20 sierpnia, 2012
I kilka słów od Dagmary:)
Dwa kocurki, które jakiś zwyrodnialec wyrzucił do kontenera na śmieci. Kociaki miały wtedy ok. 4 tygodnie. Ledwo trzymały się na łapkach i nie umiały same jeść. Szukam dla nich wspanialego domu i kochających ludzi. Poniewaz zostały uratowane razem i wychowały się bez matki, są ze sobą bardzo związane i chciałabym, żeby ktoś adoptowal je razem. 
Kocurki sa urocze, wesołe i bystre, bardzo garną się do ludzi. 
Mam nadzieję,  że znajdę dla nich kochających opiekunów.


A ja nie mam teraz czasu na bloga.
Wrócę, jak zwykle wrócę, kiedyś…
Miłego dla Was!
Li.
PS. Oglądajcie z głośnikami.

Kocie dzieci, moje dzieci.

3 sierpnia, 2012
Siłą rzeczy koci temat trwa.

Dostałam maila od Dagmary, mojej Przyjaciółki:

…Sąsiad znalazł je wrzucone do kontenera na śmieci na Widoku..
Ważą po 35 deko każdy i są o wiele mniejsze, niż się wydają na zdjęciu.
Szukam im wspaniałego domu, najlepiej razem!



Mam dziś straszny dzień, straszny. 
Będę musiała bardzo się spieszyć, złapać sznurki wielu spraw, do wieczora mam zajętość wprost nieprzyzwoitą, co w piątek jest grzechem, ciężkim grzechem.. 
Za oknem już zaczął się lepki upał, powietrze stanęło w bezruchu, poziom wkurzenia zaczął piąć się w górę
i jeszcze ten mail od D., uch złapać takiego drania…!
Kto z Krakowa lub okolic szukał kota, niech już nie szuka, dwa prześliczne kocurki szukają domu! 
Ja niestety nie mogę ich wziąć, muszę liczyć się z uczuciami mojej kociej zgrai, no i przecież wszystkie najlepsze obserwacyjne miejsca w domu są już zajęte.
Dla pociechy dostaję maile od Młodszej, śmieję się do łez, wrzucam parę fragmentów, Bimbo to Karolcia-ksywka jeszcze z dzieciństwa. 
W mailach jest wszystko: delikatny jęk o kasę, próba wzbudzenia współczucia, tęsknota i skarga na Starszą:)

„…Dzisiaj byłam z bimbem w mieście i w kupiłam wyjątkowo beznadziejne podroby conversow, więc jak
pojedziemy moze w poniedziałek to kupię lepsze, ale nie mam chyba juz w
sumie wystarczająco pieniędzy .___. Moglabys zrobić jeszcze malutki
Pzelew na 100 zł albo 120 po 60 na Lebka! Kupilysmy tez koszulki z hrc,
ale w sumie chcialabym kupić sobie jeszcze taka z wielbladem palacym
fajkę i z napisem ” nie patrz na mój tył” po angielsku ofkors,
a z tylu na niej jest dupa wielblada :D…”
„…Chyba sobie spalilam ramiona, ale to w sumie spoko, bo okulary do pływania
taty mnie obcieraja i pieka, a Bimbo swoje mi daje tylko jak jest na
lezaku, a jak sobie spale ramiona to wloze koszulkę i poloze sie na lezaku
w cieniu…”
„…Jedna cześć twarzy mam bardziej opalona niż druga :DDD…”
„…Mysle ze ten Kair będzie spoko, ponieważ w autobusie będzie mi sie
wygodnie spac. Wezmę poduszkę i everything will be okay :P…”
„…Mówiłam ze ryba mnie wczoraj chyba ugryzla?…”
„…A jak ty sie masz? Pewnie Ci sie dobrze żyje bez nas. Wolność, co?:DDDD…”
„…No i boli mnie
gardło. Wzięłam juz tabletkę! Więc sie nie Martw, jak cos to mamy
numer do lekarza, ale chyba nie będzie mi potrzebny…”
„…Chce do domu w sumie, do mojego lozka…”
„…Bimbo nie pozwala mi pisac i mnie popędza, a ja czekałam na moje 10 minut na laptopie 1,5 godziny -.-
W sumie to teraz mega mnie denerwuje, ale nic nie moge poradzic…”




Tak, mam swoją wolność, ale zdecydowanie jednak wolę być w niewoli.
Myślcie o tych kociakach!
Li.

Koty.

2 sierpnia, 2012
Mam nowe kocie łupy- trzy koty z Japonii i dwa z Maroka, uwielbiam przyjaciół za pamięć o moich zbiorach.
Co prawda wzmacniana ona bywa męczącym przypominaniem Im przed każdym wyjazdem o obowiązku przywiezienia kota, ale co tam- cel uświęca środki, a moja kolekcja rozrasta się jak niekontrolowana  kocia populacja.
Mam koty z najbardziej egzotycznych miejsc, ale i z Krościenka.
Muszę się pokusić o skatalogowanie, kiedyś!

Od lewej: kot z Delft, z Pragi, z Jędrzejowa, z Drezna.

 Od lewej: Kot z Krościenka, Kuby, niewiadomego pochodzenia, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.

Od lewej, na górze: Norwegia, Rosja, Anglia, Szwecja, cztery takie same koty made in China, ale dwa z Malediwów, jeden z Amsterdamu, a jeden z Krościenka, za nimi kot z Kuby i Maroka, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.
Dolna półka: Anglia, Egipt, Wietnam, Indonezja, Nepal, Chiny, Turcja, Wyspy Kanaryjskie, Andaluzja, Singapur, Kraków, Japonia

Dolna półka od lewej: Praga, Egipt, Meksyk, Kambodża, Indonezja, Turcja, Chorwacja, Sri Lanka, Grecja, Niemcy, od maczki, Egipt, Izrael, Holandia, Warszawa, Wietnam, Niemcy

Japonia, Irlandia ( dwa kilo ofiarnie wiezione przez Jędzę w bagażu podręcznym).

Anglia, Egipt, Szwecja, Anglia, Praga, Normandia, Pekin, Japonia, kurczę nie pamiętam skąd mam tę zebrę, Pszczyna, Indonezja, Szwecja, Kraków.

Kot złoty, najukochańszy- z podroży poślubnej do Indii Ilonki i mojego brata. Obok kot z Luksoru.
Kot z lewej z Lomboku, kot na książkach od Tośka (wybacz Tosiek, ale to takie trochę kocie zombi :D, poniżej grzeczne kocisko ze sklepu „Wszystko za 4 zł”.

Kolekcji pilnuje  przydźwigany osobiście kocur z Indonezji.

A to kocisko z Katowic, od prawdziwej jędzy.

Pamiętam ofiarodawców i okoliczności, w których sama szukałam kotów.
W Hongkongu nie znalazłam ani jednego!
Lubię, gdy kot jest rękodziełem, gdy jest  charakterystyczny dla danego kraju, czy regionu, gdy jest niepowtarzalny, jak każdy kot. Ale kolekcja moich kotów made in China cieszy mnie niezmiernie- osobno przywiezione z Malediwów, Holandii i Krościenka odnalazły się na mojej półce, czyż to nie cudowne zrządzenie kociego losu?
Miłego dla Was!
Li.
PS. Zdjęcia robione są telefonem, a krytykę ich jakości niewątpliwie za chwilę dokonaną przez moje  ukochane, czuwające dzień i noc trolle mam głęboko gdzieś. Ech, ten blog bez Was nie byłby taki sam…
I tak traficie do spamu, jak ze wszystkimi swoimi durnymi komentarzami, które wywołują u mnie głęboki zieeeeeeeeeeewwwww…… 
Pozdrowienia od Meli i Hesi, mają się świetnie.


Dobry wieczór:)

31 lipca, 2012
Wolność zaczęłam od sprzątania i ponurego wniosku, że dwie nastolatki pakujące się na tygodniowy wyjazd są jak tornado.(Ciekawe czego zapomniały?)
Starsza zabrała laptopa, bo „przecież musi pracować”, nie poznaję mojego dziecka, jakieś takie dorosłe się robi, zarabia pieniądze i w dodatku je odkłada, czyniąc rozliczne lokaty, czego na pewno nie wyssała z mlekiem matki, o nie…
Czekam jak na szpilkach na sms-a, że moje skarby najukochańsze doleciały, potem spokojnie zanurzę się w wannę pełną piany i rzucając stęsknione spojrzenie na zachęcająco przytulne łóżko,
zrobię sobie kawę 
i napiszę na jutro umowę,
która miała być na wczoraj,
a klient przyszedł z nią dziś. 
Otwieram więc swój wieczór, jeszcze jestem na tarasie, cudownie pachnie maciejka, rozświetlone okna sąsiadów kryją swoje tajemnice, ale nie- nie uruchamiam wyobraźni, jest mi dobrze, tak jak jest.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Li.
Update: 
1. Doleciały. Świat jest piękny!
2. wyszukiwarka szaleje wypluwając z siebie ciągle „bluebellmybell”.
I przez to mam tłumy na blogu. Rozczaruję niektórych z Was- nic więcej na temat tego nicka pisać nie będę. 

Klikać też trzeba umieć.

31 lipca, 2012

Przypadkiem usunęłam sobie notkę i komentarze, najmocniej przepraszam:)

Pakuję walizki i udzielam ostatnich dobrych rad, których nikt w tym domu nie chce słuchać.
Dolecą, pobyczą się i wrócą, nie może przecież być inaczej.
Li.


Cichym ścigałam ją lotem (kto lubi Joe Alexa?)

30 lipca, 2012
Ostatnie dwa dni ścigałam trolla, złapanego pozbawiłam anonimowości i oddałam w ręce, które będą wiedziały co z nim zrobić.
Czuję się zmęczona, jak zawsze gdy walczyć trzeba z ludzką podłością, zawiścią i niegodziwością. Większość z Was czyta bloga Chustki,  więc wie o co chodzi, reszcie napiszę że nikt w sieci nie jest anonimowy.
W spontanicznym porozumieniu z kilkoma innymi nickami utkałyśmy sieć, w którą wpadła niejaka Aneta K., pisząca u Chustki jedne z najbardziej niegodziwych komentarzy jakie czytałam, a to wszystko pod wdzięcznym nickiem BlueBellmybell.
Mało inteligentny był to troll, co odejmuje splendoru i chwały naszemu zwycięstwu, bo swoją niezwykłą aktywność w sieci na blogach, forach, stronach konkursowych na temat kapsułek do prania Ariel,  kremu marki Bielenda, krytyki kocyków Anny Muchy  i na allegro firmował jednym i tym samym nickiem. A nie jest to nick pospolity, powiedzmy sobie szczerze.
Aby mieć dowód koronny posunęłam się nawet do zakupu na allegro paskudnej torebki tłoczonej we wzór skóry krokodyla, tym samym usłużne allegro podesłało mi od razu dane sprzedawcy, telefon i maila (od razu zaznaczam- nie mam zamiaru za to paskudztwo zapłacić, ale negatywa nie zniesę ;-)
Telefon już milczy jak zaklęty, a szkoda- chętnie zapytałabym Anetę K. co nią kierowało, gdy pisała raniące, szydzące i pełna zła słowa na blogu walczącej z chorobą kobiety.
BlueBellmybell spędziła wczorajszą niedzielę na czyszczeniu swoich śladów w necie, kasowaniu  wypowiedzi wszędzie tam gdzie skasować mogła, kasowaniu kont na forach, wszędzie zostawiając za sobą tani zapach paniki.
Myślę, że dostała nauczkę.
Słodki smak zwycięstwa nad złem zepsuła jednak gorycz niektórych komentarzy u Chustki- mdła do urzygania political correctness, och, och- oszczędzcie ją, a może to nie ona, a co tam, Chustka jest silna, nie przejmuje się, tym, że ktoś jej życzy by zdechła na raka, e tam, Chustka ma dystans, a dlaczego nie moderuje, gdyby moderowała, to trolle by nie wchodziły, głupiutkie wypowiedzi, robiące z kata ofiarę tej niedobrej Li.
Tak, jestem niedobra, zła, wredna i zdolna do największych poświęceń, gdy wiem, że działam w słusznej sprawie,  więc uprzejmie proszę darować sobie te komentarze, jakimi raczyliście mnie u mnie i u Chustki  przez ostatnią dobę.
Mam je głęboko w swojej wirtualnej i realnej d….
Nacinam  jeden karb na kolbie swojej strzelby i w poczuciu zwycięstwa dobra nad złem idę na sushi.
:)
Li.


Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się.

28 lipca, 2012
Sobota-spokój, brak pośpiechu i milczący telefon.
Czerpię przyjemność z ruchu kubka kawy podnoszonego do ust, bo wiele może się zdarzyć pomiędzy ustami a brzegiem pucharu. Cieszę się, że od pewnego czasu żyję wolniej, spokojniej, bardziej świadomie.
Więcej chodzę pieszo, auto kurzy się na chodniku i stoi  bez ruchu czasem i dwa dni. 
Po kwietniowych rewolucjach, które najpierw były dla mnie końcem świata, a teraz są moim błogosławieństwem- do pracy mam dwie minuty  spokojnym krokiem, mogę wyjść z domu z kubkiem mojej kawy i nawet pianka mi nie opadnie. 
Zawsze w moim życiu sprawdza się zasada, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, tylko czasem w  pośpiechu o niej zapominam. 
Częściej spotykam się ze znajomymi, którzy tak jak ja poczuli przesyt wiecznym biegiem, ślizgiem po powierzchni dnia, niezauważaniem tygodnia. Wcale nie jest tak, że więcej przeżyjesz i zobaczysz biegnąc szybko. Potrącasz wtedy ważne sprawy, przeciskasz się pomiędzy ludźmi, by dopaść celu, który generuje następny cel. Patrzysz wcale niczego nie widząc. Świat oglądany przez szybę samochodu chowa swoje szczegóły. Dopiero chodząc pieszo odkryłam w okolicy fantastyczne miejsca, o których przedtem nie miałam pojęcia. Zmieniłam tryb na wolniejszy, a i tak jadę do przodu.
Przeciągam się leniwie, sobotnie zajęcia czas zacząć, a jest ich huk! 
Zacznę od podlewania roślin na tarasie, potem może poszczotkuję koty, a na końcu zalegnę na mojej tarasowej sofie i przeczytam nareszcie wszystkie gazety.
Czeka mnie więc cudowne południe, dzieci sobotnie jeszcze śpią, za trzy dni wylatują z Nemo do Egiptu, a ja spuszczona ze smyczy macierzyństwa mam w tym czasie wielkie, plany, oj wielkie! 
Nie potrafię powiedzieć czy jestem szczęśliwa. Ale czuję, że nie jestem nieszczęśliwa, a to dar od losu. Idę więc to poczucie popielęgnować, popodlewać, powygrzewać w cieple przebijającego się przez krakowski smog słońca, życie czasami bywa znośne, zgadzam się droga Pani Wisławo, oby nie było gorzej, oby nie było gorzej!
A pod wieczór  jadę pod Kraków, będzie dużo ludzi i grill, przeciwwaga dla spokojnego poranka.
Miłego dla Was!
Li.

O niczym, ale to nic nowego:)

26 lipca, 2012
Jak się wstaje o piątej rano, to dzień odwdzięcza się długim towarzystwem. 
Jestem już po prysznicu, po wyjściu z niechętnie nastawionym do tego pomysłu psem, po pierwszej kawie. 
Moje miasto budzi się bardzo powoli, jeszcze nie szumi, daje złudzenie spokoju. 
Koty zaspane i zdezorientowane snują mi się pomiędzy nogami, wyczuwam w ich spojrzeniach lekką nutę pretensji, bo o tej porze porządny kot odsypia nocne igraszki.
Zabieram się do pracy,  to dla niej poświęciłam kilka godzin snu, nie ma to jak poranny rozruch, gdy myśli bardziej odważne, pomysły błyskotliwsze, palce szybciej przebierające- ech, gdybym mogła tam wstawać o piątej rano, chodzić spać o drugiej w nocy, życie byłoby piękne. 
Bo naprawdę szkoda mi czasu na sen! I tak go nie pamiętam. 
Uwielbiam tylko ten moment otulenia kołdrą, wygodnego ułożenia poduszki, zmęczenia zamykającego oczy
i powolnego wpadania w objęcia Morfeusza, coraz bardziej w półśnie, coraz mniej rzeczywiście, coraz bardziej błogo, bezpiecznie… aż do rana i wrzasku budzika, jednego w komórce- dudniącego obok poduszki i drugiego -pikającego czasomierza w piekarniku- oooo, to najmniej cywilizowana forma porannego budzenia, sam nie przestanie, trzeba wstać, iść do kuchni i w dodatku wycelować palcem w małe kółeczko na panelu- doprawdy, doprawdy jestem mistrzem wkurzającego samobudzenia.
Dobra wiadomość jest taka, że dziś czwartek. 
Miłego dla Was!
Li.

Poranna analiza jest najkrótszą drogą do całodziennej depresji.

25 lipca, 2012
Wstałam rano skoro świt o ósmej. 
(Dziś mogę trochę zwolnić, zajęcia obowiązkowe mam od południa). 
W domu słychać kojący uszy Perfekcyjnej Pani Domu (uwielbiam ten program! Poukładałam alfabetycznie wszystkie przyprawy i zioła) szumiący duet pralki ze zmywarką, w tle muzyka i chrapanie psa. 
Kocham mój świat, nawet zaraz go odkurzę, podleję taras, powieszę pranie, rzucę, tylko rzucę okiem na zachęcający stos gazet na tarasowej kanapie, wysuszę włosy- dawno nie miałam aż tak długich, popatrzę bez entuzjazmu na białe niteczki wymuszające pójście do fryzjera, pocieszę się brakiem zmarszczek, pogrążę   widokiem reszty, całej reszty, do jasnej cholery,  miałam taki dobry humor, dopóki nie zaczęłam analizować wyglądu swoich ud, a nie mam wady wzroku niestety. Ani fotoszopa w oczach.
Siłownia i fitnes są zaledwie sześć kamienic dalej, cóż z tego, jak blisko znaczy czasem bardzo daleko…
Potrzeba mi znowu ćwiczeniowej  mobilizacji i porządnego kopniaka w wołający pomocy tyłek.
A jak Z TYM  u Was, drogie Kobiety?
Dobijcie mnie, albo pocieszcie…
:)
Li.

O tempora, o mores!

22 lipca, 2012

Mama pojechała do znajomej do domu pod miastem.
Dobrze się bawiła, a były tam same kobiety- wszystkie wdowy.
Zrobiłam babski wieczór.
Bawiłam się świetnie, a na osiem kobiet  było siedem  rozwódek i jedna w trakcie procesu. 
Dwie różne genezy pomałżeńskiej samotności- od odpowiedzialnego „nie opuszczę Cię aż do śmierci”  do  „wyrokiem Sądu w imieniu Rzeczpospolitej rozwiązuje się małżeństwo”.
(Ale jeden wspólny mianownik- na szczęście i tu i tu zabawa była przednia!)
Znak czasów? Niewiele już mężatek wokół mnie, a szczęśliwych mężatek może kilka.
O ile można to stwierdzić w sposób nie budzący wątpliwości.
Li.


Słowo na niedzielę.

22 lipca, 2012
W samo południe przeciągam się leniwie nad kubkiem z kolejną kawą. 
Chce mi się nic, ostatni tydzień zaskoczył mnie swoją pracowitością, ale wczorajsza chińska kolacja u D. zrelaksowała i wpędziła w ulubiony dobry nastrój.

D. kupiła  chinese hot pot, taki do postawienia na stole, na prąd, fantastycznie inspirujący garnek- nasze ulubione kulinarne wspomnienie z Singapuru, pewnego lata siedzieliśmy nad nim cztery godziny….
W każdej z jego części gotuje się wywar o innym smaku, jeden o bardziej pikantnym, drugi mniej, możliwości gotowania różnych pyszności są nieskończone, a smak wywaru ewoluuje w zależności od ilości wrzucanych do niego rzeczy. Wczoraj wrzucaliśmy  krewetki, kalmary, kulki mięsne, pierożki won-ton (zrobione przez D.), szpinak, pieczarki, grzyby mun, marchewkę, kukurydzę, ech… wiele by wymieniać. Lubię takie spotkania, gdzie jedzenie tworzy się w trakcie, jest zamieszanie, buchająca para,  tłok przy stole i mnóstwo śmiechu.
Jest dobrze, jest dobrze, jest coraz lepiej!

Moc pozytywnego myślenia po raz kolejny ujawniła swoją siłę. 
Zaprawdę powiadam Wam: wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, a uparte w trwanie w przekonaniu, że musi być dobrze, bo nie może być inaczej, zaczyna przynosić oczekiwane efekty. 
Chmury wiszą nisko nad miastem, ale ja fruwam ponad nimi, dziś nie mam nic więcej do powiedzenia.
Może jeszcze to, że w drugim dniu pracy moja Młodsza oświadczyła, ze „rzuca tę robotę„, i że ” praca wykonywana przez trzynastoletnie dziecko, które już się na nią nie zgadza jest nielegalna i stanowi przejaw niewolnictwa„. Aha i jeszcze że „jest stworzona do wyższych celów„.
Miłej niedzieli dla Was! Ja zabieram się do roboty, mam huk pisania, huk!
Li.

Sprawy pracownicze.

16 lipca, 2012
„Mam ciężkie warunki pracy”-pożaliła mi się Młodsza, gdy okazało się, że rozdawanie ulotek to nie bułka z masłem, ludzie opędzają się od niej jak od muchy i bynajmniej nie ruszają tłumnie na stoisko Starszej.
„Zwolnię Cię dyscyplinarnie”– zagroziła Młodszej Starsza, gdy zauważyła u świeżo zatrudnionego pracownika objawy wypalenia zawodowego. A potem jakoś  było, bo jeszcze nie było, żeby jakoś nie było, pracowity dzień został zakończony o 20.30 w kinie i to od razu na dwóch seansach, trzeba było odreagować stres pierwszego dnia. 
Pośmiałyśmy się na „Epoce Lodowcowej 4” i na „Jak urodzić i nie zwariować”, ten drugi film był pociechą dla mnie, bo doprawdy poczułam, że ciągnę trzy etaty, a moje koszty pracy moich córek na dzień wczorajszy przedstawiały się następująco:
– koszty paliwa: dowóz pracowników autem 3,0  km w jedną stronę
-koszty posiłków regeneracyjnych w postaci dwóch sałatek- 33 zł
-koszty telefonów niesłużbowych z żalami i koniecznością udzielania wsparcia- w abonamencie
-koszty nagrody -sześciu biletów do kina, w tym jedno 3D, plus niezliczona ilość picia-150 zł
-koszt popołudnia i wieczoru nie spędzonego w sposób najbardziej odpowiedni dla wolnej i miłej kobiety po czterdziestce- nie do policzenia.
Moja miłość do dzieci  nie zna granic, ni kordonów :D
Li.


Przy niedzieli o robocie.

15 lipca, 2012
Niedzielny poranek przynosi ze sobą wymuszony ustawowo spokój. 
Nawet kawa smakuje inaczej, niby kapsułki z ekspresu, a jakoś tak slow food.
Rodzinna klasa pracująca jeszcze śpi- dziś ma na drugą zmianę. Niespodziewanie okazało się, że Młodsza też chce pracować- i ku mojemu zdumieniu Starsza „załatwiła” jej u swojego pracodawcy rozdawanie ulotek, zachęcających do zakupu towaru na stoisku Starszej, no no…
W związku z powyższym o mało nie padłam ze śmiechu, gdy moja trzynastoletnia córka poszła wczoraj wcześniej spać, by-cytuję: „być wypoczętą przed pracą” i konsultowała ze Starszą swoje zmiany, bo przecież ma na głowie jeszcze trzy godziny angielskiego dziennie.
Dobrze, dobrze, popieram całym sercem i duszą.
Z plotek donoszę, że nie wyszła mi pierwsza partia ogórków małosolnych, na którą w dodatku byli zaproszeni goście. Przeprowadzone drobiazgowe śledztwo wykazało, że po pierwsze, to wina ogórków- tak twierdzą przesłuchane na tę okoliczność  znajome Panie z Kleparza- podobno nikomu w tym czasie nie wyszły, jakieś były felerne, choć szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia, dlaczego- na oko wyglądały jak ogórki, a ogórek, jaki jest każdy widzi.
Po drugie, to moja wina- nie można kisić ogórków solą ze zmniejszoną zawartością sodu, jednak nie zjadło się wszystkich kulinarnych rozumów i poważne braki się ma, oj ma…
Wyrzuciłam więc pięć kilo mojej ogórkowej porażki i wczoraj zrobiłam nową partię, ściśle przestrzegając kleparzowych zaleceń: ogonkami w dół, dużo kopru, chrzanu, czosnku, pieprz ziarnisty, wrząca woda z leciutko kopiastą łyżką soli….. mhmmmmm….. są pyszne- uwielbiam takie „na drugi dzień”, sięgam ręką co parę minut, ogórek plus kawa- najmilsza chwila poranka.
Zabieram się do roboty, w niedzielę uwielbiam sprzątać.
Wieczorem idę do kina i kolejny weekend wakacji będzie już tylko wspomnieniem. 
In fine, chciałam sprostować tytuł przedostatniego posta- bo powinno być: 
Dzieci się starzeją, a my wiecznie młode. 
Zwróciły mi na to uwagę moje córki, twierdząc, że ja nigdy się nie zestarzeję. 
Rzeczywiście! Chwilowo zapomniałam, że taki mam plan! :)
Miłego dla Was!
Li.

Kolejny wtorek-potworek.

10 lipca, 2012
Obudzona przez wstającą wcześniej ode mnie klasę pracującą w osobie Starszej,  piję kawę na tarasie i usiłuję nie patrzeć na pobojowisko w skrzyni z lawendami- jak wytłumaczyć kotom, że to nie kuweta, skoro jest duże, prostokątne i z zachęcająco pachnącą ziemią, idealną do zakopywania-sami-wiecie-czego?
Stanowczo za dużo wybaczam tym kocim potworom, w dodatku żadnego nie złapałam na gorącym uczynku.
Wtorek-potworek czas zacząć, mam przed sobą trudny dzień, ale porannym, nieskażonym jeszcze upałem słońcem naładowałam sobie baterie, a perspektywa miłego wieczoru spokojnie przeprowadzi mnie przez trudy i znoje,  gdyby mi się tak chciało, jak mi się nie chce…. ech…
To co? Zabieramy się do roboty?
Li.

Dzieci się starzeją, a my wraz z nimi.

8 lipca, 2012
Wczoraj był niezwykły dzień- Starsza skończyła 18 lat i już nigdy nie będzie tak samo (Młodsza z wielką satysfakcją koronowała się na jedyne dziecko w naszym domu).
Nie mogę w to uwierzyć, moje dziecko osiągnęło pełną zdolność do czynności prawnych!
Plany na dorosłość  na razie są krótkoterminowe, jutro idziemy do banku, zamieniać subkonto w moim koncie, na prawdziwe konto. No i zapisujemy się na prawo jazdy, piszę w pluralis jako właściciel auta, któremu niebawem grozić będzie wielkie niebezpieczeństwo, albowiem Starsza już wizualizuje siebie przy kierownicy… 
Dzięki szeleszczącym prezentom pławi się teraz w poczuciu bycia przy forsie, a w planie ma wielkie inwestycje, zaprawdę powiadam Wam, to dziecko będzie kiedyś prawdziwym krezusem, ma to nie po mamusi, niestety.
Wzruszałam się, wiadomo- mam oczy na mokrym miejscu, ale ten umowny koniec beztroskiego dzieciństwa powodem do wzruszania się jest i basta!
Od babci po mieczu dostała ozdobne pudełko, a w nim skrupulatnie przez babcię gromadzone rysunki, laurki, dyktanda, którymi  szczęśliwie katowała wnuki w każde wakacje, pierwsze szkolne zeszyty, artykuł ze zdjęciem  na pierwszej stronie w „Echu Krakowa”, gdy jakiś zabłąkany reporter trafił do przedszkola Starszej akurat w Dniu Matki, 26 maja 1999 roku, nietypowy kamień przywieziony znad morza, pierwsze znalezione muszelki… niezwykle pudełko z okruchami życia, wspomnieniami, świadectwo skamieniałej przeszłości, dzięki której dziecko wyrosło bujnie i mocno.
W Krakowie nareszcie burza, może  trochę umyje się powietrze, od kilku dni było nie do zniesienia.
Napiję się jeszcze zimnego, białego wina, bo nie ma lekko, osiemnastka rodzi nowe stresy- przedmaturalne, maturalne i pomaturalne, muszę się przygotować, wszak nie jestem ze stali, do licha! 
Macierzyństwo jest  przereklamowane, a jego słodycz czasami ciąży jak worek węgla.
I pomyśleć, że przede mną jeszcze dwanaście długich lat, do końca edukacji Młodszej. 
Potem nastąpi słodka wolność i wesołe życie staruszki. 
Tak będzie i nie może być inaczej!
Li.

Omdlewając daję znak:)

6 lipca, 2012
Przeklinam chwilę, w której uwierzyłam w słowa mężczyzny!
Przeklinam chwilę, gdy mój rozum na chwilę stracił czujność i nie kierował się swoimi ścieżkami!
Przeklinam chwilę, w której zostałam przekonana, że podwójna warstwa izolacji pod dachem zupełnie odizoluje mnie od upałów.
Nie lubię klimatyzacji, wysusza skórę, drapie w gardło, ale daje rzecz najbardziej obecnie pożądaną- chłód, chłód, orzeźwiający chłód!
A niech to, a niech to- wybudowałam  piekarnik! 
U mnie na dole jest przyjemnie i chłodno, ale u dzieci nie da się wytrzymać. 
Wiatraki hulają, taras wiecznie otwarty robi co może,  by choć trochę poprzeciągać powietrze, ale upał górą, kpi sobie z naszych wysiłków i odbiera chęć do jakiejkolwiek aktywności.
(Idę dziś na wernisaż, może będzie tam klimatyzacja!)
A z plotek donoszę, że po ogłoszeniu wyników jesteśmy tam gdzie gimnazjalnie chciałyśmy być, Młodsza napuszona jak paw.
Życie czasami bywa znośne, gdyby tylko było mniej gorące.
Zimne nóżki, zimny drań, och… ale mi się marzy;-)
Chłodno pozdrawiam!
Li.

Niech będzie co ma być, byle było dobrze!

29 czerwca, 2012
Zgubiłam telefon i mam święty spokój.
Wyciszony „gdzieś” leży i niech do końca weekendu spoczywa w spokoju.
Jestem dziś szczęśliwym człowiekiem, moje dzieci zaczynają wakacje, jako kobieta niezrównoważona emocjonalnie popłakałam się ze wzruszenia, gdy wychowawczyni Młodszej złożyła mi gratulacje z powodu mojego dziecka, to jest ta słodycz macierzyństwa, tak rzadko taka czysta, nie zaprawiona codzienną solą, a czasem i goryczą. Młodszej narobiłam obciachu, ale co tam…:))
Życie czasami bywa znośne, idę na Kleparz dokupić lobelii i lawendy, oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba.
Li.

Wieczór trwa zdecydowanie za krótko.

27 czerwca, 2012
Młodsza kończy szóstą klasę, a ja przestaję mieć w domu słodkiego dzidziusia, zaczynam mieć świadomą siebie śliczną nastolatkę. Świadectwo z paskiem, ambicje na świetne gimnazjum i oświadczenie, że zamiast na obóz w lipcu woli chodzić na kurs angielskiego. Podmienili mi dziecko! 
Starsze zresztą też- nauka poszła w górę,  w lipcu praca na pełny gwizdek, odważne plany co do studiów, ech- mam nadzieję, że będą sobie radzić dziewczyny w tych ciężkich czasach. Puchnę z dumy!
A puchnę tym bardziej, że Starsza pracuje już od roku, z racji szkoły w ograniczonym zakresie, ale regularnie, zarabia na swoje rozliczne torebki i kosmetyki, w myśl oczywiście zasady, że „jej pieniądze to  jej pieniądze, a moje pieniądze, to nasze pieniądze”, na szczęście czasem mi pożycza… Na osiemnaste urodziny, które-olaboga- będą za kilka dni chce dostać akcje, albo obligacje, bo jest- tu cytacik: „przedsiębiorcza”. Choć ona w tym wiecznie-bez-kasy odłamie rodziny! Daje mi to pewne nadzieje na moją kiepsko wyglądającą emerytalną starość.
I cieszę się, bo po raz pierwszy od kilku lat jadą z ojcem na wakacje i to na cały tydzień, będą zdychać z gorąca w sierpniowym Egipcie, ale za to razem. 
A moje wakacje przesuwam na październik, jedziemy z ulubionymi Kobietami w ciepłe, cudne miejsce, może ktoś chce dołączyć? Grupa  już się zbiera, w planie dużo ruchu, kije, święty spokój i zero facetów, co od razu wprowadza niezbędną do planowania wyjazdu z nami płeć.
Jakoś przeżyje się wakacje w Krakowie, nawet lubię to zwolnione tempo, brak korków, fajne wieczorne wyjścia i gości, co to mam nadzieję poprzyjeżdżają na umówione weekendy, hę?
Tak mi się snują myśli pomiędzy rzutem oka na mecz, leniwymi pogaduszkami z Młodszą, przyklejoną do tv, (Dziadek kibic byłby dumny, nie opuściła ani jednej transmisji), pogryzaniem czereśni, głaskaniem kotów, cyklicznie przychodzących na pieszczoty, psem który siedzi pod stołem i czeka,  aż ostygnie miska z jedzeniem i będzie można nareszcie się do niej dobrać, zaraz pójdę na taras podlać rośliny zielonym wężem przykręconym do kranu, to niezwykłe, nowoczesne udogodnienie zawdzięczam mojej ukochanej aurorze_vulgaris, dzięki niej zyskałam inną jakość podlewania, a niezliczona ilość butelek po wodzie mineralnej odeszła w przeszłość.
Jakoś trzeba ratować się przed prozą życia, czyż nie tak?
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.
Li.

Pierwsza wojna tarasowa.

25 czerwca, 2012

Nasturcje na tarasie czarowały wielkimi baldachimami liści, starannie ukrywając swoje drugie, robaczywe ja. 
Jednak moje bystre oko kobiety tuż po czterdziestce, a (daaaaaaaaaalekoooooooo) przed pięćdziesiątką, to oko nie będące w stanie odczytać napisanego złośliwymi drobniutkimi literkami składu kremu,  zebrane w czarne kupki obozy wrogich mszyc zobaczyć zdołało. 
Zobaczyło i zawrzało- bezczelne mszyce żarły moje  pierwszy raz w życiu osobiście wysiane pnące nasturcje!
Postanowiłam je zabić i to z zimną krwią, a moje serce skamieniało.
Broń stanowiła zakupiona w „OBI” trucizna.
Ubrana w maseczkę chirurgiczną i gumowe rękawice po same łokcie (no cóż, daleka od samobójczych myśli ani mi było w głowie wdychać trujące opary) przez godzinę cierpliwie opryskiwałam moją plantację. 
Wpadłam na genialny pomysł dorżnięcia niedobitków i zużyłam na to całe opakowanie wacików kosmetycznych -spryskiwałam wacik trucizną i po kolei przemywałam każdy liść, a liści było że ho ho!
Po zbrodni wyrzuciłam maseczkę i skażone rękawice, starannie umyłam odsłonięte fragmenty ciała i zeszłam na dół do kuchni, by nalać sobie nagrodę w postaci smakowicie zimnego białego wina.
Na blacie stała moja trucizna. 
Drugą miałam w ręce. 
Ale kupiłam tylko jedną, czegoś tu nie rozumiałam, spojrzałam uważniej przez pożyczone od Młodszej okulary, cholera jasna,  psiakrew, oczywiście że na blacie stała w białym spryskiwaczu właściwa trucizna, ja natomiast przedsięwzięłam nadzwyczajne środki ostrożności przy spryskiwaniu mszyc przefiltrowaną  wodą,   z białego spryskiwacza używanego do prasowania, haha- doprawdy zbrodnia doskonała. 
No co, no co? Każdy by się pomylił!
Nie mogłam tego przeżyć, to cholerne przemywanie liści tymi cholernymi małymi wacikami! Wodą???
No i było jak zwykle-emocje zamgliły mi rozum, wpadłam w szał, porwałam truciznę (chrzaniąc maseczkę i rękawice) i rozpylając ją na oślep w większości na siebie, bo tak jakby pod wiatr,  zabiłam może  trochę mszyc, ale i podtrułam się skutecznie- ból głowy  nie opuścił mnie do następnego dnia.
Od tygodnia maniakalnie grzebię w liściach nasturcji- mszyce mają się dobrze i wcale nie jest ich mniej. 
Podobno trzeba je pryskać mocno schłodzoną wodą, taką tuż przed zamrożeniem- dostają zapalenia płuc. Ale mam podejrzenia, że to jakaś ściema, bo czy mszyce mają płuca?
Potrzebna mi była ta długa przerwa od pisania bloga i od czytania innych. 
Nie będę pisać tak często jak kiedyś, ale będę. 
Czuję się spokojniejsza, wolna i swobodna, nie oglądam się do tyłu, wolę zaglądać pod liście moich nasturcji, czego i Wam życzę.
I mam niezłomne przekonanie, że idę w dobrym kierunku, bo życie idzie tam gdzie Ty, dopóki idziesz  (Lec).
Miłego dla Was!
Li.

Przednocnie.

24 czerwca, 2012
Lodówka jęknęła ze wstydu. 
Pusta i zimna, oświetlona bladoniebieskim  nietwarzowym światłem rozwiała moje nadzieje na kolację, głodne dzieci wbiły we mnie dwie pary oczu, z których aż biło oskarżenie o przestępstwo niealimentacji codziennymi posiłkami. 
Pół słoika oliwek, kilka suszonych  pomidorów, zeschnięty na kamień kawałek pecorino, jedno jajko, dwie łyżeczki masła, tułająca się po dnie butelki resztka mleka i podejrzanie miękka cytryna usiłowały robić  wrażenie dobrobytu, ale wyszło żałośnie ubogo.
Im bardziej zaglądałam, tym bardziej nic w niej nie było.
I wtedy, jak zawsze w sytuacji zagrożenia i noża na gardle,  spłynęło na mnie olśnienie przypomnienia niedawnych zakupów i braku trzeciej ręki, co spowodowało zostawienie jednej torby w aucie- na chwilę trwającą dni trzy. 
Zbiegłam na dół, otworzyłam bagażnik, buchnął z niego fetor przegrzanych czereśni, puściły sok niewdzięcznice, ale ON był w stanie idealnym, jędrny, nienaruszony zębem czasu, oparł się upałowi, wytrzymał ciężkie warunki, czekał na mnie, czekał! 
Och, porwałam go w moje stęsknione nagie ramiona, przytuliłam do piersi, jego szorstki dotyk i gorzki, iście męski zapach mocno  podziałały mi na zmysły, rączo jak koń do stajni i sapiąc jak stara szkapa  pobiegłam na górę i …
i… dzieci miały kolację, a ja w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zapewnienia im wiktu (bez opierunku) rozłożyłam się na tarasie i rozkosznie przeciągam na wspomnienie tego,  co tak uwielbiam robić…. mhmmmmm……
… bo wystarczyło wziąć go do ręki i delikatnie pogłaskać- był  szorstki, ale nie drapał, cudownie natomiast drażnił receptory dłoni. 
Przekorny, inny niż wszyscy- na początku był twardy, a na końcu miękki, bez możliwości powrotu do stanu pierwotnej twardości, w pewnych sytuacjach bywa to wadą, tu jest wyłącznie zaletą. 
Wygłaskałam go, wypieściłam, był wszak moim zbawcą, wrzuciłam pod wodę, a potem na parę, 20 minut w saunie skutecznie go zmiękczyło.
Pokroiłam na ósemki i uruchomiłam wyobraźnię z ambicją, by nie poprzestać na zrumienieniu tartej bułki…tja… ciągle jeszcze nieskończone są pokłady mojej wyobraźni, nawet wtedy gdy wizualizuję siebie piękną i młodą…  a tu wystarczyło poodchylać jego różyczki, powkładać w nie posiekane suszone pomidory, wymieszane ze startym pecorino, a potem obtoczyć w jajku wymieszanym z mlekiem, w odrobinie mąki i tartej bułki, marna resztka oleju wystarczyła na usmażenie złotych, przepysznych, nadziewanych, panierowanych kalafiorków, rodzina nakarmiona, a ja- matka rodzicielka i karmicielka zaległam na tarasie, czekam na zmierzch, by zapalić lampki i świece,
życie jest takie smutne,
takie jedno,
ale takie piękne.

Miłego dla Was!
Li.
P.S. Do pobliskiego sklepu za Chiny nie chciało mi się iść/jechać…
A zdjęcia robione były przy ciemniejącym niebie telefonem.
Piszę to, uprzedzając lawinę komentarzy na temat ich jakości.
Życzliwi i tak zobaczą to co na nich jest, a nieżyczliwi będą badać drugie dno. 
Taka karma, cóż poradzić…


Polecenie:)

20 kwietnia, 2012

Och, ale jestem pod wrażeniem „Nietykalnych”. 
Koniecznie, koniecznie,  koniecznie!
Li.


Siła banalnej teorii.

16 kwietnia, 2012
Teoria o pobudzająco-twórczej sile zmian raz jeszcze w moim przypadku znalazła wdzięczny obiekt do prowadzenia udanego doświadczenia. 
Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło- niezachwiana wiara w te słowa czyni cuda, zaprawdę powiadam Wam. Po drodze do wiary jest kilka stacji- wielka przykrość, rozczarowanie wątłymi koleżeńskimi więzami, stres wiążący ręce i głos, niechęć do ludzi, lęk o przyszłość, aż zza wielkiej góry wyłania się cel- śliczny, ciepły, zaskakująco blisko-ot,  na wyciągnięcie ręki, choć wcześniej niezauważany.
Jestem już za zakrętem, przede mną znowu kilka nowych kierunków, wiosna atakuje, bratki na tarasie podnoszą głowy, poniedziałek czas zacząć, miłego dnia!
Li.

Sława poszła w świat!

10 kwietnia, 2012
Siedzi sobie sprzątająca u mnie Zuzia w Norwegii, 
gdzie poleciała przed Świętami na kilka dni w odwiedziny do siostry, 
4-go kwietnia ogląda polską telewizję i co widzi?
A TO.
Dziś przyjechała do mnie i właśnie mi opowiedziała, jak odjęło jej mowę i zakrztusiła się piwem..
Padłam ze śmiechu, padłam, co za wiarygodny dokument obrazujący imprezę,
o której pisałam TU.
Jaja. Od mniej więcej dziesiątej minuty, sekund osiemnaście.
Oczywiście dalej nie wracam do pisania bloga, 
ale tej smakowitości nie mogłam sobie odmówić!
Miłego!
Li.
P.S. Starsza załamana. Matki nie było na imprezie, a i tak wszystko wie.
Nie ma to jak mieć macki, wszędzie, wszędzie :)

Wiadomo, że kocham swoje dzieci nad życie, ale…

8 kwietnia, 2012
… zamknęłam drzwi. Na wszystkie rygle.
Włożyłam gruby, ciepły, absolutnie aseksualny szlafrok.
Włosy związałam gumką recepturką, grzywkę przytrzymuje cienka, biała plastikowa opaska.
Na kanapie leży  zachęcająco puszysty pled, pełen moszczących się zgodnie  kotów.
Czekam na zagotowanie wody, kubek na herbatę gotowy, pilot też, dzieci wyjechały do babci po mieczu, całą sobą chłonę stan szczęścia dobowej samotności, świętego spokoju, braku jakichkolwiek świątecznych obowiązków, perspektywę spania do jutrzejszego południa, jakim cudownym stanem jest zwyczajne lenistwo bez czającego się za plecami pośpiechu i poczucia winy.
Och, jeszcze nałożę sobie maseczkę na twarz, jak szaleć!
Zieloną, jak wiosenna trawa.
I z tej radości piszę do Was: Wesołego Alleluja!
:)
Li.

Słowo na poniedziałek.

2 kwietnia, 2012
Cześć Kochani,
dzięki za wszystkie miłe słowa, ale nie zmienią one mojej decyzji- nie wrócę już do pisania bloga,dopóki nie napiszę książki. 
Nie jestem w stanie pisać i tu i tam, mam miejsce tylko na jeden kanał z ujściem emocji. 
Daję sobie trzy miesiące.
Jak nie napiszę książki w ciągu trzech miesięcy, to będę taką Li-teratką, jak z koziej dupy trąba i wrócę grzecznie do pisania bloga, o ile oczywiście ktoś będzie jeszcze na mnie czekał…
(tu nastąpiło zalotne spojrzenie spod firanki rzęs rosnących jak szalone od odżywki RevitaLash).
Całusy, poniedziałek czas zacząć, kawa już pachnie!
Wiadomo, że tęsknię.
Li. 

Tak jest.

15 marca, 2012
Wiem, że nic nie wiem. 
Wokół mnie chaos i ruiny, a we mnie narastający bunt i niechęć do ludzi.
Zamykam się w sobie, otulam pancerzykiem skorpiona i nieliczne życzliwe mi osoby proszę o wyciągnięcie mi z pleców noża wbitego przez bliską koleżankę, w imię biznesu. 
Biznes ponad wszystko, pieniądze rządzą światem, ostatnich gryzą psy. 
Poradzę sobie i z tym, ale smutno, cholernie smutno.
To co się dzieje w necie,  zniechęca mnie skutecznie do jakiejkolwiek tu obecności, nie chce mi się pisać bloga, nie chce mi się odpowiadać na maile, nie chce mi się podtrzymywać kontaktów, nie chce mi się czytać innych blogów, mam serdecznie dość napastliwych postów na mój temat, podrabianego mojego nicka (tak, jak się okazuje, da się to zrobić) i komentarzy idiotek- lilki, rusałki z berlina i tym podobnych dziwnych, acz niezwykle męczących tworów. Nie mówiąc o jakże „przyjemnych” komentarzach wpadających do mojej moderacji, ach, ach, pewnie masz (nie)drogi komentatorze orgazm bez seksu, niech Ci idzie na zdrowie. 
Nie muszę tego znosić, wystarczy przecież kliknąć w krzyżyk w prawym, górnym rogu monitora i adieu, arrivederci, praszczaj. 
Mam dość moi kochani, mam tak dość, że nie żegnając się, wychodzę.
Trzeba będzie znowu popracować nad dystansem i nad rozwiązaniem mega problemów w tym moim cudownym, bezproblemowym,  słodkim życiu. 
Kiedyś wrócę, gdy kiedyś zamieni się już:)
A na dziś? Pamiętajcie o ogrodach i o Joannie, Ona jest moim światełkiem na tym świecie, moją nadzieją na to, że warto wierzyć w ludzi, moim wstydem narzekającym na pierdoły, moim sumieniem zapominającym, moją wiarą we wspólne wakacje i najdzielniejszą kobietą jaką znam. 
Potrzebuje pieniędzy, przeczytajcie TO, a potem wpłaćcie TU
Koniecznie z tytułem wpłaty: Joanna Sałyga.
Znaczenie ma każda wpłata, każda!
Liczy się suma, suma da życie.

  Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!


ul.Chełmska 19/21
budynek „Lipsk”, lok.409
00-724 Warszawa


tel. 509 801 309
biuro@raknroll.pl
NIP: 9512296994
KRS: 0000338803


Numer konta Fundacji:
73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
Przelewy spoza Polski:
IBAN:PL
NR BIC (Swift) BREXPLPWMUL


Trzymajcie się, życie podobno czasem bywa znośne.
Li


Przy sobocie o robocie.

10 marca, 2012
Że długo nie piszę?
Ech, a czym jest te kilka dni milczenia wobec wieczności?
Nie piszę, bo wpadłam w poważny konflikt z czasem, muszę rozwiązać go metodami pokojowymi, by uniknąć rozlewu krwi, dodam że głównie mojej krwi. Ale życie idzie dalej razem ze mną, staram się dotrzymać mu szybkiego kroku.
Dziś nareszcie doszłam z nim do soboty, wstałam naprawdę rano i niesiona wiosennym zapałem-sprzątam. Przyszła Zuzia, moja nowa sprzątająco-prasująca pomoc i szalejemy- ona z oknami, a ja z moim zakurzonym,  łososiowym szkłem.
Dupcia mi się kręci przy Maroon 5, to są pożytki z bycia matką trzynastolatki, inaczej nigdy nie przyszłaby mi do głowy myśl, by kupić ich płytę „Hands all over”, nie miałabym pojęcia, że przy ich muzyce szkło myje się samo, a humor oscyluje w górnych granicach normy.
A skąd wzięła się Zuzia? Historia zatoczyła małe kółeczko.
Trzynaście lat temu, gdy byłam w ciąży z Gusią, zaczęłam szukać opiekunki. 
Miałam przed sobą przykrą konieczność zdania egzaminu zawodowego, wiedziałam, że sama nie dam sobie rady, a na Nemo jak zwykle liczyć nie będę mogła.
I wtedy pojawiła się Pani Zosia, to było prawdziwe zrządzenie losu.
Uczyłam się po 12-cie godzin dziennie, a ona pomagała mi w opiece nad Gusią od dnia jej narodzin, pokochała ją jak córkę, Guśka szalała z radości na jej widok. Miałam do niej bezwzględne zaufanie, Gusia czasem u niej nocowała, wyjeżdżały razem na wakacje, znałam jej rodzinę. 
Zosia miała dwóch synów i męża Beznadzieja. W jednym z synów, zdolnym i inteligentnym  pokładała wielkie nadzieje, liceum, studia, ale on wolał inne życie, siedzi gdzieś teraz w więzieniu gdzieś w Polsce. Drugi syn był moim ulubieńcem, zawsze w cieniu tego pierwszego, był dobrym synkiem, a teraz wyrósł na porządnego mężczyznę. 
Po czterech latach musiałam z bólem serca zwolnić Zosię z pracy, bo nie wytrzymując problemów z mężem
i starszym synusiem zaczęła pić. Uzależniła się bardzo szybko, nie mogłam już powierzyć jej dziecka.
Zatrudniłam po niej kobietę-konia, jak skończyła się jej kariera w moim domu, to wiecie. 
Z Zosią od czasu do czasu miałam kontakt, gdy trzeźwiała to przychodziła do mnie i płakała nad swoim życiem. Do końca zakochana w Gusi, dwa lata temu trafiła do szpitala z niewydolnością wątroby i zmarła. Byłam wtedy z dziećmi w Londynie, nie byłam na jej pogrzebie. Beznadziej zaraz znalazł sobie pocieszenie i wspólnie z tym pocieszeniem pije, pogrążając się coraz bardziej, a młodszy syn znalazł fajną dziewczynę, ożenił się, wszedł do jej rodziny i odciął się od toksycznych relacji z ojcem i bratem kryminalistą.
Od czasu do czasu odzywał się do mnie, przyszedł pochwalić się żoną i synkiem, miło było na niego patrzeć.  Nie uczył się niestety, finansowo ledwo dyszą, ale obydwoje są bardzo pracowici i mają w sobie zapał do życia.
Jego żona to właśnie Zuzia, młoda dziewczyna, miła i pogodna, własnie patrzę na nią, jak kończy myć okna w salonie, od czasu do czasu coś tam sobie pogadamy, muzyka wibruje w powietrzu, wiosna włazi przez okno, Zośka patrzy na nas z góry i na pewno jest zadowolona.
Plany na sobotę mam cudowne- kilka godzin relaksującego sprzątania, potem zrobię dobry obiad
i wyfruwam z domu za Kraków do moich przyjaciół, urodził im się Franek, trzeba to uczcić! 
Wiosna, wiosna, cudowna wiosna, wypuszczam pąki, za chwilę zacznę kwitnąć, czuję to odrodzenie każdą komórką.
Miłej soboty!
Li.
PS. I zdarzył się cud! Od dziś mam światło w toalecie.
Przyszedł elektryk i po 15-tu miesiącach nastąpił koniec z intymnym, sączącym się przez matowe szklane drzwi światłem z łazienki.
Wreszcie będzie można w spokoju poczytać… :)

Notka wpadkowa.

5 marca, 2012

Praca pracą, wyjazd w real, wyjazdem ale nie mogłam odmówić i dzisiejszy wieczór… och… ach… pośmiałam się serdecznie, bardzo angielski film, cudownie rozbrajający.
Osobiście polecam, idealna okazja do niewymuszonego śmiechu.
Och… ach… mhmmmm…:)
Li.
PS. Nie zdążyłam do myjni, więc pogoda póki co- murowana!


Dzień dobry!

5 marca, 2012
Po pozornym spokoju weekendu wpada we mnie robiący dużo szumu gwałtowny poniedziałek. 
Krzyczy i rozrabia.
Wyjeżdżam na kilka dni. Niedaleko, bo do siebie.
Mam kilka niecierpliwych i niecierpiących zwłoki spraw pchających się do wyjścia z napisem „załatwione”.
Ale wrócę, takie jak ja, zawsze wracają.
I jest taki śliczny dzień, aż chce się wyjść z domu.  
Oddaję auto do myjni. Zobaczymy czy klątwa czystego auta nadal działa. 
Nie byłam w myjni od sześciu miesięcy, na stacjach ograniczałam się do mycia szyb,  a tak uwielbiam ten porażający oczy blask błyszczącego lakieru i zapach czystości w środku.
I uprzejmie proszę o nieuruchamianie wyobraźni, jak wygląda moje auto przed myciem.
Nie wygląda, oj nie wygląda.
Miłego dla Was!
Li.

Tendencja zwyżkowa dla życzliwych, niestabilność emocjonalna dla całej reszty.

4 marca, 2012
Przyjemnie spędzona sobota ukoiła smutki i dała znowu spokojnie zasnąć wspomnieniom. 
Życie przechodząc przez nas musi czasem sięgać w  głęboko ukryte sekretne miejsca bólu, przypominając nam o tych, których powoli zapominamy,  bo przecież czas robi swoje pokrywając naszą z nimi przeszłość kolejną warstwą nowszych wspomnień.
Idzie wiosna i nawet gdyby przyszło jej do głowy sypnąć śniegiem, to już nic tego nie zmieni, czuję szybciej krążącą krew i ochotę na zmiany, choćby w postaci koloru ścian w salonie i w pokoju Karolci. 
Pomaluję je sama, wielką mam na to ochotę, zmęczyć się, pochlapać farbą, a potem wezwać malarza do smug,  cha cha… najważniejsze to mieć plan. Kusi mnie ściana na obrazy w kolorze ciemnego szarego fioletu, jakkolwiek to brzmi.
Wieczorem idę na „Dziewczynę z tatuażem”, to już ostatnie seansy, nie mogę sobie odpuścić tego filmu po zarwaniu swego czasu trzech nocy na czytanie „Millennium”. 
Będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej. 
Nie może, czary-mary! 
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz. 
Li.

Kochana Ilonko!

3 marca, 2012

Jestem pewna, że gdzieś tam patrzysz na mnie od czasu do czasu, w przerwach pomiędzy pozaziemskimi zajęciami. Zwaliły mnie z nóg nasze zdjęcia z wieczoru panieńskiego, ubrana w seksowną koszulkę i sztuczne, plastikowe cycki, śliczna i szczęśliwa,  przechodziłaś z uśmiechem przez koszmar rytuałów  zaserwowanych przez koleżanki.
Miałaś na sobie nasze buty, to są moje ulubione, wiesz? 
Ilon, staram się nie oglądać w wstecz, nie rozpamiętywać, nie rozdrapywać ran, bo przeszłość już skamieniała i nic jej nie zmieni. 
I może dlatego tak nie lubię fotografii? Nie robię, nie zbieram, nie gromadzę w plikach czy w albumach, patrzę w przyszłość, bo przeszłość zawsze cechuje smutek utraconych ludzi i życia, a ja nie lubię być smutna.
Nie uciekam jednak od myśli o Tobie, często myślę, z rozczuleniem, z tęsknotą, ale i z pogodzeniem się z losem. Musiałam się pogodzić z Twoim odejściem, musiałam! Nie mogłam zadręczać siebie i innych, nie mogłam gorzknieć, rozumiesz to, prawda?
Czasem stoję przed lustrem i malując oczy gadam do siebie, a tak naprawdę do Ciebie, do Taty, bo Taty też mi brakuje, choć wstyd mi jest z myślą, że nie na co dzień.
Twój mąż  układa sobie życie na nowo, to zgodne z prawami ludzkimi i prawami natury, wszak życie jest takie jedno!
Wiesz, tyle wokół dzieje się niedobrego, a ja nie mam tak dużo sił i energii co kiedyś, czasem czuję się bardzo stara, niepotrzebna, taki zbędny element tolerowany do czasu eksploatacyjnego zużycia. 
Ale robię sobie kąpiel, maseczkę, masaż i pcham życie do przodu. Turlam się, nie mam teraz dobrej drogi, wpadłam na wertepy, mimo wszystko jednak nie poddaję się losowi, a moje auto z napędem na cztery cierpliwie wytacza się ze wszystkich dołów i wiezie mnie dalej. Jeszcze jadę kochana, jeszcze jadę.
Bo pomimo wszystkich problemów, ciągle zostało we mnie trochę zarozumiałej miłości własnej
i przekonania, że nie urodziłam się po to by być smutną, zmęczoną i nieszczęśliwą.
Pilnuj mnie moja Kochana, pilnuj mnie! Bo jak nie ty, to kto? Potrzebuję myśli, że ktoś nade mną czuwa.
Przytulam się do myśli o Tobie, ściskam mocno, przesyłam Ci naszą ulubioną Dianę Krall.
M.

Zwyczajny piątek.

2 marca, 2012
Zakończmy sprawę Lilki. Nie da się jej pomóc via blog, można przerzucać się komentarzami i kpinami, ale nie kopie się leżącego. Mamy miażdżącą przewagę i zerową satysfakcję. Choroba to choroba.
Lilka ma styl nie do podrobienia, po ogromnej ilości maili jakie od niej dostałam, rozpoznam ją w ciemno.
A teraz miota się, prostuje, składa oświadczenia, ech…
Od wczoraj mam nastroje wspomnieniowe, bo mój brat po po trzech i pół latach zdobył się nareszcie na wywołanie zdjęć z wieczoru panieńskiego Ilonki.
Z zabliźnionych ran popłynęła świeża krew i tyle mam dziś do powiedzenia.
Li.

Środa-urody-doda, więc puder na twarz i świat jest nasz:)

29 lutego, 2012
Nieśmiało puszczam swoje wewnętrzne soki i czuję pobudzenie do życia.
Słońce penetruje zapuszczone kąty tarasu, posprzątam w sobotę, proszę Słońca!
Jak tylko nie wróci śnieg.
Po wczorajszym fitnessie boli mnie nawet czubek głowy, ale to ból z gatunku tych przyjemnych, bez konieczności ingerencji organów ścigania.
Szczęśliwa ze mnie kobieta, bo nie tknięta cudzą przemocą, a o siódmej rano obudził mnie telefon kobiety nieszczęśliwej.
Ma na dziś wezwanie do Prokuratury na przesłuchanie co do znęcania się nad nią przez jej oczywiście kochającego inaczej męża.
Śliczna z niej dziewczyna, delikatna, wrażliwa, z nieskazitelną cerą.
Poza siniakami nic jej nie szpeci.
I po wielu przegadanych z nią godzinach, po przełamaniu jej wstydu i uzyskaniu nareszcie kilku obdukcji (na  blisko sto pobić to naprawdę niewiele), ona mi płacze, że może da mu jeszcze jedną szansę. Bo obiecał, że już nigdy jej nie uderzy.
Ha, oczywistym jest, że jak każdy prymitywny znęcacz poczuł strach- oto ofiara zdolna była do złożenia przeciwko niemu zawiadomienia. Trzeba teraz ofiarę omamić, może rzucić jej jakieś kwiaty-ochłapy, niech sprawa przycichnie, a potem pokaże się  suce, gdzie jest jej miejsce. 
Byłam wyspana, pokojowo nastawiona do życia, słońce przez okno łaskotało mnie w pięty, ech…
Co??? 
Skutek jest taki, że wyskoczyłam z łóżka, piję kawę, piszę do Was i osobiście zawiozę ją do Prokuratury, bo nie wygra ze mną jej syndrom ofiary i jej ciągły strach przed domowym oprawcą, o nie!
A co na to Lec?
Tyrani więżą człowieka i w jego własnym wnętrzu.
Li.

Wieczór zależy od płyty. Tak wiem, już to kiedyś napisałam.

27 lutego, 2012

Przyszedł budzący lęki drań i siedzi vis-a-vis, bezczelnie rozparty z tym swoim drwiącym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust, nie lubię jego krzywego uśmiechu, nigdy nie mogę go złapać, jest dla każdego nikogo. 
Pochylam się nad laptopem, by na niego nie patrzeć, razi mnie jego jaskrawość, to kameleon mojej doby, 
w dzień jest dręczącym wątpliwościodawaczem, w nocy snubrakowaczem, 
a na drugi etat pracuje jako bodyguard i nigdy nie spuszcza ze mnie oczu.
Znowu zabiera mi konstytucyjnie zagwarantowane mi prawo do snu, ale dziś nie będę protestować,
po pełnym pracy i napięcia dniu potrzebuję spokoju i siebie, zniosę jeszcze tylko Możdżera opowiadającego mi swojego Kaczmarka.
Kiedyś, a może tylko kilkanaście dni temu (czas przeszłości zaczyna mieć dla mnie coraz mniejsze znaczenie), usłyszałam od przyjaciela pełną pasji opowieść o zbieraniu przez niego płyt winylowych, nagle stały się one przedmiotem jego życiowej filozofii, sposobem na spędzanie wieczorów, towarzysko pożądanym wspólnym ich słuchaniem z tłem z szumów i trzasków.
Bo płyta winylowa zawsze gra do końca, nie lubi podnoszenia igły, pomijania pewnych jej części, wymaga skupienia i uwagi nad jej całością, to taki muzyczny slow food. 
Zrozumiałam to, gdy wciśnięciem guzika zmusiłam Możdżera do kolejnej powtórki tematu z „Frank i Roxanne”, tak idealnie brzmiącego na CD, wymuskanego, ale narażonego na niebezpieczeństwo moich humorów, na zakłócenie porządku kolejności ułożenia utworów, bo na pewno ma znaczenie piąta pozycja „Neverland” i dziesiąta „Frascati”,  jeszcze tylko nie odkryłam tej tajemnicy, widocznie ciągle tkwię na poziomie muzycznego fast foodu.
Poszukam  tkwiącej przecież wciąż we mnie wrażliwości na muzykę, dającej mi zmysłową przyjemność z jej słuchania, nie jako tła dla innych czynności, a tylko słuchania z zamkniętymi oczami i w świetle świec,
albo w ciemnościach, kiedyś tak wyglądały moje kojące i kołyszące mnie do snu wieczory. 
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy chcąc zapomnieć o przeszłości, 

z tęsknoty za nią  ciągle ją sobie przypomina.
A co na to Lec?
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Li.
PS. Kupiłam sobie wczoraj płytę. Tnie mi duszę na kawałki. Cudowna masakra.


Przynajmniej mleko mi się dobrze spieniło.

27 lutego, 2012
Ale zaokiennie piękny poniedziałek!
To lubię, choć słońce bezlitośnie obnaża pospolicie brudny stan moich szyb.
Kawa, mleko spienione comme il faut, magnez w podwójnej dawce łyknięty, jedno dziecko już w szkole, drugie jeszcze śpi, zacieram ręce, pochucham na szczęście i zaczynam pracowity dzień.
Odganiam sponurzałe myśli, lęki mnie zbyt mocno obejmujące, strachy-wcale-nie-na-lachy, wiarybraki lęgnące się po kątach, snubrakowacze opierające się żądającemu snu rozumowi.
Wzmacniam się magnezem w koalicji z potasem, dokładam im posiłki w postaci tranu, podniesiona w elektrolity, znowu zawalczę z tymi cholernymi problemami, może wyciągnę siły z ostatniego, tajnego konta, egoistycznie odsunę na bok problemy innych, bo gdy ja sama mam problemy, to staję na swojej własnej drodze i jestem swoim największym problemem.
Ostatnio życie wcale nie bywa znośne, ale jest życiem,  w związku z powyższym nie mam innego wyjścia niż żyć.
Cóż począć.
Li.

Wiosna, cieplejszy wieje wiatr!

24 lutego, 2012
Uparłam się i odpiszę na wszystkie maile, nawet na te sprzed kilku miesięcy.
Nie kopiuję, do każdego z Was piszę osobno, trwa to i trwa, wrócę tu jak będę wolna od mailowych zaległości, bo lekka od wyrzutów sumienia będę szybować w przestworzach.
A obok przecież życie:
– praca niewdzięczna
-życie towarzysko-rodzinne- moja ulubiona kuzynka Adela,  z którą mamy wspólnego pradziadka Bazylego (nasze babcie po kądzieli były siostrami) namawia mnie na szukanie naszych hiszpańskich korzeni (prapradziadek był Hiszpanem, Francisco de Navarra, przywędrował do Polski w XIX wieku) i związku z tym wyciągnęła mnie w środę do Teatru Nowego na koncert flamenco, fantastyczny, niesamowity, z przeszywającym,  wręcz pierwotnym śpiewem hiszpańskiej Cyganki, cudowną gitarą i takim tańcem, że wszystkie moje kości klekotały wraz z obcasami tancerek.
I czułam motyle w brzuchu, choć możliwe, że to właśnie przebudziły się moje głęboko uśpione hiszpańskie geny.
Za oknem szarości z gatunku tych najszarszych, podbitych deszczem i ogólnym zniechęceniem. 
A jednak, jednak  przez smog i zimową aurę przebija się już zapach wiosny, mój czuły nos sprowokowany przez donicę kwitnących hiacyntów wywęszył co trzeba i doniósł gdzie trzeba, czyli do mojego spragnionego ciepła wnętrza.
Z wiosną zawsze przychodzi chęć na odrodzenie i sięganie ad astra.
Jakoś przetrwa się tych kilka marnych tygodni… czyż nie tak?
Li.

Ogłoszenie parafialne.

19 lutego, 2012
Dziś nie będzie nowej notki, ponieważ mam plan odpisania na każdego maila (doliczyłam się 84-ch)  zalegającego w mojej skrzynce. Dopóki nie odpiszę na wszystkie, notek nie będzie.
Wstyd mi doprawdy, że nie odpisuję od razu, ale zwyczajnie nie mam na to czasu, musicie mi wybaczyć.
Albo, albo.
Dłonie są już przygotowane- najpierw potraktowałam je peelingiem, potem dużą ilością kremu, a do pełni szczęścia dodałam im ulubiony kubek z kawą  z mlekiem.
(Wczoraj moja  Starsza doniosła mi budzący poczucie bezpieczeństwa zapas kapsułek do ekspresu. Dobrze wie, że bez kawy szaleję, wyszkoliło się dziecko w samoobronie, hehe…)
W domu mam porządek, koty są po śniadaniu, pies po wczorajszym wyczerpującym spacerze jeszcze nie wstał, za oknem szara niedziela, taka w sam raz, by wyjść gdzieś do miasta na obiad.
Ale to za kilka godzin, teraz otwieram skrzynkę i do liczby 84 dodaję jeszcze 5, naprawdę lubię dostawać listy, ale tę radość skutecznie zabija mi poczucie winy nieodpisywania, ech…
A co na to Lec?
Ludziom przydałby się czasem „dzień wolny od życia”.
Li.

Przestępcy są wśród nas.

17 lutego, 2012
Wczorajszy dzień ma swoje bolesne skutki dla mojej suki-przestępcy.
Działając wspólnie i w porozumieniu z Bobciem, namówiła niewinnego,  białego kotka do zrzucenia z blatu w kuchni na podłogę pudełka z pączkami, sztuk sześć. Rano zastałam puste pudełko na podłodze, stękającą na kanapie, okrągłą jak globus sukę  i ostatniego, lekko  nadgryzionego pączka. Biedna, nie dała już rady. 
Ale dała radę wydobyć z siebie protestacyjny warkot, gdy wyciągnęłam jej tego pączka spod pyska. 
(Warkot jednak stracił na wymowie, wobec jej całkowitego bezruchu).
Leży tak już kilka godzi i trawi.
Ma udręczone spojrzenie, a ja myślę o tym, że jak do wieczora nie spojrzy inaczej, to wizyta u weterynarza murowana. Może płukanie żołądka?
To kolejny raz, gdy ta hultajska spółka dochodzi do porozumienia w kwestii rozwiązania problemu pysznych rzeczy leżących na blacie, a do których pies sam nie daje rady sięgnąć. Dość wspomnieć pewne kotlety… i niech sobie niedowiarki mówią co chcą, ONE  naprawdę porozumiewają się poza naszymi plecami.

Boli mnie głowa. Z nieuzasadnionego powodu.
Dobrze, że zaczyna się weekend. 
Mam co do niego poważne plany- po pierwsze zrzucić śnieg z tarasu, mam tam już potężne zaspy, po drugie… nie, nie chcecie wiedzieć :)

Dziś Dzień Kota. Nie żebym go specjalnie świętowała, moje koty codziennie mają Dzień Kota.
Ale oglądnijcie sobie TO. Cudne!

Li.

I pączki można przedawkować.

16 lutego, 2012
Dziś pobiłam swój życiowy rekord pisania. 
Dwa potężne pisma  z komentarzami na blogu  dla zabawy w tle,  wyczerpały mnie do cna. 
Przez kilka godzin nie zmieniłam pozycji, kręgosłup obraził się na mnie na amen, a już co najmniej na dzisiejszy wieczór.Boli.
Napełniam swoje wnętrze ciepłą,  zieloną jaśminową i idę sobie daleko stąd, na kanapę. 
Wyciągnę się wygodnie i będę szczęśliwa. Taki jest plan!
Miłego wieczoru,
Li.

Pączkowy leń.

16 lutego, 2012

andziaos napisała: Lepiej dzisiaj wcinać pączki, niż robotą brudzić rączki.
Kto za?
:)
Li.


O niczym, a to życie właśnie.

15 lutego, 2012
Plan był taki: wstaję rano, od razu jestem wprost przepiękna, patrzę w krystalicznie czyste okno, czuję jak napływa do mnie niesamowite szczęście, robię sobie najlepszą kawę, mleko jak zwykle pięknie mi się spienia, jestem  niezwykle zadowolona, prześlicznie uśmiechnięta, wszak życie jest piękne.
A co na to Lec?
Twórzcie o sobie mity, bogowie nie zaczynali inaczej.
Jest tak: wstałam rano bez wrzasku budzika i to była,  jak na razie,  jedyna przyjemność tego  dnia.
Nie spiesząc się, wyraźnie niestety mając na względzie dotkliwie odczuwalne skutki wczorajszego machania nogami,  leniwie podeszłam do dawno nie mytego okna, odsłoniłam zasłony i zobaczyłam obfite opady śniegu. 
Rzut oka na zaparkowany samochód nie dał mi cienia złudzenia- muszę wyjść z domu przynajmniej 15-cie minut wcześniej i odśnieżyć pojazd rachityczną miotełką (ciągle zapominam o konieczności jej wymiany). 
Odśnieżania nienawidzę szczerze, zawsze jestem obsypana śniegiem, przemoczona i zmarznięta (uwaga, zaczyna się irytacja, a kysz, kysz).
Mogła ukoić mnie tylko kawa z pięknie spienionym mlekiem, ale stanął temu na przeszkodzie prozaiczny brak kapsułek do ekspresu. Paniusia zapomniała sobie kupić. Tak jak nowej miotełki. Nie cierpię pamiętać o takich sprawach, nie cierpię!
A co na to Lec?
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.

Ale przecież ma się ten plan!
Tylko- muszę -o -nim- pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać, tylko- muszę -o -nim -pamiętać…
Li. 

Wino, kobieta i kot.

14 lutego, 2012
Życie czasami bywa znośne, że zacytuję Szymborską, bo jakoś chyłkiem i chyżo opuściły mnie złe wciórności, a po udręczonych trudem codziennej egzystencji członkach ciała rozlał się błogi spokój. 
Zakwasy przyjdą jutro. Wieczorem solidnie poćwiczyłam i endorfiny zaczęły działać. 
W związku z powyższym zmienił mi się punkt widzenia z dennego porannego na pogodny wieczorny.
Oczywiście i niewątpliwie tłumnie tu bywający nieżyczliwi, którzy z uporem godnym lepszej sprawy uważnie studiują moje słowa,  złożą moje na-stroje na karb niestabilności emocjonalnej i takich tam innych. 
Ale  czy w tym momencie ich zdanie ma  dla mnie jakiekolwiek znaczenie? 
Mam dobre czerwone wino, wyszłam spod prysznica, przytulność domowa ogarnęła mnie swoim urokiem, Bobcio leży obok mnie i ma minę szczęśliwego kota.
A co na to Lec?
Nie każdemu z życiem do twarzy.

Ja też mam minę szczęśliwego kota, bo to mina godna naśladowania. 
Pomruczę sobie wieczorową porą, poczytam, popiszę, porozmyślam, położę, przytulę do poduszki, pomarzę przedsennie, a jutro już będzie środa. 
Wstanę rano, spojrzę za okno, zrobię sobie kawę i będę mieć dobry dzień.
Bardzo, bardzo dobry dzień!
Tak postanowiłam i tego będę się trzymać, przecież nie złamię obietnicy zadowolenia z życia danej samej sobie!

Najważniejsze to mieć plan!
A co na to Lec?
Dmuchając na zimne, można ostudzić własne zapały.


Daję sobie prawo do chwili słabości, bo jestem człowiekiem.
Spadam w dół, poleżę tam chwilę i znowu pnę się do góry.
A co na to Lec?
Nie marnujcie energii zrodzonej ze staczania się. 


No!
Li.


Po jedenaste: Kochaj siebie samego! Bo jak nie Ty, to kto?

14 lutego, 2012
Lubię Walentynki z ich słiti kiczem czerwonych serduszek i stadem mężczyzn spieszących z tulipanem w celofanie.
O miłości trzeba pamiętać na co dzień, ale nie zaszkodzi natrętna komercja i konieczność szczególnego podkreślenia jej znaczenia choć raz w roku. 
Podkreślam więc i ja, obdarowując moje córki serduszkowymi ciasteczkami w pakiecie z całusem.
Muszę jeszcze tylko znaleźć coś dla podkreślenia miłości do samej siebie, ostatnio trochę ta miłość przywiędła, poszarzała, zapomniała o własnych miłych gestach,  ego-rytuałach, (samo)przyjemnościach, zadbaniach i  pieszczotach.
Codzienność absorbuje i wsyssssa jak czarna dziura, pozostawia tylko pole do walki o przetrwanie każdego dnia. Co się ze mną dzieje? Nie robię już nawet ulubionych długofalowych planów, nie wybiegam daleko w przyszłość, bo zaczynam mieć zadyszkę po spojrzeniu na miesiąc w przód. 
Co się zmieniło, że aż tak nie umiem daleko patrzeć? 
Okulary? Przecież mam tylko połówki,  i to w ciągle niezrealizowanej recepcie. 
Brak kondycji? Może, przecież kiedyś w wyobraźni i bez zmęczenia obiegałam świat!
Czas i jego beznamiętne tykanie? Ech, ale przecież w środku jestem ciągle taka sama i chce mi się mówić „spoko, spoko” i chce mi się tańczyć.
A może to zaczyna się powolny, nieustępliwy proces opadania złudzeń, że w życiu czeka mnie jeszcze coś kolorowego, szalonego, ciekawego i twórczego?
Może to już tak będzie, że zajęta rozlicznymi, napływającymi jak tsunami problemami utopiłam w pierwszym uderzeniu  fali  swoje marzenia i swoją miłość, a teraz tylko walczę o przetrwanie na dryfującej tratwie bez widoku na ląd.
Takie szaro-bure są te moje ostatnie miesiące, ale widocznie tak musi być po szalonych, kolorowych latach. 
Nie zmieni się praw przyrody, przecież czasem słońce, czasem deszcz.
Li.

Koniec tygodnia.

12 lutego, 2012
Niedziele wieczorem nie mają już w sobie uroku wolnego dnia, bo dotknięte pośpiechem poniedziałku zmuszają do zaglądnięcia do kalendarza i podjęcia bezskutecznej walki z ogarniającym zniechęceniem.
Potrzebuję odpoczynku i innego nieba, potrzebuję! 
Wydarłam losowi wolny tydzień, licząc na wyjazd z Krakowa, a tu moja Młodsza wierna długoletniej tradycji nie przerwała jej i w tym roku- zaczęły się ferie, zaczęła się choroba. 
Najpierw jej, a teraz i moja. 
No to leżymy. 
I nie mamy ochoty na nic, tylko na rozczulanie się nad sobą, na picie herbatki z imbirem, na otulenie, na ciepło, na łogólną niescęśliwość i pochlipanie sobie. 
Katar jest, bolące gardło jest, kaszel jest, ogólne rozbicie jest, poczucie samotności jest, to zestaw murowanego złego samopoczucia, nikt i nic mi nie pomoże, bo ja od czasu do czasu muszę być nieszczęśliwa, smutna, opuszczona i rozczulająca się nad sobą. 
Bo jak nie ja nad sobą, to kto nade mną? 
Tylko niepokoi mnie to, że coraz częściej wpędzam się w stan (samo)rozczulania, muszę znaleźć na niego antidotum zanim w nim utknę i zgorzknieję jak źle przyrządzona cykoria.
Li.

Wspomnienia!

10 lutego, 2012
Mam w domu do niedzieli gościa, więc wpadłam w real, bo gościnność -święta rzecz.
Ale dziś na Motoryzacyjnej Interii znalazłam prawdziwą perełkę, przywołaną staroć, wzruszyłam się na wspomnienie mojej chwilowej fascynacji pewnym starszym panem, czego wynikiem były pisane dla niego teksty.
No co, no co? W różny sposób można okazywać uczucia, prawda? 
Ja to robiłam pisząc takie oto bzdury, naprawdę pośmiałam się serdecznie, ależ to były czasy!
http://motoryzacja.interia.pl/news/kierownica-a-zycie-prywatne-kobiety,888810,2944
Do jutra!
Li.
PS. Polecam szczególnie lekturę komentarzy!

Sprawy organizacyjne.

8 lutego, 2012
Nie ma co nakręcać spirali złości, łatwo można stracić kontrolę nad swoimi słowami.
Ustalmy, że to już koniec! Basta! 
Słowo troll znika z tego bloga i komentarzy, zmiażdżymy ich naszym pełnym pogardy milczeniem. 
Nie będę wdawać się pyskówki z tą hołotą, bo po pierwsze- i tak jestem lepsza, więc nie mam satysfakcji ze zwycięstwa, a po drugie- tyle życia czeka na opisanie!
Moja wściekłość znalazła wczoraj szerokie ujście i  teraz mogę całkiem spokojnie wypijać drugą kawę.
Tych, którzy są daleko od szamba internetu muszę przeprosić za poziom i wulgaryzmy-adekwatnie co prawda użyte do sytuacji, niemniej jednak niskich lotów.
Tych, którzy wiedzą i kroczą ze mną ramię w ramię, mocno ściskam, dziękując za wsparcie.
Wszystkich, którzy stoją po jasnej stronie życia i trzymają za Joannę proszę o wysyłanie dobrych myśli w Jej kierunku. Nie piszcie jednak do mnie maili w Jej sprawie, za Jej plecami nie będę udzielać żadnych informacji, aczkolwiek rozumiem Wasz niepokój.
Będzie chciała, to sama napisze co jej w duszy i ciele gra.
A teraz sprawa organizacyjna, aczkolwiek przykra. 
Pamiętacie Sylwię? Do dziś kilka osób regularnie jej pomaga. 
A życie znowu dało jej w kość- ledwo wróciła z małym Sebastianem po jego operacji do domu (pisałam, że dziecko ma po sześć palców na każdej kończynie?), to ośmioletni Krystian wracając ze szkoły wpadł pod auto i leży połamany i zagipsowany. Nieszczęścia u niej chodzą czwórkami.
A do tego wczoraj przyszedł komornik za niespłacone kredyty zaciągnięte przez jej niecnego męża. 
Zajął jej konto oraz alimenty jakie przyszły z Funduszu. Zanim odkręcimy sytuację minie trochę czasu. 
A najgorsze jest to, komornik znalazł ją przez mojego bloga- wrzucił w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko, a tu adres wynajętego mieszkania podany jak na tacy. Zainteresował go tylko adres, wszystkie inne informacje co do jej ciężkiej sytuacji pominął. Ot, komornik. Bezduszna i cyniczna istota, zapytał czy odprowadziła podatek od darowizny. Dodajmy więc, że podatkowo niedouczona istota. 
W każdym razie- gdyby ktokolwiek chciał Sylwii pomóc, to kontaktujcie się ze mną na maila. Znajdziemy sposób na przekazanie jej pieniędzy, szanowny Panie.
Dziś środa- a środa-urody doda! 
Li.

I niech się stanie!

7 lutego, 2012
Kapryśnie wydymam swe śliczne usta i nie wiem, czy mam ochotę na pisanie notki lekkiej, dowcipnej i błyskotliwej, jak to mam w zwyczaju, wszak piszę niezrównanie i mam o sobie słusznie,  wysokie mniemanie.
A może jednak walnę czymś ciężkim? 
Tak by na miazgę rozgniotło puste łby anonimów lżących, wyzywających, ohydnie życzących, doprowadzających bliskie mi osoby do stanu bliskiego rozpaczy. 
Człowiek człowiekowi gotuje taki los, to jest wprost niepojęte. Ile trzeba nosić w sobie nienawiści, zła i jadu, by aż tak nienawidzić świata, by nieznanym sobie ludziom pisać tak straszne słowa.
Oj, zaprawdę powiadam wam- mogę przestać pisać bloga, mogę przenieść się gdzie indziej, wirtualnie się ukryć, nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale moja klątwa, którą teraz na was rzucam, wszędzie was dosięgnie, czary-mary, obyście nigdy nie zaznali w życiu szczęścia i obyście zaznali w nim bólu i cierpienia.
Tak, rzucam na was klątwę- nie za moje przykrości, bo mnie nie dotykacie swoim chamstwem i nienawiścią, ale za Joannę-niech was trafi szlag, ale nie za szybko, powolne męczarnie są wam przeznaczone.
Li.

Nie da się oszukać wtorku.

7 lutego, 2012
Zaprawdę powiadam Wam, wtorek-potworek już szczerzy kły, żądne zatopienia w mojej smacznej szyi.
A ja pozornie  spokojnie wypijam drugą kawę i modyfikuję plan dnia, 
by zneutralizować przykrości choć jedną małą przyjemnością.
Czas witać dzień powstaniem (Lec), wstaję i ruszam. 
Póki co- zrobić makijaż.
I już mi się nic nie chce.
Dziś będę mieć nieszczęśliwy dzień.
Czuję to w kościach. 
Li.
PS. W trosce o dobre obyczaje muszę moderować komentarze. 
Ilość wyzwisk jest doprawdy rozczulająca. 
Że też ja zawsze muszę budzić zainteresowanie idiotów, co za pech! 
W każdym razie, jak nie ukazuje Wam się komentarz od razu, to nie piszcie go drugi raz i trzeci i nawet czwarty:) On sobie jest i czeka w kolejce do moderacji. 
Przepuszczam wszystkie komentarze, poza wulgarnymi. 
Moderuję z reguły z telefonu, trwa to chwilę, ale cierpliwi zawsze będą nagrodzeni.