nigdy nie odpuszcza i idąc do przodu zbliża mnie do końca moich marzeń, dając mi siebie coraz mniej.
…
…
…
Tak, mam swoją wolność, ale zdecydowanie jednak wolę być w niewoli.
Myślcie o tych kociakach!
Li.
Od lewej: kot z Delft, z Pragi, z Jędrzejowa, z Drezna.
Od lewej: Kot z Krościenka, Kuby, niewiadomego pochodzenia, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.
Dolna półka od lewej: Praga, Egipt, Meksyk, Kambodża, Indonezja, Turcja, Chorwacja, Sri Lanka, Grecja, Niemcy, od maczki, Egipt, Izrael, Holandia, Warszawa, Wietnam, Niemcy
Japonia, Irlandia ( dwa kilo ofiarnie wiezione przez Jędzę w bagażu podręcznym).
Kolekcji pilnuje przydźwigany osobiście kocur z Indonezji.
A to kocisko z Katowic, od prawdziwej jędzy.
Przypadkiem usunęłam sobie notkę i komentarze, najmocniej przepraszam:)
…
Pakuję walizki i udzielam ostatnich dobrych rad, których nikt w tym domu nie chce słuchać.
Dolecą, pobyczą się i wrócą, nie może przecież być inaczej.
Li.
Mama pojechała do znajomej do domu pod miastem.
Dobrze się bawiła, a były tam same kobiety- wszystkie wdowy.
Zrobiłam babski wieczór.
Bawiłam się świetnie, a na osiem kobiet było siedem rozwódek i jedna w trakcie procesu.
Dwie różne genezy pomałżeńskiej samotności- od odpowiedzialnego „nie opuszczę Cię aż do śmierci” do „wyrokiem Sądu w imieniu Rzeczpospolitej rozwiązuje się małżeństwo”.
(Ale jeden wspólny mianownik- na szczęście i tu i tu zabawa była przednia!)
Znak czasów? Niewiele już mężatek wokół mnie, a szczęśliwych mężatek może kilka.
O ile można to stwierdzić w sposób nie budzący wątpliwości.
Li.
D. kupiła chinese hot pot, taki do postawienia na stole, na prąd, fantastycznie inspirujący garnek- nasze ulubione kulinarne wspomnienie z Singapuru, pewnego lata siedzieliśmy nad nim cztery godziny….
W każdej z jego części gotuje się wywar o innym smaku, jeden o bardziej pikantnym, drugi mniej, możliwości gotowania różnych pyszności są nieskończone, a smak wywaru ewoluuje w zależności od ilości wrzucanych do niego rzeczy. Wczoraj wrzucaliśmy krewetki, kalmary, kulki mięsne, pierożki won-ton (zrobione przez D.), szpinak, pieczarki, grzyby mun, marchewkę, kukurydzę, ech… wiele by wymieniać. Lubię takie spotkania, gdzie jedzenie tworzy się w trakcie, jest zamieszanie, buchająca para, tłok przy stole i mnóstwo śmiechu.
Jest dobrze, jest dobrze, jest coraz lepiej!
Miłego dla Was!
Li.
P.S. Do pobliskiego sklepu za Chiny nie chciało mi się iść/jechać…
A zdjęcia robione były przy ciemniejącym niebie telefonem.
Piszę to, uprzedzając lawinę komentarzy na temat ich jakości.
Życzliwi i tak zobaczą to co na nich jest, a nieżyczliwi będą badać drugie dno.
Taka karma, cóż poradzić…
Och, ale jestem pod wrażeniem „Nietykalnych”.
Koniecznie, koniecznie, koniecznie!
Li.
Praca pracą, wyjazd w real, wyjazdem ale nie mogłam odmówić i dzisiejszy wieczór… och… ach… pośmiałam się serdecznie, bardzo angielski film, cudownie rozbrajający.
Osobiście polecam, idealna okazja do niewymuszonego śmiechu.
Och… ach… mhmmmm…:)
Li.
PS. Nie zdążyłam do myjni, więc pogoda póki co- murowana!
z tęsknoty za nią ciągle ją sobie przypomina.
A co na to Lec?
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Li.
PS. Kupiłam sobie wczoraj tę płytę. Tnie mi duszę na kawałki. Cudowna masakra.
Dziś Dzień Kota. Nie żebym go specjalnie świętowała, moje koty codziennie mają Dzień Kota.
Ale oglądnijcie sobie TO. Cudne!
andziaos napisała: Lepiej dzisiaj wcinać pączki, niż robotą brudzić rączki.
Kto za?
:)
Li.