PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)
Dzień dobry!
23 stycznia, 2012PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)
Obwieszczenie parafialne.
20 stycznia, 2012Rozważania okołoblogowe.
18 stycznia, 2012Też miałam.
I też w drugiej klasie liceum.
Niespodzianka z fast foodem w tle.
16 stycznia, 2012Zapragnęłam ukojenia w postaci kawy i ciągle gadając zaparkowałam, kątem oka rejestrując parkującego obok Lexusa, a tylko dlatego, że zwrócił moją uwagę nadmiernie ekspresyjny facet w środku- uśmiechał się, puszczał oko, machał, robił wokół siebie dużo ruchu skierowanego w moim kierunku.
Zdążyłam aurorze przekazać, że atakuje mnie jakiś maniak, że jestem na parkingu pod KFC między Opolem a Gliwicami, jakby co ma wezwać Policję (a facet już pukał w okienko), gdy… z bliska wydał mi się podejrzanie i trochę jakby znajomy, wysiadłam i … zanim zaczęłam krzyczeć i kopać go w miejsca wrażliwe, wpadłam mu w ramiona.
Zmienił się, ale to nieistotne- istotniejsze wszak jest to, że według niego nie zmieniłam się ja, co oczywiście niezwykle pogłaskało moją próżność, wypychając moje zmarszczki do góry i jakoś w zapomnienie spychając żałosny pierwotny sądowy powód mojej wizyty w KFC.
A byliśmy tylko pionkami w grze szczegółowo zaplanowanej przez los.
Pochwała lenistwa, czyli samo-usprawiedliwienie.
14 stycznia, 2012Obwieszczenie wojenne.
14 stycznia, 2012Zabiłam świąteczną atmosferę.
13 stycznia, 2012Po północy w Krakowie.
13 stycznia, 2012Z braku laku, oczywiście.
Ale z drugiej strony lak wykluczałby takie noce i otwarte paradowanie w ulubionej maseczce…, bo jeżeli chodzi o maseczki, zwłaszcza zielone, to lepiej zejść do podziemia.
Wirus?
12 stycznia, 2012I czy da się odczytać komentarze pod poprzednimi notkami?
Nie wiadomo skąd, przybłąkał się- nieproszony…
11 stycznia, 2012Trzeba dać mu odpór, koncentruję więc siły, przetasowuję oddziały, wydaję rozkaz przetrwania, wzmacniam nadwątlone morale kawą z mlekiem, czasem wszystkiego jest dużo za dużo, czasem niczego nie ma, jestem widocznie skazana na chroniczny brak równowagi, to moja choroba przewlekła bez możliwości refundacji kosztów jej leczenia.
Najstraszniejszym jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
Jestem smutna bez specjalnego uzasadnienia,
smutkiem najgorszym, przybłędą smutkowym,
co to wchodzi bez pukania i zabiera energię,
jestem też trochę bledsza,
trochę bardziej milcząca,
(ale na obiad dla dzieci zrobiłam lazanię ze szpinakiem, a na wieczorną kolację z echoes nałożę złoty puder),
jeszcze tak nie było, żeby nie było,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
ej- wszystkie mantry moje, przywołuję was do porządku!
Pomamrotać mi tu do ucha!
I od środka do serca.
Li.
Notka z artykułami mieszanymi.
10 stycznia, 2012Nie chowaj się za monitorem, tylko jutro marsz do rejestracji!
I jakie podobne do tatusia!
Przyjemność jest priorytetem.
10 stycznia, 2012Będę kasować, będę kasować, lalalala… Przez szacunek dla siebie i dla moich prawdziwych czytelników, tych którzy patrzą w tym samym kierunku i chcą miło pogadać, czy pospierać się w poszanowaniu racji innych.
Wojna religijna.
9 stycznia, 2012Pan od religii jest wyjątkowo niemiły, zadaje bardzo dużo modlitw do nauczenia się na pamięć, a odkąd weszłam z nim w malutki konflikt, tępi Guśkę skutecznie.
Choć wszystkie stworzenia boskie zasługują na szacunek, a pogląd ten prezentował już Święty Franciszek, mój pies-mały, pogodny i na smyczy, zmuszony przeze mnie do spaceru do szkoły przez zapominalstwo Młodszej (mama błagam Cię przynieś mi zeszyt od religii, bo dostanę jedynkę!) został potraktowany jak siła nieczysta, niemalże siarką i wodą święconą.
Pan od religii na jego widok, a może i mój, dostał szału wcale nie religijnego, a ja potraktowałam go jak natrętnego woźnego, bo skąd mogłam wiedzieć, że ten plujący i miotający się w obecności mojego psa człowieczek, w wiszących dramatycznie na tyłku spodniach, wyraźnie niezrównoważony, histerycznie krzyczący, że „mam natychmiast opuścić z tym zwierzęciem budynek szkoły” jest panem od religii, amen.
Na plus można mu policzyć, że lojalnie uprzedził Gusię, iż będzie cierpieć za matkę.
Jej własny, prywatny krzyż.
Istny raj na ziemi.
K…r…a.
8 stycznia, 2012Uch!!! Ale jestem zła!
Notka sprawozdawcza.
7 stycznia, 2012Nasze córki przykleiły się do siebie już parę miesięcy temu i klej między nimi trzyma coraz mocniej, co nas cieszy.
A teraz siedzimy już w domu nad zieloną herbatą, rozmawiamy leniwie każda znad swojego laptopa, w tle piosenki Grechuty, obok mruczące koty, jestem zwyczajnie szczęśliwa, zrelaksowana i zachwycona.
Można przypadkiem na swojej drodze spotkać człowieka, z którym nagle pasujesz jak puzzel, bez bagażu wspólnych znajomych, bez towarzyskiej przeszłości, ale za to z ogromną chęcią budowania przyjacielskiej przyszłości i tkania planów spotkań. I ten ktoś, z kim tak dobrze się milczy i tak dobrze się gada, ma dom,
w którym czujesz się jak u siebie, pełen obrazów, książek i figurek kotów.
To ktoś, kto też mówi, że noc jest najpiękniejszą porą dnia, lubi granice światła stojącej lampy i rubinowe iskry w lampce wina.
I do tego ten ktoś potrafi realizować swoje marzenia, ma w związku z tym własny, oliwny gaj w Toskanii, niczego się nie boi, myśli pozytywnie i zawsze z wersją optymistyczną, świetnie gotuje i jeździ jak rajdowiec
Kocham takie kobiety, kocham!
Li.
Pozdrowienia z Konstancina.
7 stycznia, 2012Za oknem stoją konstancińskie, majestatyczne stare sosny, a wśród nich wcale nie majestatycznie śmigają wiewiórki.
(Nawiasem mówiąc-ciekawe, kto wezwał Policję? Nie sądzę, by ktoś z kamienicy, chyba że przekroczona została granica sąsiedzkiej wytrzymałości!)
Koniec afery, zaczyna się weekend.
6 stycznia, 2012Może się zabawimy?
5 stycznia, 2012Do moich Czytelników!
5 stycznia, 2012I może JUTRO to dla Ciebie, znając realia polskiej ochrony zdrowia będziemy zbierać drobne kwoty, które pomogą ratować Twoje życie?
Smęcę, ergo sum.
4 stycznia, 2012Ma się tę moc!
Starsza w czasie mojej nieobecności organizuje imprezę, na razie wypieram z siebie tę myśl.
Podkręcam więc głośno muzykę, robię sałatkę z dużą ilością avocado i rukoli, wlewam w siebie litry herbaty z imbirem i zaprawdę powiadam Wam: cholernie trudno mieć dobry nastrój, gdy wszystko temu przeczy, ale jak sama siebie nie przekonam, że jestem w dobrym humorze, to kto mi pomoże?
Ogół wokół mnie kwęka i stęka, narzekanie stało się obowiązkowe jak oddychanie, nastąpił nagły wysyp pesymistów, a optymiści zeszli do podziemia.
Jutro idę do fryzjera, a wieczorem do ulubionej Magdy kosmetyczki, moje brwi zamiast jaskółczych skrzydeł przypominają smętne skrzydła zabiedzonej wrony, czas nadać im blasku godnego wizyty w stolicy.
A co na to Lec?
Rzeczywistość można zmienić, fikcję trzeba na nowo wymyślać.
Li.
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
3 stycznia, 2012Jest taka sprawa.
2 stycznia, 2012
Zmęczona, chora, ale w gruncie rzeczy zadowolona z życia.
1 stycznia, 2012Wypełnione mikroskopijnymi styropianowymi kuleczkami, z czasem więdną, tracą na jędrności i leżą na podłodze jak sterane życiem ciało pijaczka w przydrożnym rowie. Kulki oczywiście można dokupić, kurier przychodzi wtedy z ogromną, acz lekką paczką, ale wcześniej trzeba podjąć trud ich zamówienia.
Mnie zrobienie jednej pufy z dwóch wydało się łatwiejsze. Otworzyłam im brzuchy, zanurzyłam ręce, nabrałam powietrza i…
… po chwili przesypywania styropianowych kuleczek w całym domu zaczął padać śnieg, a koty ogarnęło szaleństwo, taka gratka nie zdarza im się codziennie. Styropian był wszędzie- w wysprzątanym na sylwestrową okoliczność salonie, w mojej łazience, na schodach, w sierści zwierząt i moich włosach.
Życzenia muszą być!
1 stycznia, 2012Idzie wiosna, czuję to wyraźnie. Jeszcze tylko zima i już!
30 grudnia, 2011:)
Leniwy wtorek to mniejszy potworek.
27 grudnia, 2011Bo jak nie ja mi, to kto?
To byłoby już prawdziwe szaleństwo!
Zawsze w telefonie zostanie ślad, że wiadomość była wysłana.
Są i miękkie miejsca pod pancerzykiem skorpiona.
26 grudnia, 2011Teraz moim rytuałem jest walka ze stresem i demonami.
Nie czuję wsparcia dla mnie u nikogo, a najbardziej mnie zawodzi moja najbliższa rodzina. Wiem, że chce dobrze, ale nie są potrzebne raniące mnie słowa, że sobie nie poradzę, że mam sprzedać dom, spłacić kredyt, żyć spokojnie, że mam dzieci, że gdy stres mnie wykończy, to nie będzie miał ich kto wychować, że jestem za słaba, że nie wiem co mnie czeka, że to…, że owo.., że to też… i tego też mi nie oszczędzi…
A ja przecież nic wielkiego nie chcę.
Ja tylko pragnę rodzinnego ciepła nasyconego wsparciem i otuchą.
Dla mnie słowa mają wielką moc, gdy słyszę, że jestem piękna, to pięknieję jeszcze bardziej, gdy słyszę, że jestem dobra, to chcę być jeszcze lepsza, gdy słyszę, że jestem gruba to nagle tyję, gdy słyszę, że sobie nie dam rady, to nie daję. Bo mam w sobie genetyczną, a może nabytą kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości skazę, że do niczego się nie nadaję.
Tylko-do jasnej cholery- co zrobić, by przestać ciągle budować swoją własną, prywatną wiecznie nieskończoną Sagrada Familia? Jestem tym zmęczona, bardzo zmęczona.
A w ogóle to złożyłam sobie i dzieciom uroczystą przysięgę, że na przyszłą Wigilię i Święta wyjeżdżamy.
Kiedyś jednak założę nogę za głowę.
15 grudnia, 2011Notka ewidentnie plotkarska.
11 grudnia, 2011A po nocy przychodzi dzień.
11 grudnia, 2011Na razie szczęśliwie jeszcze jestem w domu, w ulubionych japonkach, piję kawę i życzę Wam miłej niedzieli.
Czasem i szpinak pragnie gorących doznań.
3 grudnia, 2011O ile znajdę swoje kosmetyki, dziś obie moje córki wychodziły na imprezę, ciekawe dlaczego mój tusz, mój eye-liner i mój puder zawsze wydaje im się lepszy?
Pisanie bloga nie jest obowiązkowe i chwała bogu!
3 grudnia, 2011Wiedzona wyrzutami sumienia, że ja objadam się consommé z gęsi podanym z warzywami julienne oraz świeżym domowym makaronem, pieczoną gęsią piersią w jabłkowym musie i gruszką w sosie balsamicznym serwowaną z ziemniakami confit, nie wspominając o deserze czekoladowo-kasztanowym z konfiturą z kumkwatu, upiekłam córkom szarlotkę i zrobiłam tartę cebulowo-porowo-grzybową. W domu zapachniało, było ciepło, miło i przytulnie… i gdy nadszedł wieczór już, już składałam dłonie w specjalny sposób nad klawiaturą, by opisać piątek, przyszła moja sąsiadka L. i zabrała mnie na babski wieczór u siebie, przy okazji pożyczając kilka widelców.
A tam same fajne baby, no i cytrynówka według receptury J., tak dobrej jeszcze nie piłam.
a Ci co nie wiedzą, to właśnie się dowiedzieli- ekonomiczna ze mnie kobieta- dwie lampki wina i nic nie pamiętam.
Na swoje usprawiedliwienie podam, że była o dwa nieba lepsza od limoncello.
Zrobił wrażenie swoją prawdziwością. Świetnie zagrany, warto go zobaczyć i przerazić się.
A potem wiadomo- knajpka, kolacja, ale już bez wina, co to to nie!
gdy piknął zawodowy alarm i trzeba było zająć się innymi sprawami.
Na szczęście organizuje je w restauracji na Rynku, będę mieć blisko do domu.
Homo homini lupus est.
22 listopada, 2011—
Skąd nagle takie zainteresowanie?
Niesiona pierwszym odruchem pomocy, której przecież nigdy nie odmawiam, zrobiłam ogromny błąd.
Po pierwsze, zaufałam swojej czytelniczce pocketgirl, że wie co pisze, a po drugie zbyt szybko i emocjonalnie przeczytałam bloga Magdy, koncentrując się głównie na wątku dziecka, a nie zauważając całej istotnej reszty.
Trzeba było siedzieć cicho, pozamiatać pod dywan, przecież każdy podobno kombinuje, mamy to wpisane w charakter narodu.
Nie generalizuję, dostałam sporo naprawdę fajnych maili od nowych czytelników (powoli odpisuję :).
Ale jest jednak pewna grupa, która karmi się tylko aferami, to blogowe hieny.
Poczekajmy, aż ta sfora pogna dalej.
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Zdjęcia Di.
21 listopada, 2011Po winie zostało wspomnienie, ale tu jeszcze prawie w całości na blacie w kuchni:
Kot od La i Di z motywem irysów, jak u Wyspiańskiego. Jest przepiękny i kolorystycznie idealny!
Koty na schodach czekają na rozwój sytuacji:
Dziwni Ci ludzie (myśli w głowie Szarego):
Część kwiatów:
Bobcio:
Masza:

Było cudnie!
20 listopada, 2011Ciekawskim komentatorom poprzedniej notki poświęcam:)
15 listopada, 2011Nie będę udawać, że mi tego nie brakuje, bo brakuje.
Ta czynność prozaicznego wypełniania, znana całemu światu, bardzo mnie w dodatku relaksująca, jest dla mnie tak często z przyczyn obiektywnych niedostępna.
Bo są takie poranki jak ten, gdy zamykam oczy na zaokienny świat, przyjmuję najlepszą, najbardziej kuszącą, satysfakcjonującą i wydajną pozycję i skupiam się tylko na przyjemności, na dostarczaniu sobie bodźców, na nieśmiałym i powolnym, acz już gorącym początku, na coraz bardziej dynamicznej akcji, na wypełnianiu, zaciskaniu, wkładaniu i wykładaniu, a na końcu poczuciu cudownej konsumpcji.
Nie interesuje mnie z kim to robię.
Gdy mam na to ochotę, mogę być sama, jest mi też zasadniczo wszystko jedno, kto będzie moim towarzyszem.
Moje bogate doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że niestety zawsze znajdą się chętni…
Uwielbiam fantazję, odrzucam tanie standardy, mnie interesuje wypełnienie w wersji de luxe, nietuzinkowe, barwne i ciekawe.
Z moich obserwacji wynika, że większość ludzi preferuje klasykę- zwykłe ruskie, z mięsem czy z kapustą i grzybami.
Ja szczęśliwie nigdy nie jestem większością.
W tym temacie zawsze wyrażam swoje niezbite przekonanie, że do środka nie można wsadzać byle czego, wsad nobilituje i jest bezlitosny- możesz zostać w grupie pospolitych pierogów, albo możesz wejść do elity pierożkowej, gdzie delikatne ciasto, mąka jak śnieg biała…
Początki wcale nie są trudne, choć wymagana jest znajomość kilku tricków, które w świecie ludzi powodują, że piersi kobiety wydają się większe, usta bardziej kuszące, skóra gładsza, a w świecie pierożków dają ciastu niezwykłą elastyczność, umiejętność rozwałkowania się do cienkości papieru ryżowego i kolor zbliżony do ecru.
Potrzebuję:
Górkę z mąki, białej pszennej. Robię w niej śliczną dziurkę i wlewam cieniutkim strumieniem wrzącą wodę z czajnika, energicznie mieszając nożem. Wodę leję na oko-uwaga, to przenośnia!- aż mąka ją wchłonie, zawsze mogę dodać więcej wody, gdy ciasto będzie za twarde, albo dodać więcej mąki, gdy będzie za miękkie.
Gdy już nie parzy, zaczynam walczyć z jego twardością i robię mu energiczny masaż- na początku jest do niczego, takie kluchowate, ale powoli wyrabia się, a ja leję na niego łyżkę oliwy, solę, daję dwa żółtka dla koloru i co jakiś czas w trakcie wyrabiania smaruję dłonie masłem, to dla większej pieszczoty i udelikatnienia konsystencji.
Ma być takie jak kobiece piersi- miękkie, ale elastyczne, delikatne, bardzo gładkie w dotyku i w kolorze kości słoniowej.
Teraz nadchodzi czas na wykrawanie pierożkowych krążków, muszą być małe, tak by jeden pierożek wchodząc we mnie, ładnie mnie wypełnił, by przyciśnięty lekko językiem do podniebienia puścił swoje soki, by można było obrócić go w ustach…. smakować… delikatnie nadgryźć…połknąć…mhmm…
Delikatnie urywam kawałek ciasta, a resztę chowam pod wilgotną ściereczkę, by nie wyschło i nie nabrało zmarszczek. Rozwałkowanie jest jednym z nielicznych tu aktów przemocy, pierożkowanie charakteryzuje przecież łagodność i subtelność. Lubię ten zdecydowany ruch wałkiem po coraz cieńszym cieście, lubię zabawę w wykrawanie krążków, lubię tę pierożkową bezmyślność, to moje skupienie myśli tylko na tych czynnościach.
Nadzienie przygotowałam sobie wcześniej, zawsze robię kilka do wyboru, a ilość wypełniających pozycji wyznaczona jest tylko granicą ludzkiej fantazji.
Im dalej od rusko-mięsnej-kapuściano-grzybowej tradycji tym ciekawej, choć oczywiście klasyka trzyma się świetnie i godnie jak Tina Turner i trzymać się będzie- dobrze zrobione pierogi ruskie są przepyszne i są takie dni, gdy ruskie rulez!
Ale o jakości i kolorach życia decyduje przecież jego wypełnienie, farsz każdego dnia, takie codzienne jedzenie ruskich znudzi i zniechęci do każdego następnego dnia, bo im częściej je się to samo, tym większe niebezpieczeństwo życiowej szarości, smutku, bezwładu w turlaniu się do starości, bez dania sobie szansy na zmianę życiowego menu.
Rozglądam się po ulicy i bez pudła rozpoznaję codziennych zjadaczy ruskich, dla których szczytem szaleństwa są te z mięsem, a te z kapustą i grzybami tchną prawdziwą perwersją…
Uzbrajam się więc w cały swój urok i będę kusić…
1. Szpinakowo-łososiowe są zaskakujące.
Mdły w gruncie rzeczy łosoś na tle łagodnego szpinaku rozkwita smakiem, czasem myślę, że to przez piękne zestawienie kolorystyczne łososiowego różu z mocną zielenią szpinaku, przy czym trudno tu rozstrzygnąć, który kolor dominuje.
Do uduszonego rozdrobnionego szpinaku (najlepszy jest z mrożonki) dodaję bardzo dużo wyciśniętego czosnku, soli i grubo mielonego pieprzu.
Wlewam odrobinę śmietany, trochę masła, odparowuję i wrzucam śliczne drobne kawałki łososia- może być usmażony, albo zrobiony na parze.
Ważne jest, by kawałki były w „sam raz”, wyraźnie wyczuwalne, ale nie nachalnie duże, to jest właśnie ta cienka czerwona linia pomiędzy sztuką barową a kulinarną…
Mówiąc wprost- w przekroju pierożka w zieleni szpinaku ma być widoczny róż łososia.
Podaję je posypane parmezanem i świeżo mielonym pieprzem, są przepyszne i bardzo delikatne, w sam raz na początek miłego wieczoru.
2. Serowo-gruszkowe są echem mojej ulubionej przystawki-soczystej gruszki z serem pleśniowym. Kostkę gruszki otaczam zmielonym serem typu rokpol, wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi.
Świetnie smakują z masłem ziołowym.
3. Z fetą, oliwkami i czosnkiem są przykładem na wariacje na temat kuchni świata- gorąca feta zawsze się obroni, jądro stanowi czosnkowy ząbek otoczony fetą z posiekanymi oliwkami.
Podaję ze stopionym masłem z koperkiem, posypane pieprzem, mniam… uwielbiam je.
Nie jadam pierogów na słodko. Ale tym nie sposób się oprzeć:
4. Makowo-bakaliowo-różane– namoczony w mleku mak mielę dwa razy, dodaję do niego ile chcę drobno posiekanych jakich chcę bakalii, odparowuję go, by był bardzo gęsty, dosładzam miodem i obtaczam nim kulkę z konfitury z płatków róż.
Podaję ze śmietaną i cukrem, są przepyszne, zaskakujące, bardzo wyrafinowane.
Relaksuję się, mruczę coraz ciszej…., że pierożki trzeba porządnie zlepiać, tak by nie rozklejały się w czasie gotowania, pusty pierożek wygląda dramatycznie, robi się z niego mączny flaczek, blady i nikomu niepotrzebny, a farsz ginie w garnku tragiczną śmiercią kulinarnego nieistnienia.
Porządnie zlepiony pierożek przetrwa 3-5 minut gotowania i …
… i finis coronat opus.
Ciekawość zaspokojona?
:)
Pytanie z odpowiedzią.
13 listopada, 2011Niedziela jest prawdziwie listopadowa.
Z perspektywy łóżka wygląda jednak zupełnie niewinnie.
W domu jest ciepło, pachnie kawa, pies jeszcze śpi, sięgam po pierwszą gazetę
z apetycznego stosu
i…
Czy trwanie w błogim lenistwie i w przyjemności czytania jest marnowaniem czasu?
Otóż nie.
Zachęcam do wzięcia przykładu, robienie sobie przyjemności jest obowiązkiem ludzi pracy.
:)
Li.
Rozważna, acz romantyczna.
12 listopada, 2011Aniu, gratuluję potomstwa! Wróżę jej wielką karierę!
Śliczne miejsce, zaprojektowane i stworzone przez ulubioną artystkę Jolantę od moich lamp i schodów.
Da się to zresztą zauważyć, prawda?
PS. Update:
Specjalnie dla marka… żeby nie było szowinistycznie :D
Dobra recenzja napisana przez kobietę.
zła recenzja napisana przez kobietę.
dobra recenzja napisana przez mężczyznę.
zła/taka sobie recenzja napisana przez mężczyznę
Przestępstwo interpretacji.
11 listopada, 2011Wojny są w nas.
9 listopada, 2011i zrobić sobie drugi kubek kawy.
Najważniejsze to mieć piękny plan!
7 listopada, 2011Sprawozdanie z 44.
5 listopada, 2011Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
– To moje 44 urodziny, ale wystarczy 40 tych róż
bo te zmartwienia to już nie na moje lata, o!
44.
4 listopada, 2011Słońce badawczo prześwietlając liście wpada w okna mojej sypialni.
Śliczny dzień, w sam raz na mój pogodny nastrój.
Złożyłam sobie życzenia od serca, bo tam ukryte są moje największe pragnienia.
A co na to Lec?
Miał grzeszne pobożne życzenia.
Żądam za wiele?
A co na to Lec?
Nie żądać od życia niemożliwości? Dlaczego?
Możliwości jego są przecież nieograniczone.
Czy boję się upływu czasu? Tak, boję się.
Ale przecież wiem co na to Lec:
Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć.
Dostałam kawę do łóżka, a mleko było perfekcyjnie spienione.
A co na to Lec?
Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia.
Jestem bardzo zmęczona, ale przecież niedługo pojadę w końcu na jakieś wakacje.
Tak mówi statystyka.
A co na to Lec?
Człowiek jest z żelaza. Dlatego nie odczuwa czasem kajdan jako obcego ciała.
44? Kurtka na wacie, nie pasuje mi to do mojego środka.
A co na to Lec?
Wyjcie! Poczujecie się młodsi o miliony lat.
Auuuuuuuuuuuuu……..
Całusy!
Li.
A teraz przejdźmy do interesów, czyli do prezentów!
Jak ma się urodziny, to dostaje się prezenty, a ja bardzo pragnę dostać za kilka lat możliwość złożenia życzeń na czterdzieste czwarte urodziny tej wyjątkowej kobiecie:
Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!
ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa
Multibank
nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr BIC: BREXPLPWMUL
tytuł wpłaty: Joanna Sałyga
Notka wpadkowa.
2 listopada, 2011Rzadko zaglądam w statystyki bloga, bo i po co?
Ale dziś zajrzałam- uznałam to za jeden z kilku sposobów na depresję- i odkryłam, że codziennie kilka osób czyta najstarsze notki.
Czy robicie to za jakąś karę?
Ujawnicie się?
Przyznacie skąd jesteście? Od kogo? Przez kogo?
Ciekawość mnie zżera.
(A próżność się z tego śmieje, ale obciach, ja nie mogę).
I „starzy” ulubieni mogliby do mnie częściej pisać, ile mam jęczeć, że mi źle na tym świecie?
No ile, pytam się?
Znikąd ukojenia…
:)
Li.
Czasem słońce, czasem deszcz. Czyli nihil novi.
2 listopada, 2011Nie pomaga mi fakt, że nie wpłyną na losy świata, a co najwyżej mogą powiększyć dziurę ozonową.
Idę więc pościelić łóżko, włożyć do pralki pranie, do zmywarki naczynia, odkurzę podłogę, wymienię koci żwirek, powieszę pranie, zrobię zupę dyniową i pójdę sobie do pracy na cały dzień.
Obiecane zdjęcia kuchni plus zdjęcie szarlotki au naturel:)
1 listopada, 2011A przy okazji obiecane zdjęcia kuchni, chociaż nie powiedziałam w niej jeszcze ostatniego zdania.
Szarlotka wyszła nieco koślawo, ale za to jest pyszna!
Li.
Tytuł: Bez.
25 października, 2011Zapis? Opowieść o życiu? Historię?
Cokolwiek nie napisać, to zostało we mnie uczucie przeżycia niezwykłości. W 3D.
Ja chyba rozumiem, bo gdy jest mi źle, to instynktownie włączam muzykę i tańczę.
Gdy przestanę, to nie będę żyć.
A będę mieć w tym tygodniu okazję- w piątek jedna impreza, w sobotę druga, idzie zima, życie towarzyskie zaczyna kwitnąć, jest mrozoodporne.
Dzień dobry:)
24 października, 2011Gdy nadchodzą takie czasy, że budząc się rano muszę spojrzeć do kalendarza, by sprawdzić w jakim jestem dniu, wieczorem zasypiam na stojąco, praca przygniata mnie do ziemi, a dzieci jedzą pizzę trzeci dzień pod rząd, to nawet tu nie zaglądam.
Dobranoc:)
18 października, 2011kończę go zmęczona z głową pełną posiekanych godzin i spraw.
samoprzytulenie tak mocne, by pomiędzy mnie a sen nie weszły myśli nieproszone.
We wtorki mają tendencje do wchodzenia bez pukania,
panoszenia się, straszenia i dorabiania zmarszczek.
Sio!
Dobrej nocy,
Li.
A propos wczorajszych komentarzy.
17 października, 2011I nie wykluczam zmiany, ale tylko wtedy gdy spotkam w swoim życiu mężczyznę, który będzie umiał śmiać się tak jak ja, któremu nie będzie przeszkadzał pies w nogach łóżka, który sam sobie będzie wrzucał koszule do prania, sam będzie je prasował, który będzie czasem robił mi śniadania, na zakupy będzie chodził bez szczegółowej, wymaganej ode mnie listy.
Zakocham się wtedy bez pamięci i wszystkie moje teorie wezmą w łeb.
Opublikował/a leelilee 


































