Dzień dobry!

23 stycznia, 2012
Jestem zwyczajnie wzruszona mailami i komentarzami. 
Niektóre maile były tak intymne i porywające, że aż dławi mnie w gardle. 
Nie przypuszczałam… nie przypuszczałam!
Przemyślę więc sprawę mojego dalszego  pisania, ostatecznie horoskop dla Skorpiona zakazał podejmowania mi decyzji pod wpływem nieokiełznanych impulsów. A gwiazd trzeba słuuuuchać…:)
Miłego dla Was!
Li.
PS. Postaram się odpisać przynajmniej na większość maili, bagatela-ponad siedemdziesiąt! Szok:)


Obwieszczenie parafialne.

20 stycznia, 2012
Zamykam bloga. Przynajmniej na razie.
Od dłuższego już czasu nie mam światu nic ciekawego do powiedzenia, a czytanie wstrętnych komentarzy nie jest moim hobby.
Coś co miało być radością i jednocześnie sposobem na smutki,  nagle stało się źródłem przykrości, wkurwiania się i marnowania czasu.
Chamstwa i prostactwa organicznie nie znoszę. Trudno mi też położyć na szali wszystkie przyjazne mi dusze z tymi nieprzyjaznymi, niby dobro zawsze zwycięża zło, ale mnie nie chce się już dłużej walczyć.
Do miłego!
Li.

Rozważania okołoblogowe.

18 stycznia, 2012
Jak bociany na wiosnę ciągle wraca do mnie to samo pytanie: po co mi ten blog?
Bo przecież nie po to, by czytające mnie koleżanki mojej Mamy (tja…) dzwoniły do Niej z troską o mnie i moje dzieci- a bo napisałam o imprezie Karolci i o rzyganiu (nawiasem mówiąc, nie pisałam nic o rzyganiu, a jedynie przytoczyłam fragment napisanego szminką na lustrze regulaminu porządkowego imprezy: „rzygać do sedesu, a nie do umywalki”. Bardziej mnie wkurzyła ta szminka na stuletnim lustrze.), a może tam są narkotyki, a może to, a może sio. 
(Dziwnie jest być traktowaną ciągle jak mała dziewczynka, którą można pouczać i strofować).
Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzają się forsowane  w czasach naszych Rodziców modele macierzyństwa, zwłaszcza system nakazów i zakazów- inna sprawa, że nie sprawdzał się on też i w tamtych czasach, przynajmniej na mnie, do dziś czuję się jego ofiarą, wracającą z imprezy sylwestrowej o dziewiątej wieczorem, przed dwunastą w nocy rzecz jasna. Bo tak i nie było odwołania.
Idiotyczne i bezpodstawne zakazy prowadzą do kłamstwa i kombinatorstwa- och, każde wakacje spędzałam na „obozie harcerskim”, będącym naprawdę swobodną włóczęgą z kolegami po Bieszczadach. Wyjeżdżałam na „rajdy” w góry, spędzane cudownie  na nizinach, wychodziłam do koleżanki na „wspólną naukę” i randkowałam zawzięcie w ciemnych miejscach paczkowskich Plant.  Ależ  to były czasy… 
Byłam wiecznie kontrolowana, a i tak udawało mi się wyrwać na wolność.
I co? Żyję, w ciążę w wieku 16 lat nie zaszłam, jestem za to samodzielna i zdolna do działania w ekstremalnych warunkach, prawie jak MacGywer. 
Musiałam wypracować sobie nowy model rodzicielstwa, mocno osadzony na zaufaniu, rozmowach i wierze, że nauka nie idzie w las, oraz na obserwacjach i poznaniu kręgów znajomych córek, a to są naprawdę fajne dzieciaki.
Mam zaufanie do swojej starszej córki, to rozsądna, bardzo inteligentna istota. Wiadomo, że ciągle jest jeszcze gapą (wieczne zapominanie kluczy, ech…), w sprawach domowych leniem do kwadratu, ale wiadomo też, że nie zginie jak ciotka w Czechach, bo myśli, rozważa różne możliwości  i wie, że o każdej sprawie może mi powiedzieć. 
O tym, że parę razy z ciekawości paliła skręta- też.
Ale nauka i przykład matki jednak nie idzie w las, większość jej koleżanek przepala urodę i szare komórki, ona nie pali i nie znosi papierosów. 
Nie upija się, nie kłamie, nie znika z domu w niewiadomym kierunku i zawsze stara się odebrać ode mnie telefon.
A ponieważ sama doskonale pamiętam czasy swojej burzliwej młodości, to moja tolerancja dla jej poczynań jest ogromna i dopóki nic nie obudzi mojego niepokoju, pozwalam jej na szaleństwa młodości, bo i tak są one zaledwie ułamkiem tego co wyprawiałam ja.
I dlatego, dlatego bardzo proszę- nie denerwujcie mojej Mamy dyskusjami na mój temat i temat moich dzieci. Ja z moich córek jestem bardzo dumna, bardzo je kocham i nie mam zamiaru być dla nich matką nadzorcą. A że Karolcia przyniosła na semestr jedynkę z chemii?
Też miałam.
I też w drugiej klasie liceum.
Genów nie oszukasz.
:)
Li.

Niespodzianka z fast foodem w tle.

16 stycznia, 2012
Czasem mam chwilowe przebłyski geniuszu, dzięki którym poprawiam swój marny los. 
Błysnęło mi dziś rano i przed wyjazdem do Sądu do Opola  postanowiłam tam zadzwonić z niewinnym pytaniem, czy wyznaczona kilka tygodni temu na dzień dzisiejszy rozprawa odbędzie się planowo- moje długoletnie doświadczenie nauczyło mnie jednego – im dalej od Krakowa, im bardziej męcząca podróż, tym większe prawdopodobieństwo, że Sąd spotka plaga szerszeni, sędzia nagle zachoruje, ktoś zadzwoni z informacją o bombie, albo po prostu ot, tak. 
Ale rześki głos pani sekretarki nie widział przeciwwskazań do mojego przyjazdu, ruszyłam więc z pieśnią Stinga na ustach CD i nadzieją na sukces.
Rozprawa nie odbyła się z powodów od Sądu niezależnych, a będących wyłącznie nędzną sprawką mojego przeciwnika procesowego, usiłującego tym nikczemnym sposobem odroczyć nieuchronną dla niego klęskę.
Nie zdziwiłam się więc specjalnie, wiadomo że w życiu mam pecha. 
Ale byłam zła, oj zła. Bardzo, bardzo zła. 
Tak zła, że jeszcze dłuuuugo za Opolem nadawałam koleżance vulgaris_aurorze do telefonu o moim nieszczęściu, bo jazda po autostradzie w padającym śniegu szczęściem wszak nie jest.
W pewnym momencie zamajaczył mi za brudną szybą auta,  długo już pozbawioną przyjemności pieszczoty płynem do spryskiwacza- szyld KFC.
Zapragnęłam ukojenia w postaci kawy i ciągle gadając  zaparkowałam, kątem oka rejestrując parkującego obok Lexusa, a tylko dlatego, że zwrócił moją uwagę nadmiernie ekspresyjny facet w środku- uśmiechał się, puszczał oko, machał, robił wokół siebie dużo ruchu skierowanego w moim kierunku.
Zdążyłam aurorze przekazać, że atakuje mnie jakiś maniak, że jestem na parkingu pod KFC między Opolem a Gliwicami, jakby co ma wezwać Policję (a facet już pukał w okienko), gdy… z bliska wydał mi się podejrzanie i trochę jakby znajomy, wysiadłam i … zanim zaczęłam krzyczeć i kopać go w miejsca wrażliwe, wpadłam mu w ramiona.
Jaką frajdą jest spotkanie nie widzianego trzynaście  lat dawnego kolegi z LO.
Zmienił się, ale to nieistotne- istotniejsze wszak jest to, że według niego nie zmieniłam się ja, co oczywiście niezwykle pogłaskało moją próżność, wypychając moje zmarszczki do góry i jakoś w zapomnienie spychając żałosny pierwotny sądowy powód mojej wizyty w KFC.
Spędziliśmy na kawie i gliniastej bule z grilowanym kurczakiem przemiłą godzinę.
Gadka-szmatka, mnóstwo tematów, wymiana telefonów, umówienie się na wieczór w Krakowie, celem obejrzenia tego co udało mi się zrobić z zapyziałego strychu, wieczorne obejrzenie, ach, ach, och, och, pękałam z dumy, niech pierwszy rzuci cegłą z zaprawą ten, kto nie lubi być chwalony, spieprzony dzień zakończył się słodko i…
… i czy nie są to igraszki losu? 
Mieszkamy 300 km od siebie, nie widzieliśmy się 13-cie  lat, żadne z nas nie lubi KFC, każdego tknął impuls,  by właśnie tam zjechać z autostrady, zaparkowaliśmy auta obok siebie w tym samym momencie, on myślał o kupnie strychu w Krakowie, ale nie miał pojęcia jak się do tego zabrać, spotkał mnie, pogadaliśmy  i  teraz już wie!
A byliśmy tylko pionkami w grze szczegółowo zaplanowanej przez los.
Li.

Pochwała lenistwa, czyli samo-usprawiedliwienie.

14 stycznia, 2012
Mijają moje noce i dni, kolejna sobota, ale nie będę liczyć która to sobota życia za mną, wolę liczyć na to, że jeszcze wiele sobót przede mną. 
Trudno jednak intensywnie przeżywać każdą godzinę tak, jakby miała być godziną ostatnią. 
Marnotrawienie czasu na działanie nic-nie-robieniem jest spędzaniem czasu przyjemnie i leniwie. 
Tak jak teraz, gdy siedzę na dole sama z kubkiem gęstej od ingrediencji herbaty, dzieci na górze ciągle śpią,  bo w soboty mogą spać ile im się tylko podoba, odkurzacz też jeszcze śpi, bo nie będę przecież buczeć im pod drzwiami, w związku z czym koty z moich kotów też śpią, śnieg pada w sposób absolutnie zachwycający, muszę jakoś odziać się i wyskoczyć na Kleparz po zakupy, ale tak bardzo mi się nie chce… Świadomość, że nie muszę się zmuszać jest jednak cudowna.
Wczoraj rodzinnie poszłyśmy do kina na Sherlocka, klasyka gatunku, jak ktoś lubi, to niech idzie. Ja lubię. 
A jak do tego ogląda się błysk w oku Roberta, to mhmmm… mniam, mniam.
Za dwadzieścia druga, czas zacząć dzień powstaniem z kanapy. 
Po pierwsze kawa, po drugie spokojne jej wypicie, po trzecie zastanowienie się na kolejnymi czynnościami, czyli w tym celu znowu muszę usiąść na kanapie…
Uwielbiam wolne soboty!
Li.
PS. Na poprawę humoru:


Obwieszczenie wojenne.

14 stycznia, 2012
Z maili wyłania się przerażająca prawda- niektórzy z Was nie mogą wejść na bloga, nie mówiąc o czytaniu czy pisaniu komentarzy. 
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć wstrząsającą prawdę- na mojego niewinnego bloga przeprowadzono zamach!  Wrogie mi środowiska nareszcie triumfują! Wojna? 
Ależ MY jesteśmy nie do pobicia, instalujcie Google Chrome i będzie dobrze. Czyli git!
:)
Li.

Zabiłam świąteczną atmosferę.

13 stycznia, 2012
Nareszcie rozebrałam uschniętą choinkę, a szczęśliwe koty rozwłóczyły po domu resztki  anielskich włosów, zwanych w mniej cywilizowanych rejonach kraju lametą. 
Tym samym symbol świątecznej atmosfery wylądował na śmietniku, następnym symbolem  będą żółte kurczaczki. 
Zastanawiam się co zrobić z wyjątkowo paskudnym choinkowym stojakiem.
Historia jego nabycia była konsekwencją kupowania drzewka  wieczorem na Kleparzu, w ciemnościach, ale przecież pomimo nich dokładnie widziałam, że choinka jest prosta jak kij od miotły. Nie wiem jakich to socjotechnik użyli na mnie dwaj sprzedawcy- w każdym razie w domu okazało się, że choina pień ma wygięty w pytajnik i nie może  złapać równowagi. Próba nabijania jej na stojak poprzez walenie w podłogę powiodła się tylko częściowo- na stojak nabiła się nawet bez specjalnego protestu, ale od stojaka odpadła jedna drewniana noga. Z trzech.
Na dwóch drań stać nie chciał. 
O wpół do dziesiątej wieczorem w przedwigilijną noc pojechałam z Karolcią na poszukiwanie stojaka, znalazłyśmy ostatnią sztukę w Realu, paskudztwo wyjątkowe, plastikowy, zielony statek kosmiczny na sześciu nogach z dziurą na pień  i trzema wielkimi śrubami do jego przykręcenia. 
Ohyda! Ale wyjścia nie było. 
Nabyłam go więc z największym obrzydzeniem, nasadziłam choinkę, przykręciłam śrubami, stała krzywa jak nie przymierzając Torre Pendente, Bobcio przekonany, że to zabawka specjalnie dla niego, przewrócił ją w pierwszą noc, resztę swojego życia spędziła uwiązana na złotym  łańcuchu do wspornika półki.
A dziś kończy swój żywot, rozebrana i wysuszona wygląda żałośnie, resztki anielskich włosów podkreślają jej nie-urodę, wciągnęłam ją po schodach na taras, a potem pofrunęła na ziemię, kto w ten sposób zabija choinkę podlega karze posiadania rozsypanych igieł, a worki do odkurzacza skończyły się właśnie dziś.
Zostawić awaryjnie stojak, czy nie zostawić, oto jest pytanie?
Takie oto zastępcze problemy targają mną w to piątkowe popołudnie. 
Warto czasem zająć się błahą sprawą stojaka, nadać jej ważność, puścić przodem w kolejce myśli i historii do rozwiązania. 
A o wielkich problemach mojego świata pomyślę jutro. Albo pojutrze.
Li.

Po północy w Krakowie.

13 stycznia, 2012

Po bezskutecznym maltretowaniu łóżka przewracaniem się z boku na bok, po dręczeniu kołdry naciąganiem na wszystkie strony, po znęcaniu się nad poduszką, wstałam, wzięłam prysznic i oto mam przed sobą kilka godzin do zagospodarowania, przy czym akurat chęć wykonywania leżących odłogiem czynności domowych jest głęboko uśpiona. Włączyłam sobie płytę z Evą Cassidy, cisza w domu łagodnie niesie muzykę prosto we mnie, półleżę na kanapie i gdyby nie konieczność porannej pracy, byłabym spokojna i szczęśliwa. 
W pakiecie z bezsenną nocą przychodzi jednak brak koncentracji i podkrążone oczy, odporne na korektor i krem, ale pomyślę o tym rano.
Wiejący mocno wiatr wali w okna deszczem ze śniegiem, budzi tym czujność psa,  koty pozostają obojętne. Czajnik szumi zapowiedzią  herbaty porzeczkowej z kardamonem, będzie gęsta od miodu, cytryny i imbiru, zestaw godny przerazić każdego wytrawnego smakosza herbaty, a dla mnie najlepszy na zimną zaokiennie noc. 
Nocowanie-harcowanie czas zacząć, nałożę sobie na twarz zieloną maseczkę, lubię zrobić z siebie upiora, bo efekt jest tego wart.
Ech, jak to uwielbiam-gruby szlafrok, zieloną maseczkę, skarpetki na nogach, muzykę, pled, książkę i ciepłe światło lampy, w sumie wychodzi najprzytulniejszy zestaw na taką noc.
Z braku laku, oczywiście.
Ale z drugiej strony lak wykluczałby takie noce i otwarte paradowanie w ulubionej maseczce…, bo jeżeli chodzi o maseczki, zwłaszcza zielone, to lepiej zejść do podziemia.
Li.

Wirus?

12 stycznia, 2012
Czy macie problemy z wejściem do komentarzy na blogu, nie mówiąc o napisaniu komentarza?
I czy da się odczytać komentarze pod poprzednimi notkami? 
Dajcie mi znać uprzejmie donosząc:)
Dzięki!
Li.

Nie wiadomo skąd, przybłąkał się- nieproszony…

11 stycznia, 2012
Nie mam dziś ochoty na pisanie. 
Pracuję, stos na biurku znowu płonie z pilności-do-załatwienia. 
Dzień trochę melancholijny, szary i jakiś taki mało życzliwy.
Trzeba dać mu odpór, koncentruję więc siły, przetasowuję oddziały, wydaję rozkaz przetrwania, wzmacniam nadwątlone morale kawą z mlekiem, czasem wszystkiego jest dużo za dużo, czasem niczego nie ma, jestem widocznie skazana na chroniczny brak równowagi, to moja choroba przewlekła bez możliwości refundacji kosztów jej leczenia.
A co na to Lec?
Najstraszniejszym jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.


Jestem smutna bez specjalnego uzasadnienia,
smutkiem najgorszym, przybłędą smutkowym,
co to wchodzi bez pukania i zabiera energię,
jestem też trochę bledsza,
trochę bardziej milcząca,
(ale na obiad  dla dzieci zrobiłam lazanię ze szpinakiem, a na wieczorną kolację z echoes nałożę złoty puder),
jeszcze tak nie było, żeby nie było,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
ej- wszystkie mantry moje, przywołuję was do porządku!
Pomamrotać mi tu do ucha!
I od środka do serca.
Li.


Notka z artykułami mieszanymi.

10 stycznia, 2012
Dziś zrobiłam to, co powinnam zrobić już dawno. 
USG w … no właśnie w … tam, zimne, brrr! Drugie USG wyżej też, na szczęście cieplejsze, mammografię, badania- jakie to wiadomo- spłynęło we mnie poczucie ulgi i noszę je w sobie do teraz z wielką przyjemnością. 
Uff… no bo dlaczego nie ja? Poczucie ulgi kosztowało 450 złotych, ale było to najlepiej wydane 450 złotych w ostatnim czasie. Mogę więc spokojnie planować przyszłość i właśnie kupuję osiem biletów  na koncert Coldplay we wrześniu w Warszawie. Moje córki  z pewnością oddalą się ode mnie na bezpieczną odległość, żeby nikt nas ze sobą nie powiązał, a ja z D. sobie poszaleję, a co! Za osiem miesięcy. 
W związku z powyższym mam do Ciebie pytanie: kiedy ostatnio robiłaś sobie dokładne badania, USG, mammografię, cytologię, no kiedy? Tak, Ciebie pytam, Ciebie! Ciebie, którą czasem bez powodu coś boli.
Nie chowaj się za monitorem, tylko jutro marsz do rejestracji! 
A dziś dostałam maila, który był dla mnie przemiłą niespodzianką.
Na pewno mało kto z Was pamięta ten dzień. 
Potem był raport filmowy.
Potem parę słit foci.
A potem tylko wiadomość, że koty zamieszkały w domu z ogrodem, u ludzi prześwietlonych przez D. do piątego pokolenia wstecz, aż dziwne,  że nie zatrudnia w tym celu wywiadu gospodarczo-obyczajowego.
Minęło ponad półtora roku i dziś dostałam maila:
Witam, Pozwoliłam sobie do Pani napisać po tym, jak od Pani Dagmary otrzymałam namiary na Pani bloga. Jesteśmy z mężem szczęśliwymi posiadaczami dwóch kotów powodzian. Mają się świetnie. Są zdrowymi i silnymi kotami. Są moim oczkiem w głowie, rozpieszczane do granic możliwości :) Czytając wpis z 19 maja 2010 bardzo się wzruszyłam i nie mogłam do Pani nie napisać. Poza tą historią pozwoliłam sobie poczytać inne wpisy. Pisane wyśmienicie! Chce się czytać bez końca! Jednym tchem! Bardzo dziękuję za uratowanie tych dwóch kruszyn. Ma Pani wielkie serce! Życzę Pani wszystkiego najlepszego, Pozdrawiam Beata

Kilka ostatnich zdań z tego maila jest grubą, acz miłą  przesadą, ale co najważniejsze,  dostałam to:


Poczułam się jak matka, której dzieci po długiej podróży wróciły szczęśliwie do domu. 
Moje maleństwa! Jak wyrosły! I jakie mają inteligentne mordki! I jakie oczy! 
I jakie podobne do tatusia! 
A ogonki to zupełnie po mamusi.
:) 
Li.

Przyjemność jest priorytetem.

10 stycznia, 2012
Byłam wczoraj na świetnym koncercie, w Auditorium Maximum UJ, Koncert Noworoczny Aptekarzy, prowadzony przez Bogusława Kaczyńskiego. Anegdotki i zajmujące opowieści prowadzącego wydłużyły koncert do czterech i pół godzin, ale była to czysta przyjemność z  dreszczami wzruszenia, bo muzyka i arie operowe były piękne. Zaproszenie dostałam jak to zwykle przez przypadek i z czystej życzliwości dla mnie pewnego zaproszonego ważnego gościa, który iść nie mógł, ale za to miał podwójne miejsce w drugim rzędzie na samym środku, nigdy jeszcze na takim koncercie nie siedziałam tak blisko, mogłam oglądać swobodnie plomby pewnego tenora. 
Po sobotnim teatrze czuję się nasycona wysoką kulturą jak gąbka wodą, jutro dla równowagi idę na Sherlocka Holmes’a. 
Dostarczanie sobie przyjemności i przyjemnych wzruszeń jest warunkiem zachowania względnej równowagi w tym nieprzyjemnym życiu. Są jednak momenty, gdy pozytywne naładowanie nie wystarczy, bo ilość nieprzyjemności na tyle niebezpiecznie podnosi poziom życiowego wkurzenia, że nie pozostaje nic innego, jak iść w drugą stronę, odstąpić, nie reagować, zająć się czymś innym, mieć to w nosie, a przy okazji dziwić się, że komuś się chce wchodzić do mnie i próbować zatruwać mi życie.
O tym, że polski internet to szambo wie cały świat. 
Na moim blogu szambiarze zaczynają czuć się zbyt swobodnie, widocznie za mało zdecydowanie dusiłam zarazę w zarodku.
W związku z tym ogłaszam, zmianę polityki komentarzowej. Do tej pory, poza skierowanymi w moim kierunku wulgarnymi wyzwiskami  przepuszczałam wszystkie komentarze, bo sama organicznie nie znoszę cenzury.
Pozwalacie sobie jednak na zbyt wiele. 
Chamstwa, wścibstwa, pouczań przez nieznajomych, ocen na podstawie tak minimalnych wycinków rzeczywistości jakim są wpisy na blogu, obrażania moich czytelników, nietolerancji, polskiego kołtuństwa, moherowych beretów, zaściankowości, dulszczyzny i innych odmian polskiego przeciętnego użytkownika internetu nie będę tolerować. 
Wynocha stąd (wersja wytworna: uprzejmie proszę o opuszczenie tego miejsca), czytanie mnie nie jest obowiązkowe, tu obowiązuje lekkość formy i przyjemność ze wzajemnego kontaktu. 
Z Państwem opisanym powyżej  przyjemności brak.
Będę kasować, będę kasować, lalalala… Przez szacunek dla siebie i dla moich prawdziwych czytelników, tych którzy patrzą w tym samym kierunku i chcą miło pogadać, czy  pospierać się w poszanowaniu racji innych.
Li.

Wojna religijna.

9 stycznia, 2012
Moje młodsze dziecko żąda wypisania z lekcji religii.
Pan od religii jest wyjątkowo niemiły, zadaje bardzo dużo modlitw do nauczenia się na pamięć, a odkąd weszłam z nim w malutki konflikt,  tępi Guśkę skutecznie. 
Na semestr postawił jej tróję, to jedyna trója w całej klasie, nie mówiąc o tym, że jedyna trója u mojego dziecka! I tak oto mamy do czynienia z cudem nagłego zgłupienia, bo do  feralnego momentu mojego spotkania się z nim dziecko miało piątkę. 
Konflikt miał podłoże wcale nie religijne, żadne cuius regio, eius religio, poszło o mojego psa.
Choć wszystkie stworzenia boskie zasługują na szacunek, a pogląd ten prezentował już Święty Franciszek, mój pies-mały, pogodny i na smyczy, zmuszony przeze mnie do spaceru do szkoły przez zapominalstwo Młodszej (mama błagam Cię przynieś mi zeszyt od religii, bo dostanę jedynkę!) został potraktowany jak siła nieczysta, niemalże siarką i wodą święconą.
Pan od religii na jego widok, a może i mój, dostał szału wcale nie religijnego, a ja potraktowałam go jak natrętnego woźnego, bo skąd mogłam wiedzieć, że ten plujący i miotający się w obecności mojego psa człowieczek,  w wiszących dramatycznie na tyłku spodniach, wyraźnie niezrównoważony, histerycznie krzyczący, że „mam natychmiast opuścić z tym zwierzęciem budynek szkoły”  jest panem od religii, amen.
Na plus można mu policzyć, że lojalnie uprzedził Gusię, iż będzie cierpieć za matkę.
Jej własny, prywatny krzyż.
Nie ma to jak skutecznie zniechęcać dzieci do religii w tym katolickim kraju.
Bo przecież u nas, w Polsze same dobre ludzie. 
Religijne, sunące do kościoła przewietrzyć futra  i niedzielne palta, pełne miłości do świata ludzi i zwierząt, empatyczne i nakierowane na pomoc drugiemu człowiekowi. 
Istny raj na ziemi.
I dlatego zupełnie poważnie rozważam prośbę dziecka, bo hipokryzja jest mi daleka, do kościoła nie chodzę, nie ma mnie w spisie parafialnych owieczek pod nowym adresem, Starsza już przetarła w tej materii szlaki i czy nie lubiana przez dzieci religia w szkole spowoduje, że moja córka będzie lepszym człowiekiem?
Nie sądzę.
Li.

K…r…a.

8 stycznia, 2012
Gdybym miała opisać targające mną uczucia po otwarciu drzwi do domu, to napisałabym  moją najkrótszą do tej pory notkę: kurwa. 
Kurwa, kurwa, kurwa.
Nic bardziej adekwatnego nie ciśnie mi się na me wszak  nie wulgarne usta. 
Poimprezowy bajzel ledwo tknięty mopem, w mojej wypieszczonej łazience pety w umywalce, zużyte ulubione perfumy, rozlany jakiś alkohol i ogólny obraz nędzy i rozpaczy.
Starsza najwidoczniej straciła kontrolę nad sytuacją, choć jakieś przejawy wprowadzenia porządku i regulaminu imprezy można zauważyć- na secesyjnym lustrze pozostał napisany rozmazaną szminką nakaz rzygania do sedesu, a nie do umywalki. 
Oj, policzę się z towarzystwem jak tylko mi wpadną w ręce, choć doświadczenie w tej materii podpowiada mi, że przez najbliższe tygodnie będą omijać nasz dom szerokim łukiem.
Ukochana córka ma szczęście, że nie ma jej w domu, dziś jest pierwszy dzień w swojej nowej weekendowej pracy, dostała ode mnie tylko kipiącego złością  sms-a.
Uch!!! Ale jestem zła! 
(Z drugiej strony zyskałam pretekst do zakazu imprez do końca roku).
Piję zieloną herbatę dla spokojności i staram się nie rozglądać. 
Tylko ja i ekran monitora.
Dobrze, że miałam taki udany weekend, jakoś zamortyzował obecny szok. 
(Teraz mówię sobie soczyście, to co mam ochotę napisać, ale czytają mnie różni tacy wrażliwi… poprzestanę na mamrotaniu pod nosem…)
Li.

Notka sprawozdawcza.

7 stycznia, 2012
Postanowiłyśmy z D. jak najczęściej powtarzać takie weekendy jak ten.
Raz w Konstancinie, raz w Krakowie. Wszystko jest na tak: żadnego spinania się, obopólna pochwała sobotniego lenistwa, każdy robi to na co ma ochotę, a gdy robimy coś razem, to nam wychodzi.
Nasze córki przykleiły się do siebie już parę miesięcy temu i klej między nimi  trzyma coraz mocniej, co nas cieszy.
Spędziłyśmy razem z dziećmi świetny wieczór, najpierw w Teatrze Komedia na sztuce „Nikt nie jest doskonały”, pośmiałyśmy się z oczywistości, ale fajnych, potem poszłyśmy na kolację do „El Popo”, umówiłam się tam z Kaśką-aurorą i jej znajomymi, też przyjechała na weekend do Warszawy.
A teraz siedzimy już w domu nad zieloną herbatą, rozmawiamy leniwie każda znad swojego laptopa, w tle piosenki Grechuty, obok mruczące koty, jestem zwyczajnie szczęśliwa, zrelaksowana i zachwycona.
Można przypadkiem na swojej drodze spotkać człowieka, z którym nagle pasujesz jak puzzel, bez bagażu wspólnych znajomych, bez towarzyskiej przeszłości, ale za to z ogromną chęcią budowania przyjacielskiej  przyszłości i tkania planów spotkań. I ten ktoś, z kim tak dobrze się milczy i tak dobrze się gada, ma dom,
w którym czujesz się jak u siebie, pełen obrazów, książek i figurek kotów.
To ktoś, kto też mówi, że noc jest najpiękniejszą porą dnia, lubi granice światła stojącej lampy i rubinowe iskry w lampce wina.
I do tego ten ktoś potrafi realizować swoje marzenia, ma w związku z tym własny, oliwny gaj w Toskanii, niczego się nie boi, myśli pozytywnie i zawsze z wersją optymistyczną, świetnie gotuje i jeździ jak rajdowiec
Kocham takie kobiety, kocham!
Li.


Pozdrowienia z Konstancina.

7 stycznia, 2012
I nawet w weekend można być na wakacjach!
Za oknem stoją konstancińskie, majestatyczne stare sosny, a wśród nich wcale nie majestatycznie śmigają wiewiórki. 
W tym domu nikt wcześnie nie wstaje, a kawa najlepiej pachnie w samo południe.
Leniwie jest i cudownie jest, może dlatego z zupełnie nie matczyną obojętnością przyjęłam od Starszej wiadomość, że w naszym domu o drugiej w nocy była Policja, a mandat za zakłócanie ciszy nocnej zbyt głośną muzyką wyniósł 500 złotych. Gorące prośby i stosowanie rozmaitych sposobów na zmiękczenie policjantów zmniejszyły mandacik do 200 złotych, nieletni się zrzucili, a ja mogę mieć tylko nadzieję, że dalszych konsekwencji nie będzie.
(Nawiasem mówiąc-ciekawe, kto wezwał Policję? Nie sądzę, by ktoś z kamienicy, chyba że przekroczona została granica sąsiedzkiej wytrzymałości!)
Ale tym samym osiemnaste urodziny kolegi Karolci organizowane w naszym domu zyskały godną osiemnastki historię.
Mnie tam jednak nie ma i nie mam zamiaru przejmować się historiami krakowskimi, gdy jestem pod innym niebem, wieczorem idziemy do Teatru Komedia, wino jest doskonałe i wszystko inne też, nie mówiąc o czterech fantastycznych kotach i mopsie.
Teraz siedząc w przytulnej kuchni,  patrzę jak D. przygotowuje zupę-krem z cukinii, nasze córki zajmują się sobą, koty snują się między nogami, przed nami jeszcze dwadzieścia wspólnych godzin. 
I tym mam zamiar cieszyć się  beztrosko, bez żadnych głębszych myśli.
Miłego!
Li.

Koniec afery, zaczyna się weekend.

6 stycznia, 2012
Chustka usunęła stronę z nazwiskami darczyńców, widocznie zrobił się wokół niej niepotrzebny szum.
Czasem jednak jeden kamień uruchamia lawinę,  trzepot skrzydeł motyla gigantyczne fale, a cel uświęca środki. Mam wielką nadzieję, że moja wczorajsza „awanturująca się” notka pozostawi po sobie konkretny, materialny wymiar. Pamiętajcie więc, że warto pomagać, a ja pomiędzy jednym łykiem porannej kawy, a drugim zabieram się do sprzątania, za trzy godziny mam pociąg, nie chce mi się jechać jak jasny gwint, co tylko jest dowodem na to, że będzie świetnie. 
Bądźcie niegrzeczni jak tylko się da!
Li.

Może się zabawimy?

5 stycznia, 2012
Zróbmy coś z tym wieczorem, znowu nie zasnę przez pseudoefedrynę, nastawiłam pranie, zmywarkę, leniwie pakuję walizkę, daję Starszej milion instrukcji co do jutrzejszej imprezy,  z których ona sobie nic nie robi, może porozmawiamy o głupotach, bo te poważne tematy wpadają razem z nami w różne doły i depresje, a tu przecież przed nami znowu wolne od pracy dni! 
Przynajmniej trzeba spróbować odnaleźć w tym trochę radości!
Może popiszemy jakieś śmieszne kawały, albo porozmawiamy o swoich najbardziej nieudanych randkach, albo… piszcie, piszcie cokolwiek, pod najbardziej zwariowanymi nickami!
Li.

Do moich Czytelników!

5 stycznia, 2012
Być może powinnam tę notkę napisać bardziej delikatnie, albo w ogóle nic nie pisać. 
Siedzieć cicho i przeżuwać w samotności potężne, gigantyczne rozczarowanie.
Tja… może powinnam się zamknąć i udawać, że nie ma problemu…
Gryzie mnie to jednak i boli, boli, cholernie boli!
Chustka opublikowała  otrzymaną z Fundacji listę z nazwiskami osób, które wsparły jej leczenie, z danymi na dzień 22 grudnia 2011 roku.
Pomijając moją radość na widok nazwisk Uli, Elżbiety, Kaśki, Ady, Joli- moich koleżanek (i kuzynki, droga kuzynko) z reala, kilku nazwisk moich Czytelników, które znam, to ogarnął mnie smutek z powodu braków, potężnych braków. 
Ok, nie chcecie wpłacać, to nie wpłacajcie. Ale nie piszcie, że wpłaciliście/ wpłacicie/ będziecie wpłacać.
Chustkę czyta regularnie kilka tysięcy osób, mnie codziennie w porywach do 1800, dlaczego tak trudno jest Wam pomóc małą wpłatą, gdzie suma tych małych wpłat da ogromną kwotę? Nie stać Was na 5 złotych? 
A ja zobaczyłam nazwisko mojej Czytelniczki Kaśki, samotnej matki dwójki dzieci, która codziennie walczy o przetrwanie. Potrafiła podzielić się nawet tym, czego jej tak na co dzień brakuje. Kinga i Jadwiga- dwie emerytki też.
Czytacie mnie, bo lubicie/nie lubicie, staram się pisać dla Was, nawet jak mi się cholernie nie chce, ten blog jest częścią mojego życia i paradoksalnie Waszego też,  ludzie! 
Czego Wy nie robicie! Wiecie czego? Nie używacie wyobraźni i nie potraficie postawić na miejscu Joanny. 
Rak nie wybiera, ene-due-rike-fake- na kogo wypadnie na tego bęc, dziś Ona, jutro Ty.
I może JUTRO  to dla Ciebie, znając realia polskiej ochrony zdrowia będziemy zbierać drobne kwoty, które pomogą ratować Twoje życie?
WCZORAJ była Ilonka. Przez pamięć dla Niej, moją tęsknotę, ciągle niezagojone rany żalu, dramat mojego brata i Jej Rodziców piszę do Was te słowa, nawet jakby niektórzy z Was mieli się poczuć się dotknięci. I się obrazić.  
Nie zależy mi na tym, by czytali mnie ludzie niewrażliwi na cudze nieszczęście. 
Nie zależy mi na pustej popularności.
Jest mi zwyczajnie smutno, jestem rozczarowana, a moje zaufanie do ludzi znowu gra mi na nosie- ech Ty głupia, naiwna Moniu, zawsze dajesz się zrobić w konia.
(Od razu uprzedzając ewentualny zarzut, że nie ma tam mojego nazwiska- kilka dni temu po raz pierwszy wpłaciłam na konto fundacji, wcześniej Chustka dostała ode mnie pieniądze bezpośrednio do rąk własnych (i od Basi z LA, przesłane na mojego Pay-pala,  też:)
Reasumując- cholera jasna psiakrew, wpłacajcie po 5 złotych, ale wpłacajcie! 
Bo dłużej tego nie zniese!
Li.

Smęcę, ergo sum.

4 stycznia, 2012
Dziś chodziłam tak nabuzowana, że w mojej obecności spaliły się cztery żarówki.
Ma się tę moc! 
Nabuzowanie sztucznie napędzane pseudoefedryną z syropów przeciwkaszlowych powoduje nocną bezsenność i ogólne wkurzenie na świat. 
Lepiej mnie nie tykać, bo wybucham jak tani szampan w sylwestrową noc.
Ale są i jasne punkty w najbliższej przyszłości, kupiłam już bilety na pociąg do Warszawy, będę mieć z Gusią cudowny weekend, nie może być inaczej.
Starsza w czasie mojej nieobecności organizuje imprezę, na razie wypieram z siebie tę myśl.
Czas jest beznadziejny z lejącym deszczem i plusową temperaturą, trzeba  trochę pokreować rzeczywistość, by nie wpaść w szarości marazmu i zniechęcające smuty.
Podkręcam więc głośno muzykę, robię sałatkę z dużą ilością avocado i rukoli, wlewam w siebie litry herbaty z imbirem i zaprawdę powiadam Wam: cholernie trudno mieć dobry nastrój, gdy wszystko temu przeczy, ale jak  sama siebie nie przekonam, że jestem w dobrym humorze, to kto mi pomoże?
Ogół wokół mnie kwęka i stęka, narzekanie stało się obowiązkowe jak oddychanie, nastąpił nagły wysyp pesymistów, a optymiści zeszli do podziemia.
Jutro idę do fryzjera, a wieczorem do ulubionej Magdy kosmetyczki, moje brwi zamiast jaskółczych skrzydeł przypominają smętne skrzydła zabiedzonej wrony,  czas nadać im blasku godnego wizyty w stolicy.
A co na to Lec?
Rzeczywistość można zmienić, fikcję trzeba na nowo wymyślać.
Li.

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

3 stycznia, 2012
Po ostatnich szarościach, dziś nareszcie zobaczyłam błękitne niebo. 
Wiało, powietrze było morowe, kaszel znowu powrócił w pełnej gamie odrażających dźwięków, gardło  na nowo  podrapało się od środka, a jednak poczułam się lepiej. 
Są takie dni, gdy oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba. Dostrzegam wtedy swoje szczęście wolności od poważnej choroby. Niby mam swojego prywatnego Obcego, co to atakuje mnie co jakiś czas  ciśnieniem 200/150, ale wynika on li i jedynie z mojej niesystematyczności w braniu leków. Ciągle o nich zapominam, od razu dodam, że o  lekach na poprawienie pamięci też  nie pamiętam.
I tak sobie myślę, że powtarzając do znudzenia moim córkom, iż najważniejsze jest wykształcenie, nie mam racji. Najważniejsze jest zdrowie. 
Pamiętajcie o Joannie, bardzo, bardzo Was proszę.  Choroba nowotworowa jest jak ustrój komunistyczny-każdemu po równo. Nie masz żadnej gwarancji, że nie trafi na Ciebie. Patrzę na moje rodzinne historie choroby w ciągu ostatnich kilku lat  i widzę, że tata miał raka płuc, siostra taty miała raka płuc, brat mamy miał raka płuc. Wszyscy zmarli na raka płuc i wszyscy kiedyś palili. 
Ja papierosów serdecznie nie znoszę, ale czy geny to obchodzi? 
Li.

Jest taka sprawa.

2 stycznia, 2012

Po przeczytaniu wpisu Joanny  wszelkie głupoty grzęzną mi pod palcami.
Mam poczucie, że mogę być następna.
Dziś napiszę więc tylko moją kolejną, ogromną prośbę: wpłacajcie pieniądze!
Liczy się dosłownie każda wpłata, to nie są zmarnowane pieniądze, Joanna walczy w sposób zawstydzający moje marudzenie nad bolącym gardłem.
Proszę Was, wpłacajcie choć po 10 złotych. Ja dziś na konto fundacji wpłaciłam 200 złotych, głęboko wierzę w sens tej  wpłaty, to nie będą stracone pieniądze.
Bardzo, bardzo proszę. Wojowniczkę mamy najlepszą, trzeba Ją  tylko odziać w zbroję i wyposażyć w oręż.
Liczę na Was, nigdy mnie nie zawodzicie!
Li/Monika

Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!

ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa

Multibank nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042

nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042

nr BIC: BREXPLPWMUL

tytuł wpłaty: Joanna Sałyga


Zmęczona, chora, ale w gruncie rzeczy zadowolona z życia.

1 stycznia, 2012
Pośmiałam się czytając Dom w Toskanii. Anita walczyła z kominem, a ja też miałam swoją własną osobistą wojnę, jeszcze nie zakończoną.
Z nieznanych mi do teraz powodów postanowiłam sobotnie przedsylwestrowe popołudnie spędzić na zrobieniu porządków z pufami moich córek. Pufy są wyjątkowym paskudztwem, ale dzieci lubią te bezkształtne wory dopasowujące się do kształtu ciała siedzącego.
Wypełnione mikroskopijnymi styropianowymi kuleczkami, z  czasem więdną, tracą na jędrności i leżą na podłodze jak sterane życiem ciało pijaczka w przydrożnym rowie. Kulki oczywiście można dokupić, kurier przychodzi wtedy z ogromną, acz lekką paczką, ale wcześniej trzeba podjąć trud ich zamówienia.
Mnie zrobienie jednej pufy z dwóch wydało się łatwiejsze. Otworzyłam im brzuchy, zanurzyłam ręce, nabrałam powietrza i…
… po chwili przesypywania  styropianowych kuleczek w całym domu zaczął padać śnieg, a koty ogarnęło szaleństwo, taka gratka nie zdarza im się codziennie. Styropian był wszędzie- w wysprzątanym na sylwestrową okoliczność salonie, w mojej łazience, na schodach, w sierści zwierząt i moich włosach. 
Sprzątałam trzy godziny, wyłaził z kątów na nowo, klonował się, złośliwie czepiał się ozdób na choince, wzbudził uzasadnione niebezpieczeństwo spotkania się z sylwestrowymi gośćmi, wciągany jedną stroną odkurzacza, wesoło wirował w powietrzu wyrzucanym z drugiej strony. Poniosłam w walce z nim porażkę, zapaliłam świece, półmrok pochował go po kątach, ale dziś znowu wypełzł na powierzchnię. Nie mam siły, dam mu pożyć przez tę jedną noc, jutro rano dojdzie do ostatecznej rozprawy, sięgnę po środki ostateczne!
Choroba odpuściła mi gorączkę, ale nic więcej. Dalej kaszlę jak potępieniec, syropy na kaszel powodują moją nocną bezsenność, śpię więc w dzień, przeraża mnie przyszły tydzień, poszatkowany w kalendarzu pilnymi sprawami.
Ale od czego noworoczny zapał? 
:)
Li.

Życzenia muszą być!

1 stycznia, 2012
O piątej rano załadowałam zmywarkę i zgasiłam ostatnie świece.
Sylwester był uroczy, ale dobrze że sobie poszedł, mam zamiar spać do południa i jak sądzę-cały dom razem ze mną.
Mamy pierwszy dzień stycznia 2012-go roku , no i co z tego?
Ponieważ jednak nie należy tracić okazji do złożenia życzeń, to napiszę Wam tak:
czasem słońce, czasem deszcz, ostatni rok był wyjątkowo mokry, życzę więc Wam więcej słońca.
Życzę Wam zdrowia, życzę Wam śmiechu, życzę Wam nagłych, acz przyjemnych szaleństw, życzę Wam zakochania się mocnego w samym sobie, życzę Wam szczęścia dzielenia się tą miłością do siebie z innym człowiekiem, życzę Wam dobrych rodzin i mocnych więzi, życzę Wam mądrych kotów i wiernych psów, to podobno ma być trudny rok, ale kto by tam wierzył politykom? 
Ja wierzę swoim przeczuciom, a one mi śpiewają: będzie dobrze, będzie dobrze, lalalalala, będzie dobrze, szalalala, będzie dobrze, uuuuuuuuuu będzie dobrze!
Idę spać! Łóżko mam już wygrzane, te zwierzaki to wiedzą gdzie jest najwygodniej…
Miłego!
Li.


Idzie wiosna, czuję to wyraźnie. Jeszcze tylko zima i już!

30 grudnia, 2011
O tym, że jestem NAPRAWDĘ chora świadczy moja  niechęć do kawy, którą na co dzień mam zawsze pod ręką. 
Nie jestem w stanie nawet pomyśleć o jej wypiciu! Tylko herbata, miód, imbir i cytryna. 
Czuję się beznadziejnie, ale dla stosu garów, kotów z kurzu po kątach i niekończącej się sterty prania to nie ma najmniejszego znaczenia. Połknęłam więc co miałam połknąć, leki zaraz zaczną działać, a ja -prawdziwa, użalająca się nad sobą domowa heroina staję do boju. Moim córkom, głównym przyczynom istniejącego stanu rzeczy, bałagan nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Koty są z nimi w zmowie, Bobcio znowu przez noc rozebrał pół choinki, jego konsekwencja i pomysłowość  w tym zakresie jest  imponująca. 
To jest doprawdy niemożliwe,  jaki ten porządek potrafi być nieporządny.
Cieszę się, że to już ostatni tegoroczny weekend. Poleżę, posybaryczę, odchoruję do końca, a od poniedziałku zabieram się znowu do roboty. 
Początek  roku ma jednak jakieś zalety- cudowny spokój, lekkie zwolnienie, brak tłumów w sklepach… no i zupełnie mimochodem, a może wdrukowaną genetycznie nadzieję na jakąś zmianę, absolutnie poza racjonalnym myśleniem, prognozami ekspertów, krachem gospodarczym  i kursami na giełdzie.
I właśnie tak mimochodem, zupełnie od niechcenia, a może pod wpływem dużych dawek witaminy C, czuję jak nieśmiało zaczyna pulsować we mnie w rytmie samby myśl: 
Myśl pozytywnie, kobieto,  myśl pozytywnie. Myśl pozytywnie, kobieto, myśl pozytywnie.
No to zaczynam tak myśleć! Choć nie będę odmawiać sobie prawa do chwilowego jęczenia, od tego mam przecież bloga, czyż nie tak? Przecież nie będę jęczeć w realu!
:)
Li.

Leniwy wtorek to mniejszy potworek.

27 grudnia, 2011
Dziś jestem hojna, daję sobie  wolny dzień, z wyłączonym telefonem i brakiem pośpiechu.
Podaruję  samej sobie  przyjemności- posprzątam, poprasuję i wykąpię psa.
Bo jak nie ja mi, to kto?
Może nawet posunę się do zrobienia porządków w szafie?
To byłoby już prawdziwe szaleństwo!
Święta miały wartość posybaryczenia z córkami w domu, miłych sercu gości, wczorajszego kucharskiego debiutu Starszej w pieczeniu ciasteczek, wyszły jak kamienie, ale niech pierwszy rzuci ciasteczkowym kamieniem, kto nie doznał nigdy kulinarnej porażki. Za to są ładne! 
Inne aspekty Świąt niech już będą przeszłością, od oglądania się do tyłu boli mnie głowa.
Jutro muszę być w pracy, ale dziś będę cieszyć się myślą, że nic nie muszę. 
Zapraszam na kawę! 
Będą do niej nawet ciasteczka, po kilku minutach moczenia w kawie trochę miękną.
Mój ukochany brat zaręczył się.  Poinformował mnie o tym wczoraj, kilka dni po fakcie  sms-em. 
Co za wygodna forma komunikacji!
Zawsze w telefonie zostanie ślad, że wiadomość była wysłana. 
Zrobiło mi się bardzo przykro, ale ja to taka czasem nienowoczesna jestem.
Li.

Są i miękkie miejsca pod pancerzykiem skorpiona.

26 grudnia, 2011
Kiedyś, jeszcze niedawno, ale w tych czasach, których dziś już nie chcę pamiętać, tworzyłam sobie katalog rytuałów, których celebra dawała mi iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, przy czym ulegałam tej iluzji tylko ja. I tak rytualnie dzieliłam sobie wieczór na kolejne ziołowe herbaty w ulubionym kubku, stawiałam po prawej ręce kieliszek z dobrym winem, tak ładnie komponujący się z laptopem, zapalałam świece, słuchałam muzyki, cieszyłam się swoją wolnością i spokojem.
Teraz moim rytuałem jest walka ze stresem i demonami.
Boję się coraz bardziej, ogarnia mnie lęk o przyszłość, takie wstrętne, paskudnie oblepiające mnie swoimi mackami stworzenie, kpiące ze mnie, chichoczące za plecami, z satysfakcją dokładające mi kolejnych ciężkich myśli, z którymi nie mam już siły ciągle walczyć i czasem  im się poddaję.
Nie czuję wsparcia dla mnie u nikogo, a najbardziej mnie zawodzi moja najbliższa rodzina. Wiem, że chce dobrze, ale  nie są potrzebne raniące mnie słowa, że sobie nie poradzę,  że mam sprzedać dom, spłacić kredyt, żyć spokojnie, że mam dzieci, że gdy stres mnie wykończy, to nie będzie miał ich kto wychować, że jestem za słaba, że nie wiem co mnie czeka,  że to…, że owo.., że to też… i tego też mi nie oszczędzi…
A ja przecież nic wielkiego nie chcę.
Pragnę tylko, by ktoś położył się obok mnie na moim obłoku, pobujał się razem ze mną i powiedział, że moje marzenia są tak piękne, że nie mogę z nich rezygnować. 
Ja tylko pragnę rodzinnego ciepła nasyconego wsparciem i otuchą.
Dla mnie słowa mają wielką moc, gdy słyszę, że jestem piękna, to pięknieję jeszcze bardziej, gdy słyszę, że jestem dobra, to chcę być jeszcze lepsza, gdy słyszę, że jestem gruba to nagle tyję, gdy słyszę, że sobie nie dam rady, to nie daję. Bo mam w sobie genetyczną, a może nabytą kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości skazę, że do niczego się nie nadaję.
Tak długo pracowałam nad swoim poczuciem wartości, a wystarczy jedno spotkanie, by rozsypało się ono bezładnie jak cukier-puder na świątecznym makowcu.
I znowu muszę zaczynać kolejną budowę, cegła po cegle odbudowywać wiarę w siebie.
Tylko-do jasnej cholery- co zrobić, by przestać ciągle budować swoją własną,  prywatną wiecznie nieskończoną  Sagrada Familia? Jestem tym zmęczona, bardzo zmęczona.
Nikt tak nie potrafi podciąć skrzydeł jak bliska osoba, ona dokładnie wie w którym miejscu przyłożyć ostrze. 
A w ogóle to złożyłam sobie i dzieciom uroczystą przysięgę, że na przyszłą Wigilię i Święta wyjeżdżamy. 
Li.


Kiedyś jednak założę nogę za głowę.

15 grudnia, 2011
Najpierw mało nie umarłam od z trudem powstrzymywanego śmiechu, a potem poddałam się wibracji mantry i…ommmmm  i…  bardzo, bardzo! Będę chodzić na jogę raz w tygodniu, jestem oczarowana, zrelaksowana, rozciągnięta i jakoś tak bliżej nirwany!
Podoba mi się otoczka- półmrok, pachnąca świeca, kocyki, niski głos prowadzącej instruktorki, dwie godziny oddychania, rozciągania, asan. Nie dostąpiłam co prawda łaski nagłego oświecenia, nie mam gibkości jogina, niektóre nawet najprostsze asany są dla mnie jeszcze niedostępne, nie udało mi się duchowo przenieść do Indii, ale fantastycznie się zrelaksowałam! Na końcu, w ciągu obowiązkowych trzech minut bez ruchu (pozycja trupa) nawet na moment zasnęłam, zdecydowanie jest  to moja ulubiona asana.
Joga będzie świetnym uzupełnieniem siłowni!
Mojej Starszej też się podobało, ustaliłyśmy, że na razie chodzimy raz w tygodniu, co by nie stracić zapału, a potem się zobaczy.
Jedna rzecz jest pewna- w tym tygodniu byłam dwa razy na siłowni, raz na jodze i już widzę zmianę- nie, nie ubyło mi w talii, ale mam świetny humor, mnóstwo energii, bolą mnie mięśnie w sposób, który uwielbiam, bo jest znakiem robienia czegoś tylko dla siebie.
Wczoraj podjęłam decyzję, że jednak nie jadę do Warszawy, umówiłam się z D. na długi weekend styczniowy, Święto Trzech Króli szczęśliwie wypada w piątek, będziemy mieć więcej spokojnego czasu na  gadanie.  Świebodzin niestety zorganizował mi tydzień, zabierając dwa dni, a przecież już niedługo Święta. W tym roku rodzinna Wigilia będzie u mnie, ten weekend jest mi potrzebny do przygotowań, a już co najmniej do planowania. W związku z powyższym idę na przedświąteczną imprezę do echoes, kupię choinkę, zamówię uszka i pierogi i będę myśleć i myśleć, co by tu jeszcze przygotować.
Piątek czas zacząć, wypiłam kawę, zabieram się do pracy, dzielę się z Wami nadwyżką przepełniającej mnie dobrej energii!
Li.

Notka ewidentnie plotkarska.

11 grudnia, 2011
Wiem, że niektórzy z Was są ciekawi, jak toczą się dalsze losy Sylwii.
Od dziś jestem matką chrzestną jej córeczki, siłą rzeczy nasze losy nierozerwalnie się splotły- urodziny, komunia, bierzmowanie, ślub- czy tylko mnie ten obowiązek kojarzy się głównie z prezentami?
(Ależ oczywiście, że  nie narzekam, choć innych obowiązków jakoś  nie jestem w stanie sobie wyobrazić).
A u Sylwii jest ciężko, ale dobrze.
Wiem, że jej regularnie pomagacie, to jest wspaniałe! I te paczki z Lego dla dzieci…!
Pewna kochana kobieta regularnie co miesiąc przesyła jej 100 złotych, jakie jest ważne to 100 złotych!
Sylwia się nie poddaje, dzieci są bardzo zadbane i wyglądają na szczęśliwe.
Problem jest jedynie z 16-miesięcznym Sebastianem-  z powodu kaprysów genetycznych urodził się z sześcioma palcami u obu rąk i obu nóg. Za miesiąc przejdzie pierwszą operację, a lekarze jeszcze nie zdecydowali czy będą operować tylko jedną dłoń, czy dwie.
Wszystkie palce są sprawne i bardzo zwinne.  (A gdyby tak je zostawić, może zostałby pianistą? Jakie miałby wtedy możliwości! A może skrzypkiem? Do dziś chodzą plotki, że Paganini miał sześć palców…)
Jej partner pracuje, ale kiepsko zarabia. Na szczęście są alimenty z Funduszu Alimentacyjnego, opieka społeczna wzięła tę rodzinę pod swoje skrzydła, finansuje dzieciom obiady w szkole,  jakoś idą do przodu.
Pisałam kiedyś, w jaką rozpacz wpadła Sylwia, gdy skradziono jej wózek z blokowej klatki.
Dziś usłyszałam dalszy ciąg tej historii:
wózek został skradziony przed południem. Sylwia kompletnie się załamała, była w zaawansowanej ciąży z Martą, a to był wózek Sebastiana. Po kilku godzinach od kradzieży coś ją tknęło i zaczęła szukać na Gumtree ofert sprzedaży wózków. Oczywiście, że  znalazła swój, miał charakterystyczne cechy- choćby szelki przepięte z innego wózka. Poszła z tym na Policję, w porozumieniu z Policją zadzwoniła do sprzedającej, umówiła się na oglądanie, Policjant udawał jej męża, a drugi kolegę, który niby przyszedł dla towarzystwa. Sprzedająca mieszkała na osiedlu obok. Na miejscu Sylwia zapytała o pokrowiec, młoda (złodziejki były dwie, 18 i 20-letnie) dziewczyna powiedziała, że ten model nie ma pokrowca, Sylwia wyciągnęła pokrowiec ze swojej torby, oczywiście pasował, Policja zrobiła przeszukanie, znaleźli kilka telefonów, aparatów fotograficznych, dwa wózki, w tym jeden wózek sąsiadki Sylwii z klatki,  który zginął w tym samym dniu.
Panienki kradły i zrobiły sobie z tego sposób na życie. Są już po wyroku.
I to jest prawdziwa sprawiedliwość.
Święcie wierzę w sprawiedliwość losu.
Czasem wypycha ją niesprawiedliwość, trudno nam się z nią pogodzić, ale prędzej czy później sprawiedliwość wygrywa.
Li.

A po nocy przychodzi dzień.

11 grudnia, 2011
Dzięki Ci Panie Boże za wolne niedziele i dzięki  ustawodawco za wolne soboty.
Dzięki też Wam moje ukochane córki za możliwość spania do południa, co za ulga że nie wstajecie przede mną i nie macie postawy roszczeniowej, typu: a śniadanie?
(Inna sprawa, że taką postawę macie jak wstaniecie, haha)
Dzięki moja droga suko Karo, że nauczyłaś się po latach, że gdy Pani śpi, to pies też śpi.
Dzięki Wam moje kochane kociska, że nawet jak przychodzicie codziennie rano z porannym mruczeniem, to w weekendy mruczycie jakoś ciszej.
Byłam wczoraj na imprezie, wracałam po pierwszej w nocy na nogach z Kazimierza na wysokich obcasach, masakra. Czuję to do teraz, to był półgodzinny spacer jak po rozżarzonych węglach.
Myślę, że wysokie obcasy to pomysł szatana. Albo kara boska za próżność wydłużania sobie nóg.
Nie jestem w stanie zrozumieć tego fenomenu- uwielbiam wysokie obcasy, jednocześnie ich nienawidząc, bo dobrze wiem, jak będę potem cierpieć, zwłaszcza gdy spędzę w nich bez przerwy kilka godzin, tańcząc, stojąc, ech…
Ale i tak kupuję następne, zamiast wygodnych mokasynów.
I tyle profanum, teraz będzie wyłącznie sacrum, za godzinę zbieram się do kościoła, idę na chrzest córeczki Sylwii, bo matką chrzestną pierwszy raz w życiu przyszło mi zostać.
Trochę jestem tym przejęta.
I oczywiście zakładam buty na obcasach, li i jedynie.
Na razie szczęśliwie jeszcze jestem w domu, w ulubionych japonkach, piję kawę i życzę Wam miłej niedzieli.
Li.

Czasem i szpinak pragnie gorących doznań.

3 grudnia, 2011
Na Kleparzu jest jeszcze świeży szpinak w grubych wiązkach ściśniętych gumkami.
To ostatnie podrygi świeżych zieloności, z korzeniami ubrudzonymi czarną ziemią.
Bez Kleparza moje życie nie miałoby smaku, kocham ten klimacik bud, otwartych stoisk, szemranych interesików, avocado za 2,90, lekko podwiędniętych, ale dzisiaj ścinanych róż, bab owiniętych wielkimi chustami, jak świat światem plac musi być i basta!
Kupiłam szpinak, ziarna słonecznika  i dynii,  orzechy, jajka i pomidorki cherry.
Szpinak myję, ale delikatnie, jak siebie, ruchem głaszczącym, w tej wersji bez peelingu.
Umyte liście układam na dużym półmisku w fantazyjne wzory- czasem mam ochotę na perwersję, a czasem ot tak tylko- jeden na drugim…
Na szpinakowych liściach układam pokrojone w plastry, albo w ćwiartki gorące ugotowane na półtwardo jajka, oczywiście kurze, ale w wersji de luxe mogą byc przepiórcze.
Ważne jest, by jaja były gorące, muszą rozpalić zimny i surowy szpinak, zmiękczyć go, niech zwiotczeje i zabraknie mu tchu jak po…(?) (sic!)
Potem czekam, aż jaja ostygną i wejdą w tak bliski kontakt ze szpinakiem, że inna konfiguracja będzie się wydawała niemożliwa…och, pobudzam je znowu do życia kładąc na nich czerwone z żądzy z pomidorki, przekrojone na pół.
Kładę je dupcią na dół, a raną do góry…
Zalewam je splecioną z dwóch kochanków miksturą,- doskonała oliwa z balsamicznym octem ożywi każdą konfigurację… Mikstura wpada w pomidorki, wypełnia je sobą, nabierają smaku, zatrzymują ją w sobie jak najdłużej, choć swojej porcji doznań domagają się też jaja ze szpinakiem.
Solenie i pieprzenie jest w takiej sytuacji nieodzowne.
A na koniec, gdy całe towarzystwo po pierwszym spotkaniu leży zadyszane i lekko senne, wpuszczam pomiędzy nie prażone na patelni na odrobinie dobrej oliwy, apetycznie brązowe, opalone ciała wysmukłych ziaren słonecznika, pękatej dynii, postawnych migdałów, orzechów, nieważna figura, brąz skóry i śliskość oliwy nadają im takiego powabu, że nie sposób im się oprzeć…
Przepyszna ta sałatka.
Idę malować ok(k)o na marok(k)o, zaraz muszę się zbierać.
O ile znajdę swoje kosmetyki, dziś obie moje córki wychodziły na imprezę, ciekawe dlaczego mój tusz, mój eye-liner i mój puder zawsze wydaje im się lepszy?
Li.

Pisanie bloga nie jest obowiązkowe i chwała bogu!

3 grudnia, 2011
Zamilkłam tu na tydzień, ale w realu usta niestrudzenie pracowały. Taki tydzień!
Wieczór, na który zniknęłam z bloga na osiem dni, skończył się przyzwoicie w okolicach drugiej w nocy, ale co to był za wieczór!
Slow Food Polska, którego Prezesa darzę od lat przyjaźnią wielką i odwzajemnioną zaprosił kilkadziesiąt osób w to miejsce. Pretekstem było zakończenie akcji „Gęsina na Świętego Marcina”.
Wielki, pięknie ubrany stół, świetne towarzystwo, pyszne jedzenie i wina, w tym  to wino, które w 2006 roku zostało we Włoszech uznane za najlepsze białe wino biologiczne…
Konsekwencje przyjemności zawsze są jednak nieprzyjemne, główka bardzo bolała, ale jakoś ta sobota od wytoczenia się z łóżka w okolicach południa toczyła się do przodu.
Wiedzona wyrzutami sumienia, że ja objadam się consommé z gęsi podanym z warzywami julienne oraz świeżym domowym makaronem, pieczoną gęsią piersią w jabłkowym musie i gruszką w sosie balsamicznym serwowaną z ziemniakami confit, nie wspominając o deserze czekoladowo-kasztanowym z konfiturą z kumkwatu,  upiekłam córkom szarlotkę i zrobiłam tartę cebulowo-porowo-grzybową. W domu zapachniało, było ciepło, miło i przytulnie… i gdy nadszedł wieczór  już, już składałam dłonie w specjalny sposób nad klawiaturą, by opisać piątek, przyszła moja sąsiadka L. i zabrała mnie na babski wieczór u siebie, przy okazji pożyczając kilka widelców.
A tam same fajne baby,  no i cytrynówka według receptury J., tak dobrej jeszcze nie piłam.
I nie pamiętam,  kiedy tak dużo wypiłam, do domu wracałam trzymając się ściany,  co za ulga, że miałam tylko kilka metrów… ale to jak wejście na Kasprowy!
Niedziela zaczęła mi się w okolicach popołudnia i ze złożoną sobie uroczyście przysięgą, że nigdy więcej takich maratonów. Ci co mnie znają to wiedzą, że ja nie mogę pić dużo alkoholu, bo zawsze jestem chora,
a Ci co nie wiedzą, to właśnie się dowiedzieli- ekonomiczna ze mnie kobieta- dwie lampki wina i nic nie pamiętam.
A co dopiero pół litra spirytusowej cytrynówki!
Na swoje usprawiedliwienie podam, że była o dwa nieba lepsza od limoncello.
Dotrwałam do wieczora i już już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą, by zacząć pisać bloga, gdy wyrwano mnie z domu brutalnie, acz przyjemnie i trafiłam w „Arsie” na „Szpiega”!
Genialny film, niesamowity, budujący nastrój, bez muzyki, zrobił na mnie wrażenie!
Zrobił wrażenie swoją prawdziwością.  Świetnie zagrany, warto go zobaczyć i przerazić się.
A potem wiadomo- knajpka, kolacja, ale już bez wina, co to to nie!
Wróciłam do domu po północy i już, już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą, by zacząć pisać bloga, gdy zmorzył mnie sen, a na sen nie ma rady.
Poniedziałku nie pamiętam, o tym że minął zorientowałam się w okolicy środy, gdy wygrzebałam się spod sterty spraw i ujrzałam światło dzienne.
Wieczorem w andrzejkową środę miałam iść tu, te spotkania organizuje moja koleżanka,  a potem  tu, ale mój organizm przerażony konsekwencjami i perspektywą trudnego czwartku,  uderzył we mnie w celach samoobrony gorączką i bólem głowy tak straszliwym, że tylko łóżko, ciemność i święty spokój.
W czwartek rano wstałam za to jak młody bóg, co ewidentnie dowodzi jak dalece rozwinięty mam system samoobrony, ha!
W południe już, już w specjalny sposób składałam dłonie nad klawiaturą,
gdy piknął zawodowy alarm  i trzeba było zająć się innymi sprawami.
A piątek? W piątek zły początek!
I dziś wyspana, zadowolona, po długiej kąpieli, wykremowana i wybalsamowana,  w specjalny sposób złożyłam dłonie nad klawiaturą i napisałam dlaczego tak długo mnie tu nie było.
Życie! Nic innego tylko życie.
Dziś wieczorem idę na urodziny do A., i mam nadzieję, że to nie będzie „Dzień Świstaka”.
Na szczęście organizuje je w restauracji na Rynku, będę mieć blisko do domu.
Miłego dla Was!
Li.

Homo homini lupus est.

22 listopada, 2011
Użytkownik: Anonimowy,
temat: Zdjęcia Di. w dniu 11-11-22
„Ale masz zaperdolene,smutne urodzinki…”
Internet i jego pozorna anonimowość najlepiej obnaża ludzkie kompleksy i frustracje.
Cieszę się, że piszę bloga, bo odarło mnie to z naiwności i wszelkich złudzeń co do ludzi.
Przez pięć lat pisania przyjęłam na siebie tyle agresji, niechęci a czasem wręcz nienawiści, że skóra mi stwardniała, a wrażliwośc otorbiła się głęboko, nie dając się jednak zniszczyć.
Przez ostatnie kilka dni gwałtownie wzrosła liczba unikalnych czytelników, dokładnie dwukrotnie,  co daje naprawdę pokaźną liczbę, nie mówiąc o sześciokrotnym wzroście odsłon strony. Były godziny, gdy na blogu przebywało jednocześnie  50 osób.
Skąd nagle takie zainteresowanie?
Bo była afera, można było śledzić sytuację z wypiekami na twarzy, pisać jakże „przyjemne” komentarze… ech, ile wzrostów samopoczucia z tego powodu zanotowała natura.
Przyznaję się do błędu niesprawdzenia i niezweryfikowania.
Niesiona pierwszym odruchem pomocy, której przecież nigdy nie odmawiam, zrobiłam ogromny błąd.
Po pierwsze,  zaufałam swojej czytelniczce pocketgirl, że wie co pisze, a po drugie zbyt szybko i emocjonalnie przeczytałam bloga Magdy, koncentrując się głównie na wątku dziecka, a nie zauważając całej istotnej reszty.
Owszem mogłam zdjąć całą notkę o Magdzie  i nie odpowiadać na pytania,  dlaczego to zrobiłam.
Uznałam jednak, że to nie będzie uczciwe, skoro poprosiłam Was o pomoc, a Wy bazując na zaufaniu do mnie, nie sprawdzaliście jej wiarygodności.
Czułam, że może rozpętać się afera, ale nie sądziłam, że będzie to takie piekło.
Wiem, naprawdę jestem tego pewna, że mam rację co do niewiarygodności Magdy i to przekonanie, poparte dowodami z innych źródeł  pozwoliło mi przetrwać ze spokojem ten potok ohydy i ludzkiej wredoty, bo w przeważającej większości tzw. obrońcy Magdy skupili się na atakowaniu mnie, a nie na faktycznej obronie.
Tak, przyznaję- zrobiłam błąd chcąc pomóc, a po wykryciu mojego błędu, odważyłam się o tym napisać.
Tak przyznaję, napisanie o tym, to też był błąd.
Trzeba było siedzieć cicho, pozamiatać  pod dywan, przecież każdy podobno kombinuje, mamy to  wpisane w  charakter narodu.
No cóż, we mnie płynie hiszpańska krew.
Chwilowo zawieszam pisanie bloga, nie zależy mi na popularności, wszak „piszę z radością, bez myśli przewodniej”.
Nie chce mi się pisać dla tej tłuszczy, która dyszy z nienawiści do mnie i do świata przed swoimi monitorami.
Nie generalizuję, dostałam sporo naprawdę fajnych maili od nowych czytelników (powoli odpisuję :).
Ale jest jednak pewna grupa, która karmi się tylko aferami, to blogowe hieny.
Poczekajmy, aż ta sfora pogna dalej.
Moich prawdziwych i wiernych czytelników bardzo za to przepraszam.
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li

Zdjęcia Di.

21 listopada, 2011

 Po winie zostało wspomnienie, ale tu jeszcze prawie w całości na blacie w kuchni:

 Kot od La i Di  z motywem irysów, jak u Wyspiańskiego. Jest przepiękny i kolorystycznie idealny!

(Z)Boczuś, a w  środku śliwka lub daktyle, dzieło La:

Cudowna zwiewna, lekka, gruba, zachwycająca  baletnica od Viki:

Sushi być musiało, żywot miało krótki:
 

Prezent od Moni, na długie zimowe wieczory, dla takiej przeciwniczki palenia jak ja, dość ryzykowny:-):

Koty  na schodach czekają na rozwój sytuacji:

Dziwni Ci ludzie (myśli w głowie Szarego):

Część kwiatów:

Bobcio:

Masza:

Nastroje:

Było cudnie!

20 listopada, 2011
Nie chce mi się odnosić do tej lawiny komentarzy, mogę tylko wyrazić zdumienie, że z mrówki zrobił się słoń  i  że Ci najgłośniej ujadający kompletnie stracili  z pola widzenia faktyczny przedmiot sprawy.
Dowodzi to li i jedynie pieniactwa i braku inteligencji, doprawdy ucieszę się ze straty takich czytelników, bo podobno przestają mnie czytać. Hurra!
Ad rem i w skrócie, bo coś nie jestem w formie, haha :
w piątek odebrałam z lotniska La i Di i jeżeli można poczuć, że się kogoś zna od wielu lat, to tak właśnie się poczułam.
W sobotę przyjechała D. i Viki, zaczęli zjeżdżać i schodzić się goście, na schody wysypałam wyproszone od kwiaciarki Heni z Kleparza płatki róż, a po imprezie wyrzuciłam 48 pustych butelek po winie i 7 po innych trunkach, cieszę się prezentami, jak Di prześle mi swoje fantastyczne zdjęcia, to je pokażę.
Jestem szczęśliwa, zadowolona, zrelaksowana i pełna dobrej energii.
Wsadziłam towarzystwo popołudniu w pociąg i w samolot, siedzę w pokoju pełnym kwiatów, podjadam resztki ciasta upieczonego przez Di, jest mi doooooobrze.
I nikt i nic nie zepsuje mi tego pełnego dobra, sympatii, śmiechu i zabawy nastroju, nikt i nic!
To co działo się poniżej kompletnie mnie nie obchodzi.
Zwłaszcza Wasze negatywne opinie na mój temat.
Bo hołdy, wyrazy uznania, podziwu i sympatii, a może nawet i oddania, to ja chętnie poodbieram, czemu nie… ;-)
Na razie tyle, teraz będę absolutnie robić nic
Li.

Ciekawskim komentatorom poprzedniej notki poświęcam:)

15 listopada, 2011

Nie będę udawać, że mi tego nie brakuje, bo brakuje.
Ta czynność prozaicznego wypełniania, znana całemu światu, bardzo mnie w dodatku relaksująca, jest dla mnie tak często z przyczyn obiektywnych niedostępna.

Jednak nie dziś! Och… Ach…!!!
Bo są takie poranki jak ten, gdy zamykam oczy na zaokienny świat, przyjmuję najlepszą, najbardziej kuszącą, satysfakcjonującą i wydajną pozycję i skupiam się tylko na przyjemności, na dostarczaniu sobie bodźców, na nieśmiałym i powolnym, acz już gorącym początku, na coraz bardziej dynamicznej akcji, na wypełnianiu, zaciskaniu, wkładaniu i wykładaniu, a na końcu poczuciu cudownej konsumpcji.
Nie interesuje mnie z kim to robię.
Gdy mam na to ochotę, mogę być sama, jest mi też zasadniczo wszystko jedno, kto będzie moim towarzyszem. 
Moje bogate doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że niestety zawsze znajdą się chętni…
Uwielbiam fantazję, odrzucam tanie standardy, mnie interesuje wypełnienie w wersji de luxe, nietuzinkowe, barwne i ciekawe.
Z moich obserwacji wynika, że większość ludzi preferuje klasykę- zwykłe ruskie, z mięsem czy z kapustą i grzybami.
Ja szczęśliwie nigdy nie jestem większością.
W tym temacie zawsze wyrażam swoje niezbite przekonanie, że do środka nie można wsadzać byle czego, wsad nobilituje i jest bezlitosny- możesz zostać w grupie pospolitych pierogów, albo możesz wejść do elity pierożkowej, gdzie delikatne ciasto, mąka jak śnieg biała…
Początki wcale nie są trudne, choć wymagana jest znajomość kilku tricków, które w świecie ludzi powodują, że piersi kobiety wydają się większe, usta bardziej kuszące, skóra gładsza, a w świecie pierożków dają ciastu niezwykłą elastyczność, umiejętność rozwałkowania się do cienkości papieru ryżowego i kolor zbliżony do ecru.
Potrzebuję:
Górkę z mąki, białej pszennej. Robię w niej śliczną dziurkę i wlewam cieniutkim strumieniem wrzącą wodę z czajnika, energicznie mieszając nożem. Wodę leję na oko-uwaga, to przenośnia!- aż mąka ją wchłonie, zawsze mogę dodać więcej wody, gdy ciasto będzie za twarde, albo dodać więcej mąki, gdy będzie za miękkie.
Gdy już nie parzy, zaczynam walczyć z jego twardością i robię mu energiczny masaż- na początku jest do niczego, takie kluchowate, ale powoli wyrabia się, a ja leję na niego łyżkę oliwy, solę, daję dwa żółtka dla koloru i co jakiś czas w trakcie wyrabiania smaruję dłonie masłem, to dla większej pieszczoty i udelikatnienia konsystencji.
Ma być takie jak kobiece piersi- miękkie, ale elastyczne, delikatne, bardzo gładkie w dotyku i w kolorze kości słoniowej.
Teraz nadchodzi czas na wykrawanie pierożkowych krążków, muszą być małe, tak by jeden pierożek wchodząc we mnie, ładnie mnie wypełnił, by przyciśnięty lekko językiem do podniebienia puścił swoje soki, by można było obrócić go w ustach…. smakować… delikatnie nadgryźć…połknąć…mhmm…
Delikatnie urywam kawałek ciasta, a resztę chowam pod wilgotną ściereczkę, by nie wyschło i nie nabrało zmarszczek. Rozwałkowanie jest jednym z nielicznych tu aktów przemocy, pierożkowanie charakteryzuje przecież łagodność i subtelność. Lubię ten zdecydowany ruch wałkiem po coraz cieńszym cieście, lubię zabawę w wykrawanie krążków, lubię tę pierożkową bezmyślność, to moje skupienie myśli tylko na tych czynnościach.
Nadzienie przygotowałam sobie wcześniej, zawsze robię kilka do wyboru, a ilość wypełniających pozycji wyznaczona jest tylko granicą ludzkiej fantazji.

Im dalej od rusko-mięsnej-kapuściano-grzybowej tradycji tym ciekawej, choć oczywiście klasyka trzyma się świetnie i godnie jak Tina Turner i trzymać się będzie- dobrze zrobione pierogi ruskie są przepyszne i są takie dni, gdy ruskie rulez!
Ale o jakości i kolorach życia decyduje przecież jego wypełnienie, farsz każdego dnia, takie codzienne jedzenie ruskich znudzi i zniechęci do każdego następnego dnia, bo im częściej je się to samo, tym większe niebezpieczeństwo życiowej szarości, smutku, bezwładu w turlaniu się do starości, bez dania sobie szansy na zmianę życiowego menu.
Rozglądam się po ulicy i bez pudła rozpoznaję codziennych zjadaczy ruskich, dla których szczytem szaleństwa są te z mięsem, a te z kapustą i grzybami tchną prawdziwą perwersją…
Uzbrajam się więc w cały swój urok i będę kusić…
1. Szpinakowo-łososiowe są zaskakujące.
Mdły w gruncie rzeczy łosoś na tle łagodnego szpinaku rozkwita smakiem, czasem myślę, że to przez piękne zestawienie kolorystyczne łososiowego różu z mocną zielenią szpinaku, przy czym trudno tu rozstrzygnąć, który kolor dominuje.
Do uduszonego rozdrobnionego szpinaku (najlepszy jest z mrożonki) dodaję bardzo dużo wyciśniętego czosnku, soli i grubo mielonego pieprzu.
Wlewam odrobinę śmietany, trochę masła, odparowuję i wrzucam śliczne drobne kawałki łososia- może być usmażony, albo zrobiony na parze.
Ważne jest, by kawałki były w „sam raz”, wyraźnie wyczuwalne, ale nie nachalnie duże, to jest właśnie ta cienka czerwona linia pomiędzy sztuką barową a kulinarną…
Mówiąc wprost- w przekroju pierożka w zieleni szpinaku ma być widoczny róż łososia.
Podaję je posypane parmezanem i świeżo mielonym pieprzem, są przepyszne i bardzo delikatne, w sam raz na początek miłego wieczoru.
2. Serowo-gruszkowe są echem mojej ulubionej przystawki-soczystej gruszki z serem pleśniowym. Kostkę gruszki otaczam zmielonym serem typu rokpol, wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi.
Świetnie smakują z masłem ziołowym.
3. Z fetą, oliwkami i czosnkiem są przykładem na wariacje na temat kuchni świata- gorąca feta zawsze się obroni, jądro stanowi czosnkowy ząbek otoczony fetą z posiekanymi oliwkami.
Podaję ze stopionym masłem z koperkiem, posypane pieprzem, mniam… uwielbiam je.

Nie jadam pierogów na słodko. Ale tym nie sposób się oprzeć:
4. Makowo-bakaliowo-różane– namoczony w mleku mak mielę dwa razy, dodaję do niego ile chcę drobno posiekanych jakich chcę bakalii, odparowuję go, by był bardzo gęsty, dosładzam miodem i obtaczam nim kulkę z konfitury z płatków róż.
Podaję ze śmietaną i cukrem, są przepyszne, zaskakujące, bardzo wyrafinowane.
Relaksuję się, mruczę coraz ciszej…., że pierożki trzeba porządnie zlepiać, tak by nie rozklejały się w czasie gotowania, pusty pierożek wygląda dramatycznie, robi się z niego mączny flaczek, blady i nikomu niepotrzebny, a farsz ginie w garnku tragiczną śmiercią kulinarnego nieistnienia.
Porządnie zlepiony pierożek przetrwa 3-5 minut gotowania i …
… i finis coronat opus.
Ciekawość zaspokojona?
:)
Li.

Pytanie z odpowiedzią.

13 listopada, 2011

Niedziela jest prawdziwie listopadowa.
Z perspektywy łóżka wygląda jednak zupełnie niewinnie.
W domu jest ciepło, pachnie kawa, pies jeszcze śpi, sięgam po pierwszą gazetę
z apetycznego stosu
i…
Czy trwanie w błogim lenistwie i w przyjemności czytania jest marnowaniem czasu?
Otóż nie.
Zachęcam do wzięcia przykładu, robienie sobie przyjemności jest obowiązkiem ludzi pracy.
:)
Li.


Rozważna, acz romantyczna.

12 listopada, 2011
Byłam wczoraj na  „Listach do M.” i „
1. oczywiście, że nie jest to dzieło wybitne,
2. nie jest to nawet film, który trzeba zobaczyć,
3. ale jest to film, który można zobaczyć, gdy w człowieku błąkają się,  niewyparte jeszcze przez prozę życia romantyczne myśli,
4. grają w nim fajni aktorzy, w tym córka komentującej tu pewnej Ani :) I gra świetnie!
Aniu, gratuluję potomstwa! Wróżę jej wielką karierę!
5. pośmiałam się serdecznie, serotonina zrobiła swoje, nie ma co przejmować się niektórymi beznadziejnymi  recenzjami, z pewnością pisane są przez różnych takich może zgorzkniałych i zblazowanych mężczyzn, tu trzeba spojrzeć kobiecym okiem i wiedzieć, że życie czasem ma ochotę pisać romantyczne historie.
Bo dlaczego nie?
…..
Kilka dni temu  upływał mi termin zapłaty kredytu hipotecznego. W euro.
Sporo z tym mam zamieszania, bo muszę kupić euro, pojechać do banku, wpłacić, ech…
Jadąc popołudniu do pracy wstąpiłam do oddziału mojego banku, w którym jeszcze nigdy wcześniej nie byłam. Kolejka słusznych rozmiarów zatrzymała mnie tam na 40 minut. I już prawie, prawie  miała być moja kolej, gdy wszedł pewien interesująco wyglądający mężczyzna i głośno zapytał, czy można tu w kasie wpłacić  euro. Pani kasjerka grzecznie odpowiedziała, że nie. Nie ma kasy walutowej.
Jęknęłam głośno i podziękowałam owemu mężczyźnie za oszczędzenie mi tych kilku minut życia, jakie miałam jeszcze spędzić w kolejce. Wyszliśmy razem, zbliżała się godzina szósta, zapytał mnie, czy  wiem, gdzie w najbliższej okolicy jest oddział z kasą walutową, wiedziałam gdzie, choć akurat nie w najbliższej okolicy, tam oddział czynny jest do dziewiętnastej, podałam adres, wsiadłam do auta, pojechałam do pracy.
Tuż przed dziewiętnastą i ja pojawiłam się w tamtym miejscu i znowu jęknęłam, były czynne tylko dwa okienka, kolejka liczyła conajmniej trzydzieści osób.
A kto stał na jej czele? Ha! Pomachał mi i zawołał, że trzyma mi miejsce.
Hm…
Skutek był taki, że w tym samym czasie wyszliśmy z banku i usłyszałam, że to trzymanie dla mnie miejsca bardzo go zmęczyło i tylko kawa jest w stanie mu pomóc. Wspólna kawa.
Bardzo to było romantyczne, choć z kasą walutową  w tle, wokół spadały wirując lekko w powietrzu liście, na niebie świecił księżyc, a światła miasta drżały tajemniczo…
Ale ja to ja. Nie dałam swojego telefonu, mam za to jego numer i złożoną przez siebie obietnicę, że na pewno zadzwonię.
Zadzwonię. Kiedyś. Może.
Za bardzo mi się podobał, komplikacje i drżenia serca murowane, lepiej tego unikać, bo po co mi kolejne problemy?
A wczorajszy wieczór, podbity romantyczną komedią spędziłam w pięknym miejscu, o tu.
Śliczne miejsce,   zaprojektowane i stworzone przez ulubioną artystkę  Jolantę od moich lamp i schodów.
Da się to zresztą zauważyć, prawda?
Jedzenie i wino, a potem powrót na drżących nogach przez piękne, romantycznie jesienne Planty.
Najważniejsze to mieć kontrolę nad własną  romantycznością.
Ale „Listy do M.” polecam.
W charakterze bajki, oczywiście.
Li.
PS. Update:
Specjalnie dla marka… żeby nie było szowinistycznie :D
Dobra recenzja napisana przez kobietę.
zła recenzja napisana przez kobietę.
dobra recenzja napisana przez mężczyznę.
zła/taka sobie recenzja napisana przez mężczyznę

Przestępstwo interpretacji.

11 listopada, 2011
Od wczorajszego wieczoru  miałam być w Pradze, u moich Przyjaciół.
Uczepiłam się myśli o tym wyjeździe jak bluszcz podpory, owinęłam wokół niej, od kilku dni czerpałam z niej energię, a tu los-złośliwy los obdarzył Starszą tuż przed wyjazdem ponadnormatywną ilością wirusów. Chorujemy więc obie, ja głównie z żalu. 
Byłam pewna, że pojedziemy, nie zrobiłam zakupów, dziś sklepy pozamykane, w spiżarni mam zapas tylko kociego jedzenia, a w lodówce pyszne światło.
Nic mi się nie chce, leżę w łóżku, piję kawę z resztką mleka, zmęczona i zniechęcona powtarzam sobie mantrę o konieczności dobrego nastroju:  „mieć dobry nastrój, mieć dobry nastrój, mieć dobry nastrój”.
Wszystko jest jednak kwestią interpretacji, mój ponury nastrój to jest przecież dobry nastrój, bo mogło być  jeszcze gorzej.
A skoro może być gorzej, to znaczy, że teraz jest lepiej niż wtedy, gdy może być gorzej- ergo- teraz mam dobry nastrój.
Wściekła więc i rozżalona na los, ale podobno w dobrym nastroju, niechętnie wstaję do przeżycia  beznadziejnego  dnia.
Zrobię jakieś pomysłowe śniadanie z niczego, na obiad zamówię pizzę, wrzucę na dvd kolejne odcinki „Gotowych na wszystko”, poodpisuję na maile i przeczekam w tym dobrym nastroju zły czas.
Dawno nigdzie nie byłam, nie wyjeżdżałam, siedzę w tym Krakowie jak stara kura na grzędzie, ciągle jakieś przeszkody, spadające z dachu koty, chore dzieci, życie, co to za życie?
Mam naprawdę dobry nastrój, jestem tylko wściekła.
Lucy i Jarek, wiecie, że Was kocham i tęsknię i chciałam do tej Pragi, do Waszej gościnności, do wina i do innego nieba!
Li.

Wojny są w nas.

9 listopada, 2011
Konieczność  trzymania w ryzach gwałtownych cech charakteru wprowadza w moje najbliższe otoczenie elementy nudy.
Chciałoby się walnąć czymś o podłogę, poklnąć siarczyście i potoczyście, powściekać o kompletnie nieistotne drobiazgi, a tu nuda  Panie nuda, trzeba mieć  dobry nastrój i już.
Ukradłam pracy dwie  wolne  godziny  i wpadłam do domu z ambitnym planem: sprzątanie, gotowanie, pranie, wyjście z psem.
Zamiast tego siedzę na kanapie z kubkiem kawy i tęsknię za Panią Jadzią, jej idealnym porządkiem mojego świata, lśniącymi oknami i ssawkami do odkurzacza zawsze w tym samym miejscu!
Koty z kurzu snujące się po kątach salonu kpią sobie ze mnie w żywe oczy i niemrawo przetaczając się na boki niepostrzeżenie rosną w siłę. Strach pomyśleć  co by z nich wyrosło, gdyby nie codzienne odkurzanie.
Tracę czas na sprzątanie i mam tego poczucie, ale jak tu nie sprzątać ?
Jak zrezygnować  z cieszącego oko porządku w kuchni, lśniącej łazienki, umytych podłóg, czystych okien, odkurzonych książek, pościelonych łóżek, no jak?
Moje dzieci rezygnują bez problemu, widocznie szczęśliwie nie odziedziczyły po mnie kombinacji genu umiłowania porządku z genem bałaganiary.
Wykańcza mnie codzienna wewnętrzna wojna tych dwóch gigantów.
Nic to, trzeba zebrać siły
i zrobić sobie drugi kubek kawy.
Li.

Najważniejsze to mieć piękny plan!

7 listopada, 2011
Realizując z zapałem urodzinową obietnicę staram się mieć dobry humor.
Ze śpiewem na ustach pokonuję kolejne przeszkody, a to szary dzień za oknem, a to brak mleka do kawy (cholera jasna, psiakrew, lalalalala….).
Nic to! Herbata też pobudza (brrr, lalalala…).
Lipa za oknem w ciągu nocy rozebrała się do skąpej bielizny, jesień jest już nieodwołalna, a ja do planu dnia wpisuję wizytę w aptece i konieczność zakupu dużej ilości magnezu z potasem.
Muszę się ratować, złe nastroje wciskają się w człowieka bez pardonu, trzeba uszczelnić system.
Przeczytałam wczoraj słowa ks. Adama Bonieckiego:
„Świat, w którym żyjemy potrzebuje piękna, aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach, jest cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu, tworzy więź między pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie.”
Piję herbatę z pięknego kubka, siedzę na mojej kanapie pod piękną lampą, patrzę na piękne obrazy, za oknem piękna szara jesień, zrobię sobie piękny rozświetlający makijaż, owinę ciepłym, pięknym szalem
i podtrzymująć przez cały dzień rozpalone w sobie pragnienie pogody ducha będę mieć piękny dzień.
Piękno jest w oczach patrzącego, popatrzę więc sobie pięknie na świat.
Tylko to moje auto strasznie brudne, ale jak tu jechać do myjni?
Deszczu nie zniese!
Li.

Sprawozdanie z 44.

5 listopada, 2011
Wtłoczeni w ramy obyczajów i tradycji  podświadomie oczekujemy jakiejś nadzwyczajności w dniu naszych urodzin.
Nie będąc wolną od takich oczekiwań odebrałam wczoraj rano pierwszy telefon.
To była moja Mama ze wspomnieniami:
-Pamiętam ten ponury, zimny listopadowy dzień, gdy po 24-ch godzinach potwornej męczarni nareszcie Cię urodziłam. I gdy  leżałam wykończona w strasznym,  nieprzytulnym, zimnym szpitalu w Lidzbarku Warmińskim, a na parapecie siedziały kruki i wrony, myślałam: Jaki ciężki los czeka to dziecko?
No i widzisz? Jaki Ty masz los!
-Mamo, no daj spokój, chyba wcale taki nie najgorszy?
-A daj spokój, tragedia!
Tu nastąpił szloch, ale nie mój.
Podniesiona więc na duchu przez moją rodzicielkę, a jednocześnie przygnieciona ciężarem życia i myślami  na temat zakupów obiadowych powlokłam się na Kleparz.
Mijając budkę Pani Heni (pierwsza po lewej zaraz przy wejściu) spontanicznie postanowiłam kupić sobie kwiaty, bo jak nie ja, to kto?
-Pani Heniu, 40 czerwonych róż poproszę (nawet przy różach to 44 wydało mi się nie na miejscu).
– Ooo, a jakaż to okazja?- Pani Henia zawsze ciekawa ploteczek i nowinek nadstawiła ucha, akurat na tyle,  by usłyszeć wymamrotane przeze mnie dramatycznym w odbiorze szeptem:
– To moje 44 urodziny, ale wystarczy 40 tych róż
– A to ma Pani ode mnie te 4 w prezencie- i tym sposobem dostałam tego dnia pierwsze (i ostatnie, sic! C’est un scandale, najwidoczniej czasy kuriera z bukietem kwiatów, mam już za sobą…) kwiaty, a humor dzięki temu miałam cudowny do wieczora, uwielbiam sama sprawiać sobie przyjemności… jakkolwiek to brzmi, haha)
Czterdzieści cztery róże prężą się więc pięknie na stole,  od czasu do czasu atakowane przez koty.
Świętowanie urodzin przeniosłam na 19-go listopada, od wczoraj  w moim życiu nic się nie zmieniło, poza realizacją jednej solennie danej sobie  obietnicy: przestaję martwić się  rzeczami na które nie mam wpływu,
w ogóle przestaję się martwić,
bo te zmartwienia to już nie na moje lata, o!
Li.

44.

4 listopada, 2011

Słońce badawczo prześwietlając liście wpada w okna mojej sypialni.
Śliczny dzień, w sam raz na mój pogodny nastrój.
Złożyłam sobie życzenia od serca, bo tam ukryte są moje największe pragnienia.
A co na to Lec?
Miał grzeszne pobożne życzenia.

Żądam za wiele?
A co na to Lec?
Nie żądać od życia niemożliwości? Dlaczego?
Możliwości jego są przecież nieograniczone.

Czy boję się upływu czasu? Tak, boję się.
Ale przecież wiem co na to Lec:
Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć.

Dostałam kawę do łóżka, a mleko było perfekcyjnie spienione.
A co na to Lec?
Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia.

Jestem bardzo zmęczona, ale przecież niedługo pojadę w końcu na jakieś wakacje.
Tak mówi statystyka.
A co na to Lec?
Człowiek jest z żelaza. Dlatego nie odczuwa czasem kajdan jako obcego ciała.

44? Kurtka na wacie, nie pasuje mi to do mojego środka.
A co na to Lec?
Wyjcie! Poczujecie się młodsi o miliony lat.

Auuuuuuuuuuuuu……..
Całusy!
Li.

A teraz przejdźmy do interesów, czyli do prezentów!

Jak ma się urodziny, to dostaje się  prezenty, a ja bardzo pragnę dostać za kilka lat możliwość  złożenia życzeń na czterdzieste czwarte urodziny tej wyjątkowej kobiecie:

Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!
ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa
Multibank
nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr BIC: BREXPLPWMUL
tytuł wpłaty: Joanna Sałyga

Nie zapominajcie o Joannie, co miesiąc POMAGAJĄCE jej japońskie chemiczne tabletki połykają
10 tysięcy złotych. Proszę więc o wpłaty, całymi bukietami kwiatów!
Moim najgorętszym życzeniem jest  napicie się z Nią wina w Jej 44 urodziny.
Mocno ściskam i wierzę w Was!
Li.

Notka wpadkowa.

2 listopada, 2011

Rzadko zaglądam w statystyki bloga, bo i po co?
Ale dziś zajrzałam- uznałam to za jeden z kilku  sposobów na depresję- i odkryłam, że codziennie kilka osób czyta najstarsze notki.
Czy robicie to za jakąś karę?
Ujawnicie się?
Przyznacie skąd jesteście? Od kogo? Przez kogo?
Ciekawość mnie zżera.
(A próżność się z tego śmieje, ale obciach, ja nie mogę).
I „starzy” ulubieni mogliby do mnie częściej pisać, ile mam jęczeć, że mi źle na tym świecie?
No ile, pytam się?
Znikąd ukojenia…
:)
Li.


Czasem słońce, czasem deszcz. Czyli nihil novi.

2 listopada, 2011
Dzień zaczął mi się w środku nocy o wpół do szóstej rano.
Kawa wylała się na stół wściekła z niewyspania, a pies od razu zażądał spaceru.
Zeszłam na podwórko w koszulce otulona wielkim swetrem, zimno posmagało mnie po gołych łydkach, od rana jestem więc łogólnie niescęśliwa i na pewno będę męcąca.
Wypisałam na kartce rzeczy niezbędne do zrobienia,  zanim wyjdę z domu do pracy. Nie dlatego, że nie pamiętam, a po to by mieć poczucie że zrealizowałam jakąś listę spraw, haha, nie ma to jak powiedzieć sobie samemu prawdę, gdy się ją zna /prawie Lec/
Nie pomaga mi fakt, że nie wpłyną na losy świata, a co najwyżej mogą powiększyć dziurę ozonową.
Idę więc pościelić łóżko,  włożyć do pralki pranie, do zmywarki naczynia, odkurzę podłogę, wymienię koci żwirek, powieszę pranie, zrobię zupę dyniową i pójdę sobie do pracy na cały dzień.
Zaszyję się za monitorem z kubkiem w koty od ulubionego Tomka pełnym zielonej herbaty i dziś mnie nie będzie dla świata. Jest mi bez żadnego powodu cholernie smutno, źle, zimno i beznadziejnie.
Potrzebuję adrenaliny, ciepła i nowego wyzwania.
Inaczej codzienność będzie mnie obgryzać z radości życia jak Kara swoją kość.
Nie lubię takich dni.
Li.

Obiecane zdjęcia kuchni plus zdjęcie szarlotki au naturel:)

1 listopada, 2011
Mój brat wyleciał ze swoją  Kasią  na wyprawę do Wietnamu, via Moskwa, a chwilę po tym zamknięto Okęcie.
Ale z niego farciarz!
Jak mi było potrzebne tych kilka wolnych dni!
Odgruzowałam dom, dopieściłam dzieci, upiekłam szarlotkę i tartę cebulową, spałam ile chciałam, na twarz nałożyłam conajmniej pięc  maseczek, choc prawdę powiedziawszy wizualny efekt jest zerowy…
Ech, co tam!
Zapaliłam świece i jest tak:

A przy okazji obiecane zdjęcia kuchni, chociaż nie powiedziałam w niej jeszcze ostatniego zdania.
Szarlotka wyszła nieco koślawo, ale za to jest pyszna!
Li.


Tytuł: Bez.

25 października, 2011
W sprawie pisania bloga zrobiłam się niesystematyczna i nieobowiązkowa.
A była to jedyna rzecz, którą robiłam systematycznie i codziennie! I byłam z tego taka dumna…
Zwyczajnie jednak nie mam czasu. Przyczyn tego stanu rzeczy próżno jednak szukać w wytężonej pracy.
Wczorajszy wczesny wieczór najpierw spędziłam u kosmetyczki, poddając się niezwykłej pieszczocie jej dłoni,  bo tylko kobieta wie jak masować kobietę, 
szczególnie po twarzy…mmmhm…
dekolcie…mhmmm…karku… ramionach…
mhmmm…szyi…
… och….
Wymasowana i błyszcząca wymaseczkowanym licem au naturel  poszłam do kina „Pod Baranami”  i… i niech to!
Wcale nie miałam ochoty na aż takie poruszenie, wzruszenie, wbicie w fotel, zrozumienie i podziw.
Nie wiem jak inaczej określić ten film, który przecież właściwie filmem nie jest.
Zapis? Opowieść o życiu? Historię?
Cokolwiek  nie napisać, to zostało we mnie uczucie przeżycia niezwykłości. W 3D.
Koniecznie do zobaczenia. I do zrozumienia.
Ja chyba rozumiem, bo gdy jest mi źle, to instynktownie włączam muzykę i tańczę.
Tańczę, tańczę, tańczę! Tańczę przeciw smutkowi i tańczę z radości.
Gdy przestanę, to nie będę żyć.
A co na to  Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Dopóki tańczysz.
A będę mieć w tym tygodniu okazję- w piątek jedna impreza, w sobotę druga, idzie zima, życie towarzyskie zaczyna kwitnąć, jest mrozoodporne.
Li.

Dzień dobry:)

24 października, 2011

Gdy nadchodzą takie czasy,  że budząc się rano muszę spojrzeć do kalendarza, by sprawdzić w jakim jestem dniu, wieczorem zasypiam na stojąco, praca przygniata mnie do ziemi, a dzieci jedzą pizzę trzeci dzień pod rząd, to nawet tu nie zaglądam.

Wariacki tydzień skończył się w sobotę, gdy po całym dniu snu, nareszcie rozluźniona poszłam na koncert poświęcony Andrzejowi Zausze, piękny, wzruszający, czarowny koncert w Teatrze Słowackiego.
A jako, że dziś zaczął mi się kolejny wariacki tydzień, to na teraz tylko krótka informacja: zbliża się 19-go listopada, czyli dzień-który-wybrałam-sobie-na-świętowanie-44-tfu-urodzin.
W związku z powyższym  pomysł pomieszania wirtuala z realem i zaproszenia Was na imprezę nic nie stracił na aktualności, aczkolwiek z powodu posiadania tylko dwóch łazienek muszę limitować miejsca do spania na mojej podłodze.
Kto ma więc ochotę na przyjazd z karimatą i śpiworem, to niech do mnie napisze, bo część  podłogi jest już zajęta:)
Nie ma to jak odrobina szaleństwa w tym życiu dotkniętym bylejakością pragnienia : „Byle do piątku”.
Miłego dla Was!
Li.

Dobranoc:)

18 października, 2011
Ten dzień nie był dla mnie dobry,
kończę go zmęczona z głową pełną posiekanych godzin i spraw.
Wiadomo-wtorek potworek.
Nie napiszę nic więcej, mam ochotę na skulenie się, objęcie ramionami,
samoprzytulenie tak mocne, by pomiędzy mnie a sen  nie weszły myśli nieproszone.
We wtorki mają tendencje do wchodzenia  bez pukania,
panoszenia się, straszenia i dorabiania zmarszczek.
Sio!
Dobrej nocy,
Li.

A propos wczorajszych komentarzy.

17 października, 2011
Spotkałam dawno nie widzianą znajomą.
Gadka-szmatka i odwieczne pytanie: jesteś z kimś związana?
Ależ tak, odpowiadam zgodnie przecież  z prawdą.
Z moimi córkami, z moimi kotami, z moim psem, z moim kredytodawcą, z moim leasingodawcą, z moją mamą, z moim bratem, z moimi przyjaciółmi, z moją ojczyzną i orłem białym, z moją kamienicą (miłość do niej jest tak wielka, że ją personifikuję, niech wrażliwcy mi wybaczą).
Tak, jestem!
Jestem związana, tkwię w związkach rozlicznych i absorbujących, tkwię w związkach wymagających miłości, czułości, opieki, pracy, jeszcze cięższej pracy,  sprzątania kocich kłaków, psiej sierści, jazdy w środku nocy pod Kraków, by odebrać z imprezy, wstawania porannego dla świeżych bułek i gotowania zupy.
Tak, jestem!
Jestem związana przyjemnością siedzenia wieczorami w knajpach, na koncertach, w kinie, czasem w teatrze, na prezentacjach nowych perfum, pocenia się na siłowni albo degustacji win.
Jestem wolną, białą kobietą.
Nie mam obok siebie w sypialni, łazience, kuchni, salonie pana mężczyzny, więc nie muszę mu prać, gotować, znosić złych humorów, podziwiać sflaczałych mięśni ramion, liczyć się z nim,  pilnować, opiekować, gdy za dużo wypił wsadzać do łóżka i niańczyć.
Tak, takie są moje doświadczenia z mężczyznami- pozornie silni, wewnętrznie słabi, opierali się o mnie jak pomidor o tyczkę.
Tak, nie mam już ochoty na prasowanie koszul i wieszanie ich kolorami, nie chce mi się badać DNA tysiąca czarnych skarpetek, by trafić na te do pary, nie chce mi się, cholernie nie chce mi się starać, wyginać w seksowne pozy, zastanawiać się, czy dobrze wyglądam, jęczeć kiedy wcale jęczeć mi się nie chciało.
Nie chce mi się,  znalazłam  radość w byciu samej,  spokój i ukojenie,  nie wyobrażam sobie zmiany tego stanu rzeczy. Ze sobą nigdy się nie nudzę, lubię się, kocham się.
I nie wykluczam zmiany, ale tylko wtedy  gdy spotkam w swoim życiu mężczyznę, który będzie umiał śmiać się  tak jak ja, któremu nie będzie przeszkadzał pies w nogach łóżka,  który sam sobie będzie wrzucał koszule do prania, sam  będzie je prasował, który będzie czasem robił mi śniadania, na zakupy będzie chodził bez szczegółowej,  wymaganej ode mnie listy.
Zakocham się wtedy bez pamięci i wszystkie moje teorie wezmą w łeb.
Na razie od siedmiu lat słyszę od swojej mamy, że nie poradzę sobie w życiu sama.
Nie radzę sobie?
Szczęście jest stanem umysłu.
Czasem jestem zmęczona, czasem wątpię w sens przeżywanego dnia, czasem zawodzę się na ludziach, regularnie  mam PMS, ale jestem szczęśliwa sama ze sobą.
Udany związek z mężczyzną może być źródłem ogromnego szczęścia, ale brak tego źródła nie jest nieszczęściem, a tylko brakiem tego szczęścia.
Li.