Na kanwie wczorajszej opowieści

16 października, 2011
zadzwoniła do mnie Ciotka Ulubiona H.
Przeczytała opowieśc o obrączce i popłakała się ze śmiechu.
Emocje targające moją klientką jest w stanie zrozumiec tylko ta kobieta, która przeszła podobną drogą- rozczarowania nieudanym  związkiem,  zdradą,  rozwodem,  itp.
Ciotka Ulubiona opowiedziała mi historię ze swojego porozwodowego życia- jej syn miał 11 lat
i obietnicę od ojca, że spędzą razem wakacje.
Ojciec-marynarz  mieszkał nad morzem, syn z Ciotką  niedaleko Krakowa.
Walizka spakowana na początku wakacji stała nietknięta  przy drzwiach, z każdym dniem niepodróży coraz bardziej rozczarowana,  syn czekał i nigdzie nie chciał jechac poza podróżą do ojca.
25-go  sierpnia, na kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, przyszedł telegram (takie to były odległe czasy bez komórek) z zapytaniem od ojca: „Co L. robi w czasie wakacji?”.
Ciotka wyszła z siebie i poszła na pocztę.
Ze względu na panującą wówczas cenzurę telegram do byłego męża, miał następującą treśc:
Grażyna
Urszula
Weronika
Natalia
Olga.
Błąd ortograficzny w tym smacznym słowie spowodowany był brakiem imienia na literę „Ó”.
Ciotka H. to moja ulubiona ciotka.
Jest piękną,  pełną życia kobietą, podróżującą po całym świecie (proszę o figurkę  kota z Laosu, droga Ciociu),  autorką smacznych życiowych sentencji:
Pamiętaj, mąż to nie rodzina, Twoja rodzina to dzieci.
Albo: czas na płodozmian (to o rozwodzie).
Albo: Kobiety mające mężów-idiotów mają z nimi cudowne dzieci. Mnie  przydarzyło się  to dwa razy.
Całusy Ciotko droga!
Li.

Lepiej spotkac byka w wąskiej uliczce, niż rozjuszoną kobietę.

15 października, 2011
Kocham Kobiety. Najbardziej na świecie.
Jestem w kilku poważnych  związkach, takich co to nie nudzą, interesują, inspirują, dzwonią, obiadują, kolacjują, imprezują, tańczą, wychodzą z kiepskiego filmu, idą na kije, cieszą się że są.
Kocham Kobiety! Są cudownie miękkie i cudownie wredne.
Wczoraj finalizowałam pewien rozwód.
Dziwne to było małżeństwo, sześc lat chodzenia, półtora tygodnia wspólnego życia po ślubie.
Moja klientka, prześliczna dziewczyna już przed ślubem miała poważne wątpliwości, ale presja matki, rodziny, zaproszony wujek z Ameryki, wstyd na wsi- ech… przecież po ślubie się ułoży i „jakoś to będzie”.
Było półtora tygodnia, a potem wyprowadzka i absolutny brak kontaktu z mężem przez dwa lata.
Wylizała rany, wniosła o rozwód.
Na tydzień przed rozprawą mąż zadzwonił z żądaniem oddania pierścionka zaręczonowego i obrączki, niepomny na fakt, że to ona pokryła połowę kosztów obrączek.
Może by to nie dotknęło jej  tak bardzo, gdyby nie oświadczenie męża, że obrączka jest mu potrzebna, bo będzie się wkrótce żenił.
Ha! Ech… Moja klientka, prześliczna i subtelna kobieta, zapakowała pierścionek i obrączkę
w pluszowe,  czerwone pudełeczko w kształcie serca.
Dała mu je po wyroku i poszłyśmy na kawę.
Tak, zachowała klasę i spokój.
Posunęła się tylko do jednego, malutkiego grzeszku: na zewnętrznej stronie obrączki, dużymi, głębokimi, drukowanymi literami wygrawerowała jedno słowo:S-P-I-E-R-D-A-L-A-J.
Trzeba będzie przetapiac, wypolerowac tego się  nie da.
Ech,  te kobiety…
Li.

Odpuszczę ten miód w imię praw młodości.

14 października, 2011
Niedługo będą moje urodziny. 44. To wydaje mi się takie nieprawdopodobne. 
Przecież ciągle jestem taka sama!
Tylko te dzieci obok nas pozbawiają mnie złudzeń, że czas mnie nie tyka. 
44 lata,  kawał mojego życia, kiedyś w mojej młodości nie ogarniałam tego rozumem, dziś tak trudno pogodzić się z przemijaniem,  z zauważeniem w lustrze, że nagle rano oczy jakoś wyglądają inaczej, że wczoraj przecież nie było jeszcze tej zmarszczki, że tyłek był jędrniejszy, że pokłady energii zalegały płytko, a teraz muszę robić odwierty głębinowe.
Taka jestem zmęczona tym moim dorosłym życiem, przecież w sobie ciągle jestem młoda i niedojrzała, ciągle mam ochotę na szaleństwa, na taniec i flirty, ciągle chcę się uśmiechać i niczego nie traktować poważnie.
A los cynicznie zmusza mnie do bycia dorosłą, gdy ja dorosnąć nie chcę, do zarabiania pieniędzy, gdy ja nie chcę pracować, do wychowywania dzieci, gdy ja sama nie czuję się wychowana, do podejmowania codziennej walki o byt, gdy ja- taka pokojowo nastawiona, chcę być tylko beztroska.
Dorosłość jest kpiną z młodzieńczych marzeń, obozem przetrwania, to taki survival dla romantycznych panienek, dla marzycielek, dla mieszkanek obłoków bujających, dla mnie.
Za chwilę, mgnienie oka, tak krótkie jak te 44 lata, nie będę już dorosła, tylko stara.
Będę staruszką, to myśl, która mnie naprawdę przeraża. Będę staruszką- ja!
Co za absurdalnie prawdziwa perspektywa.
Napisałam ten tekst  kilka lat temu,  przywołuję go co roku przed kolejnymi urodzinami, niestety nic nie traci na aktualności.
Nie będę robić awantury o miód, olej rozlany podczas mojej licealnej imprezy był jednak gorszy!
Nie mówiąc o tym, jak trudno w tamtych czasach zdobywało się olej!
Li.

Miód-cud z resztą w tle.

14 października, 2011
Mam kolegę.
Każdy ma jakiegoś kolegę, ale mój kolega ma brata, który ma pszczoły i pasiekę.
Dostałam od niego w prezencie miód. Miód-cud, mniszek lekarski i akacja.
Kto nie wąchał, niech żałuje.
Miód stał sobie w bezpiecznym miejscu, ale ja mam przecież córkę, a moja córka gościła Niemkę.
Niemka wyjeżdżała dziś wczesnym rankiem, najlepszym sposobem na pożegnanie Niemki była impreza.
Miało być najbliższych  20 osób,  w porywach było do 50-ciu.
Córka nie panowała nad sytuacją.
Dom… ech! I te dziury wypalone papierosami na mojej sofie na tarasie.
A co ma do tego miód?
Wróciłam do domu o szóstej rano, otworzyłam drzwi i… przykleiłam się do podłogi.
Wylanie litra miodu zabrało zapewne trochę czasu, ale rozniesienie go na butach do każdego dosłownie kąta nie było trudne. Nawet nareszcie wolne koty na łapach mają miód.
Mojej wściekłości miód nie zasłodził, o nie!
Nie mam miodu, Niemka o siódmej rano wsadzona do pociągu zjada teraz zapewne jedną w wielu pysznych kanapek jakie jej zrobiłam na drogę, w domu mam słodką podłogę, wzięłam  prysznic, pojechałam do pracy, a ja wrócę to ma być porządek, zrozumiano?
Li.

Ech…

13 października, 2011
Zaglądacie, a tu kurze po kątach.
Za to w realu dosłownie aż lśni.
Do Karolci przyjechała w ramach wymiany szkolnej  Niemka-pedantka.
Na drugi dzień chciała się wyprowadzac z powodu kociej sierści wirującej w powietrzu.
No cóż- cztery koty plus pies to zmasowany atak, nie da się ukryc.
Ostatecznie łaskawie została, ale za to ja odkurzam dwa razy dziennie, codziennie myję podłogi
i gonię nic nie rozumiejące  koty z salonu.
A już kamieniem kociej obrazy jest fakt, że nie można leżec na stole…
Nie piszę więc, bo nie mam czasu i sił- pedantyczna Niemka, obrażone koty, mieszkająca u nas przez kilka dni szkolna przyjaciółka Karolci i codzienne tłumy polsko-niemieckich licealistów wyssały ze mnie jakąkolwiek energię. Byle do jutra!
W niedzielę byłyśmy w Pszczynie. Kristina chciała zobaczyc jakieś polskie miasteczko.
No to przecież nie można było nie pojechac do Pszczyny i do Ilonki.
Ale i mnie udało się wpaśc w zachwyt, zobaczcie to- jedna z najpiękniejszych i najoryginalniejszych restauracji w jakiej byłam. Istna łódź podwodna Kapitana Nemo.
 I jest z niej niesamowity widok.
Zmęczona jak cholera- Li.

Historia bez happy endu.

6 października, 2011
Gdyby kiedykolwiek Drogi Czytelniku przyszło Ci do głowy, że jest Ci w życiu źle, przeczytaj tę historię, potem popatrz w okno i idź sobie na spacer.
Poznałam ją osiem lat temu.
Walczyłam w jej imieniu  z PZU o odszkodowanie za skutki wypadku komunikacyjnego- jechała busem, bus dachował, miała połamane prawie wszystkie kości, cudem z tego wyszła w przeciwieństwie do reszty pasażerów.
Była wtedy w trudnym momencie życia, z  dwuletnią córeczką odeszła od męża. Miała dwadzieścia siedem lat, skończyła studia, jej ojciec nie żył od kilku lat, matka byla profesorem na wyższej uczelni, kontakt pomiędzy nią a matką był bardzo toksyczny.
Była również alkoholiczką- niewinne popijanie na imprezach w jednym z najlepszych krakowskich liceów, a potem na studiach wpędziło ją w nałóg, była na kilku odwykach, na jednym z nich poznała swojego męża, a nie jest to najlepszy portal randkowy, niestety.
Ona alkoholiczka, on narkoman i lekoman, żyli w ułudzie wspierania się w walce z nałogiem.
Ale tylko przez chwilę.
Dziecko, problemy, awantury, bicie, głód, ciągi, rozstania i powroty, w międzyczasie bardzo duże odszkodowanie od PZU, była kasa, a jak jest kasa, to….
Za chwilę była w drugiej ciąży, otrzeźwiała, zostawiła męża i wróciła znowu do matki, która w międzyczasie zachorowała na raka kości.
Wydawało się, że poukładała sobie  życie- opiekowała się matką, dziećmi i nie spotykała się z mężem.
Ale niestety zaczęła spotykać się z przyjacielem męża, poznanym przez niego- a jakże inaczej- na odwyku.
Od czasu do czasu miałam z nią kontakt, prowadziłam jej sprawę rozwodową, dzieci rosły, do jej przyjaciela mówiły tato, ojca biologicznego nie prawie znały, ona zresztą na  kontakty nie pozwalała.
W międzyczasie zmarła jej matka, przyjaciel wprowadził się do mieszkania po matce, pozornie normalna rodzina. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że uzależniła się od morfiny podkradanej chorej matce.
Po rozwodzie wyszła za mąż.
Dwa lata temu pierwszego września były mąż stanął niespodziewanie w drzwiach jej mieszkania i zażądał prawa do odprowadzenia starszej córki do szkoły, przy czym nie widział dziecka od trzech lat i nie wiedział, do jakiej szkoły chodzi. Wywiązała się awantura, drugi mąż prawdziwy maczo zaczął wywijać maczetą, gdzieś tam na jej drodze stanęły palce pierwszego, jeden efektowny ruch i… trzy palce efektownie rozsypały się po przedpokoju, a krew sikała sobie wesoło.
Ona w szoku pamiętała tylko o tym, że palce trzeba wsadzić do lodu.
Wsadziła do mrożonej marchewki z groszkiem i to jest jedyny tragikomiczny moment tej całej historii.
Policja, sprawa karna przeciwko drugiemu, palce pierwszego zostały przyszyte, wyrok, tysiące problemów, nie pijąc od czterech lat wróciła do picia, dochodziła do upojenia w granicach 4 promili, schudła do 33 kg, wygladała jak śmierć, potem nagle przytyła, a to była tylko opuchlizna.
Po alkoholu gwałrtownie wzrastała jej agresja, często kierowała ją przeciwko sobie, drugi więc ją wiązał
i „z tego wszystkiego” sam wrócił do picia po 8 latach.
Zmarła w nocy w czwartek, spita do nieprzytomności, związana i z twarzą w poduszce.
Była dorosła, nad nią przestałam się już litować.
Ale te dwie biedne małe dziewczynki, 6 i 9-letnia są w pogotowiu opiekuńczym, bo drugi nie miał do nich żadnych praw, pierwszy jest tych praw pozbawiony, obie babcie nie żyją, jej siostra nie utrzymywała z nią kontaktów.
Zostały tylko dwie małe, nic nie rozumiejące dziewczynki.
Jaki będzie ich los?
Ot, taka historia która wydarzyła się za jakąś ścianą, w jakimś bloku, jakiejś rodzinie.
Jestem beznadziejnym adwokatem.
Nie umiem zdystansować się od tych ludzkich nieszczęść, które mnie ciągle

otaczają/osaczają/zajmują* (niepotrzebne skreślić).

Li.

Daję ZNAK!

5 października, 2011

Kto za mną tęsknił?
Domagam się uwagi, czułości i miłości…:)
Ech, ale się działo!
Napiszę, dziś jeszcze napiszę.
Na razie- jak dobrze wstać skoro świt, lalala…
Miłego dla Was!
Li.

PS. Wiadomość dla kociarzy:
Bobciowi wczoraj nareszcie ściągnięto gips.
Ale chyba mu  tak bardzo nie przeszkadzał, skoro  o trzeciej w nocy z soboty na niedzielę, po weselu mojej przyjaciółki B., lekko  (!) wstawiona wchodziłam na drabinę i ściągałam gada z dachu.
Jak  tam się znalazł nie wie nikt, ale teraz koty mają stanowczy zakaz wychodzenia na taras.
Żadnego grzania brzucha w promieniach jesiennego słońca. Nawet ta biedna kluska Szary, jedyny porządny kot, który nigdy nigdzie się nie wybierał.
Dopóki nie zrobię dachu z siatki i nie zasłonię nawet najmniejszej dziury zakaz będzie obowiązywać.
Na leczenie tego drania wydałam ponad cztery tysiące złotych, to jest naprawdę niemoralne,  on nic sobie z tego nie robi, a ja przez niego nie pojechałam na wakacje.
Czysto męska wdzięczność…:)

Szybki raport z powolną kawą.

19 września, 2011
I znowu niepostrzeżenie zaokienne jesienne szarości wchodzą przez okno bez pukania.
Budzik zadzwonił o szóstej, ale na pewno się pomylił, bo było ciemno.
Zlekceważyłam więc jego krzyki i mocne postanowienie porannego wstawania, zapadłam w ciepłe łóżko i… po dziewiątej godzinie dnia, w kołdry otuleniu,  piję kawę z mlekiem. W domu cisza, Karolina- szczęśliwa licealistka,  w tym roku chodzi na drugą zmianę i nie wstaje przed dziesiątą, Gusia jest przeziębiona i nie chodzi do szkoły, telefon jeszcze nie dzwoni, to jest chwila dla mnie gdy wiadomo, że muszę, ale jeszcze mogę trochę poudawać, że ja nic nie muszę.
Jestem z siebie bez powodu bardzo zadowolona, wczorajsze wykłady zakończyły się brawami, choć
w sumie nie dam głowy, czy z powodu ich prowadzenia, czy też zakończenia, haha.
Najważniejsze, że przeżyłam i towarzystwo chyba nie było znudzone, udało się rozpętać  dyskusję, obudzić i i pobudzić,   jednak mówienie, mówienie, mówienie i jeszcze raz  mówienie to jedyny żywioł, którego się nie boję.
Zaczęłam od zdania ” Prawo jest nudne”, więc  po tym mogło być  już tylko lepiej.
W sobotę byłam na koncercie finałowym Sacrum Profanum, ale z niego wcześniej wyszłam.
Masakra! Pod linkami są dwie recenzje- pierwsza w GW, kompletnie się z nią nie zgadzam, druga w DP, idealnie trafiająca w moje odczucia.
Na szczęście dalsza część wieczoru była fantastyczna,  jeszcze do dziś nie rozprostowały mi się śmiechowe zmarszczki.
Nie można jednak wykluczyć możliwości, że to krem już na nie nie działa.
Wstaję, czas  powitać dzień powstaniem (Lec).
Miłego dla Was!
Li.

Kto by tam nie lubił mojej zupy…:)

14 września, 2011
Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy, że czasem wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad  przygotowanie jej aksamitnego  smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś  żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą,  z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nienajlepszym ze światów.
Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki. W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy  już podrumieniły się  z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania w kuchni ma być stosowanie przy realizacji zamierzeń środków moralnie nagannych takich jak przemoc, często nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów. Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli. Dodałam soli, odrobiny gałki muszkatołowej, popieprzyłam  tak jak lubię, i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru, ten kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły, a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości. By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
(Nie mam czasu na nic innego, wrócę po niedzieli, gdy wyłożę się na wykładach:)
Li.

Jeszcze tylko kilka dni.

13 września, 2011
Jestem, ale jakby mnie nie było.
Zostałam poproszona o kilkanaście godzin wykładów na pewien  świetnie znany mi temat.
Zgodziłam się z ochotą, a teraz od tygodnia podgryzam sobie żyły ze stresu, bo okazało się, że praktyka
i rutyna  nic a nic nie mają wspólnego z teorią.
Musiałam przemeblować swoje noce i dni,  piszę konspekty, robię prezentację i generalnie- sama się uczę.
A pierwszy wykład w niedzielę i to całe trzy godziny.
Rany boskie, nigdy nie brakowało mi chęci do rozmowy, ale mówić i mówić przez trzy godziny?
I to tak, żeby nie było nudno?
I tym sposobem lekko  rzucona zgoda podszyta nadmierną pewnością siebie daje mi teraz po nosie.
(Oczywiście nie mam nawet na kogo zrzucić winy, dla lepszego samopoczucia…:)
Li.

PS. Najważniejsze:  Pamiętacie o Chustce- Joannie?

http://www.chustka.blogspot.com/

Bardzo Was proszę o wpłaty na Jej rzecz.
Do tej pory udało się uzbierać 17 tysięcy złotych, miesięczna kuracja lekiem z Japonii kosztuje 10 tysięcy złotych. A takich kuracji, do czasu ostatecznego rozprawienia się z Rakelą potrzeba będzie jeszcze conajmniej kilkanaście.
Wpłacajcie moi Kochani, mniej kochani i Ci którzy mnie wiecznie krytykują- zwracam się szczególnie do Was- Wy Doriny i inne cudowne żony i matki- szlachetne istoty, podaję Wam na talerzu okazję do czynienia dobra. Mnie -grzesznicy- nie nawrócicie,  ale możecie pomóc fantastycznej kobiecie.
I jest mężatką, co z miejsca czyni Ją mniej podejrzaną:)

Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!

ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa

Multibank
nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr BIC: BREXPLPWMUL
tytuł wpłaty: Joanna Sałyga

Joanna ma w sobie moc, potrzeba jej tylko na paliwo.
10 złotych od każdego z Was i mamy na miesięczną kurację.
No!


To już..

12 września, 2011

  …  dwa lata.
Jadę do Pszczyny.
Niepotrzebność i niesprawiedliwość tej śmierci ani trochę nie wyblakły.
Powiem Jej: cześć kochanie, jestem i znowu Ci pomarudzę, jak mi bez Ciebie źle.
Li.


Recenzja z drugim dnem w tle.

5 września, 2011
Weekend poszatkowany był gośćmi jak świeży szczypiorek na wiosnę.
Drzwi się nie zamykały, taras tkwił w oblężeniu, a ekspres do kawy jęczał z rozkoszy częstego dotyku.
W sobotę wieczorem poszłam do kina na nowy film Allena ” O północy  w Paryżu” i niech ręka boska Was broni, by tego filmu nie zobaczyć.
Cudowny, zabawny, wzruszający i z gatunku tych,  co to chce  się  mieć go na półce.
Dla mnie osobiście niesie jasne od dawna przesłanie, by w miłości szukać podobieństw, a nie fascynujących początkowo przeciwieństw. Podobieństwa przyciagają się tak mocno, że nie ma miejsca dla nikogo innego, przeciwieństwa z czasem stają się odpychające, robi się dużo miejsca pomiędzy i wtedy z reguły następuje uczuciowo/małżeńska  katastrofa.
Wiem co mówię, ale z drugiej strony mężczyzna podobny do mnie, to- rany boskie- jakiś męski koszmar, haha…:)
A Paryż sfilmowany tak romantycznie pięknie, że mam ochotę natychmiast  spakować się i… Ech, kiedyś.
Dziś mam sporo pracy, schodzę więc z niechęcią z tarasu, jadę do firmy, miałam pracować w weekend, ale snułam się po nocnym Paryżu.
Miłego!
Li.

Kto ma ochotę na poranną kawę z dobrze spienionym mlekiem?

3 września, 2011
Gdy przychodziłam na plac budowy, a taras żył tylko na planie, snułam wyobrażenia o leniwych, słonecznych, sobotnich porankach, gdzie wygodnie ułożona, w niedbałym stroju, z kawą pod ręką będę pisać notkę o tym jak jest mi dobrze.
Dziś półleżę na mojej cudownej sofie, patrzę na kwitnące hibiscusy, kawa jest, laptop jest, pies jest, koty są
i wystawiają brzuchy do słońca.
A młodsze dziecko jeszcze śpi.
Powietrze pachnie zupełnie nie po krakowsku, słońce promienieje łagodnością, niebo nie zasnuło się jeszcze smogiem i widać jego niebieskości.
Jest mi zwyczajnie dobrze, pośpiech i stres tygodnia nie mają tu wstępu.
Większość moich marzeń ciągle pozostaje w sferze niematerialnej, ale to marzenie udało mi się urzeczywistnić, mam swój taras pod gwiazdami.
Teraz czas na następne.
Mam trochę mniej energii, mniej zapału, jestem bardziej zmęczona, starsza,  ale jeżeli chodzi o marzenia pozostałam „niestety „niepoprawną maksymalistką.
Zabieram się więc do roboty, nie ma to jak wolna sobota.
Miłego!
Li.

Na tarasie życie płynie inaczej.

1 września, 2011

Nie ma zmiłuj się.

Koniec wakacji powitany zakupami do szkoły, wśród których prym wiódł czarny, wcięty w talii żakiet. Gusia przypięła do niego szarą różę i  w ważności szóstoklasistki poszła do szkoły.
Przedtem jakoś trzeba było znieść zamieszanie z fryzurą, z niesfornymi lokami i koniecznym wyborem jednej z dwustu par plastikowych kolczyków, prawie takich samych.
Mam chwilę dla siebie, zanim pójdę do pracy. Taras, kawa, laptop i mój ostatni tarasowy nabytek.
Czuję się na nim jak Szeherezada, choć ciągle muszę walczyć o miejsce z kotami, które oczywiście uznały, że kupiłam TO specjalnie dla nich.
Wystarczy chwila nieuwagi i koci desant jest skuteczny.

Tu Bobcio i Szary.

Sasza wyczekiwała, aż zejdę, ale przecież kota nie ma, idealnie wtapia się w tło poduszek.

Rzadkie chwile bez kociej sierści na klawiaturze.

Fajnie, co?
: )
Li.

Krótka notka organizacyjna.

31 sierpnia, 2011
Piszę tego bloga dla siebie, dla znajomych, dla przyjaciół i dla ludzi, którzy lubią mnie czytać.
Nie piszę dla sensatek, histeryczek, plotkarek i radiomaryjnych nawiedzonych i niosących misję zbawienia mnie-grzesznicy- ludzi.
Mam ochotę pożalić się na los, to żalę się, ale zawsze z przymrużeniem oka, bo ja tylko śmierć traktuję poważnie, wszelkie inne sprawy można doprawić śmiechem i poczuciem humoru, wtedy smakują znacznie lepiej, a i tracą na ciężarze.
Jest tu w moich Niedyskretach opisany  mały wycinek życia, nie piszę jak Samuel Pepys, nie piszę o tym jaka jest moja ulubiona pozycja i że dziś idę na depilację i że wyrósł mi włos na brodzie.
Nie piszę o wszystkich moich życiowych problemach, ani też o intymnościach tylko moich, bo i dlaczego mam o tym pisać?
Wszelkie sądy nade mną wobec niepełnego materiału dowodowego nie mają więc racji bytu.
Uprzejmie proszę o zapamiętanie tego i najlepiej o powstrzymanie się od czytania mnie  tych wszystkich, o których piszę w drugim zdaniu tej notki, z pewnością będą zdrowsi i szczęśliwsi.
Trzeba sobie ułatwiać życie, dbać o unikanie niezdrowych emocji, prawda?
Ja nie mam zamiaru dopuścić do tego, by blog który piszę „z radością, bez myśli przewodniej” stał się dla mnie źródłem przykrości, a co za tym idzie stresu.
Li.

Takie tam… może impreza?

28 sierpnia, 2011

D. dała mi telefon do swojego weterynarza- doktora Jąkały. Podobno jest  świetny.
Dzwonię, przedstawiam się i pytam, czy rozmawiam z doktorem Jąkałą.
W odpowiedzi słyszę: Pppppproszę.
A niech to, to była tylko ksywka.
A niech to!
Ochłodziło się, koty zeszły z tarasu i teraz rozwalają się na kanapie.
Ale jeszcze wczoraj w iluzorycznym cieniu pelargonii Szary leżał tak:

Dziś zaczęła się jesień. Czuję to bardzo dokładnie.
W nocy przyszedł jesienny smuteczek, kawa na tarasie szybko zrobiła się zimna, a B. przyniosła mi zaproszenie na swój ślub i wesele, które miało byc na jesień 2011-go  roku.
Czyli już.
Postanowiłam zrobic w listopadzie bardzo huczne 44 urodziny. Kto chce przyjechac?
Warunkiem jest wino, karimata i śpiwór, z resztą damy sobie radę.
Karla, maczka, johnik, Yo, Krzyś, La, Di, Agata, Beem, anabell, Echoes  i Cała Niewymieniona z Nicka Reszta- co Wy na to?
Pomieszamy real z wirtualem, będzie fajnie. A jak nie będzie, to i tak napiszemy, że było fajnie :P
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem ?

Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.

A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.


Kto ma rację?

27 sierpnia, 2011
Wczoraj z głęboko zakonspirowanego źródła w obozie wroga, wyciekła do mnie tajna wiadomość.
Tajna przez poufna i tak starannie ukrywana, że od 10-go  października 2009-go  roku do dnia wczorajszego o niczym nie wiedziałam.
Ale co tam ja! Ja w tej grze na szczęście się nie liczę, ale nie wiedziały o tym osoby, które wiedzieć powinny.
Zastanawiam się, dlaczego to było takie tajne i otoczone rodzinną zmową milczenia?
Jaki był cel w ukrywaniu przez Nemo faktu, że w dniu 10-go października 2009-go  roku poślubił kobietę-konia i nie powiedział o tym ani słowa swoim córkom?
Nie mogę tego pojąć. Cała jego rodzina również milczała.
Z tej całej żałosnej sprawy pewny jest jeden wniosek- fatalnie kiedyś wybrałam.
No i zaoszczędziłam na smsie z gratulacjami….:D
Ale podyskutujmy- czy ojciec powinien zawiadomić swoje dorastające  dzieci, że zmienia stan cywilny, bo
o zaproszenie na ślub nawet nie pytam?
Dziś się z tego śmieję.
Ale wczoraj  sobie popłakałam, nie ma co udawać.
Li.
PS. Nastał czas przemeblowania i zmiany wyglądu bloga.
Komentarze są teraz na dole.
A kolory piękne, dzięki Krzysiu za inicjatywę remontową:)


Tylko daję znak.

25 sierpnia, 2011
Karolcia wróciła.
Ale to nie było tak, że punktualnie wystartowała, punktualnie wylądowała, wpadła w moje ramiona i potem już była tylko rodzinna bajka. Taki zwyczajny scenariusz nie leży w moim zwyczaju, stanowczo powinnam przyzwyczaić  się już do nadzwyczajnych igraszek losu, a już conajmniej do jego kpin z moich ściśle godzinowo poukładanych planów.
Bo gdy o 14.40 miałam w Pyrzowicach odebrać dziecko, to wiadomo- kilkanaście minut na bagaż, pięć minut na uściski,  potem szybko do domu i zwyczajne życie- od siedemnastej umówione spotkania, o dziewiętnastej  konieczna umówiona wizyta u weterynarza, bo bandaż mocujący gips na nodze Bobcia zmasakrował mu skórę, przecinając ją prawie do ścięgien.
O 14.40 stałam na lotnisku wpatrując się w tablicę przylotów, gdzie przy locie mojej córki tkwiło „niewinne” słowo- opóźniony. Ale ile może byc opóźniony samolot z Tunezji?
Póki co, bez stresu poszłam na kawę.
Po godzinie starannie ukrywany stres jednak się pojawił, na co niewątpliwie miał wpływ brak jakiejkolwiek informacji.
Po dwóch godzinach dostałam od Karolci sms-a, że jeszcze nie wystartowali, a moja wściekłość na jej beztroskę sięgnęła wtedy zenitu. Bo oczywiście pomna na  ubiegłotygodniowe trzygodzinne czekanie na lotnisku na A. zadzwoniłam do niej rano z przykazaniem informowania mnie o ewentualnym opóźnieniu. Brak informacji niesłusznie utożsamiłam z punktualnym wylotem.
Oczywiście po czasie okazało się, że dziecko było niewinne- dowodem było kilka sms-ów w jej skrzynce nadawczej, a przyczyną pewnie  brak zasięgu, albo zemsta Allaha, bo te sms-y do mnie niestety nie dotarły. Zanim się to okazało, to  oczywiście były krzyki, oj były- ech…
Nie uśmiechało mi się kilkugodzinne czekanie w tych cholernych Pyrzowicach, przed oczami miałam wizję cierpiącego kota, wróciłam więc  do Krakowa, by przynajmniej w terminie załatwić weterynarza.
Godzina jazdy, potem weterynarz, czekanie na wizytę, czekanie na kota po zabiegu czyszczenia rany, powrót do domu, zostawienie Bobcia, kolejna godzina jazdy, zmęczone ponad dwunastogodzinną podróżą dziewczyny czekające już na lotnisku, potem znowu godzina jazdy, w sumie około 400 kilometrów w to nieszczęsne nerwowe popołudnie, powrót do domu po dwudziestej trzeciej, zmęczenie, cholerne zmęczenie.
I jak tu pisać błyskotliwe notki i odpisywac na Wasze maile? :)
W sprawie kryminalnej donoszę, że śledztwo niby zakończone sukcesem, bo jak inaczej nazwać wydruk z Facebook’a z danymi i numerem telefonu złodzieja (!), ale i porażką, bo Policja nie była zainteresowana ściganiem brata Tunezyjczyka.
Najważniejsze, że są zadowolone, szczęśliwe, po przygodach i że są.
A teraz znikam, nadrabiać to co powinnam zrobić wczoraj.
Li.
Ps. Pamiętajcie o Joannie!

Mam poczucie, że mogę być następna, a Ty?

22 sierpnia, 2011
Wszystko opiszę. I kryminalne zagadki Tunezji i sięgnę nawet do moich sanatoryjnych przygód, ach- tu naprawdę jest co opisywać…
Tylko nie dziś. A przynajmniej nie teraz.
Dziś mam wariacki dzień, weekend też był wariacki, a od cuuuudownej wycieczki rowerowej boli mnie tyłek.
Ale właśnie na dziś mam do Was sprawę, ważną sprawę,  najważniejszą i jak zwykle wiem, że nie zawiedziecie.
Joanna- Chustka potrzebuje pomocy.
Wiem, że wielu z Was czyta jej bloga- śmiem twierdzić, że jednego z lepszych, o ile nie najlepszego w caluśkiej blogosferze ( i niech Yours mi wybaczy:).
Joaśka to fantastyczna kobieta, ma fantastycznego synka i świetnego męża, który nie jest ojcem synka, synek nie ma najlepszego ojca, więc Joanna musi żyć, bo synkiem nie będzie się miał kto opiekować.
Mąż nie jest formalnie jego opiekunem, a ojciec na opiekuna się nie nadaje. Proste, prawda?
Joanna personifikuje raka- teraz nadgryza Ją Rakela- pomiot genetyczny wcześniejszego Skurwiela.
Joanna walczy w sposób zasługujący na najwyższy szacunek.
A po śmierci mojej Ilonki (nie do wiary, że 15-go sierpnia minęła dopiero trzecia rocznica ślubu!), wiem jedno- nowotwór może dopaść każdego z nas, ene-due-rike-fake, na kogo wypadło,  na tego  bęc- wczoraj padło na nią, dziś na Ciebie, a jutro na mnie.
Musimy – my ludzie, związani ze sobą taką cienką niteczką czytania o sobie- wzajemnie móc na siebie liczyć. Nie proszę o wielkie kwoty, wierzę w moc małej łyżeczki i kropel wody.
Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo.
Pieniądze zbierane są przez Fundację Magdy Prokopowicz, Magda  sama walczy z rakiem.
Fundacja Rak’n’Roll. Wygraj życie!

ul.Chełmska 19/21, 00-724 Warszawa
Multibank
nr rachunku: 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr IBAN: PL 73 1140 2017 0000 4502 1050 9042
nr BIC: BREXPLPWMUL
tytuł wpłaty: Joanna Sałyga

Pamiętacie Ilonkę? Ja Jej nigdy nie zapomnę i nie zapomnę tego, jak bardzo chciała żyć.
Kochani, do dzieła!
Potrzebna kasa na niestardardowe metody leczenia, na ominięcie kolejek po życie fundowanych przez NFZ.
Liczę na każdego z Was, każdego!
A za Joannę ręczę osobiście, o!
Li.


Byle do środy.

19 sierpnia, 2011
Upał przenika przez stare mury, zapowiadając ciężki  dzień.
Na biurku potęgując gorąco płonie z pilności  stos  spraw do załatwienia.
Ale są i dobre wieści – jest już piątek, nie mam żadnych spotkań, więc mogłam sobie przyjechać do pracy na rowerze.
Odliczam dni do środowego powrotu Karolci, niby jest śmiesznie i przygodowo, ale wczoraj w knajpce niedaleko plaży dorwały tego złodzieja oko w oko, zaczęły z nim rozmawiać,  słabo mówił po angielsku, więc tłumaczem był jakiś ich znajomy (?)  kelner z hotelu. Złodziej najpierw udawał, że nie wie o co chodzi, potem zaczął być „nieprzyjemny„, ale jakaś tam szansa na odzyskanie telefonu istnieje. Prezyzyjnie rzecz ujmując,  według mojej córki 35%.
Kupiły sobie tunezyjską kartę do telefonu, by „mieć kontakt z siatką swoich informatorów„.
Są tak zajęte, że „nie mają czasu, być iść na plażę, ani na basen„. Od trzech dni.
Lepiej niech wracają do domu, jak, boga kocham.
Następny wyjazd Karolci 30-go  sierpnia, do Niemiec na tydzień, w ramach wymiany szkolnej jawi mi się jako sanatorium.
Zabieram się do pracy, co i Wam drodzy Czytelnicy polecam:)
Li.

Prawdziwy kryminał z plażą w tle.

17 sierpnia, 2011
Z Tunezji dobiegają coraz bardziej sensacyjne wiadomości, a ich siła rażenia krystalizuje we mnie niezłomne przekonanie, że w przyszłym roku pozwolę córeczce wyjechać  co najwyżej do Pcimia.
Otóż nasze dzielne polskie dziewczęta postanowiły na tunezyjskiej niegościnnej ziemi same odnaleźć  złodzieja iPhona 4 generacji.
Zapamiętały, że poza normalnymi dla Tunezyjczyka ciemnościami,  miał on na twarzy charakterystyczne znamię.
Zaczęły samodzielne śledztwo, bo Policja nie była zainteresowana nawet przyjęciem zgłoszenia, a poza tym jest Ramadan, co podobno tłumaczy „wszystko”.
Zaczęły niegłupio-pytając każdego napotkanego sklepikarza, kelnera, taksówkarza o to, czy nie znają „Człowieka ze Znamieniem”. Po kilku godzinach wiedziały już jak złodziej ma na imię i że- tu prawdziwa bomba- w jednym sklepie dopytywał się o kartę do iPhona 4, bo widocznie zorientował się, że zwykła sim karta do niego nie wchodzi (musi być ukośnie ścięta).
Podobno zaoferowano im szeroko pojętą pomoc, która jutro ma się sfinalizować odzyskaniem telefonu i rzecz jasna- honoru.
Strach się bać i tak do końca w to szczęśliwe zakończenie nie wierzę.
Ale…  ale jestem dumna, że podjęły działania.
(Oby tylko nie ustalały adresu złodzieja, rany boskie!).
Li.

I jak tu nie wierzyć we wtorek-potworek?

16 sierpnia, 2011
Wtorek-potworek rozpostarł swoje macki już o drugiej w nocy pod niewinną postacią mojego psa wyraźnie pragnącego wyjść na spacer.
Wściekła zwlokłam się z dopiero co uśpionego łóżka i zeszłam po schodach do pierwszego piętra.
Dalej zejść się nie dało, bo na podeście,  przeraźliwie chrapiąc,  spał sobie nieznany mi człowiek.
No cóż, tchórzliwie nie podjęłam próby obudzenia go i wyproszenia na ulicę, a na mój brak odwagi  zapewne również  wpływ miał  mój strój- do tej pory byłam pewna, że w kamienicy, gdzie średnia wieku mieszkańców wynosi 75 lat,  mogę spokojnie o drugiej w nocy paradować po korytarzu w koszulce nocnej i oglądają mnie tylko kamieniczne ćmy.
Następne godziny cierpiały na bezsenność, bo  pies najwyraźniej nie mogąc pogodzić się z obecnością intruza, urzędował pod drzwiami całą noc, od czasu do czasu czujnie szczekając.
Nie był to ideał nocy, o nie.
Jakoś na kawie dotrwałam do południa.
O 14.30 musiałam być na lotnisku w Pyrzowicach, odebrać A. wracającą ze Szwecji.
Byłam. Ale samolotu nie było.
Podobno zderzył się z ptakiem i wyleciał z Malmo z trzygodzinnym opóźnieniem.
Kolejna kawa i stos gazet usiłowały umilić mi trzygodzinne czekanie, ale nie był to ideał popołudnia, o nie.
Do domu wróciłam po dziewiętnastej z wyraźnie zarysowanym planem: kąpiel, siusiu, paciorek i spać.
Jeszcze dobrze za sobą nie zamknęłam drzwi, gdy napłynęły wieści z Tunezji o skradzionym na plaży  iPhonie przyjaciółki Karolci, opowieści dzikiej treści, o policji, o okupie, o znajomym kelnerze, mającym znajomego, co ma znajomego co prawdopodobnie zna znajomego szwagra brata dziadka złodzieja, o rezydentce nie mówiącej po arabsku i której nigdy nie ma, o nocnej podróży taxi do bankomatu itp.
Zapewne ze względu na życiową aktywność od drugiej w nocy moja reakcja w przeciwieństwie do rodziców Pauliny nie była gwałtowna.
Ech, nie był to ideał wieczoru, o nie.
A teraz nareszcie leżę w łóżku i  wcale nie chce mi się spać.
Ot, życie, zwyczajne życie.
Li.

Rentowność porządków.

15 sierpnia, 2011
– Nie opłaca się sprzątać- Gusia tonem znawcy skwitowała deszcz zalewający moje świeżo umyte okna.
Nie sposób odmówić jej racji, choć osobiście uważam, że czyste okna ładniej mokną.
Li.

Są dni, gdy balansuję na granicy.

14 sierpnia, 2011
Chodzi za mną ta piosenka.
Cudowny tekst.
Wczoraj znowu dopadł mnie mój Obcy.
Koszmarny ból głowy, ciśnienie niefrasobliwie przekroczyło 205 na 140,  rzyganie do granic wyczerpania, niemożność ruszenia się z łóżka.
Biedna Gusia miotała się pomiędzy mną a zagipsowanym Bobciem, przerażona i bezradna.
Doszłam do siebie wieczorem, żałując straconej soboty.
Gdy tak leżę niezdolna do życia,  mam straszne wizje.
Przewija się w nich rozpacz moich dzieci, samotność, ciemność, upiory i zmory.
A potem wstaję po ozdrowieńczym śnie, zadowolona i świetnym humorze, poranną kawą witam słońce na tarasie, czuję się pełna energii, myję wszystkie okna gwałcąc świętą niedzielę, przesadzam clematisy, mam jeszcze zamiar od niechcenia umyć podłogę i moje łososiowe szkło.
Widocznie jeszcze nie czas na pójście boso.
Jednak za każdym takim razem czuję strach, zimny strach.
Bo kiedyś żyłam w przekonaniu, że nigdy nic złego spotkać mnie nie może, że nigdy nie zachoruję, a teraz wiem, że nie mam na to żadnego wpływu, kto wie, czy nie noszę w sobie tykającej bomby, kto wie, czy nie już nie jestem poważnie chora, kto wie…
Bo dlaczego nie ja?
Li.

Mam problem i nie wiem jak o nim powiedzieć, ale mogę napisać.

12 sierpnia, 2011
Tę notkę napisałam w lipcu 2010 roku. Potem na Twoją prośbę ściągnęłam ją z bloga i wrzuciłam do schowka.
Ale czyż nie miałam racji?
Straciłaś świetną pracę, dyscyplinarnie zwolniona spadłaś z wysoka.
Mąż odszedł, z młodszą córką prawie nie masz kontaktu.
Nawet swojego kota po pijanemu potrafiłaś zgubic!
Prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu  masz zabrane na rok, sąd dał Ci szansę warunkowo umarzając postępowanie, po to tylko byś nie była karana i nie straciła pracy, a Ty tę szansę najwidoczniej zlekceważyłaś, albo myślałaś że jak zwykle jakoś to będzie.
I co teraz?
Sprzątanie w Biedronce? Kto Cię tam przyjmie? A kto spłaci Twój kredyt?

15 lipca 2010 roku.
Mam koleżankę.

Fajną koleżankę. Mądrą, dowcipną, z dystansem do siebie i życia.
Na pierwszy rzut oka to normalnie miła i ciężko pracująca na dyrektorskim stanowisku kobieta.
W drugim rzucie oka jednak wychodzą na plan pierwszy szczegóły, które najpierw niepokoją a potem dają jasny przekaz. Moja koleżanka jest alkoholiczką, ale nie pije sama- bo przecież nie jest samotnym piciem picie w domu, gdzie są dzieci i coraz bardziej wściekły i zrezygnowany mąż.
Moja koleżanka jest mistrzem kamuflażu, udaje że chodzi na terapię, że jest w abstynencji, że robi to i owo, ale to siebie oszukuje najbardziej- nie ma żadnej władzy nad nałogiem i coraz szybciej idzie na dno. Nie muszę bawić się we wróżkę, by przewidzieć odejście męża z dziećmi i wyrzucenie jej z roboty.
Jestem na nią wściekła, bo mnie też oszukała. Rzadko się spotykamy, ale często ze sobą gadamy- rano tryska słowami, energią i dowcipem, wieczorem ledwo bełkocze, bez składu łącząc słowa.
Rano nie pamięta co mówiła wieczorem, dziś o szóstej rano obudziła mnie telefonem, bo coś jej się uroiło… podobno od prochów, zaprzecza że piła, ale przecież czułam alkohol wczoraj przez słuchawkę.
Nie umiem znaleźć w sobie tolerancji dla pijących kobiet.
Kobiety mają dzieci i czasem mężów, ale jak powtarzała moja ciotka:” mąż to nie rodzina, rodzina to dzieci”. Żal mi jej dzieci, pijąca alkohol matka to musi być ogromny dramat.
Nie wiem co zrobię dalej z tą znajomością.
Żal mi tej fajnej baby, ale i żal mi straconego czasu na wysłuchiwanie z trudem wydawanego z siebie bełkotu, którego rano ona i tak nie pamięta.
Żal mi siebie, bo poszłam spać po trzeciej w nocy, mając nadzieję na sen do godziny dziewiątej, a obudzona przez nią o szóstej rano siedzę wściekła nad kolejną kawą i piszę notkę kompletnie bez znaczenia dla innych, ale tak pełną emocji dla mnie, a może i dla niej- czyta mojego bloga, a ja nie mając odwagi powiedzieć jej prosto w te ładne oczy, co myślę, piszę jej tak:
Napisałam tę notkę dla Ciebie moja droga, jak jesteś trzeźwa, to przecież wiesz że potrzebujesz profesjonalnej pomocy, ja nie potrafię Ci pomóc, bo nie rozumiem jaką przyjemność może znaleźć kobieta w upijaniu się do granicy bełkotu, w ciągnięciu za sobą zapachu alkoholowego ciała, którego nie przykryją najlepsze perfumy, w spychaniu samej siebie na margines życia, w takim samounicestwieniu , a życie jest przecież takie jedno.
Li.

Nie mam nic ciekawego do powiedzenia, zwyczajnie pieprzę.

11 sierpnia, 2011
Co może wydarzyć się w czwartek?
Czwartek-nic-nie-wartek.
Wstałam o szóstej rano, zupełnie bez powodu, bo przecież nie mogło obudzić mnie słońce usilujące rozpaczliwie przebić się przez  brudną szybę.
Moja pierwsza myśl?  Muszę umyć okna!
Moja druga myśl? Pieprzyć mycie okien. I  tak zaraz będą brudne.
Pieprzone deszcze.
Kawa ze spienionym mlekiem w łóżku smakuje wybornie.
Pies wylazł spod kołdry i wylał mi ją na pościel.
Pieprzyć pościel.
Przesunęłam na bok mokrą stronę  i otworzyłam laptopa.
Piotr M. nie żyje, zginął w Słowenii na górskiej rzece ratując kobietę.
Wstrząśnięta dzwonię do jego byłej żony, nie tak dawno prowadziłam przeciwko niemu sprawę o alimenty, nie ma człowieka, nie ma alimentów. Ale jest dwójka dzieci.
Pieprzone życie.
Wstałam, prysznic, czynności reanimacyjno-remontowe, złoty puder na policzki, kolejny łyk kawy, auto, rozprawa, kolejny tatuś, który nie chce płacić na dziecko, bo przecież dzieci nie muszą jeść, a jemu jest ciężko.
Pieprzyć tatusia, zmiażdżyłam go obcasem.
Jakiś taki smutek, jesienny smutek, całe naręcza astrów, a na taras kupiłam wrzosy i wrzośce.
Piękne.
Jadę z Dagmarą po Bobcia, dziś nadejszła ta wiekopomna chwiła.
Kot na mój widok szaleje z radości, kuśtyka na trzech łapach, zagipsowany i z gwoździem w szpiku. Wygląda cudownie i jest w wybornym nastroju. Jestem w szoku widząc jak błyskawicznie wrócił do formy.
W sobotę oddałam zimnego prawie trupka, z powrotem mam swojego ciepłego Bobcia. Cud!
Mruczy, gdy płacę za skutki jego lotu na ziemię 1700 złotych.
Drogi w utrzymaniu ten mój dachowiec Bobcio, ale miłość nie ma ceny.
Nie pojadę tam gdzie chciałam pojechać.
Pieprzyć to.
Za to mam mruczącego kota w łóżku, kogo  chcieć więcej? :)
Wracam do domu zaopatrzona w leki i rozpiskę wizyt kontrolnych.
W domu Szary syczy nieprzyjaźnie, nie poznaje swojego kumpla.
Bobcio chodzi po domu w glorii bohatera, Gusia nie odstępuje go na krok.
Jeszcze nie załapał, że nie może zeskakiwać z kanapy, bo ląduje prosto na pyszczek.
Gips przeszkadza w miękkim kocim lądowaniu. Oj, boli!
Odwożę Dagmarę do domu, ale po drodze mamy ochotę na pizzę.
„Mamma Mia” i pizza z kozim serem, orzeszkami pinii i miodem. Danie główne i deser w jednym.
Pyszna.
Ale i tak ciągle jakoś tak… smutno.
Jadę do pracy, pieprzone korki, pieprzone problemy.
Dostaję wiadomość, że moja koleżanka alkoholiczka będąca dyrektorem pewnej szacownej instytucji została dyscyplinarnie zwolniona z pracy za stan nietrzeźwości, a dokładnie 1,3.
Pewnie była w ciągu, choć mówiła, że nie pije.
Podobno chce się zabić. Tak twierdzi, ale ona z reguły kłamie.
Zwlaszcza mnie.
I nie odbiera telefonu. Ze wstydu?
Niech się zabija, ja jej już  nie pomogę, kiedyś załatwiłam jej leczenie, nie docenia tego cudownego, pieprzonego życia.
Musi spaść na dno, w muł i smród rynsztoka, inaczej się nie odbije.
Dzwoni do mnie mój brat. Był na grobie Ilonki. Jak co miesiąc zresztą.
Układa sobie życie na nowo, ma wspaniałą kobietę u boku, znowu jest szczęśliwy.
Ilonka ją znała,  jestem pewna, że akceptuje wybór i  jest spokojna i zadowolona.
Szkoda, że nie wszyscy się z tego jego szczęścia w nieszczęściu cieszą, ale nie da się zmienić losu,  Ilonka nie żyje, a On tak.
Grzech dalszego życia bez Ilonki,  doprawdy wielkie to zawinienie. 
Szkoda, że… ech… może czas Im wyleczy rany.
Moja ukochana Starsza śle z Tunezji lakoniczne sms-y.
Wczoraj szczęśliwie wylądowała na tunezyjskiej ziemi, w hotelu w paszport wsadziła 20 $, a to dlatego, że inni dawali 10, chciały się dziewczyny pozytywnie łapówkarsko wyróżniać i… mają piękny trzyosobowy pokój z tarasem, od najbardziej pożądanej strony, a ja sobie myślę, jaki bałagan będzie na tym trzecim, dodatkowym łóżku.
I po kim ona ma ten spryt?
Pieprzone geny. Noszą w sobie tyle tajemnic i niebezpieczeństw.
A jak tak dalej pójdzie, zabraknie jej kieszonkowego.
A teraz jest późny wieczór, wyładował mi się telefon, siedzę w pracy, piszę, mam pieprzony święty spokój, młodsze dziecko samo w domu z zagipsowanym kotem, jutro robię sobie wolny dzień, może trochę posprzątam dom, pohołubię Gusię, pojadę dokupić wrzosów, bo na tarasie wyglądają cudownie, sobotę mam towarzysko pięknie zorganizowaną, w niedzielę pójdę z córką do kina, tylko tego smutku nie ma jak przegonić, jak się kogoś lubi, to się czuje to co on.
Ech, popieprzone życie.
Li.

Dla wszystkich zainteresowanych:)

9 sierpnia, 2011
Wczoraj w nocy przyszła na ten nie najlepszy ze światów dziewczynka- Martusia, waży 3650 i ma 55 cm.
Sylwia urodziła córeczkę i niech jej się darzy!
Sytuacja materialna tej rodziny jest nadal bardzo ciężka, ale  partner Sylwii pracuje, niech  chłopak się stara, czwórka dzieci to jest wyzwanie. Nie odzyskał niestety pracy sprzed aresztowania, teraz zarabia poniżej minimum, ale pomaga im opieka społeczna, a czasem i dobry człowiek się trafi.
O mężu i tatusiu pierwszej dwójki ani widu ani słychu, przepadł gdzieś na świecie i lepiej dla niego by nie  wracał.
Dziś wtorek-potworek.
Mam w kalendarzu zapisanych tyle czynności, że to będzie straszny dzień, a przecież przede mną jeszcze pakowanie dziecka, ostatnie rady, wymuszanie solennych obietnic, jakieś zakupy, ech… byle do wieczora.
Dziś Bobcio ma mieć operację, wczoraj dzwonił do mnie koci ortopeda, jakoś tak dziwnie rozmawia się o pacjencie Bobciu, nieco to groteskowa sytuacja, haha, ale najważniejsze, że wszystko idzie w dobrym kierunku i na razie nie ma mowy o amputacji, będzie walka o Bobciową łapkę.
Wstaję z łóżka, nie chce mi się jak jasny gwint.
Li.

Poniedziałek w deszczu, to i myśli mokre.

8 sierpnia, 2011
Usamodzielnianie dzieci  wiąże się ściśle na supeł ze zmartwieniem i stresem.
Nic nie poradzę na swoją naturę matki-kwoki. Walczę z tym, ale co myślę to moje.
Starsza wyjeżdża za dwa dni do Tunezji. Na całe dwa tygodnie, tylko ona i jej „najlepsza przyjaciółka”.
Pomijam fakt, jak wiele zabiegów kosztowało mnie przekonanie rodziców przyjaciółki, że dziewczyny są odpowiedzialne i dadzą sobie radę.
Szczerze w to wierzę, ale stracha mam. Kraj arabski to kraj arabski.
Dziewczyny się cieszą, a ja nadrabiam miną.
W środę odwożę je na lotnisko i potem będę rujnowac się na telefony.
Jak zwykle konsekwentna niekonsekwencja, ech…:)
Minęła połowa wakacji.
Kleparz zasypany astrami, przynoszą ze sobą obietnicę rychłej jesieni, kolejnych urodzin, kolejnej zimy, kolejnych noworocznych postanowień, kolejnego podświadomego czekania na lato, kolejnego rozczarowania, że jest jak jest i kolejnej nadziei na zmianę.
Pada deszcz, jestem jeszcze w łóżku, piję pyszną kawę z mojego nowego ekspresu, przybywa mi rzeczy, ubywa oczekiwań, ale wcale to nie znaczy, że równowaga zostaje zachowana.
Mam za dużo po stronie stresu, za mało po stronie emocji, nadwaga przedmiotów, niedowaga życiowej radości… ech, tu zrobic porządek, to byłoby coś.
Za pół godziny kończy się obchód w klinice, czekam na wieści o moim kocim syneczku.
Tak! Przejmuję się losem mojego kota, byle dachowca, codziennie śpi w moim łóżku, budzi mnie zimnym noskiem, cieszy się na mój widok, biegnie szybko z podniesionym ogonkiem,  gdy wracam do domu, podsuwa łepek do pieszczot, reaguje na imię i polecenia, lubi tuńczyka w sosie własnym i jest kocim rozrabiaką, ciągle coś mi tłucze i rozwala.
Tak, przejmuję się losem mojego kota.
Przejmuję się też losem Chustki,  zastanawiam się jak można Jej pomóc, a gdy będziemy zbierac pieniądze na dalsze leczenie, to będę bardzo na Was liczyc, bardzo.
Li.

Dobre wiadomości.

7 sierpnia, 2011
W tej „Arce” to są jednak cudotwórcy.
Bobcio jest już kontaktowy, domaga się pieszczot, nie może jeśc, ale dokarmiają do pozajelitowo.
Stan polepsza się z godziny na godzinę, jutro będzie podjęta decyzja co do operacji łapki i żuchwy.
Jadę w plener, życie znowu jest piękne:)
I muszę zastanowic się nad nowymi zabezpieczeniami, nie przeżyję następnego razu!
Miłego dla Was!
Li.

Bałam się i stało się.

6 sierpnia, 2011

Bobcio się doigrał.
Nie wiem czy przeżyje, noc była koszmarna, od weterynarza wróciłyśmy o drugiej, przygnębione, bo nie jest problemem pogruchotana tylna łapka, a problemem jest prawdopodobnie pęknięty pęcherz i stłuczone nerki.
Dziś operacja, czekam niecierpliwie na godzinę dziewiątą.
Bobcio, mój kochany niepokorny Bobcio, pokonał wymyślne zabezpieczenia z siatki i znajdując niewidoczną dla moich oczu szczelinę przecisnął się na wolnośc.
Pozornie to było śmieszne- wędrując dachem wchodził przez okno na poddaszu do sypialni mojej sąsiadki Lucy, mościł się na łóżku,  a ona wysyłała mi sms-a:” Jest u mnie Bobcio”.
Zawsze wracał!
Gdy nareszcie założyłam  siatkę,  to odetchnęłam z ulgą.
Niesłusznie.
Zaimponowały mi moje dzieci, naprawdę!
Bobcio spadł z wysokości kamienicznego czwartego piętra na beton na podwórku, na oczach Karolci. Obie córeczki błyskawicznie podjęły akcję ratunkową, zalane kocią krwią nie straciły glowy, zadzwoniły po mnie, ułożyły kota w plaskim koszyku, okryły… ech, zero paniki, w przeciwieństwie do mamusi.
Jadę, trzymajcie kciuki za tego huncwota, kocham go bardzo,
Li.

Update:
Pierwszy weterynarz o 21.00  kiwał głową i założył prowizoryczny opatrunek na otwarte złamanie z licznymi przemieszczeniami. Dał znieczulenie i odesłał do dziś na 11.20.
Drugi weterynarz o 1.30 w nocy założył drugi opatrunek, tym razem solidniejszy, bo z tamtym półprzytomny Bobcio rozprawił się w 5 minut. Dał kolejne znieczulenie i kazał przyjechac na 9.00. Podobno na operację.
W międzyczasie dziś rano trzeci polecony weterynarz skierował nas do Kliniki Zwierząt „Arka„.
I nareszcie tutaj poczułam nadzieję.
Bobcio został w szpitalu, na razie nie ma mowy o operacji, ma w sobie za dużo środków znieczulających, obrzęk mózgu, obrażenia wewnętrzne z którymi trzeba się uporac. Do operacji musi się wzmocnic.
Ma złamaną żuchwę, tragicznie połamaną łapkę, kto wie czy nie skończy się to amputacją.
Nie ma z nim kontaktu, leży jak kłoda, ale żyje.
W południe wróciłam do domu.
Jestem wykończona, marzę o łóżku, ale…  ale mam dziś gości, więc robię papardelle z borowikami, muszę też posadzic róże, posprzątac poratunkowy bałagan, robię kawę i odganiam smutek.
Będzie dobrze, bo nie może byc inaczej.
Nie życzę sobie komentarzy typu „to tylko kot”.
Tam dom Twój, gdzie kot Twój.
Jestem za niego odpowiedzialna.
Li.


Było, ale mam ochotę.

28 lipca, 2011
Lola w komentarzu pod notką poniżej przypomniała mi stare dobre czasy, gdy… och, mhmmm, mniam:)
Upały na pewno wrócą, więc przypominam o ochłodzie chłodnikiem.
I tak sobie myślę… mhmmm… ulubione  stosunki kuchenne…  może czas  napisac coś nowego?
Przepis na chłodnik-wersja dla kobiet:
Celem wprowadzenia odrobiny chłodu w  ciepłe stosunki, zdradzę przepis na chłodnik- a nawet tajemnicę paradoksu chłodnika- dobrze przygotowany zarazem chłodzi i ogrzewa.
Bo z chłodnikiem jak z gwałtowną miłością- koniec jest zimny, ale początek gorący i to w kolorze czerwonym, gdy żądze powodują masakrę wśród botwinki, siekanej na drobne kawałeczki, łącznie z jej sercem w postaci małego buraczka.
Wrzucenie tych posiekaności na odrobinę gorącej wody, wywołuje ekstatyczne jęki z garnka- na szczęście dla obyczajności jęki te niedostępne są dla ucha zwykłego czlowieka- ich wysoka częstotliwość i zawarte w nich wyuzdane treści niepokoją natomiast koty.
Na gorące i seksowne spotkanie posiekanej botwinki, buraczka i wody przeznaczam okrutnie tylko parę minut- wystarczy to jednak, by początkową sztywność… surowca doprowadzić do tak upragnionego stanu bezbronnej miękkości…
Odstawiam to towarzystwo na bok, by ochłonęło z emocji i teraz mam do wyboru dwie czynności- w zależności od fantazji sięgam najpierw po jaja, lub też delikatnie pieszczę w dłoniach ogórki o fallicznym kształcie…, ech, te fantazje matki-natury- tak prowokujące swoim kształtem, ciekawe, ileż to ogórków zostało zmiażdżonych przez żądne zemsty kobiety!
Dziś nie miałam jednak czasu na finezję i pieszczoty, i tak jak w niemieckim serialu (nie)obyczajnym- jaja do garnka i niech same dochodzą do twardości, a ogórki bez bielizny, nagie i nagle jakieś takie śmieszne posiekałam w słupeczki. By jednak nie zostawiać ich tak całkiem gołych, przykryłam je gustowną zieloną kołderką z koperku. Dodanie kilku wyciśniętych ząbków czosnku  było fantazją, będącą pozostałością romansu z pewnym Grekiem Tzatziki, od tej pory połączenie ogórka z czosnkiem ma dla mnie nieodparty urok przyjemnych wspomnień.
W czasie rozbierania ogórków jaja najwyraźniej pobudzone ich widokiem, osiągnęły stan doskonałej erekcji- ich twardość, tak widoczna gołym okiem, szybko jednak została przeze mnie złośliwie zlikwidowana za pomocą tarki o grubych otworach- jęki mogłyby obudzić umarłego, ale na mnie nie robiły wrażenia- nie ma to jak zmasakrowac od czasu do czasu jakieś jaja.
A potem tylko miękkie przyjemności  rozbitego w blenderze na gładko kwaśnego mleka w mezaliansie z kefirem, pomieszanie z botwinką, ogórkiem z koperkiem, jajkiem, pieprzenie i dla niepoznaki-solenie.
Orgia, prawdziwa orgia,  gdy smaki się mieszają, wnikają w siebie i samo życie, gdy miłość z czerwoności popada w różowości- ot, takie wyblakłe uczucie, koniecznie podbite zapachem czosnku, z chrupiącym między zębami ogórkiem, z miękkimi cząsteczkami jajka, które tak gładko się połyka…
Chłodnik wchodzi  aksamitnie, bez wysiłku, lekko, dużo i bez brzemiennych w kalorie konsekwencji.
Doskonały kulinarny kochanek na  upalne dni.
Perwersyjnie można dodać kilka pokruszonych włoskich orzechów, mhmmmm….ten leciutki opór….zębów….mhmmmm…
Paradoks rozpalenia zimnym chłodnikiem.
Wystarczy wąski strumyczek dla ochłody pomiędzy piersi….mhmmmm….
Przepis na chłodnik-wersja dla mężczyzn:
– Wyjmij z lodówki, to co kupiła Twoja kobieta: kefir, jajka, ogórki i botwinę. Nazwa botwina może Cię spłoszyć, ale spokojnie- to nic innego jak nastolatkowe buraczki z liśćmi.
– Przygotuj gar z gorącą wodą, co oznacza-uwaga- nalanie do garnka wody na wysokość 2-ch centymetrów.
– Botwinę umyj dokładnie, wypłukując spośród liści cząsteczki ziemi- uwierz mi, ma to znaczenie dla dalszej konsumpcji…
– Liście posiekaj nożem na drobne kawałki, nie dłuższe niż 4 milimetry, ale proszę- nie koncentruj się na porównywaniu jednego kawałka do drugiego, w tym akurat przypadku wielkość ma niewielkie znaczenie….
– Uważaj na palce, ups…odcięty?
– Po wizycie Pogotowia Ratunkowego, które opatrzyło Twoją rankę na paluszku, buraczki pokrój na cienkie plastry i pokrój w słupeczki, inaczej rzecz mówiąc- w prostokąty, o dwóch bokach wyraźnie dłuższych od pozostałych.
– Wrzuć to wszystko do gotującej się wody na parę minut, powiedzmy 4.
Gdy botwina dochodzi, zajmij się jajami, ale proszę- nie stosuj tu wykładni rozszerzającej- mam na myśli wyłącznie jaja kurze.\
– Kilka jajek, ilość w zależności od upodobań, ugotuj na twardo. Daj im 9 minut, na pewno w tym czasie dojdą do stanu twardości,
– Botwina się studzi, jaja dochodzą, czas na ogórki- po pierwsze je rozbierz- to powinno przyjść Ci bez trudu. Po drugie posiekaj, a po trzecie dodaj do nich czosnek, ale nie w całości-wyciśnięty przez praskę.
A teraz czas na clou programu, skup się (przez te parę sekund nie myśl o seksie) i:
– miękką, wystudzoną botwinę połącz z ogórkami, czosnkiem i startymi na grubej tarce jajkami (nie pisałam, że trzeba je obrać ze skorupki, wystudzić i zetrzeć na grubej tarce?),
– pieprz ile chcesz 
– posól
 -wrzuc to wszystko do  ubitego i wolnego od grudek kefiru… nawet nie wspominam Ci
o zsiadłym mleku…
Daj sobie parę minut, by smaki się połączyły, a ostateczny smak to… mhmmm….
Li.
P.S. Wersja de luxe, dla zrobienia wrażenia: zamiast jaj kurzych, użyj przepiórczych- są małe, ale warte uwagi- podaj je w chłodniku przekrojone wzdłuż. Efekciarskie.

Szukałam i znalazłam!

28 lipca, 2011

Weszłam tu. Zachwyciłam się.
Zrobiłam zakupy, cztery  piękne  pnące sadzonki.
Tylko cztery, bo najpiękniejsze róże będzie można kupić dopiero jesienią.
Na razie z niecierpliwością będę wyczekiwać tych czterech pierwszych krzewów, które staną się zaczątkiem mojego rosarium. Nie mam pojęcia o hodowli róż, ale instynktownie czuję, że nam wyjdzie.
I jakie to będzie wyzwanie!
Szukam poradnika hodowcy róż i za rok „ja Wam pokażę”!
:)
Li.


Dylematy imprezowiczki, wcale nie imprezowo nastawionej.

28 lipca, 2011
Chce mi się nic, a tydzień wymaga ode mnie ponadnormatywnej aktywności, zwłaszcza w zakresie przemieszczania się po naszym pięknym kraju.
W piątek mam być w Warszawie na urodzinach mojego ukochanego przyjaciela Hieronima. Jak było jeszcze daaaaaaleko do tego właśnie piątku, to jaaaaaaaaaaaaaaasne, że miałam przyjechać. Wynajęta „Fabryka Trzciny” i na pewno świetna muzyka, jak to u Hirka.
Ale dziś mi się chce jakoś mniej, bo w sobotę muszę być w Opolu na ślubie i weselu  kolegi Artura.
No i co mam zrobić?
Obecność jest obowiązkowa i tu i tu.
Hirek ma zajęty kawałek w moim sercu, a z Arturem łączy mnie prawie trzydziestoletnia znajomość i wspólne przejścia w jego sprawie rozwodowej.
Dziś czwartek, a ja ciągle jeszcze nie wiem co mam zrobić.
Mam z tego powodu zły humor, bo któryś z nich obrazi się na mnie na bank.
O Arturze i jego historii pisałam na starym blogu.
Udało się z rąk tej kobiety wyrwać jedną córkę, a teraz  mimo przyznania mu przez Sąd prawomocnym już wyrokiem opieki również i nad drugą córką (cztery rozprawy apelacyjne! rekord prawdziwy, znienawidziłam podróże do Wrocławia), nie ma do niej dostępu. Nie widział jej od marca.
Artur przeciwny jest niestety wariantowi siłowemu, walczymy o egzekucję wyroku via Sąd, a Sąd nierychliwy…
(Warto obejrzeć ten reportaż pod linkiem, dziennikarzy wezwała była żona, ale mam wrażenie, że obróciło się to przeciwko niej. Oto jaki los rodzice potrafią zgotować swoim dzieciom- ku przestrodze!)
Komentarze pod reportażem są zablokowane, bo to był sączący się strumień pomyj wylewanych oczywiście przez P. Beatę- ma kobieta niepowtarzalny styl pisania, wprost nie do podrobienia.
I pomyśleć, że przy okazji tej sprawy mogłam być sławna na cały kraj, a przynajmniej wśród widzów Polsatu, bo w trakcie kręcenia reportażu dziennikarz chciał ze mną przeprowadzić wywiad,  dzwonił i dzwonił, ale ja… ech… to był piątkowy wieczór, impreza jakaś nieistotna, telefon nieodebrany, bo nieusłyszany, na sławę trzeba będzie jeszcze poczekać :)))
Ciekawa jestem Waszego zdania,  po której  stronie jesteście?
Ja oczywiście nic nie sugeruję…:)
Li.

To nie jest wina poniedziałku, że jest jak jest.

25 lipca, 2011
Narzekam na trudy życia, ale chyba jednak grzeszę, skoro zaczynam poniedziałek w łóżku.
W domu cisza- Starsza pracująca córka odsypia trudy wczorajszej popołudniowej zmiany, Młodsza od wczoraj u babci po mieczu, koty  poprzytulane do siebie nawet nie otwierają oczu, pies jeszcze nie wyszedł spod kołdry, atmosfera wyraźnie nie sprzyja przejawom aktywności.
Siedzę wygodnie umoszczona w ciepłym świetle lampy.
(Jest mi błogo i miło).
Piję kawę z mlekiem  i czytam wiadomości.
Jestem w swoim domu i czytam o zabitych na wakacyjnym obozie  dzieciach.
(Na górze w  pokoju śpi spokojnie moja córka).
Wypijam kolejny łyk i czytam o Amy Winehouse.
( Jej płyty stoją na mojej półce).
Poprawiam kołdrę.
( Z laptopa wypada informacja o ludziach  masowo umierających z głodu w Afryce).
W sobotę byłam z Gusią na Harrym Potterze. W 3D.
Zaskakujące, jak bardzo osadzony w realiach naszego strasznego  świata jest ten film.
Zaczyna się nowy tydzień.
Li.

W czasie deszczu taras się nudzi.

24 lipca, 2011
Przez tę dziurę po lewej stronie zdjęcia koty wychodzą na dach.
Pomiędzy donicą z wiciokrzewem, a clematisem.
Jest się czego bać, prawda? Ale już zamówiłam mocną, acz przezroczystą siatkę.
Skończy się mój strach.
/Zdjęcia można powiększać przez kliknięcie/.
Mam jeszcze wolne dwie skrzynie, tę poniżej chcę obsadzić wisterią.
W lewym rogu wdzięczy się pnąca hostensja. Mam nadzieję, że za rok zakwitnie!
Widok przez szybę. Lobelia niebieszczy się naprawdę wyjątkowo!
Piję kawę patrząc zza szyby na mokry taras.
Cudowną mam niedzielę, niespieszną i spokojną.
Karolina w pracy, Gusia dwie godziny temu pojechała do babci po mieczu, będzie tam tydzień, cieszę się bardzo, w czasie deszczu dzieci się nudzą, a tam będzie przynajmniej nudzić się w towarzystwie ulubionej kuzynki.
Mam jeszcze dwie wolne skrzynie na tarasie. Chcę je obsadzić powojnikami i marzy mi się wisteria.
Ach, wisteria! Ktoś wie, czy uda się na tarasie?
(I oczywiście nie ma sprzeczności pomiędzy planami sprzedaży mieszkania, a sadzeniem wisterii…)
Li.

Zapowiada się miły czwartek.

21 lipca, 2011
Gusia wraca dziś z obozu. Za „moich czasów” obozy trwały trzy tygodnie, teraz zaledwie 11 dni.
Znak czasu i ekonomii.
Mam polecenie upiec ciasto, bo stęsknione dziecko chce wrócic do domu pachnącego ciastem.
Nie mam czasu na pieczenie, ale mam plan- kupię w cukierni szarlotkę i wsadzę ją na chwilę do gorącego piekarnika. Będzie pachniec w całym domu.
Tylko szaaaaaa….
Po ostatnich burzach nad Krakowem jest umyte niebo i odświeżone powietrze.
Piję kawę na tarasie z widokiem na kwitnące clematisy.
Gdzie będę z moją poranną kawą za rok?
Jestem bardzo ciekawa najbliższej przyszłości.
Li.

Bardzo szczegółowy opis tego, co mi się "przydarzyło wczoraj".

20 lipca, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy staje bezradnie i przez chwilę nie wie co ma zrobić, zwłaszcza gdy na działanie  ma tylko kilkanaście minut…
Obiecałam, że napiszę co mi się „przydarzyło wczoraj”, choć było to już nie wczoraj, a dziesięć dni temu.
Wydarzenie to jednak wryło mi się w pamięć tak głęboko, że bez trudu przytoczę je z najdrobniejszymi szczegółami.
Zbliżała się niedziela, dzień wyjazdu Gusi na obóz sportowy.
W planie obozu były rowery, kajaki, tenis, strzelanie z łuku, basen i siatkówka (a obóz organizował właściciel szkółki tenisowej, miło przystojny Pan Konrad).
Wszystko biegło normalnym torem- w sobotę ostatnie zakupy (Mamaaaaa, a nie muszę mieć własnego kajaka?), pakowanie, ogólny bałagan, ale bez stresu i pośpiechu. Wszak jestem niezwykle zorganizowana, haha- prawdziwy ze mnie  mistrz organizacji na ostatnią chwilę.
Moje plany organizacyjne obejmowały także organizację transportu roweru na miejsce zbiórki (dzieci jechały pociągiem, rowery busem z przyczepą).
Otóż w niedzielny poranek, po piątej rano miałam pojechać sobie wolniutko na awaryjnych, przez puste i przyjazne o tej porze miasto, a za mną miała jechać Gusia na rowerze. Droga na miejsce zbiórki rowerów miała trwać nie dłużej niż 5-6 minut, a potem miałyśmy spokojnie podjechać 500 metrów na miejsce zbiórki na płycie nad dworcem kolejowym. O godzinie 5.50. Pociąg odchodził o 6.10.
Prostota tego planu była wręcz ujmująca.
Minęła noc, budzik zawrzeszczał przed piątą,  a z nieba lały się strumienie wody.
Tego nie przewidziałam.
Odpadł więc punkt z jazdą Guśki na rowerze.
Postanowiłam  wpakować  rower do swojego- cholera jasna- było nie było -dużego auta.
Na to by odkręcić koło, albo kratkę  nie wpadłam nawet po pół godzinie prób wsadzania go na rozmaite sposoby.
Usprawiedliwia mnie fakt działania w ekstremalnych warunkach, byłam przemoczona do dosłownie ostatniej nitki.
Zrobiła się już godzina 5.40 i zrobiło się też bardzo nerwowo. Wpadłam na kolejny genialny plan i zadzwoniłam po taksówkę. Taksówkarz miał pojechać z moim dzieckiem, jej walizką i moim autem, a ja za nimi na rowerze. Taksówka miała być za 5 minut, ale jej nie było. Zadzwoniłam ponownie po 7 minutach, zrobiłam dziką awanturę, a godzina była już 5.50.
O 5.55 przyjechał flegmatyczny starszy pan.
Próba wytłumaczenia mu sytuacji i konieczności dynamicznego działania (Panie! bez dyskusji! ma Pan tu moje kluczyki, jedzie pan na parking pod Politechnikę, ja podjeżdżam na rowerze, rzucam rower i jedziemy na płytę dworca!) zajęła mi jakieś dwie minuty, choć do dziś nie wiem, czemu  uparłam się na jazdę moim autem, skoro i tak jeszcze nie było w nim walizki.
Zanim starszy pan zamknął swoje auto, sprawdzając, czy aby na pewno jest zamknięte, zanim wsiadł do mojego, zanim oglądnął tablicę rozdzielczą, zrobiła się 5.58.
Ciągle lało, ale ja jak Lance Armstrong gnałam przez puste ulice.
Taksówkarz mnie minął, niestety nie po to, by poczekać na mnie przy parkingu. Stojąc na skrzyżowaniu bezsilnie obserwowałam swoje auto jadące już podjazdem na górną płytę dworca.
Wpadłam na parking, rzuciłam rower chłopakom i jakimś cudem sterroryzowałam bogu ducha winnego faceta, który właśnie stamtąd wyjeżdżał.
-Panie, sprawa życia i śmierci, musi mnie Pan zawieźć na górną płytę dworca.
Miły był. Albo przestraszony. Ale zawiózł. Przed szlabanem wysiadłam,  zrzuciłam japonki i boso pobiegłam na przełaj w stronę schodów na peron.
Trafiam idealnie na chwilę, gdy moje dziecko wynurzyło się ze schodów z taksówkarzem dźwigającym walizkę.
Pociąg właśnie odjechał. Na moich oczach!
Dziecko nie wsiadło, bo zobaczyło na tabliczce, że był to pociąg do Poznania, a nie do Kobylej Góry ( cała obozowa grupa zajęła pół pierwszego wagonu, ale w sumie sama nie wiem, czy ta sierota odnalazłaby się z nimi w pociągu).
Opadłam z sił i stałam taka mokra, ubłocona i bosa mając w perspektywie konieczność  dostarczenia córeczki na obóz 300 km w jedną stronę.
(Zobaczyłam jednak jakiegoś plusa w tej sytuacji- dostarczyłam rower).
Weszłam do auta, odzyskałam swoją torebkę i komórkę (taksówkarz dostał je w pakiecie razem z Gusią)
i zadzwoniłam do Pana Konrada.
Opowiedziałam mu swoje przygody, a on mi na to, że już słyszał  opowieść o półnagiej (kompletnie mokra koszulka bez bielizny, miały chłopaki widok), ubłoconej i mokrej kobiecie, która bez słowa rzuciła jego pracownikom rower, porwała z parkingu bezbronnego mężczyznę i zniknęła.
Nie sądził tylko, że to ja….
… ale wszystko dobrze się skończyło.
Gusia pojechała z Konradem i rowerami wygodnym busem, wcześniej Konrad pokazał mi jak w prosty sposób jednym ruchem odkręca się koło,  odwiozłam wciąż milczącego taksówkarza do jego taksóweczki, zapłaciłam pięć dych za jego szkody moralne, wróciłam do domu, jęknęłam zobaczywszy w lustrze mokrego zombie, wzięłam prysznic, wyłączyłam telefon i spałam jak zabita do późnego popołudnia.
.
Morał z tej historii jest jeden- nie wszystko umiem zrobić sama.
Choć w  sumie jest też i drugi- zawsze sobie jakoś poradzę.
:)
Li.

Jeszcze nie wiem co zrobię, ale coś zrobię.

18 lipca, 2011
Brakuje mi wolności.
Kolejny miesiąc poszatkowany datami- do 10-go, do 15-go, do 20-go, do 25-go, ZUS, US, leasigodawca, kredytodawca, telefonodawca i jakoś najpoczciwszy w tym towarzystwie dostawca prądu.
Pracuję dużo za dużo i zarabiam głównie na coraz większe rachunki.
Paradoks czy pętla?
Nie mam pojęcia, czy uda mi się w tym roku wyjechać na wakacje, skupiam się na wakacjach dla dzieci.
Na razie Młodsza jest na obozie, a moja Starsza- aż trudno w to uwierzyć- pracuje. Cały miesiąc! Obowiązkowa, punktualna, przejęta i za 6 zł/h.
Jestem z niej bardzo dumna, ale w sierpniu koniecznie muszę wysłać ją na wakacje…
Cierpię na rodzaj luksusowej biedy, niby zarabiam dużo, a jednak za mało.
Coraz bardziej czuję się zniechęcona i zmęczona.
Brakuje mi wolności od kosztów.
Co miesiąc wpadam w Dzień Świstaka.
Co miesiąc jest coraz gorzej.
Tylko te pozory  jeszcze jakoś się trzymają.
A niech to!
Sprzedam mieszkanie, spłacę kredyt, kupię zwykłe cztery pokoje i pojadę pod jakieś inne niebo!
Dojrzewam do myśli o rewolucji, bo piękna kuta balustrada, cudowny zakwiecony taras, przestrzeń
i ametysty w łazience nie są warte straconego czasu na życie.
Albo wybuduję sobie coś nowego, przytulnego i koniecznie bezkredytowego.
Najważniejsza w życiu jest wewnętrzna  wolność i święty spokój.
Oraz od czasu do czasu szczypta szaleństwa z weekendem w Barcelonie w tle.
Czyż nie mam racji?
Li.

Jestem. Bo jak nie tu, to gdzie?

11 lipca, 2011
Stoję przyklejona do barierki tarasu i serce mam ściśnięte strachem.
Mój ukochany Bobcio, biały kocur o dwukolorowych oczach wskoczył na dach sąsiedniej kamienicy i tyle go widziałam.
– Bobcioooooo, Bobciooooo….- mój rzewny zaśpiew dominuje nad okolicą zagłuszając szum miasta.
– Bobcioooooo, Bobcioooooo- łzy lecą mi po policzkach, a zwyrodniała wyobraźnia podsuwa obraz kota bezradnie  lecącego na ziemię z wysokiego czwartego piętra.
– Bobcioooooo…- po godzinie wołania głos mam już nieco schrypnięty.
-Bobcioooooo… kici, kici….- płaczę, a wieczór zasłania mi widok na okoliczne dachy.
– Bobcio!- z impetem trzaska okno w oficynie po przekątnej, prawie  vis-a-vis.
-Bobcio!- wrzeszczy sąsiad w przepoconej koszulce i o zmierzwionych włosach!
-Bobcio! Wracaj, bo  cię zapierdolę!
….
Minęło kilka dni.
Bobcio niewdzięcznik po kilku godzinach -rzecz jasna- wrócił, lekko szarawy od łażenia po krakowskich dachach.
Drogę ku dachowej wolności przez dziurę między clematisem,  a lawendą odkryła też Sasza i tyle ją widziałam…
-Saszaaaaa, Sasza…..- rzewnie wołam. Znowu łzy i ściśnięte serce.-
-Saszaaaaaa, Sasiulciuuuuu….
Trzask okna:
Sasza! Ciebie też zapierdolic? Ile kurwa  tych kotów?
….
Cztery,  proszę sąsiada.
Nie mam pomysłu jak te cholery utrzymac na tarasie. Szybki myk i już ich nie ma.
A ja umieram ze strachu.

Wróciłam.
Kto się nie cieszy, ten trąba.
A jak Wam opiszę co mi się przydarzyło wczoraj… ech:)))
Li.

No tak.

28 czerwca, 2011
Im dłużej nie  piszę bloga, tym mniej tego pragnę.
Coś czuję, że ten etap życia zaczynam mieć za sobą.
Do internetu zaglądam w celach zawodowych, czasem na jakieś blogi, ale już bez specjalnego zainteresowania.
Dni przynoszą mi nowe sprawy, a wieczory spędzam nader przyjemnie.
Są dni, że  tłucze się we mnie depresja i poczucie beznadziei, ale staram się z tym walczyć, albo poddaję się idąc spać. Łóżko i wciąż niezmienne bezpieczeństwo kołdry to ciągle moi sprzymierzeńcy.
W sumie to sama jeszcze nie wiem.
Albo przeczekam moje niechęci  i wrócę do pisania, albo zamknę za sobą drzwi i pozostawię się samotną w sieci.
Do niczego nie mam zamiaru się zmuszać, cenię sobie luksus wyboru.
W sobotę na cały dzień jadę do SPA. Możliwe, że nabiorę zapału…:)
Całusy!
Li.

Jak zwykle (nie)usprawiedliwienie.

14 czerwca, 2011
Nie mam czasu na bloga i na facetów.
Zestawienie jednego z drugim, odejmuje jednemu i dodaje drugiemu, albo odwrotnie.
I tak będzie conajmniej do czwartku, mam bardzo dużo pracy, pilnej pracy i mam bardzo duże potrzeby, pilne potrzeby.
Jedno jest zależne od drugiego, albo odwrotnie.
Z każdej strony pchają się do mnie stresy i kłopoty, ale na szczęście gdzieś tam dołem przemykają różne drobne przyjemności, wykorzystuję je do cna. Bezlitośnie.
Życie to jest jednak beznadziejnie piękna sprawa, ech…
Miłego!
Li.

Notka z serii sprawozdawczych.

9 czerwca, 2011
Nie wyrabiam. Nagle dopadła mnie taka narkotyczna chęć pisania, że … piszę.
Poza tym normalnie żyję, czyli ciągle popadam w tarapaty, z których wydobycie się zabiera mi sporo czasu. Dość wspomnieć wczorajszy dzień: musiałam jechać do Myślenic. Pamiętałam oczywiście o tym,  że auto mam na rezerwie, ale jakoś tak kojarzyłam, że to zupełnie świeża sprawa. (Wskaźnik w aucie i  owszem pokazuje  ładnie,  ile mogę jeszcze przejechać kilometrów, ale z niezrozumiałych przyczyn na cyfrze 50 zamienia się w pulsujący dystrybutor).
Pulsowalo mi tylko dwa dni, przysięgam!
I właśnie miałam zamiar jadąc do Myślenic podjechać na stację, gdy los skierował mi koła na Kleparz, na pocztę.
A potem przejechałam tylko dwa metry, stanęłam na środku drogi, za mną sznur aut i ich klaksonów.
Koszmar i kompromitacja.
Panowie kleparzowi zepchnęli mnie na bok i sobie poszli.
Zrobiłam casting wśród kolegów na tego, który najszybciej przywiezie mi kanister z paliwem. Padło na K., czekałam na niego zaledwie 50 minut, ale czym to jest wobec wieczności.
Wieczorem za to miało byc naprawdę miło, umówiłam się do kina na „Kac Vegas 2”, byłam pewna że w „Galerii Kazimierz” , dumna z siebie  że przyszłam pierwsza z przykrością dowiedziałam się, że to była „Bonarka”, szybki rajd, ech… i na początek nie zdążyłam.
(Za to śmiałam się jak pijana norka, świetny film, jak na taki film).
Potem już bez żadnych przygód spędziłam wieczór w ogródku nowej restauracji, bardzo klimatycznej na Gazowej 4, tam gdzie dawniej była Brasserie, a teraz jest Studio Qulinarne.
I tyle, sami widzicie- zajętość za zajętością, zarobiona jestem  i jeszcze to pisanie…
Na maile od Was drogie Katarzyny, odpiszę w weekend, a partner Sylwii, nasz niesforny Pan Piotr jutro wychodzi z aresztu.
No! Jeden kamień mniej!
Li.

Chwila prawdy.

7 czerwca, 2011
Książkę to jednak trudno się pisze.
Zwłaszcza jak samokrytycyzm sięga nieba, a poczucie własnej wartości męczy się w piekle.
Próbuję, piszę, kasuję, kreślę, zmieniam, szukam swojej drogi i tej szczególnej chwili,  gdy palce złapią  właściwy słowa rytm i zacznę tańczyc wśród szybko spadających na białą kartkę monitora literek.
Uwielbiam tańczyc, ale na razie z trudnością przestępuję z nogi na nogę.
Książkę to jednak trudno się pisze.
Co ja sobie myślałam?
Li.

Spokojnie, to tylko awaria wewnętrznego ciepła.

6 czerwca, 2011
Gdybym miała zwerbalizować wszystkie moje pragnienia i tęsknoty, ekran rozżarzyłby się do czerwoności od tych emocji. Bo ja w swoim środku pragnę wszystkiego co ciepłe i gorące.
Na zewnątrz może byc zimno, lubię gdy przez okna otwarte na  świat wpada zimne powietrze.
Lubię zewnętrzny chłód.
Lubię  mróz na policzkach i zmarznięty czubek nosa.
Ale popełniłam błąd w obliczeniach, dla energetycznego bezpieczeństwa wpuściłam w siebie niebezpiecznie dużo chłodu, odpowiada za zimne serce, nieczułe myśli, ścięcie dłoni mrozem do granic niezdolności do ciepłego gestu, do czułości i miękkiego dotyku.
Otoczyłam się pokrywą lodową, nie pozwalam, by doszło do mnie ciepło, w mojej prywatnej walce
z globalnym ociepleniem mam prawdziwe sukcesy- ja nie topnieję, wciąż jestem jednym lodem, lodowy pancerz skutecznie zniechęca każdego, bo nie wystarczy ogrzać mnie tylko samym oddechem, ja potrzebuję znacznie więcej.
Nie chcę topić się trochę i znowu zamarzać, chcę by moje lodowe okowy pękły raz, a skutecznie, z hukiem, który mnie ogłuszy i otumani…
Nie mam już czasu i ochoty na odwilże i przymrozki, chcę mieć za sobą epokę zlodowacenia nieodwracalnie, nie chcę w sobie więcej zimy, pragnę słonecznego lata i bardzo późnej jesieni.
I tylko tak sobie myślę, że mam chyba dwa serca, bo to drugie jest tak pełne czułości i miłości dla moich dzieci, że aż goreje.
Podjęłam ważną decyzję i znowu wywrócę sobie życie do góry nogami.
Oj, będzie się działo!
:)
Li.

Powody do NIE-ZA-KOCHANIA.

2 czerwca, 2011

Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to świat szarzeje, a niebo chyli się do piekła pod ciężarem raju pełnego niezrealizowanych obietnic.

Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to jej dusza cierpi ból od zderzeń fikcji z rzeczywistością, ciało pada z wysiłku od gonienia wyobrażeń, a wrażliwość popada w destrukcyjny samowstyd za swoje zaślepienie.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to świat szarzeje, ale nadal idzie w tym samym kierunku, bo rozczarowanie kobiety mężczyzną nie jest niczym ważnym, nie wpłynie na losy świata.
(Ot, jednostkowa to tragedia, może komedia, tragifarsa, melodramat…).
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to powstaje dziura, w którą wpada następny obiekt do rozczarowania, to taki łańcuch rozczarowań o dłuższych lub krótszych ogniwach, wieczny recycling chwilowo czarującego mężczyzny rozczarowującego za każdym razem inną kobietę.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to ma o czym rozmawiać z innymi kobietami, bo takie rozczarowanie jest jak defloracja wpisane w życie prawie każdej kobiety.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to zawsze ma nadzieję, że to ostatni raz.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną to daje mu prawo do zaczarowania rozczarowania złudzeniami.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to czasem długo czeka, aż rozczarowanie minie. A to tylko życie mija, nic innego.
Ja to jednak za dużo wiem, by się zakochać.
Li.

Akcja „Sylwia”:
Wojciech
Paulina
Karolina
Agata
Doszło 117,85 złotych. W sumie 5007,86 złotych. Plus 135 dolarów. Ale fajnie:)
Dzięki wielkie dobrym ludziom z Lego, paczka doszła, a piski  radości słychać było w całej Hucie.
Dzięki też za paczkę od Anny, witaminy są dokładnie takie jakie mają być!
Sylwia fatalnie znosi upały, ale jest szczęśliwa i spokojna.
Cel został osiągnięty, moi Drodzy, Kochani, Hojni i  Najlepsi Czytelnicy. I Dano:))
Mocno całuję!


Czepialska notka.

30 Maj, 2011
Otoczona przez ponure problemy, szukam okazji do śmiechu z byle czego.
Czasem trafiam fatalnie- tak jak na wczorajszy film „Woda dla słoni”, doprawdy nie mam pojęcia jak mogłam iśc na coś tak smutnego. Na szczęście później siedziałam w miłym towarzystwie na barce na Wiśle, palily się świece konkurując z zachodem słońca, wino przyjemnie spływało w dół (zdecydowanie lepiej brzmi to bez wizualizacji), było jakoś tak wakacyjnie… są takie miejsca w Krakowie, gdzie jest się daleko stąd.
A dziś się pośmiałam. Wyjdę pewnie na zołzę, na czepialską zołzę, ale pewne rzeczy świadczą o człowieku… jak macie wpisane do telefonu swoje dzieci? Zbulwersowana Młodsza doniosła mi, że i ona i Starsza w telefonie ojca figurują z imienia i nazwiska. Bez zdrobnień. Mnie też tak wpisał, ale między imieniem a nazwiskiem jest przerywnik- ex wife, haha, jestem Monika ex wife i tu nazwisko. Żeby nie zapomniał?
Albo dla porządku… haha, zdecydowanie dla porządku.
Mnie to tam może wpisywac jak chce, ale dzieci?
Jak wpisujecie swoje dzieci? Moja Starsza u mnie w telefonie to Bimbuś, a Młodsza to Gusiek.
Z imienia i nazwiska mam wpisanych klientów i natrętów. Kontakty formalne.
(A kobieta koń wpisana jest wyjątkowo pieszczotliwie, to tak tytułem kontrastu, ale przecież wiadomo, że ja to się czepiam).
Szkoda tylko, że tata dał dziecku telefon do zabawy, a dziecko ciekawskie.
Z czego morał, że komórki naprawdę są niebezpieczne… dla emocji.
Li.

Cześć i czołem:)

26 Maj, 2011
Z przyjemnością zauważam nowe IP. Dużo nowych IP.
Beznamiętne bebechy bloga pokazują nawet i to, że sięgacie do pierwszych notek (to już wiecie, że miewam ataki logorei).
Domyślam się skąd do mnie trafiliście, ha! Nie ma to jak zakumplować się ze świetnie pisanym  blogiem.
Witam więc serdecznie, robię kawę z mlekiem, herbaty wszelakie i co tam jeszcze chcecie, uwielbiam mieć gości.
Nawet w taki dzień jak dziś, gdy zawalona pracą nie mam czasu na opisanie subtelnego  powiewu rześkiego powietrza i niebieskiego nieba.
Miłego dnia!
Li.

Przelotem, bo tonę w robocie, a przecież nie umiem pływać.

25 Maj, 2011
Za oknem bije mi kościelny dzwon, a we mnie bije wezbrane źródło wdzięczności.
Ludzie, no powiem Wam: hoho! Ale jesteście, wiecie?
Istne zaprzeczenie znieczulicy- podnosicie statystyki wrażliwości i wiary w ludzi.
Znowu przybyło!
Od:
Pawła (choć ja wiem, że to od Karoliny, słusznie moja droga Karlo zrobiłaś przelew z konta męża, wszak stara, mądra zasada sukcesu w ekonomii małżeńskiej mówi tak: męża pieniądze, to nasze pieniądze, a moje pieniądze, to moje pieniądze. :))
Barbary
Małgorzaty
Ilony
Dominiki
Szczepana i Jadwigi
Joanny,
Anny.
W sumie więcej o 714,35 zł. Kwota ogólna to: 4890,01 zł. plus 115 dolców.
No!
Donoszę również, że serwisant przeżył, naprawił mi zmywarkę wymieniając wadliwą część (podobno od razu rzucającą się w oczy). Innym jakoś się nie rzuciło.
Dostał kawę, a moje naczynia nareszcie lśnią.
Przykro mi, że nie jestem w stanie wykrzesać z tego więcej sensacji:))
Li.

Padam, ale posłusznie melduję:)

24 Maj, 2011
Nie bylo mnie tu prawie cały dzień.
Padam na nos, ale spieszę ze sprawozdaniem!
Bardzo, bardzo chcę podziękować tajemniczym ofiarodawcom dwóch ciężkich paczek, m.in  z zabawkami firmy Mattel, dzieci przeżyły szok! (Nie mówiąc o ich matce).
A stan konta moi Drodzy, a właściwie nie bójmy się tego słowa- moi Kochani wygląda tak:
Doszły wpłaty od:
Agaty
Małgorzaty
Anny
Dominiki
Zosi i Piotrka
Romany
Moniki
Krystyny.
W sumie mamy więcej o 250 złotych.
Czyli  4175,66 złotych plus niezmiennie 115 zielonych.
Kurczę, dziś miałam okropny dzień- do południa sprawa spadkowa po tacie, co przyjemne nie było nawet dla takiej sądowej wygi jak ja, potem tysiące problemów, w domu kolejny raz zepsuła się zmywarka i wisi nade mną jutrzejsza konieczność zabicia serwisanta, bo inaczej to  mi jej nie wymienią, fatalny wtorek-potworek i przynajmniej świadomość, że jakieś jedno moje działanie ma sens.
Bo wszystko inne to o kant… ech.

Ale a propos sensownego działania, ogłaszam koniec akcji „Sylwia”.
Wpłynęło dość pieniędzy na dwumiesięczne utrzymanie tej miłej rodzinki, a ja nie chcę Was wykorzystywać (poza mężczyznami rzecz jasna, tych wykorzystywać wprost uwielbiam:).
Jakby co, to powtarzamy nasz zryw, ale tylko w sytuacji, gdyby wymiar (nie)sprawiedliwości zapragnął potrzymać jeszcze Pana Piotra w izolacji od społeczeństwa, ok?
Czuj czuj czuwaj!
Idę spać, wprost niemożliwie jestem zmęczona.
W Krakowie upajająco pachną akacje, wróciłam niedawno z Rynku… a ten wieczór taki piękny, że szłam piechotą (i niech wybaczy mi Pan Słowik).
Li.

Cieszę się, że Was mam:)

23 Maj, 2011

I jeszcze dziś od:
Babci B.
Lucyny
Andrzeja
Marcina
Patrycji
Katarzyny
Anny
W puli już jeeeeeeeeeeest  3925,66 zł plus 115 zielonych
Nie macie pojęcia jaka ta dziewczyna jest szczęśliwa!
Ja przy okazji też;-))
Li.