Real.

19 stycznia, 2011
Tata wraca dziś do szpitala po kolejną porcję chemii, a ja mam wyrzuty sumienia.
Poświęcam mu za mało czasu, bo egoistycznie i  rozpaczliwie pragnę, by było normalnie, tak jak zwykle, gdy wpadam do Rodziców jak po ogień,  goniona wiecznym brakiem czasu.
Odsuwam od siebie myśl o przemijaniu,  nie chcę zauważać postępów choroby, w samooszukiwaniu się mam mistrza.
Jestem słaba, zagubiłam się i nie mogę się znaleźć, męczy mnie to (samo)poszukiwanie, rozwiesiłam listy gończe za moim optymizmem.
Pozornie jest normalnie-obiecałam mu ostatniego Forsyth’a, kupiłam go  i cieszę się, że jeszcze  nie dałam, ten prezent jest ciągle przede mną, bo wierzę że mam mnóstwo czasu, w kwietniu ma imieniny. 
Kupiłam mu pierwszą część szwedzkiego sensacyjnego kryminału, przeczytał z zainteresowaniem, część druga ukaże się w maju, ma na co czekać.
Nie chcę słuchać jego dyspozycji co do pochówku, bo przecież mamy na to jeszcze czas.
Nie chcę słuchać niczego związanego z jego odejściem, obecnie nie ma takiej opcji, zaklinam rzeczywistość.
Cieszę się, że płytki skoczyły na 124 i niewiele brakuje im do dolnej granicy normy 140. Marne 16.
Tata jest lekarzem i powiedział mi,  jak będą wyglądać etapy jego umierania.
Po pierwsze:
Po drugie:
Po trzecie:
S-f.
Uciekam od tego, szukam wypełniaczy myśli.
Znowu nie mogę spać.
Za parę godzin zacznie się codzienny ruch.
Jadę zawodowo za Kraków, potem mam spotkania, będzie pośpiech, stres i kawa.
Będę myśleć o tym, by wrócić do domu i w mojej sypialni zamknąć się na świat.
Może uda mi się zasnąć, a może tylko poleżeć w ciemności w otuleniu kołdry, ale nie samej, o nie.
Będą wszyscy: lęki, demony, wątpliwości, zmory, czarnowidy…i  ten cholerny, nie dający się wyrzucić z mojego łóżka strach.
Li.

Do Anny- w odpowiedzi na komentarz.

18 stycznia, 2011
Moje litery zostają ze mną w domu na resztę popołudnia i żądają już tylko przyjemności.
Robię sobie kawę pół na pół z mlekiem, w ulubionym kubku z napisem: ” Jeszcze nie jesteś doskonała, ale  jesteś już całkiem blisko”, układam się na łóżku w ulubionej, acz zabójczej dla kręgosłupa pozycji i piszę co mi w duszy gra.
Moje litery mają malutkie zmarszczki pod oczami i pierwsze siwe włosy, dla świata ukryte pod farbą, ale świetnie widoczne przez moje wewnętrzne oko.
Moje litery przeszły ze mną straszne chwile, współodczuwanie umierania, śmierć i ogromną tęsknotę.
Moje litery razem ze mną dojrzały i z ostrością coraz gorszego wzroku zobaczyły jak kruche jest życie i jak samotna jest śmierć.
Moje litery nie chcą już pisać o kupowaniu butów, których zresztą już tyle nie kupuję.
Moje litery są dalej moją cordon sanitaire przed smutkiem życia i bezwzględnością świata, ale  słabsze i coraz starsze coraz częściej poddają się złym nastrojom.
Nie piszę tak samo? Bo nie jestem taka sama. Wady niestety pozostały, ale życie się zmieniło.
Zmieniły się też priorytety i sposoby (samo)pocieszania na tym najgorszym ze światów.
Moje litery są moje i mówią moim głosem.
Tulę je więc mocno do siebie, odpieram złe wciórności i czekam na ten magiczny moment, gdy znowu przyjdzie czas bezpieczeństwa, miłości, odprężenia i przekonania, że cokolwiek się stanie nie jestem sama.
Bo teraz jestem sama wśród problemów i nie chce mi się udawać, że jest inaczej.
Gdybym pisała tak samo jak kiedyś, „z radością, bez myśli przewodniej„, nie byłoby to takie prawdziwe.
I jednak, mimo wszystko mnie czytasz. A ja będę dalej pisać, raz tak, a raz tak.
Czasem słońce, czasem deszcz, i w radości i w smutku.
Li.

Spadam, ale się wznoszę.

17 stycznia, 2011
Zmuszona przez okrutny los do aktywności od  wpół do siódmej rano, rozmrażałam auto   w szarościach i mgle i miałam ochotę spłynąć wraz z lodem w odmęty miejskiej kanalizacji.
Dramatycznie beznadziejny poranek zdołowany okolicznościami przyrody wpędził mnie w fatalny humor, nie pomógł też powód tej porannej aktywności, a to konieczność pobrania tacie krwi do badania. Ech…
Potem poszłam do pracy, nie miałam czasu patrzeć w okno  i nagle…
Nagle świat został zalany słońcem, termometr w aucie zastygł ze zdziwienia na plusowych dziesięciu stopniach, na Kleparzu kupiłam nieprzemrożoną rzodkiewkę i koszyk pachnących hiacyntów.
Nagle życie znowu nabrało kolorów, spadek konkursowy z beznadziejnego siódmego miejsca na fatalne ósme po raz kolejny pokazał, że czasem słońce, czasem deszcz, widocznie jak w realu świeci słońce i samopoczucie wariuje w obłokach ze szczęścia, to w necie dla równowagi oscyluje w okolicy dna.
Co ma być, to będzie, nie będę Was przecież prosić o te sms-y do znudzenia.
Poczułam dziś przez zimę wiosnę, w weekend może pojedziemy na narty, może na baseny termalne, a może i na to i na to, a może nigdzie nie pojedziemy, najważniejsze, że świeci słońce, bo ja  łaknę słońca, bez niego zamieniam się w marudzącą starą babę, a przy nim dostaję kolorów i kwitnę.
Na resztę dnia mam załadowane akumulatory, czuję, że rosnę w siłę i w biodrach (bo niewątpliwie na tę cudowną zwyżkę nastroju wpływ miała  pyszna tarta z owocami i galaretką).
Miłego dnia!
Li.
PS. Byłam wczoraj na „Turyście”. Są trzy powody dla których warto zobaczyć ten beznadziejny film: absolutnie przepiękna Angelina Jolie, absolutnie uroczy Johny Depp, absolutnie przepięknie sfilmowana Wenecja. Wyszłam z kina z poczuciem klęski i bardzo zadowolona.

Nie posłuchałam, wystartowałam i…

16 stycznia, 2011
Dziś dopadła mnie smutna prawda- moi czytelnicy na mnie nie głosują.
Oczywiście, że zarzut ten nie dotyczy wszystkich, są tacy co zmobilizowali okoliczne komórki (niezmienne całusy za to ślę), ale większość czyta i tylko czyta, li i jedynie.
Wzięcie udzialu w takim konkursie to zawsze ryzyko, ale niech przynajmniej przegrywam z honorem!
Mam marne trzy kulki co oznacza, że nie mam nawet 250 głosów, a to stanowi ułamek czytających mnie codziennie osób. Może być mi przykro? Może. I jest. Nie cierpię być na siódmym miejscu, co to za fatalna pozycja!
Głosowanie co prawda  trwa do 20-go stycznia, ale mam podstawy sądzić, że z pierwszej dziesiątki jednak wypadnę, bo chyba kto na Li chciał zagłosować, to już zagłosował.
I po raz kolejny znajduje potwierdzenie stara blogowa prawda, że w takim konkursie  na bloga głosują znajomi z reala, znajomi znajomych (patrz: akcja Ania), znajomi z facebooka (tam mnie nie ma), z rozmaitych forów (tam też mnie nie ma), a rzadko zagłosuje czytelnik, który wejdzie tu ze strony konkursowej, przeczyta, napisze nawet i miłego maila, ale sms-a nie wyśle.
Ale ja to ja, może nie do każdego trafiam z moimi tekstami, może jestem denerwująca, może się chwalę, może nie daję się lubić, może wokół mnie jest za mało nieszczęść, choć osobiście uważam inaczej, ale blog yours?
Najlepszy literacki blog na świecie? Czy naprawdę nie widać, że jest to literatura na najwyższym poziomie? Dwie cholerne kulki i dwunaste miejsce to jest porażka. Czytelników!
Nie rozumiem promowania bylejakości, gdy taka perła jest na wyciągnięcie ręki!
Przecież ten konkurs ma promować magię słowa, umiejętność pisania, trafiania w emocje,  a nie… ech…
Nie będę się denerwować, mam czterdzieści trzy lata i problemy z sercem.
Strzelę focha i idę do kina.
Li.

Na życzenie BB.

16 stycznia, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy budząc się samotnie  w zimny, szary, styczniowy poranek  pragnie  zacząć dzień od delikatnego i zdecydowanego masażu ud, tej cudownej, często niedocenianej części ciała, a przecież otwierającej drogę ku niezmierzonym obszarom późniejszej rozkoszy.
Tyleż możliwości tej rozkoszy, ile ud (i może dlatego tak trudno na tym świecie o wierność jednym udom).
Pseudo-koneserzy lekceważą uda przedkładając ponad nie piersi, ale prawdziwi znawcy wiedzą, że uda to nie nuda.
Trzeba tylko wiedzieć, jak się za nie zabrać, by oszołomiły ostrym smakiem na języku, ostrym-bo uda pieprzenie wprost uwielbiają.
Przed podjęciem czynności masujących  trzeba je koniecznie wykąpać, a kąpiel  musi zostawić na nich swój zapach i smak.
Dziś wybieram olejek kąpielowy z czosnkiem, niech poleżą sobie w ostudzonym, mocno naczosnkowanym bulionie przez piętnaście minut.  
Po kąpieli zmarznięte trzeba osuszyć i niezwłocznie zabrać się za masowanie, aby je rozgrzać na drogę do raju.
Potrzebujemy:
Udek z kurczaka, powiedzmy sześć  sztuk, im więcej tym lepiej, ale koniecznie do pary (uda pasjami lubią występować parami), oliwa, masło, sól, czosnek, ziele angielskie, majeranek, grubo zmielony pieprz, zmieloną ostrą paprykę, inne przyprawy, a to wedug uznania, ostatecznie niech każdy dochodzi sam do tego, jakie cuda lubią uda.
Sól w ilości czterech łyżeczek łączymy w nierozerwalny związek z oliwą, konfekcyjną przyprawą do kurczaka, zmiażdżonymi kilkoma ziarenkami ziela angielskiego, kilkoma łyżkami majeranku i wyciśniętą całą główką czosnku. Mocno to ucieramy łyżką i w mgnieniu oka mamy cudny, pachnący i peelingujący krem do masażu. Delikatnie masując nacieramy uda, szczególnie mocno naciskając kciukiem, od ich początku do końca, albo od końca do początku, w tych sprawach nie ma jednej przepisanej metody, najważniejsza jest ochota, podbita fantazją, owinięta wyobraźnią i kusząca smakiem in spe.
Wysmarowane, wymasowane i zrelaksowane pozostawiamy w miejscu, gdzie intymnie mogą nacieszyć się swoją bliskością. W tym nacieszaniu się nie można im przeszkadzać przez conajmniej dwie godziny, niech przywierają do siebie tak blisko, by nie było miejsca na nic innego, niech się o siebie lubieżnie ocierają, niech w ciemnościach szukają się dotykiem, niech sobą przenikną, niech  dobiorą się parami, niech pokochają się wielką miłością do ostatniego kęsa.
Po dwóch godzinach brutalnie wkraczamy w ich życie przerywając miłosną sielankę i wrzucamy towarzystwo pod prysznic, usuwamy z nich cały krem do masażu, osuszamy i gdy takie sponiewierane nie spodziewają się od nas już niczego dobrego, dostają bonus w postaci aksamitu masła czule roztartego na ich skórze, ruchami pełnymi pieszczoty i delikatności. Na masło obficie sypiemy grubo zmielony pieprz, majeranek i ostrą paprykę-musi być ostra, słodka w wysokiej temperaturze karmelizuje się i gorzknieje, a przecież miłość ma być słodka.
Otoczone w przyprawach układamy w naczyniu żaroodpornym, obficie polanym oliwą z połową szklanki wody.
Im więcej ostrej papryki tym bardziej diabelsko kuszące te uda…
Tak potraktowane udka, napalone do działania, same już chcą dostać się do piekarnika, wcześniej nabuzowanego do temperatury ok. 220 stopni, pierwsza miłość jest gorąca, po 10-ciu minutach to gwałtowne pożądanie spada do 180-200 stopni, ale i tak jest im ze sobą dobrze jeszcze przez 40  min.
Taka miłość nigdy nie dzieje się pod kołdrą, wymaga powietrza i swobody!
Takie uda to nie nuda.
Są ostre, pieprzne, miękkie, ale jędrne, soczyste, pachnące od przypraw, zachęcające, prowadzące drogą do prawdziwej kulinarnej rozkoszy.
Pieprzne uda lubią wokół siebie łagodność, świetnie do nich pasuje mizeria ze śmietaną, zniewolona czosnkiem, mocne przyprawy i smaki czarują, dodają koloru, zachęcają, są najlepszym afrodyzjakiem do zupełnie innego dotyku zupełnie innych ud….
Ale o tym innym razem.
Smacznego!
Li.

Sobotni luz-blues.

15 stycznia, 2011
Kiedy w piątek robię plany na sobotę,  to krzyżuję palce i  dzięki temu prostemu fortelowi nie mam wyrzutów sumienia,  gdy ambitne sobotnie plany razem ze mną  nie wychodzą z łóżka.
Łóżko to ważna rzecz, kto wie czy w domu nie najważniejsza- a mówię to z pozycji osoby, która własne łóżko ma dopiero od trzech tygodni. 
Moje łóżko jest pod stałą okupacją czterech kotów i psa, leniwie na nim rozwalone zawieszają broń i wspólnie kokoszą się w miękkości kołdry. Dla mnie zostaje jej zawsze za mało!
Spędzam dzień w łóżku robiąc nic.
Czytam, gadam przez telefon, odpisuję na maile, zasypiam, nakładam sobie na twarz i pod oczy cuda czyniącą maseczkę, piję kolejną herbatę, wstaję tylko po to, by zaraz z powrotem się położyć, rozleniwiam się do granic (nie)przyzwoitości, na obiad zamawiam pizzę, a myśl o braku konieczności wykonywania jakichkolwiek czynności poza utrzymywaniem niezbędnych funkcji życiowych jest cudownie leniwa.
I to moje dolce far niente wcale nie musi mieć innych okoliczności przyrody- wystarczy zamknąć oczy i  oto leżę sobie pod palmą w moim łóżku, fale turkusowego morza cicho uderzają o jego brzeg, słyszę stukot spadających orzechów kokosowych, czuję na sobie promienie słońca przefiltrowane przez liście, jest mi błogo, cudownie, bezpiecznie, nie ma żadnych strachów, demonów, wiarybraków, snubrakowaczy i czarnowidów.
Dziś odpoczywam i myślę tylko o sobie.
Jakieś zakupy, jakieś gotowanie, jakieś sprzątanie, jakieś układanie prania- jutro.
Niedziela jest dniem wolnym od pracy, ale przecież wszelkie czynności domowe to dla kobiety nie praca, a ogromna,  niekończąca się  przyjemność, n’est-ce pas?
:)
Li.

Wcale nie jestem smutna, to tylko ten deszcz…:)

14 stycznia, 2011
Deszcz bębniąc w mój dach, myje miasto z resztek śniegu.
Lubię gdy tak pada, wilgoć skręca mi końce włosów w śmieszne loki, a czerwony szalik rozświetla szarości.
Wróciłam do domu, wolna już od obowiązków zawodowych, mogę całkiem spokojnie wypić kolejną kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem. Łaknę spokoju, nawet wtedy, gdy tylko udaję, że rzeczywistości nie ma i zamykam się w swoim domu pod gwiazdami.
Ostatnie moje  lata to same przełomy i zmiany, wariactwa myśli, wybuchy, ruchy i tsunami emocji.
Walczę ze sobą i światem, nie ma we mnie obojętności ani przyzwolenia na status quo i  jak po burzy przychodzi słońce, tak po wojnie musi przyjść pokój. Czekam.
A co na to Lec?

Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Życie ciągle uczy mnie  wiary w konieczność zmian, ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję. Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu i czuję jak mi brakuje powietrza.

Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum i odbiera jasność spojrzenia. Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami, bo w tylu sprawach jestem tchórzem.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć, przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie, bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia, wiarę w siebie i radość życia.
Strach jest jak psychopatyczny partner, toksyna od której trudno się uwolnić- silny, wstrętny, złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny, piętrzący trudności, śmiejący się prosto w zmęczone oczy i wpełzający do  serca.
Boję się o tatę, boję się o życie bez taty, boję się kolejnej straty.
A co na to Lec?
Jak zwykle: Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Tylko szkoda, że to „mijanie” tak wyjątkowo boli. I ta bezsilność!
Li.

Jak zdobywać sms-y? Krótki poradnik z Anią w tle.

13 stycznia, 2011

Żeby zdobyć sms-y, które potem zamieniają się w kulki ( a mam już trzy)- trzeba mieć Anię.
Ania jest cudowna i nie każdy może ją mieć. Ja ją mam.

Ania ma wiele zalet, z których dwie wybijają się na plan pierwszy- czyta mojego bloga i uwielbia go czytać, co oczywiście podnosi moje ego i uruchamia wcale nie tak głęboko ukryte pokłady zarozumialstwa…
Ania pracuje w dużej firmie.
W tej firmie wszyscy mają komórki i wszyscy mają jedną wadę- nie czytają mojego bloga (mam nadzieję, że to stan przeszły).
Ania prosi, koledzy z pracy wysyłają i z ciekawości wchodzą na bloga. (W tym miejscu preferuję wersję, że utwierdzają się tylko w przekonaniu, że nie był to sms stracony…).
Ania zna Krzysia. Krzyś sms-a nie wysyła, bo już na prośbę swojej dziewczyny wysłał sms-a na bloga, którego ta dziewczyna lubi czytać. Ania jest oburzona, podpytuje Krzysia, co to za blog.
Krzysiu odpowiada Ani: takiej jednej babki, co zrobiła nadbudowę na kamienicy i byliśmy u niej na imprezie sylwestrowej, wcale jej wcześniej nie znając.
„Fajna ta babka”  powiedział Krzyś- ale możliwe, że dodała to Ania w celu poprawienia mojego kiepskiego samopoczucia.
Ania kojarzy fakty- miała być na tej samej imprezie, ale z powodów rodzinnych musiała wyjechać za Kraków.  Śmieją się z Krzysiem z odwiecznego „jaki mały jest ten świat”.
A ja ściskam i pozdrawiam dziewczynę Krzysia, jedną z moich ulubionych czytelniczek- Echoes i cieszę się nie wiadomo w sumie z czego.
Chyba właśnie z tego- jaki mały jest ten świat!
Dzięki :)
Li.

Sprawozdanie z głosowania.

13 stycznia, 2011
Dziękuję! Dziękuję za sms-y!
Zajmujemy dobrą ósmą pozycję i jak wyśle na mnie  sms-a ten z Was, kto jeszcze tego nie zrobił (tu rzucam groźne spojrzenie) to będzie lepiej :)
Pragnę więc przypomnieć: na numer 7122 wysyłacie sms-a o treści A01026 .
Wyniki ogłaszane są o północy i w samo południe.
Z moich długoletnich obserwacji wynika, że sms-ów nie wyśle chyba nikt przypadkowy, mogę liczyć tylko na stałych czytelników, ich krewnych i znajomych królika, choć oczywiście nie chciałabym nikogo tak strasznym podejrzeniem urazić.
Oprócz mnie walczą moje ulubione blogi:
http://www.yours.blog.pl/
http://www.alternatywnie.wordpress.com/
http://www.fetysz.wordpress.com/
Proszę o sms-a także i na nie. Dochód z sms-ów idzie na dobry cel, operatorzy komórkowi zrezygnowali z opłat,  złotówkę i dwadzieścia trzy grosze można dołożyć do czynienia dobra, prawda?
Dziękuję jeszcze raz, ściskam mocno
Li.

Czasem słońce, czasem deszcz, z reguły pada(m).

12 stycznia, 2011
Życie pogrywa ambiwalentnie wynikami płytek krwi, dziś wprawdzie szybują nadal poniżej normy, ale za to są zdecydowanie powyżej wczorajszego rozpaczliwego  dna.
Tata czuje się lepiej, więc i mnie jest lepiej.
Dzień  odszedł w noc zabierając swoje manele i tobołki z problemami,  wieczór jak tabula rasa, zapalam łagodne światło, nalewam sobie wina i zaczynam celebrować- w programie mam same zmysłowe przyjemności: pranie, zmywarka, sprzątanie, wymianę żwirku w kocich kuwetach, zniwelowanie kilku pokaźnych wzniesień prania… ech, Pani Jadzia chora!
Nie będę myśleć, tylko będę snuć się leniwie po domu, pokopciuszkuję, posprzątam, poukładam, pocieszę się długą kąpielą, a o problemach pomyślę jutro.
Li-Scarlett

Środa już od wtorku poszukuje kota w worku.

12 stycznia, 2011
Bezsenność zabiera mi poduszkę i wyrzuca z łóżka.
Zaokienne ciemności nie przefiltrowane przez zasłony są dziś wyjątkowo przygnębiające.
Zazdrośnie patrzę na ciemne kwadraty okien uśpionych kamienic i wlewam w siebie łyk ciepłej kawy szukając w niej energii i chęci do życia.
Mam dziś przed sobą kolejny ciężki dzień, chciałam ukryć to przed stresem, ale już mu o tym doniesiono. Zdradziły mnie moje własne myśli i poddały mu się bez walki.
Słyszę jak zaczyna syczeć w mojej głowie, jak ogarnia mnie całą, bezlitosny, obezwładniający i lepki.  
Są takie chwile w życiu kobiety,  gdy na smutne oczy nie pomaga najlepszy krem, a świadomość odchodzenia bliskiej osoby i konieczność bezradnego się temu przyglądania kamieniuje myśli i ścina serce lodowatym przerażeniem.
Nie pomagają mi podwójne dawki magnezu, kąpiele w pianie, czytanie w wannie Musierowicz i pisanie notek na blogu o wszystkim nieważnym.
Nie pomaga mi nie pisanie o gwałtownie postępującej chorobie taty.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie momentu, gdy sięgnę po telefon i nie będę mogła do niego zadzwonić.
Li.

Nie lubię, oj nie lubię, ale muszę :)

11 stycznia, 2011
Zaczęło się głosowanie.
Proste : na numer 7122 trzeba wysłać sms-a, o treści A01026.
Jedna litera i pięć cyfr.
Z jednego telefonu na jednego bloga można wysłać tylko jednego sms-a, piszę to na wszelki wypadek, gdyby ktoś mnie kochający, uwielbiający itp. chciał zainwestować we mnie więcej niż 1,23 zł.
Dzięki, wysyłajcie żeby mieć już z głowy i idziemy do przodu.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.

Ogłoszenie parafialne.

9 stycznia, 2011
Jak mnie już tak bardzo prosicie, tak ładnie, tak łechtając moje poczucie próżności, haha, to zgodnie z „proście, a będzie Wam dane”, zgłaszam bloga do konkursu. To będzie nasz trzeci raz!
Tu był pierwszy, tu był drugi, rok temu nie startowałam, a teraz znowu zaczynamy się bawić na tym pełnym chorób, smutku i niesprawiedliwości świecie. Najwyżej się przegra tuż przed finałem, czy to pierwszy raz? Był czas przywyknąć.
Pozostaje do wymyślenia krótki opis bloga, a z krótkimi formami zawsze mam problemy.
Veni, vidi, vici będzie zbyt bezczelne, prawda?
  :))
No to zabieramy się do roboty! Do wtorku można zgłaszać blogi, a potem zaczynamy się ścigać. Konkurencja zabójcza, ale przecież damy radę, nie może być inaczej!
Hej, komórki w dłoń!
Li.

Rewolucja piątkowa.

7 stycznia, 2011
Nie lubię bałaganu, a ciągle go gdzieś mam.
Dziś wchodzę w siebie, by porządnie posprzątać.
Powymiatam kąty i poukładam na półkach z emocjami.
Wrzucę do pralki oddzielające mnie od świata zakurzone zasłony  i wyleję wybielacz na czarne myśli.
Czuję jak ogarnia mnie rewolucyjny zapał do zmian, dość mam już tego ucisku na piersiach i panoszenia się stresu.
Dziś zrobię sobie dobry dla mnie samej dzień.
Będę dla siebie miła, czuła i delikatna.
Kupię sobie ptasie mleczko.
I stos gazet.
Wieczorem pójdę na urodziny do D.
I żadnych smutnych myśli, rien de rien.
Li.

Historyjka.

4 stycznia, 2011

Pewnego pięknego dnia ubiegłej jesieni, a może nawet i zimy poprosiłam któregoś z robotników o oderwanie jednego ze stopni  prowadzących na strych starych schodów.
Ciekawa byłam ich budowy, musieliśmy znaleźć sposób na  renowację zniszczonych schodów przy jak najmniejszej uciążliwości dla użytkowników. Nie miałam żadnych przeczuć, stopień wybrałam losowo. Znaleziona pod nim mumia szczura,  ku mojej uldze  rozsypała się w proch, ale tabliczka zostawiona 123 lata temu przez Józefa Jaskólskiego, podmajstra przetrwała i teraz oprawiona wisi wśród moich obrazów stanowiąc świadectwo marności nad marnościami, bo schody zrobione przez Pana Józefa trwają do dziś, a po nim… ech…
Uwielbiam na nią patrzeć i uwielbiam opowiadać tę historię.
Kamienica dała mi znak od siebie, a może to duch Józefa chciał by ktoś go wspominał?
Chodzę codziennie po schodach przez niego zrobionych i myślę o nim, wymyślam jak wyglądał, ile miał dzieci i czy udało mu się zostać majstrem.
Ciekawe,  czy on wkładając tabliczkę do schodów myślał o tym,  kim będzie ten, kto ją kiedyś znajdzie.
Li.

Sprawy łazienkowe.

4 stycznia, 2011
Kiedyś było tak:

A teraz:
Wchodzę  do łazienki.

Mam ochotę na kąpiel.
Zapalam ulubioną lampę  nad lustrem i …

… zastanawiam się czy wziąć prysznic czy…

 … wejść do pachnącej piany.

Wygrywa kąpiel w wannie, puszczam wodę, a na jej dźwięk  do akcji wkraczają ONE:
Masza zawsze robi obchód po wannie, fascynuje ją  różowa kaczuszka.

Kaczuszka  nie umie pływać i rozpaczliwie kiwa się w npianie, leżąc na boku.
Ma jednak na kaczej piersi napis zapewniający mnie o wielkiej miłości i  jest prezentem od mojej starszej córki.
Kąpię się z nią zawsze, kolorystycznie tworzy piękny kontrapunkt dla zgaszonej szarości  i bladego różu ściany.

Kocia wataha nie odpuszcza i delikatnie, na swoich cudownych,  miękkich białych łapkach wchodzi Sasza,
posiadaczka ślicznych różowych poduszeczek,   pasujących mi oczywiście do łazienki.

 Król Szary zjawia się pod koniec, udaje że nie jest zainteresowany, a w łazience znalazł się przypadkiem, właściwie to…

… on tylko szuka Bobcia.

Bobcio to koci kameleon, ale ja zawsze  go znajdę.
 To typ klasycznego podglądacza, interesują go wszystkie łazienkowe czynności, a już tryskający wodą prysznic w kabinie to jak kolejny sezon „Gotowych na wszystko”.
Na zdjęciu poniżej można podziwiać ( ale zapewniam, że  nie jest to obowiązkowe)  motyw dekoracyjny ze szklanej mozaiki osobiście przeze mnie przyklejany.
Według mnie jest wisienką na torcie, a zdania przeciwnego, jak ktoś oczywiście odważy się je mieć-  nie słucham.
Moja młodsza córka latała goła, ale ręka jest przyzwoicie pokazana, prawda?

Tu kolekcja moich perfum.
Ze zgrozą zauważam, że ostatnio kupuję tylko takie, które pasują mi do łazienki.

A to kolekcja przedwojennych buteleczek na perfumy pomieszanych z ładnym szajsem.
Grunt to mieszać.

Chciałam jeszcze dołożyć zdjęcie jak wychodzę z wanny, ale film mi się właśnie skończył.
Następnym razem…
: )
Li.


A kto wie co za rogiem?

1 stycznia, 2011

Sylwester się udał, choć wrodzona skromność nie pozwala mi napisać, jak bardzo się udał!

Wstałam w sobotni poranek w samo południe, dom tętnił życiem, wrocławscy goście rządzili w kuchni, kawa, śniadanie z posylwestrowych resztek- wszak kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki-potem następni goście i następni, zostały puste talerze, opuszczone przez wino butelki, ale za to wanna była pełna piany i nastał czas tylko dla mnie-na relaks, na ułożenie wrażeń i na umycie podłogi.
Szkoda, że o sylwestrowej dwunastej w nocy nie zamyka się na zawsze szlaban na wczorajsze dni, na uwierające sprawy, na smutki piętnujące duszę, na żale raniące serce.
Szkoda, że 31-ty dzień grudnia to tylko umowna granica pomiędzy dniem, a dniem- najważniejsza dla producentów kalendarzy, ale zupełnie nieważna dla losu, kpiącego sobie z dat, przełomów, postanowień noworocznych, obietnic, wróżb i oczekiwań.
W niezamierzonym, acz nachalnie wdzierającym się w myśli podsumowaniu myślałam, że nie miałam dobrych ostatnich dwóch lat- tyle w nich było smutku, strat w przyjaźniach wcześniej niezawodnych, chorób bliskich i wizyt na cmentarzu.
Ale przecież żyję, wybudowałam sobie i dzieciom dom, zamieszkałam w nim, a on daje mi poczucie bezpieczeństwa i oparcie, daje mi radość i dumę, jest jak ukochane dziecko, mogłam zaprosić do niego gości, bawić się, tańczyć i śmiać, objadać przyniesionymi przez nich przysmakami, pić wino i nie myśleć o przyszłości.
W ten wczorajszy wieczór i dzisiejszą noc do rana byłam najgorliwszym wyznawcą Carpe Diem.
Goście mnie nie zawiedli, świece dawały ciepło i lekką tajemnicę ciemnych kątów, a moja wielka sofa przyjęła każdego, kto chciał na niej usiąść w wygodnym rozwaleniu.

D. zaszalała i zrobiła pięć rodzajów masełek- z czosnkiem i skórką pomarańczy, z szałwią, z kasztanami i pancettą, z żurawiną i czymś tam jeszcze pysznym, do tego były małe bułeczki prosto z piekarnika i właśnie teraz, pisząc te słowa jem sobie ostatnią bułeczkę, gorącą i pachnącą, dopalają się świece, koty powyłaziły ze swoich kryjówek, Nowy Rok bez żadnych postanowień czas zacząć, proszę go tylko, by dał sobie szansę na bycie dobrym i pogodnym rokiem, bez nieszczęść i smutków, takim rokiem którego zawsze chce się pamiętać, przywoływać we wspomnieniach, zachlystywać się życiem w czasie jego trwania, być w zdrowiu i zgodzie z sobą samym i resztą świata.
Tego Wam i sobie gorąco, z całego mojego poranionego serca, ze wszystkich jego kątów, wyganiając z nich lęki przyszłości i strachy o bliskich- życzę!
Li.


Sprawy organizacyjne.

27 grudnia, 2010
Święta szczęśliwie za nami, teraz czas na Sylwestra i w związku z tym wynikła konieczność załatwienia spraw organizacyjnych.
Ostateczny termin zgłaszania się na imprezę mija jutro o północy :)
Ilość miejsc ograniczona liczbą posiadanych przeze mnie kieliszków do wina!
Piszcie na Mo67@poczta.fm po adres i takie tam inne organizacyjno-alkoholowo-jedzeniowe sprawy.
Jakoś się cieszę, nawet bardzo cieszę i mam przeczucie, że będzie to beznadziejna katastrofa, co w wolnym tłumaczeniu przeczuć i snów oznacza fantastyczną imprezę.
Kupiłam świetne znicze- w kształcie choinek- czerwone, zielone i białe w ilości 50-ciu sztuk.
Jak stypa po starym roku to stypa. No i jak fajnie ogrzeją taras!
A od mojej starszej córki dostałam fantastyczne foremki do lodu- w kształcie sztucznej szczęki. Będą fajnie grzechotać w szklankach :D
Niech idzie w cholerę i w przeszłość ten paskudny 2010 rok.
Z przyjemnością go pożegnam, nie roniąc ni jednej łzy!
Li.

Jak dobrze, że już minęły.

26 grudnia, 2010

„Zróbmy świąteczną atmosferę” nudziło od kilku dni moje młodsze dziecko, nie potrafiące oprzeć się natrętnym reklamom, w których idealnie piękne rodziny ubierają idealnie kształtną choinkę, a idealne panie domu w idealnym porządku układają zakupione co najmniej pół roku wcześniej idealnie wybrane prezenty.

„A dlaczego jeszcze nie mamy choinki?” pytało dziecko na dwa tygodnie przed Wigilią.
A dlatego, że jest mi daleko do ideału i odkąd sięgam pamięcią nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia. Ale jak mus to mus, dzieci mają swoje prawa. Choinkę przecenioną o połowę z powodu braku zainteresowania, kupiłam w wigilię Wigilii w Castoramie. Wybrałam jodłę kaukaską, bardzo gęstą, licząc na to, że żaden z moich kotów nie zmieści się pomiędzy gałązkami. O tym, że jak zwykle się przeliczyłam, dowiedziałam się zaraz potem- koty oszalały na widok nowego drapaka, a Bobcio nie schodzi z drzewka, poza częstymi chwilami, gdy drzewko się przewraca… W celu zrobienia świątecznej atmosfery i bez myśli o obowiązku /się/ całowania powiesiłam na lampie w kuchni jemiołę, a nad stołem w salonie suszone plastry pomarańczy, lekko co prawda przypalone- zapomniałam, że suszą się w piekarniku i spędziły tam całe przedświąteczne popołudnie. Balustradę od schodów owinęłam łańcuchami i lampkami i tym sposobem świąteczny kicz wprowadził się i zadomowił. Prezenty kupiłam w piątek, w ostatniej chwili, ale za to bez towarzystwa szalejącego tlumu i wyjątkowo udane.

Wieczerza wigilijna u Rodziców, potem powrót do domu, dziwne zmęczenie, jakiś film, ale nie pamiętam jaki, chyba zasnęłam, męczące sny, w sobotę późno wstałam, miałam gościa, zapaliłam świece i choinkę, bo przecież świąteczna atmosfera, potem znowu zasnęłam, niedziela, późno wstałam, dzieci nareszcie pojechały do babci ojczystej, u mnie znowu goście, ale mam przed sobą perspektywę dwóch wolnych od ukochanego potomstwa dni, teraz jest późny niedzielny wieczór i już po świętach, ale za to z kłopotem pozbycia się sporej choinki. Nie znoszę przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, fałszywego lukru, nieśmiertelnych świątecznych piosenek, dzikiego tlumu nawet na Kleparzu, szaleństwa, robienia remontów, generalnego sprzątania, udawania i pustosłowia. Nie znoszę Świąt, zawsze jest mi smutno, to pewnie jakaś genetyczna skaza. Cieszę się, że minęły, a za rok obiecuję sobie wyjazd z domu gdziekolwiek, byle daleko. Jest to moja tradycyjna poświąteczna obietnica, której nigdy nie dotrzymuję, ale przecież należy pielęgnować tradycję, prawda? Brniemy w to czego serdecznie nie znosimy, spętani tradycją i oczekiwaniami, ta pierwsza zmusza nas jako istoty społeczne do pewnych zachowań, te drugie rzadko się spełniają, a przecież smutek podbity rozczarowaniem nie wiadomo czym i kim, samotnością w tłumie, i świąteczną atmosferą jest jakoś bardziej … smutny.
Co roku są Święta i co roku znam datę mojego najbardziej smutnego i przygnębiającego smutku.

Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś i na TEN smutek znajdę antidotum.

Li.

Zdjęć cd.

22 grudnia, 2010


Lampa nad lustrem w przedpokoju z tabliczką z jasnym przekazem :) Od razu dodam, że to nie jest TA lampa, o której piszę poniżej. Tamta ma ponad trzy metry długości!

Reszta później.
Li.


Odchodzić, nie odchodzić, oto jest pytanie.

22 grudnia, 2010

Mogę iść na kompromis i nie pisać na blogu o chorobie taty.

Ale czy będzie oznaczać to, że jej nie ma?
Mogę nie pisać o rozpaczy mojej mamy.
Ale czy oznaczać to będzie, że ona nie rozpacza?
Nie będę pisać o swoim żalu i obawach, ale czy one znikną?
Nie umiem udawać, że sprawy nie ma.
Nie umiem udawać, że u mnie wszystko w porządku, gdy jest w najlepszym nieporządku, jak boli, to boli, jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jestem szczęśliwa, to całą sobą, jak jestem nieszczęśliwa, to nawet koty nie podnoszą swoich ogonków.
Kocham moją mamę, ale różnice pomiędzy nami zawsze muszą pomiędzy nami namieszać.
Nie mam pojęcia, co zrobię dalej.
Nie chce mi się zakładać nowego bloga, a straciłam serce do pisania w tym miejscu.
Są takie sprawy o których chce się powiedzieć całemu światu, ale niekoniecznie najbliższym.
Li.

A ze spraw mniej ważnych, ale znacznie bardziej pogodnych- wrzucam zdjęcia schodów, dziś nad schodami będzie powieszona ogromna lampa, osiemdziesięciokilowa, postaram się wrzucić zdjęcie wieczorem.
(Oby koty nie uznały, że to choinka dla nich).
Na portrecie pomiędzy półkami- moja mama.
Uwielbiam ten obraz, udało mi się go wycyganić…
Pomiędzy książkami moja kolekcja kotów z całego świata, kiedyś opiszę każdą figurkę.
Ciąg dalszy zdjęć w kolejnej odsłonie, bo nie mam cierpliwości do ich długiego ładowania.

Wyprowadzam się.

21 grudnia, 2010
Mój niemyślący brat , pomimo moich ostrzeżeń i próśb podał adres bloga mojej Mamie.
Paskudnie się zachował. Sam dwa lata temu wszedł tu nie proszony, a teraz bezmyślnie mnie zdradził.
Moja Mama nie akceptuje tego, że piszę o chorobie ojca, bo przed światem trzeba udawać, że wszystko jest w porządku. Ja tak nie umiem.
Kończę jednak pisanie w tym miejscu, taki widocznie mój tułaczy los, trzeba będzie się przeprowadzić, ale już bez rodziny, krewnych i znajomych królika.
Nie jest mi smutno, jestem wściekła i rozżalona.
To tak jakbym po powrocie do domu z udanej imprezy odkryła ślady włamywaczy, grzebiących w moich osobistych rzeczach.
Póki co, daję sobie kilka dni na poszukanie nowego mieszkania, a dla Was- miłego dnia.
Li.

Trochę zaniedbam moje Niedyskrety.

20 grudnia, 2010
Nagle pisanie straciło dla mnie swoją terapeutyczną moc.
Duszę w sobie mój smutek i strach, uśmiecham się do świata, ale tylko ustami, oczy odwracam, oczy mam wyjątkowo prawdomówne, zawsze pokazują to, co zalega mi na duszy dnie.
Tata zaczyna cierpieć coraz bardziej, Obcy buszuje w nim bezkarnie, a my czekamy na wyniki histopatologiczne, choć wynik PET-a pozbawia wszelkich złudzeń.
Historia zatacza koło, znowu rozmawia się o chemioterapii, operacjach, konsultacjach, historia chichocze- tata będzie na jednym oddziale chemioterapii z Nemo, byłym zięciem.
Ech… życie.
Wszystko mnie boli, a najbardziej bezsilność.
Nie zastanawiam się dlaczego znowu tak nas doświadcza los, nie zadaję pytania, dlaczego znowu my, widocznie teraz przyszedł czas na moją rodzinę, do pewnego czasu nie było w niej większych nieszczęść, chyba skończył nam się limit na szczęście, które jest przecież wyłącznie brakiem nieszczęścia.
Skupiam się na codzienności, trzeba przejąć na siebie obowiązki zakupów, kupna kilku codziennie przez tatę czytanych gazet, dzielę się z bratem i jakoś damy radę.
Muszę kupić choinkę, przystroić dom, zastanowić się nad świątecznym menu, czekają mnie kolejne Święta ze smutkiem w tle.
Nie chce mi się specjalnie szukać pocieszenia i rozrywek, daję się w tej sprawie nieść losowi.
Wczoraj byłam na tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu u D., jak zwykle było cudownie, miło, wesoło i przez chwilę nie pamiętałam.
O, może to jest sposób na smutek- nie pamiętanie.
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapomnieć?
Li.

Znowu środa.

15 grudnia, 2010
Jest smutno i bardzo nerwowo.
Badania nie chcą dać się popędzić, wiszę na telefonie, jeżdżę, nie mam czasu dla siebie i dla Was, goni mnie praca, jestem ogromnie zmęczona, zasypiam natychmiast po przyłożeniu głowy do jakiejkolwiek poduszki, czasem pozwalam sobie na luksus kąpieli w wannie w musującym pudrze o zapachu karmelu i cynamonu, czuję się wtedy jak w szarlotce i przez chwilę jest mi dobrze.
Nowe auto traktuje mnie jak idiotkę i pokazuje na wskaźniku jaki bieg mam wrzucić, ale jednocześnie cudownie podgrzewa mi kręgosłup, jakoś mniej mnie boli, jednak podgrzewane siedzenia mają swój urok, dają mi chwilowe ukojenie. Jak tak dalej pójdzie, to ugotuję sobie pupę na twardo….:)
Wyniki moich badań dają mi nadzieję, że jeszcze trochę pożyję. Czasem słońce, czasem deszcz.
Na maile odpiszę jak będę miała trochę spokoju.
Jest szósta rano, kończę kawę, idę pod prysznic, dzień czas zacząć, piekę dzieciom bułeczki na śniadanie, niedługo zapomną, że mają matkę.
Li.

Chwilowo nie będę pisać.

8 grudnia, 2010
Popatrzyłam na siebie w lustrze i zawyłam z rozpaczy.
Po nieprzespanej nocy z kawą w tle i bitwie ze strasznymi myślami moja twarz wygląda jak wojenne pobojowisko.
Mój tata jest chory, bardzo poważnie chory.
Wczoraj wieczorem, nagle i niespodziewanie ta wiadomość wypłynęła na światło dzienne, choć podejrzewam, że jego lekarski nos od dawna czuł, że coś jest nie w porządku.
Bolał go kręgosłup, pokasływał, schudł, źle się czuł… ech…, a na nasze prośby o wykonanie badań wściekał się i obrażał. Do wczoraj, gdy poszedł na tomografię.
Pierwszy o jej wyniku wiedział mój brat i to on powiedział o nim tacie.
Historia zatacza koło, Obcy znowu sięga po kogoś z nas, trzeba będzie stanąć do walki, nie oddać taty, zmobilizować wszystkie siły, środki i ludzi.
Badajcie się. Róbcie prześwietlenia, USG i mammografię.
W przyszłym tygodniu mam trzy wolne dni i wykorzystam je na zrobienie wszystkich możliwych badań. Mam nadzieję, że się wewnętrznie uspokoję, bo znowu dopadło mnie przekonanie, że i ja tkwię w zasięgu rażenia Obcego. Ostatnio mam kiepskie samopoczucie i bardzo boli mnie kręgosłup. W tym samym miejscu co tatę.
Ech…
Li.

Życiem rządzi przypadek.

7 grudnia, 2010
Wczoraj popłakałam sobie szczerze widząc moją Hondzię odjeżdżającą w siną i zamgloną dal,
a konkretnie do Jeleniej Góry. Jakby mi serce wyrywano! Takie oto są skutki personifikacji dwóch ton stali, plastiku i gumy.
Od wczoraj odkrywam więc uroki braku auta. Nie jest lekko- brnę przez śniegi i błoto, jest mi zimno i jestem nieszczęśliwa. Nieszczęście wynika oczywiście z zupełnie innych powodów,
w dodatku tak głęboko ukrytych, że nie sposób ich wyraźnie określić, posiłkuję się więc nieszczęściem namacalnym i bardzo mnie uwierającym- sprzedałam swojego przyjaciela, takiego co to zawsze i w deszcz i w śnieg i w upał stał i wiernie na mnie czekał.
Nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół z krwi i kości. Pokochałam go od pierwszego kilometra.
Jedyne pocieszenie to fakt, że Hondzia poszła w dobre ręce. W lepsze niż moje.
Będzie zawsze czysta i zadbana, a w bagażniku nie będzie piasku morskiego sprzed dwóch lat.
I tak sobie myślę- co by było gdyby pewna aurora_vulgaris nie zaczęła trzy lata temu czytać mojego bloga? Nie miała by teraz takiego fajnego auta, o!
Przypadkowo weszła, poczytała, pokochała i oto została nagrodzona za wytrwałość i stałość w uczuciach do autorki tego jakże poczytnego, acz ostatnio beznadziejnego i zaniedbanego bloga :)
Li.

A takie tam… środowe.

1 grudnia, 2010
Naruszyłam tajemnicę korespondencji otwierając list do Świętego Mikołaja, ale na swoje usprawiedliwienie podam, że zaadresowany był niejednoznacznie: Do Świętego Mikołaja:DDDDD Kocham Cię Mama!!!!:DDDD
Te uśmieszki mają znaczyć, że Młodsza dobrze wie, że Mikołaja nie ma, ale na wszelki wypadek…
Treść mnie rozwaliła. Dziecko dojrzewa i wykazuje się daleko posuniętym sprytem.
Bo jak inaczej interpretować punkt ostatni z dłuuugiej listy, który brzmi tak:
7. Najważniejsze: Rózga!!!!
Widocznie młoda doszła do wniosku, że jak dorzuci trochę tak dramatycznie brzmiącej samokrytyki, to Mikołaj zmięknie i odpuści różne grzeszki.
Mikołaj jest miętki. Trochę odpuści… ja go dobrze znam.
Mam jeszcze cudowną godzinę w ciepłym domu.
Kawa z mlekiem i leniwe snucie się między piętrami. Taki mam na nią plan.
Miłego, ciepłego dnia!
Li.

Odważna propozycja.

29 listopada, 2010
Jeszcze w piątek życie miało kolor marengo, a już w sobotę pełną piersią zaczerpnęło oddechu
i hojnie podlane wieczornym winem pitym na mojej wielkiej sofie w towarzystwie przyjaciół znowu nabrało ochoty na kolorowanie świata.
Tylko niedzielna głowa odwykła od wina w tak znacznej ilości protestowała bólem przez cały dzień.
I jak zwykle są konsekwencje nieumiarkowania w piciu-postanowiliśmy wspólnie o organizacji Sylwestra, u mnie w domu, z tarasem pod gwiazdami w tle.
D. zobowiązała się do wtaszczenia na czwarte piętro swojego wielkiego grilla, takiego co to mu padający śnieg niestraszny, grzać będą świece w lampionach (a może i kolorowe znicze), widok na zaśnieżone dachy Krakowa będzie w pakiecie, a do tego tańce, grill, wino i śnieg.
Każdy z zaproszonych znajomych ma przyprowadzić kogoś mi nieznajomego, a ja postanowiłam zaszaleć i zaprosić tych z moich czytelników z Krakowa i okolic, których znam z maili i komentarzy. Nie ma też przeszkód dla tych z dalszej odległości, ale nie obiecuję noclegu, bo moja sypialnia i sofa w salonie okupowana będzie przez najeźdźców z Wrocławia.
Kto ma więc ochotę na składkowego Sylwestra w odległości pięciu minut spacerem od krakowskiego Rynku, lubi potańczyć przy Abbie, Bee Gees, Shakirze, Lady Gaga i Chicago, chce poczuć trochę adrenaliny wśród nieznajomych osób, niech do mnie pisze na maila.
Myślę, że mój dom spokojnie pomieści się co najmniej czterdzieści osób, więc trochę miejsc dla Was mam!
Nieistotny jest wiek. Średnią wieku i tak zaniżą moje córki, które będą podejmowały swoich gości.
D. postanowiła zostać koordynatorem jedzenia i picia, mailowo i via telefon, jak ją znam to organizacja będzie perfekcyjna.
Ja biorę na siebie stworzenie nastroju…, to zawsze mi wychodzi :)
Wchodzicie w to?
Li.

25 listopada, 2010
Jestem zwyczajnie zmęczona. Opadło ze mnie napięcie i wyparowała adrenalina, trzymająca mnie w aktywności przez ostatnie miesiące.
Przez ostatnie dwa lata przerzuciłam Himalaje problemów, najdłuższym tunelem świata przebiłam się przez przeszkody, zmęczona i zestresowana łudziłam się nadzieją na spokój i długie kąpiele w nowej wannie z kieliszkiem wina, a wyszło tak jak zwykle.
Nie piszę bo przestałam umieć.
Czuję się zupełnie do niczego, choć jak widać umiejętność jęczenia i marudzenia umiera w człowieku ostatnia.
Nie mam siły, ochoty, radości i niech dzieje się co chce. Mnie na dziś widocznie musi być źle.
Li.

Miała być po dwóch dniach, ale kto by tam wierzył kobiecie?

19 listopada, 2010
Są takie dłuższe chwile w życiu kobiety, gdy musi skoncentrować się na sprawach przeraźliwie prozaicznych i nie ma czasu na bujanie w blogowych obłokach.
Obecnie absorbują mnie problemy typu: znalezienie ładnego kosza na śmieci do łazienki, znalezienie ładnej szczotki do toalety, znalezienie ładnych rzymskich rolet do łazienek itd.
Drobiazgi, a ja przecież nie znoszę zajmować się drobiazgami.
Od wczoraj mam łóżko (choć jeszcze bez materaca) i przepięknej urody lampy do obu łazienek. Jutro wrzucę zdjęcia. Jak znajdę nieustannie ginący kabelek.
W międzyczasie muszę koncentrować się na za dużej ilości pracy, na dzieciach, na kupnie nowego auta, na napisaniu czegoś dla pewnej miłej osoby, piszącej do mnie ponaglające maile, a ja nawet jeszcze nie wymyśliłam pierwszego zdania.
Pierwsze zdanie jest ważne, kto wie czy nie najważniejsze.
Jest taka książka Małgorzaty Musierowicz „Małomówny i rodzina”, pierwsze zdanie z niej to: Ryknęła krowa.
Genialne.
Z domu znikają kolejne kartony, koty się zadomowiły i swawolnie biegają po schodach, pies już wie, gdzie mieszka, a ja walczę z zadyszką po wdrapaniu się na to wysokie trzecie piętro.
Coraz mniejszą zadyszką, o!
Znaczy się- przywykłam.
Potrzebuję jeszcze tylko trochę czasu na zrobienie porządku dookoła mnie.
Li.

Jeszcze dwa dni, rozpakuję się do końca…

14 listopada, 2010

… i wtedy wrócę!

Niedziela, wpół do dziesiątej wieczorem, Młodsza niesie kilka podręczników ze swojego pokoju do salonu i sadowi się przed telewizorem. Pytam:
-Gusia, mówiłaś, że lekcje są odrobione?
-Odrobiłam! Teraz tylko będę się uczyć.

Wczorajszy tekst rozłożył mnie na łopatki:
-Mamaaaa, jedźmy do McDonalds’a…!
-A co z Twoim wegetarianizmem?
-Przecież mówiłaś, że tam w mięsie jest sama chemia!

:)
Li.


Notka o lekkim zabarwieniu makabrycznym.

8 listopada, 2010
Poniedziałki wpadają w kompleksy z powodu nie nadążania za sprawami do załatwienia.
Dziś jedną z nich był pogrzeb, wpisany w mój kalendarz w rubryczkę z godziną trzynastą. Wiedziałam, że nie zdążę na początek uroczystości, bo rubryczki przed i po trzynastej były gęsto obstawione sprawami nie do przełożenia, ale miałam nadzieję, że zmarły wuj, a mój ojciec chrzestny, widywany raz na kilka(naście) lat nie zauważy mojej nieobecności, skupiony na kontemplacji prochu z samego siebie wsypanego do gustownej urny.
Udało mi się jednak nie zakłócić uroczystości stukotem obcasów w cmentarnej kaplicy, bo podjeżdżając pod cmentarz idealnie trafiłam na moment gdy kondukt z żałobnikami wyszedł z kaplicy i skierował się w stronę rodzinnego grobowca.
Świeciło słońce, było ciepło i babioletnie.
Szliśmy spacerowym krokiem cmentarną aleją, kwiaty na grobach wyglądały pięknie, a delikatne dymy snuły się pod nogami.
Kondukt trochę się rozciągnął, awangardę stanowił wuj w urnie, ksiądz, ciotka i jej synowie, moja mama z nagle na nowo odkrytymi siostrzanymi uczuciami, potem tłumek kompletnie nie znanych mi osób, smutnych i skupionych, a na końcu grupa osób wcale nie pogrążona w smutku
i żałobie.
Rodzina:
Mąż siostry wuja, czyli mój osobisty ojciec.
Jego siostrzeniec, czyli mój brat.
Kuzyni i kuzynki wuja w pierwszej linii, z Gdańska, Pułtuska i Jędrzejowa.
Ochom i achom towarzyszyła radość ze spotkania, zobaczenia się, czasem po bardzo długim okresie, jakieś pospieszne wspominanie, chaotyczne zaproszenia, ależ musisz wpaść, do nas przyjechać, no popatrz umarł, a mógł jeszcze żyć, a co tam u Twoich dzieci, to już pewnie duże dziewczyny, a ja mam syna, a ja drugiego męża, a ja się rozwiodłam, ja rozwiodę się niedługo, biedna Wanda jak ona da sobie radę, ale piękna pogoda idealna na pogrzeb, na szczęście długo się nie męczył, bo teść kuzyna szwagra siostry mojej drugiej żony strasznie się męczył, a był u nas niedawno, chciał wybrać się na ryby, a co tam Panie w wielkim świecie, cicho, cicho- już go chowają.
Pożegnałam się, porozdawałam całusy, obiecałam odwiedziny wiedząc, że nigdy nie odwiedzę i szybko poszłam na parking.
W moim kalendarzu o czternastej trzydzieści zapisana była kolejna rubryczka ze sprawą do załatwienia.
Li.

Tytułem informacji, li i jedynie ( bez literatury;-)

8 listopada, 2010
Nie piszę, bo jestem zmęczona. Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki, ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne- najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej za wniesienie rzeczy na trzecie piętro, a potem wezwałam ich drugi raz i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko. Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy… Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku, rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postrzały, przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach („Bety i jedna kołdra”), odkrywam dwie takie same pary butów, przy czym nie chodziłam w ani jednej, układam, przenoszę, upycham, w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu, jestem zaprogramowana antyprzydasiowo! Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek, w którym mieści się wszystko (to co niezbędne, rzecz jasna haha)! Panuje w nim pełna demokracja- narty i narciarskie akcesoria, walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami, zapasowe płytki do łazienek i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie, ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na „Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo. Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie. Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce. Mieszka nam się cudownie. Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.

Dziś są moje urodziny i biada tym, co zapomną :)

4 listopada, 2010
Czterdzieści trzy lata temu w ponurą listopadową noc pierwszy raz zaczerpnęłam powietrza w płuca i zaczęłam żyć. Pewnie czułam się spokojnie i bezpiecznie w ramionach mamy.
Czterdzieści trzy lata później w ponury, listopadowy ranek wstałam o piątej rano i czując oddech pośpiechu na plecach kończyłam sprzątanie i przenoszenie reszty drobiazgów z wynajętej nory. Dziś nareszcie nieodwracalnie zamykam ten etap życia, a klucz do niego wrzucam w morze oddając właścicielom mieszkania.
Pokusiłam się o ośmieszenie samej siebie i ułożyłam w rządku znalezione wszystkie balsamy do ciała. Rządek miał długość jednego metra i trzydziestu trzech centymetrów…
Kremów pod oczy bylo ponad dwadzieścia, a opakowań z pieprzem ziarnistym piętnaście- nareszcie znalazłam przyczynę mojego popierzonego życia!
A teraz siedzę na swojej wielkiej, cudownej sofie i z zadowoleniem patrzę na kuchnię, gdzie
w szufladach panuje idealny porządek, przyprawy ułożone są alfabetycznie, nie ma ani jednej rzeczy z przekroczonym terminem przydatności do spożycia, poza mną.
A potem mój wzrok pada na dyskretnie przypiętą przez moje córki malutką tabliczkę z napisem: „Nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy” i cieszę się, że już zrobił się bałagan w szufladzie z herbatami…
Wszystkim moim czytelnikom, znajomym i przyjaciołom składam najlepsze i najcieplejsze życzenia z okazji moich urodzin!
/głupio Wam będzie się nie zrewanżować, hę? :)))/
Li.

Piękny dzień.

1 listopada, 2010
Złe wiadomości nie są w stanie przesłonić sobą urody świata, zza ich monstrualnych cieni i tak widać pięknie spadające w ciepło jesieni liście.
Zmiana czasu w tę właściwą stronę bez trudu poderwała mnie z łóżka o szóstej rano.
Prysznic, kubek kawy pół na pół z mlekiem i wesoły obowiązek posprzątania wynajętej nory- jutro oddaję klucze! Etap wynajmowania cudzego mieszkania mam za sobą i nie będzie cdn.
Koty zestresowane nieznaną przestrzenią szukają miejsc do schowania się grasując między kartonami, pies uparcie stoi pod drzwiami, chcąc wrócić na stare śmieci, dzieci w swoich pokojach jeszcze spokojnie śpią, a ja pomiędzy literkami snuję się po moim ślicznym salonie, rozkładam, odkurzam, cieszę się, dumam przy oknie z widokiem z trzeciego piętra, myślę, planuję, robię sobie drugą kawę, jestem u siebie, zapraszam za kilka(naście) dni, jak zabłyśnie moje szkło, zawisną lampy, obrazy i zatyka zegar po mojej prababci.
W tym nieszczęściu otaczającego mnie świata jestem szczęśliwa.
Na swój sposób.
Li.

Wszędzie czai się Obcego cień…

30 października, 2010
Wszystko piękne, pachnące, nowe, albo ulubione stare, cieszy, chyba cieszy, nie wiem, znowu chaos wokół mnie z przeprowadzką w tle-dziś w nocy zmarł młodszy i jedyny brat mojej Mamy, a od kilku dni wiem, że Nemo ma Obcego. Z przerzutami.
Szkoda tylko, że dalej w tkwi w takiej zaciekłości i złości i nie widzi powodu, by ze mną porozmawiać.
Odkąd się rozstaliśmy ciągle chorował. Ponadnormatywnie.
Jestem pewna, że były to choroby od-duszowe, bo gdy choruje dusza, ciało nie będzie zdrowe.
Jest mi go żal. Bardzo chciał być szczęśliwy, miał swoje wyobrażenie szczęścia, trawił życie na jego poszukiwaniu, gonił za nim i łapał jego cień, a zapomniał o tym, że szczęście to tylko stan umysłu.
Trzymam za niego kciuki, proszę los o łaskawość, o odstąpienie od ostateczności, to jest ojciec moich dzieci, którego kiedyś kochałam bardziej niż siebie.
Li.

Siedem mgnień wiosny, siedem jesieni…

25 października, 2010
Za kilkanaście dni minie siedem lat od dnia, w którym kupiłam strych.
Na trzeźwo myślących realistach robił przygnębiające wrażenie- niski, zagracony, zagołębiony z dziurawym przeciekającym dachem, którego nie były w stanie uratować przyklejane latami kawałki papy. Brzydki był ten strych i brzydka była ona- odrapana kamienica, krzycząca o pomoc spadającym tynkiem.
Ale ja patrzyłam na niego moimi oczami i widziałam rozświetloną słońcem kuchnię, przytulny salon, sypialnie, łazienki i zakwiecony taras.
Wtedy jeszcze sypialnia miała być małżeńska, a gabinet do pracy dla męża koniecznie
w najspokojniejszym miejscu, tak by nie przeszkadzał mu stukot garnków i dzieci. Oraz ja.
Dziś mam wannę tylko dla siebie, gabinetu nie ma, w zamian dzieci mają wielką łazienkę.
Nie ma też męża, mogę sobie bezkarnie trzaskać garnkami forte fortissimo.
Za dziesięć dni będą moje czterdzieste trzecie urodziny, daję sobie w prezencie dom.
Nie ma w nim śladów przeszłości, jest jak nowonarodzone dziecko z genami kamienicy, ale bez szkodliwego wpływu złych zaszłości i dotykających boleśnie emocji.
Jest mój tak bardzo, że bardziej być nie może.
Zakochałam się, pokochałam od gołych ścian do ametystów, wyczuwam w nim same dobre emocje i radość, dał mi poczucie dumy z siebie samej.
Tak, jestem z siebie dumna, choć zmęczona i finansowo sponiewierana.
Miłość jednak warta jest największych poświęceń, będę dbać o tę miłość, wyrażam ją mocnymi jak moje uczucie kolorami na ścianach i już cieszę się na powrót do korzeni, do gości, do kolacji przy winie i świecach, na powrót do gotowania, do nareszcie! nareszcie! życia!
Ostatnie trzy lata były gorzkawe, ale i gorycz ma swoją datę przydatności do spożycia.
Koniec tego. Koniec!
Li.

Dezorganizacja i chaos, uwielbiam to!

24 października, 2010
Sprawy wykończeniowo-sprzątaniowo- przeprowadzkowe zjadają mój czas.
Miotam się między i pomiędzy, wściekam na zepsuty pachnący jeszcze nowością piec, umawiam jego wymianę, zapominam zamówić zlew, odkrywam brak kontaktu do światła w toalecie, ogarnia mnie rozpacz na widok nowych pokładów pyłu, zakochuję się coraz bardziej w swojej ogromnej sofie, nakrytej smutną i zapyloną folią, pod którą wrzucam kolejne poduszki.
Jutro będzie ostatnim dniem produkcji pyłu gipsowego, bo Pan Jacek skończy szafę w przedpokoju. Pomysł z szafą urodził mi się po gruntownym sprzątaniu, najlepsze pomysły zawsze trafiają mi się nie w porę…
We wtorek chłopaki ze Skrzydlnej zamontują drzwi, to będą ostatnie brudne roboty i Pani Jadzia wkroczy ze swoją miotłą i mopem, dając mi nadzieję na rychły ład i porządek.
Środę i czwartek poświęcam na sprzątanie i przenoszenie drobiazgów, a piątek na ostateczną przeprowadzkę.
Noc z piątku na sobotę spędzę już pod własnym dachem.
Będą zdjęcia i tego bałaganu i ostatecznego efektu, tylko potem.
Nie mam czasu dla nikogo, nawet dla siebie, pochłania mnie w całości ta jedna, jedyna sprawa, mój całodobowy absorbujący kochanek.
Oczywiście, że jest to wina braku organizacji, poświęcania czasu na sprawy błahe, rozdrabniania się, spędzania bezproduktywnie cennych godzin na przyglądaniu się jak Pan Jacek wygładza ściany, czy ja temu zaprzeczam?
Ależ skąd!
:)
Li.

Eliminowanie braków.

17 października, 2010
Kupiłam lodówkę.
Jest jak kobieta Klimta, piękna, okazała i pełna przeciwieństw- na zewnątrz gorąca, w środku cudownie chłodna.
Pasuje do sofy, obie mają bujną osobowość i pewnie będą walczyć o uwagę i skupienie wzroku tylko na jednej z nich…
No i ten kolor wina, czerwonego wina!
Li.

Są takie rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić, ale wiadomo, że muszą zostać i już.

17 października, 2010
Nie muszę już kupować wygodnego fotela.
Zawsze to jedna pozycja z mojej listy braków mniej…
Wyeliminowanie fotela nastąpiło jednak z konieczności, a nie z wyboru, a działanie z konieczności dotknięte elementem pewnego przymusu radości nie przynosi. Rien de rien.
Fotel został wyeliminowany przez przywiezioną mi wczoraj ze sklepu sofę, choć nazwanie tego wielkiego klunkra, klamota, grata* (*niepotrzebne skreślić) sofą jest nieuprawnionym nadużyciem godzącym w dobre imię zgrabnych, wygodnych, przytulnych sof.
W salonie mam potwora zdolnego pomieścić na sobie jakąś ogromną ilość osób wraz z ich kotami i psami. W sklepie była mniejsza, jestem tego pewna!
Staram się najpierw zobaczyć plusy:
1. koniec domowych awantur o to, kto siedzi rozwalony na kanapie przy ogladaniu „Mam talent”, bo rozwalić się możemy spokojnie wszystkie trzy.
2. koniec kocich i psich awantur o najlepsze miejsce w nogach- miejsca jest, że hoho, miaumiau, hauhau.
3. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu fotela
4. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu mebli, bo nic się już nie zmieści
5. możliwość przenocowania na tym czymś conajmniej czterech osob jednocześnie (co do razu wyklucza jakiekolwiek oszczędności haha..).
6. Wiecej plusów nie widzę, bo przesłania mi je to wielkie coś!
Minusy są ogromne:
1. nie pasuje mi do koncepcji i tu usprawiedliwia mnie fakt, że koncepcja narodziła się niedawno,
a sofę zamawiałam całe wieki koncepcji temu
2. nie da się na niej siedzieć z gracją i elegancją- nawet najlepiej wychowany człowiek zapada się w poduchy i rozwala jak naleśnik na patelni (co w sumie chyba jest plusem, jakby tak się blizej zastanowić…?)
3. zapomniałam, na śmierć zapomniałam, że w salonie przy tej ścianie nie mam kąta prostego, tylko ostry i teraz muszę kombonować, jak „zgubić” kąt.
4. więcej nie piszę, by się nie dobijać.
Ironia losu polega na tym, że będąc wielbicielką przytulnych, wysiedzianych sof i foteli, mam ogromne sofisko, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Lądowisko dla helikoptera!
(Myśl o plusach, myśl o plusach, myśl o plusach…)
Li.

O brakach.

15 października, 2010
Nie pamiętam czym różniła się środa od wtorku.
Czwartek zapamiętałam, bo nareszcie dostałam swoją salonową podłogę.
Piątek podotykał mnie gwałtownie w czułe miejsca, a najbardziej to w głowę- jej ból otępił mnie na kilka popołudniowych godzin.
Parę minut temu zaczęłam sobotę.
Dobrze jest- kubek z herbatą z imbirem daje mi niezbędne do życia ciepło, mgła za oknem odgradza od ciemnego świata i jak mi Bóg miły to przedostatnia sobota w tej zimnej norze!
Brakuje mi tylko kilku rzeczy: kuchennego blatu, zlewu, baterii kuchennej, młynka na odpadki, lodówki, mebli do dzieci, łóżka do sypialni, dwóch szaf, szafek łazienkowych, lamp, wygodnego fotela, garnków do płyty indukcyjnej, drzwi, kilkudziesięciu żarówek, grzejnika-wieszaka do przedpokoju… ehm, to tylko kilka pozycji… zdobycie pieniędzy na te niezbędne do życia fanaberie nie powinno być problemem, muszę tylko pomyśleć.
Nie mam nic do sprzedania, ale za to wiele do kupienia.
Nie jest to uczciwy układ ze strony losu, o nie!
Li.

Ewolucja oczekiwań, czyli od mężczyzny do wałka.

11 października, 2010
Trzykrotnie przemalowywane ściany w salonie marszczyły się już od zniecierpliwienia. Łaskotane wałkiem z farbą w różnych kolorach były albo rozdrażnione, albo rozśmieszone albo zachowywały irytującą obojętność. Zwykłe i niezwykłe szarości, brudne różne róże, mniej lub bardziej aksamitne burgundy, czekoladowe i kakaowe brązy, trzy odcienie wrzosów, ech… codziennie spotykał mnie akolorystyczny pech.
W żadnym z tych kolorów nie było mi do twarzy, a bez twarzy nie mogłam trafić w ten jeden, jedyny odcień pełnego zadowolenia, spokoju i satysfakcji.
Do wczoraj.
Kolor wybrałam z mieszalnika, miał kosmicznie brzmiący symbol 10YR28072.
Jest kolorem moich marzeń, nie do określenia i jednoznacznego zaszeregowania, bo zawieszony pomiędzy szarością, a brązem ma w sobie kolory całego świata.
Głęboki, ale nie ciemny daje niesamowite możliwości aranżacji i grania tłem.
Ten kolor jest ciepło-gorzki, pachnie, otula mnie, zmiękcza, zachwyca i uszczęśliwia.
I po co mi mężczyzna, skoro do szczęścia wystarczą mi tylko pomalowane ściany?
Li.

Niedzielnie i w celu zapewnienia ciągłości informacji :)

10 października, 2010

Z plotek kamienicznych donoszę, że kamienica zyskała nowe, choć stare drzwi.
Poddane bolesnemu procesowi renowacji przez mistrza Jarząbka, starannie rozebrane z barchanowych warstw łuszczącej się olejnej farby pokazały swoje piękne oblicze, ze wzruszającymi zmarszczkami z przeszłości.
Został w nich mocno wytarty próg, deptany od 1887 roku przez mieszkańców, ich gości i złodziei.
Stare, nadtłuczone i popękane szybki witrażowe w nadświetlu trzeba było niestety wybić do ich ostatecznego końca, nie dały się wyciągnąć bez uszkodzenia drewna.
Ale mamy już wprawione nowe i choć współczesne, to znacznie piękniejsze.
Szerząc w kamienicy kult młodości, rzucają kiczowato cudne kolorowe zajączki na klatkę schodowę i rozjaśniają szare dni.
Dostałam je od męża mojej ulubionej maczki, artysty witrażowego i wrażliwego na moje błagania człowieka :)
Do pełnej urody klatce schodowej brakuje tylko koloru na ścianach i renowacji schodów.
Ale to przy oporze niektórych współwłaścicieli uda nam się zrobić pewnie dopiero na wiosnę.
I dobrze- znowu będzie okazja do zamieszania, podejmowania decyzji, radości ze zmian, pyłu i hałasu…
No dobra- żartuję. Pewnie będą współwłaścicielskie kłótnie, frakcje, reakcje i wojny, ale potem zapanuje pokój i spokój :)
Li.

Nocne rozmowy ze sprzętem AGD.

6 października, 2010
Wstałam w środku nocy szukając snu.
Kąty mieszkania zajęte kartonami nie pozwoliły się obszukać.
Pies na hasło „aport” nawet nie drgnął, a koty profilaktycznie zaczęły mruczeć z dezaprobatą.
Czując na sobie ciężar bezsennej samotności, zaprosiłam ją na kawę, bo co tak będę tu sama siedzieć?
Snuję się po domu, włączam pralkę i zmywarkę dla złamania ciszy.
Biorę prysznic, mam czas na peeling i balsam do ciała.
Dłużej niż zwykle wklepuję krem pod zmęczone oczy.
Patrzę na siebie i widzę smutek, on lubi nocne życie, wypełza wtedy z za dnia ukrytych w mojej głowie korytarzy i pokazuje swoją au naturel twarz.
Jestem w stanie nieustannego, tłumionego dziennym życiem smutku i nic na to nie poradzę.
Witaj smutku, czas więc się zaprzyjaźnić.
Idzie jesień,
Li.

Pokój Gusi, czyli Młodszej i fragment holu na górze.

2 października, 2010

Półki w przedpokoju- na prawo wejście do pokoju Starszej, na lewo do Młodszej, a zupełnie na lewo do kotłowni-widać brzuch mojego pieca :)

A tu pokój Agnieszki i bałagan książkowy. Układamy je powoli, och jak powoli…

Lampa z „Flo”, cudownie barokowa :)


Guśka lubi kolory i dobrze. Pasy na ścianach są ciężko wypracowanym kompromisem pomiędzy ścianą całą w mocnym fiolecie i jeszcze mocniejszym amarancie.
Reszta zdjęć za kilka dni!
Li.


Łazienka Dziewczyn.

2 października, 2010

Widok na łazienkę córek od strony okna. Daleko w tle pokój Agnieszki.

Przedziwne rzeczy dzieją się z kolorami na ścianach. Łazienka moich córek w rzeczywistości pomalowana jest na bardzo ciepły beż. Na niektórych zdjęciach beż sam robi się na szaro!


Tu jest prawdziwy kolor! To zdjęcie robiłam, gdy łazienka zalana była słońcem.
Nieszczęsna niebieska kabina, w rzeczywistości jej niebieskość ginie, ale na zdjęciu aż kłuje w oczy!
Brakuje zaplanowanego bardzo ozdobnego żyrandola, lamp nad lustro i… tysiąca drobiazgów :)
Poniżej widok od strony drzwi, których jeszcze nie ma.

Li.


Taras- moja kolejna miłość :)

2 października, 2010

No i kto nie wierzy, że kwitną mi clematisy ?

Kupiłam beznadziejne doniczki- miały być mrozodoporne, w fajnym kolorze jasnej, lekko spatynowanej szarości, a po pierwszym podlaniu zrobiły się w łaty pełne rdzawych wykwitów i wyglądają jak wykopaliska w fazie ostatecznego rozkładu. Musze je wymienić, bo obawiam się, ze nie przeżyją zimy, a moje clematisy, wiciokrzewy i pnące hortensje wraz z nimi.
Li.

Ametysty są pocałunkiem dla ściany :)

2 października, 2010

Tu na zdjęciu niedokończony jeszcze sufit w sypialni. Będzie podświetlany łagodnym, twarzowym światłem…:)

Powyzej widok na fragment toalety, która jest w tym samym kolorze co łazienka, ale na zdjęciu tego nie widać. W lustrze odbija się kabina prysznicowa.

Pomiędzy łazienką, a toaletą będą szklane drzwi.

Na ścianie jest kolor o nazwie „Malinowy krzew” :)
Szkoda, że na zdjęciu wychodzi tak ostro, w rzeczywistości jest pięknie przygaszony…

Bardzo podoba mi się mozaika, którą wyłożony jest m.in słupek na baterię do wanny. Wygląda jak macica perłowa, albo rozlana benzyna/by Aurora :) Pięknie się mieni, raz jest ciemna, raz jasna, ma w sobie fiolety, zielenie, szarości, niebieskości, róże… cudna!

Ametysty przyklejałam osobiście, choć uczciwie powiem, że nie wszystkie :)) Dopasowanie ich do wycięcia w płytkach wymagało sporej cierpliwości, której ja- jak wiadomo- nie mam :)

Widok na łazienkę od strony mojej sypialni. Kolory na ścianie są zdecydowanie bardziej przygaszone, nie takie ostre jak na zdjęciu…

Zapomniałam zrobić zdjęcie kabiny prysznicowej i toalety. Nadrobię następnym razem.

Teraz, gdy już znalazłam kabelek, to…:))

Li.

Schody- są jak biżuteria.

2 października, 2010

Widok od strony drzwi wejściowych.
Po lewej stronie gustowna folia zasłaniająca salon.
Po prawej stronie widać fragmencik toalety, wejście do mojej sypialni i szafę na buty.
Nie mam jeszcze drzwi wewnętrznych i to niestety widać:)

Stopnie są naprawdę pięknie wycięte, spisał się Pan Grześ- stolarz.


Tu widok z drugiego poziomu. Niestety, potwierdza się stara rodzinna prawda- nie potrafię robić zdjęć. Ale od czego wybraźnia?

Myślcie co chcecie, ja tam się w nich zakochałam :)
Li.

Pokój Karoliny, czyli Starszej :)

2 października, 2010

Po prawej stronie od wejścia jest szafa, a na ściętej ukośnie ścianie przykleiłam lustro, w którym fajnie odbija się ściana z półkami i lampa.
Powyżej-widok na pokój od strony okna.


Półki z regipsów podświetlane są ledami, ale na razie sterczą same kabelki…

Reszta za chwilę.

Li.