Nie o Sylwii :)

28 stycznia, 2011
Cały dzień czekałam na wieczór.
Zmęczona tygodniem uświęcam piątek z jego gwarancją wolnego weekendu.
Siedzę na swoim łóżku i…
… mam mnie tylko dla siebie, mogę sobie zaborczo i swobodnie wyciągać myśli, oglądać je,  jedne chować, inne odganiać, a jeszcze inne posłać gdzieś w świat.
A co na to Lec?
Różne myśli chodzą po głowie. Niektóre ją nawet opuszczają.

Laptop grzeje moje kolana swoim ciepłem, są takie chwile w życiu kobiety, gdy i takie ciepło przynosi spokój i ukojenie. Potrzebuję tego spokoju nocy po niepokoju dnia, bo codziennie poddając się biegowi wydarzeń, nie doganiam czasu dla  koniecznej myśli analizy, odkładam ją na potem, a potem… jestem zaskoczona wynikiem, nie znajduję w nim swoich myśli, może wyparowały, zmieniły skład chemiczny, kwasy stały się zasadami, zasady nagle weszły w odczyn obojętny, opóźnienie mojej reakcji zabiło spontaniczność i oszukało instynkt.
Coraz więcej ważnych dla mnie spraw odkładam na potem, jakby miało mi to dać gwarancję długiego życia, jakby moje przekonanie, że nie mogę zejść z tego świata bez załatwienia swoich ludzkich interesów miało jakiekolwiek znaczenie dla losu i mojego zapisanego w nim czasu.
A co na to Lec?
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.
Skupiam się na codzienności, coraz mniej uciekam w marzenia, to wskutek zrozumienia, że droga do realizacji marzeń wcale nie jest bezpieczna, dla własnego spokoju wolę więc nazywać je zadaniami, najwyżej ich nie odrobię, zamiast rozczarowania dostanę tylko pałę i będę powtarzać rok.
Bo rozczarowanie niszczy mnie najbardziej, a ja przecież chcę żyć długo i szczęśliwie, w tej kwestii ciągle jestem konsekwentna.
A co na to Lec?
Cudna mozaika z naszych rozbitych marzeń.
Ten tekst napisałam dwa lata temu na poprzednim blogu.
Nic nie stracił ze swojej aktualności i dziś mnie to przeraziło. Nic się nie zmienia?
Jestem zmęczona, ale ciągle z nadzieją na…
Tylko, że dwa lata temu miałam o te dwa lata więcej czasu.
Dlaczego ciągle mi się wydaje, że jestem młoda i mam czas?
Li.


Rozpiera mnie duma z powodu moich Czytelników.

27 stycznia, 2011
Niech sobie notki o Sylwii wiszą w spokoju, co jakiś czas będę je przypominać do momentu, gdy tej pomocy nie będzie już potrzebować.
Dzwoniłam do niej kilka godzin temu, dziewczyna jest w szoku, płacze i śmieje się na przemian, a na koncie ma już ponad 1600 złotych. Różne są wpłaty, do 10 złotych do 100 złotych, każda jest ważna!
Pięknie!!! Ludzie moi kochani, naprawdę pięknie!
I te Wasze dopiski w tytule przelewów, kilka mi przeczytała, można naprawdę w jednym momencie zakochać się w ludzkiej dobroci.
Ale jest i nieludzka twarz, banda idiotów i frustratów, którzy na jednym z blogów- przez litość nie napiszę na którym- używają sobie lansując tezę, że napisałam łzawą notkę na potrzeby konkursu.
I pewnie nie poświęcałabym tej zgrai swojej uwagi, gdyby nie zarzuty o naruszenie tajemnicy adwokackiej, zarzuty dodajmy absurdalne i świadczące jedynie, że gdzieś im tam gra, ale nie wiedzą co.
Informuję więc wszystkich, że to ja miałam dylemat czy podać dane Sylwii na blogu, ale to ona mi na to pozwoliła, twierdząc że uwolni mnie to od podejrzeń o prywatę i chęć osiągnięcia korzyści.
Jak widać nie uchroniło.
Ale ja naprawdę mam to w glębokim poważaniu, bo najważniejsze że Sylwia ma zapewniony byt dla siebie i dzieci na najbliższy miesiąc, pieniądze ciągle spływają, dzieci nie będą głodne, a ona nie będzie żyła w wiecznym poczuciu zagrożenia wyrzucenia z wynajmowanego mieszkania.
Najmłodsze dziecko ma dopiero pół roku, nie ma go z kim zostawić, musi czekać z podjęciem pracy, dopóki synek nie pójdzie do przedszkola.
Jest  to naprawdę dzielna i pracowita kobieta,  jestem pewna że i dla niej nadejdą jasne dni.
Na razie są ciemne chmury, ale przecież czasem słońce, czasem deszcz prawda?
Nasza pomoc pomogła jej uwierzyć w to, że nawet w sytuacji beznadziejnej można mieć nadzieję na zmianę i ufać w dobrego człowieka, a to zawsze dodaje skrzydeł.
Jej mąż zawiódł ją na całej linii, wiem to na pewno- poznałam tego ancymonka przed jego wyjazdem do Anglii. W dodatku wdał się w romans zaraz po wyjeździe, Sylwia dowiedziała się o tym i ciężko to odchorowała.
Drugi mężczyzna też ją w pewien sposób zawiódł, wdając się w sprawy, które zaprowadziły go do aresztu, niezależnie tego, czy jest winny czy nie.  Została bez pieniędzy i bez pomocy. Nie ma matki, matka przecież zawsze pomoże, jak nie finansowo, to przygarnięciem do domu. O ojcu napisałam. Na teściów nie może liczyć.
Ale ma mnie, a ja nie dam jej zginąć. Dla samej przyjemności pokonania złośliwości losu, o!
A ja mam Was!
Jeszcze bardzo dziękuję :)))) i tu uśmiecham się swoim najpiękniejszym uśmiechem, takim na specjalne okazje!
Li.

Dziękuję.

27 stycznia, 2011
Szukam słów, by nie brzmiały pompatycznie i z patosem.
Nie chcę jednak, by byly za skromne, bo emocje są ogromne.
(Ja to w ogóle jestem taka łatwo wzruszająca się, z gulą w gardle i do granicy łez).
Moi drodzy Czytelnicy, i Ci zasiedziali od lat i Ci nowi!
Ale daliście wspaniały popis empatii, wrażliwości, współczucia i co najważniejsze zaufania!
Zaufania do mnie!
Wpłaty wpływają przez cały czas, Sylwia trwa w osłupieniu, do wczoraj wieczorem na koncie  było 600 złotych, ale bank zaksięgował tylko jedenaście wpłat, dziś będzie na pewno dużo więcej.
Już to co jest pozwala tej dziewczynie na spokojny sen, ma pieniądze na jedzenie i na zaległy rachunek za prąd.
Jutro napiszę, ile pieniędzy wpłynęło  przez trzy dni, a teraz idę do wanny pełnej pachnącej piany, mam przed sobą jeszcze godzinę  cennego spokoju.
Miłego dla Was!
Li.
PS. Założyłam konto Paypal, rzeczywiście to niezwykle prosty sposób przekazywania pieniędzy.
Kto chce, to podaję  maila Mo67@poczta.fm.
Jeżeli chodzi o wysokość wpłat to uważam, że lepiej jeść małą łyżeczką, a częściej :)

PRZYDATNE INFORMACJE:
Pampersy 4+, od 9-20 kg.
Ciuchy na malucha  82 cm.
Dziewczynka ma 1,34 cm, jest  bardzo szczupła
Chłopiec  ma 1,28 cm, również  szczupły
mleko Gerber 2
zupki i deserki wszystkie od 5 i 6 miesiąca życia.


Po prośbie.

26 stycznia, 2011
Codziennie rodzące się historie życia zwyczajnych ludzi  rzadko wypływają na szerokie wody tzw. ogółu.
Ludzkie dramaty chowają się raczej po kątach zadłużonych mieszkań, nie w głowie im konkursy na bloga roku z opisami walki z losem. Bieda się nie sprzedaje, bo  bieda jest wstydliwa i upokarzająca, nie ma komputera i dostępu do internetu.
Podobno każdy jest kowalem własnego losu, ale gdy los ten wpada w biedę, trudno o ogień do kowalskiego pieca.
Mam klientkę Sylwię, od  roku walcząc z bezwładem sądu  próbuję ją rozwieść. Na razie nareszcie mam ustanowionego kuratora dla  jej nieobecnego i nie znanego z miejsca pobytu męża, sąd wyjątkowo wolno działa w tej sprawie.
Jej beznadziejny małżonek trzy lata temu wyjechał do Anglii.
Początkowo się odzywał, przesyłał jakieś drobne kwoty, a potem słuch o nim zaginął.
Zerwał wszelkie kontakty z rodziną, a jedyny ślad po nim to wpis gdzieś na forum poczyniony przez porzuconą przez niego kobietę i sms do ojca rok temu na Święta z powiadomieniem, że żyje. Ale ten numer telefonu jest już nieaktywny.
Sylwia ma troje dzieci, dwójka pochodzi z nieszczęśliwego  małżeństwa, a trzecie z obecnego, szczęśliwego związku.
Gdy porzucił ją mąż, zostawiając ją z długami i bez środków do życia w wynajętym mieszkaniu, zaopiekował się nią i dziećmi kolega męża-Piotr. Opieka ma swoje długofalowe skutki, mają półroczne dziecko, ale muszę przyznać, że to porządny facet, dzieci Sylwii traktuje jak własne, a one za nim przepadają.
Widziałam, więc wiem.

Klepali razem biedę, ale umiarkowaną. Nie stać ich było na przyjęcie komunijne dla córki, ale nie brakowało na jedzenie. Piotr zarabiał pracując na dwóch etatach, Sylwia zajmowała się domem i dziećmi, ot przeciętna rodzina.
15-go grudnia 2010 roku Piotr nagle i niespodziewanie został aresztowany na trzy miesiące, podobno za udział w tzw. aferze paliwowej. Trudno mi w to uwierzyć, sądzę że jest to jak zwykle pomyłka organów ścigania, to jest zwykły kierowca, dopuszczam jedynie możliwość, że został wplątany w coś wbrew swej wiedzy i woli. Jakiekolwiek jednak nie byłyby przyczyny aresztu,  Sylwia została sama z dziećmi.
Dawała sobie radę przez kilka dni, aż przed Świętami pękła i przyszła do mnie. Bo nie miała do kogo.
Nie miała też na bilet tramwajowy i z głębokiej Huty do centrum miasta przyszła na nogach z dzieckiem w wózku. Kto zna Kraków to wie, jaka jest to odległość.
Dałam jej trochę pieniędzy, kupiłam zapas pampersów, jedzenie, zupki dla niemowląt,  itd i zbadałam sytuację.
Jest bardzo źle:
Nie ma żadnych pieniędzy. Jej matka nie żyje, ojciec mieszka w małej wsi gdzieś na Pomorzu i nie może na niego liczyć, pomimo że będąc byłym wojskowym, ma wysoką emeryturę. Ale pije.
Bliższej rodziny w postaci babć, dziadków i ciotek brak, jej siostra ma 19 lat i jeszcze się uczy.
Koleżanki są, ale są to głównie poznane na placu zabaw inne matki,  nie ma przyjaciół, za krótko mieszkała w Krakowie, by nawiązać jakieś mocniejsze więzi.
Matka Piotra mieszka ze swoją matką, obie w sumie mają 1700 złotych z emerytury i renty, z czego 1300 złotych wydają na mieszkanie. Od czasu do czasu przynosi Sylwii jakąś bieda-zupkę, ale jest schorowana i sama wymaga opieki, nie można zostawić z nią dziecka i iść do pracy.
Opieka społeczna opłaca dzieciom obiady w szkole.
Czynsz za styczeń wraz z mediami wynoszący 1200 złotych zapłaciła, bo miała na ten cel na szczęście wcześniej odłożone pieniądze. Za luty już nie ma.
Córka zachorowała i nie miała na leki.
Powiedziała mi, że kilka razy dziennie otwiera pusty porfel, jakby miał stać się cud.

Napiszę Wam tak:
nie jestem w stanie sama utrzymać jej z trójką dzieci.
Potrzebne są pieniądze na mieszkanie i na niezbędne rzeczy dla półrocznego dziecka,  typu pampersy, mleko i zupki, dla dziesięcioletniej dziewczynki wyglądającej jak mały elf i dla siedmioletniego chłopca.
Znam Sylwię od dwóch lat, widzę jak walczy z losem.
Na rodziców męża nie może liczyć, są na nią obrażeni, tak na wszelki wypadek, żeby nie prosiła ich o pomoc. Mimo wszystko poprosiła- odmówili, bo cytuję:  „im samym jest ciężko”.
Sylwia ma trzydzieści lat, a wygląda jak szesnastolatka. Prawie jej nie ma.
Ujmuje mnie swoją troską o dzieci i miłością do nich. Ona niczemu nie jest winna, poza winą w wyborze męża.
Może niedługo, za dwa -trzy miesiące uda się dostać alimenty z Funduszu Alimentacyjnego, jak tylko komornik nareszcie weźmie się do roboty, przestanie bezsensownie szukać jej męża, tam gdzie go nie ma  i wyda postanowienie o umorzeniu postępowania o egzekucję alimentów . Mamy wydane przez sąd zabezpieczenie alimentów na tysiąc złotych.
Sylwia  dziś wieczorem dowiedziała się, że jej ojciec jadąc autem pod wpływem alkoholu potrącił 74-letniego jadącego prawidłowo rowerzystę, który poniósł śmierć na miejscu.
Ojciec jest aresztowany, grozi mu kilka lat kary pozbawienia wolności, a rowerzystą był dziadek chłopaka jej siostry. Tak to sobie wymyślił los.
Załamała się zupełnie.
Kilka dni temu  poprosiłam, by założyła sobie konto.
Jest w tak prawdziwej desperacji, że  pozwoliła mi podać swoje nazwisko:
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
Może ktoś z Was wpłaci 10 złotych, 20, a może nawet i 50?
W lutym zapłacę za wynajem jej mieszkania, a z Waszych wpłat może uzbiera się na jedzenie dla dzieci, pampersy, mleko  i zupki dla małego, bardzo żarłocznego  synka. Widziałam go, to wiem. Prawdziwy z niego mały smok, waży już prawie dziewięć kilo.
Potem będziemy martwić się o marzec.
Ręczę sobą, że pieniądze nie pójdą na żaden inny cel, bo to naprawdę jest porządna i uczciwa dziewczyna, walczy z losem jak umie, ale sama nie ma szans.
Muszę powalczyć  o wyciągnięcie Piotra z aresztu, jest przecież jedynym żywicielem rodziny!
Trzeba jej pomóc, naprawdę trzeba. Ma zdrowe dzieci, ale za chwilę te dzieci  będą głodne.
Patrzę na nią  i widzę jak chudnie w oczach, na pewno nie dojada.
Pomożecie? Proszę! Wystarczą naprawdę małe wpłaty, byle od wielu z Was!
A na znajomych z reala powywieram nacisk bezpośredni.
Li.
PS. Taka notka w obliczu konkursu może wyglądać dwuznacznie, jestem pewna, że odezwą się trolle, będą posądzenia o populizm i takie tam,  ale mam to w swojej wirtualnej i realnej d…
Nie proszę o pomoc dla siebie.
Update: Pytacie o adres:
Do przelewu adres starego miejsca zameldowania, u teściów Sylwii, taki ma w dowodzie osobistym, choć podobno teściowie wszczęli sprawę o wymeldowanie jej i dzieci. Jak tak rzeczywiście zrobią to powstanie kolejny problem- bez stałego meldunku w Krakowie trudno będzie uzyskać pomoc socjalną.
Pomartwię się tym jednak później:  ul. Biskupia 11/10, 31-144 Kraków
Do wysłania paczki lub listu właściwy jest  adres wynajętego mieszkania: os. 1000-lecia 1/84, 31-603 Kraków
Zakładam, że psychopaci mnie nie czytają :)


Ja Wam daję to, a Wy mi dajcie to.

25 stycznia, 2011

Nie mam dziś ochoty na pisanie.
Może Wy coś napiszecie do mnie?
Coś lekkiego, niezobowiązującego, miłego, dowcipnego, z puszczeniem oka, bez oka…
Cokolwiek! Byle bez problemów.
Czuję się dziś opuszczona i samotna, jak sierotka.
Sierotka Monisia (chyba nie ma bardziej dramatycznie brzmiącego zdrobnienia mojego imienia).
Li.


Bez-myślność.

24 stycznia, 2011
-Nie chcę  pisać o rodzinno-okolicznych chorobach,  choć te-wchodząc  w moje życie bezczelnie i bez pukania, żądają nieustannej uwagi.  Teraz udaję, że ich nie ma, dzisiejszy wieczór musi być przyjemny, to aksjomat warunkujący spokojną  noc i kolorowe sny.
Wieczór musi mieć herbatę w ulubionym kubku, snującą się między kotami muzykę i większą niż zwykle warstwę kremu pod zmęczone oczy.
Wieczór daje Młodszej całusa na dobranoc, otwiera wytrawne chilijskie wino, wysnuwa z wątku życia jedną, cienką niteczkę nie obciążoną zmartwieniami i smutkiem i pozwala się sobą cieszyć.
Wieczór  ma czas  na przeglądanie stosu książek kupionych na wyprzedaży  w „Matrasie”,   mhmmm… a to przecież same przyjemności, zaraz wejdę z jedną z nich pod kołdrę i  nie będzie tam miejsca na nic innego (choć pewnie nie wytlumaczę tego wchodzącym jak do siebie kotom).
Nie wiem skąd ten nagły przypływ dobrego humoru, widocznie  depresję zalała fala, wywołana wiecznym ostatnio trzęsieniem mojego świata. 
Tak bardzo pragnę być szczęśliwa i pogodzona z życiem, że dziś wieczorem wyłączam umysł i będę kompletnie bez-myślna. Tylko przyjemności, tylko przyjemności, tylko przyjemności…
Li.

O niczym.

24 stycznia, 2011
Lubię poranki, gdy mój  świat jeszcze śpi, a ja już nie.
Koty i pies akcentują swoją dezaprobatę wymownym ziewaniem, ale wiernie pokazują, że jakby co,  to dla mnie zdolne są do działania. Najwyraźniej było to widać w chwili,  gdy Kara potrąciła  kubek z pierwszą kawą,  a ta  szerokim strumieniem wlała mi się do łóżka.
Lubię więc siedzieć w łóżku z laptopem, w świeżo przebranej pościeli  i jeszcze przez godzinę cieszyć się wolnością od życia.
Zaokienna ciemność idzie w kierunku światła, a zapach kawy pobudza mi zmysły.
Telefon śpi jak zabity, kalendarz jeszcze  nie otwarty, nie straszy swoimi wpisami, dla niego poniedziałek zaczyna się o ósmej rano.
A co na to Lec?
Człowiek nie jest samotny! Ktoś go przecież pilnuje.

Usiłuję wyobrazić sobie co będzie za kilka miesięcy, gdy zakwiecę i zakrzewię taras, gdy o piątej rano będzie zalany słońcem, gdy będzie lśnił od porannej rosy, gdy tam wyłożona na kanapie i w piżamie będę mogła pić poranną kawę, ech…!
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.

Trudno nie poddać się okolicznościom, ale przynajmniej spróbuję i z wrodzoną sobie przekorą nie dam się złym nastrojom.
Piszę na dziś dobry scenariusz z happy endem w postaci wieczornej wizyty u kosmetyczki, będzie bezstresowo, miło, ciepło i bezpiecznie.
Pooszukuję samą siebie, ale to dobre oszustwo, depenalizuję je, bo czynione jest w obronie koniecznej, by nie smutnieć, nie produkować zmarszczek pod oczami, nie farbować włosów na siwo i nie zatruwać się żalem do losu.
Li.

Udawanie przez chwilę nie boli, a potem za karę boli podwójnie.

23 stycznia, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy w sobotni wieczór maluje oczy i wychodzi z domu, by  pić wino i śmiać się do łez z dowcipów nie najwyższych lotów.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy wśród ludzi udaje się jej zapomnieć, że  ukochany ojciec umiera na raka, a jej nieukochany były  mąż, będący jednak  kiedyś miłością jej  życia,  walczy i nie ma już włosów, brwi i pięknych, gęstych, długich  rzęs.
A co na to Lec?
Strzeżcie się tematów, od których nie możecie uciec.
Są więc i takie chwile w życiu kobiety, gdy w niedzielne, pozornie spokojne południe wydaje się jej, że  nie wytrzyma kłębiącego się w niej bólu i buntu przeciwko kolejnym  wyrokom losu,
wydawanym bez sprawiedliwości.
Są więc i takie chwile w życiu kobiety, gdy musi popłakać sobie do opuchnięcia oczu, rwącego łkania,
do dna rozpaczy i bezsilności.
A co na to Lec?
Wielu ludzi przeżywa tragedię. Nie każdemu jednak pisze ją jakiś Sofokles.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy może skupić się tylko na zadaniach danych jej do wykonania:
1. woda mineralna Nałęczowianka, delikatnie gazowana-cała zgrzewka, bo tata lubi tylko tę wodę,
2. sok jabłkowy- tylko Tymbark, bo według taty jest najlepszy,
3.realizacja recepty wypisanej przez niego samego dla samego siebie,  na najsilniejsze środki przeciwbólowe,
4. i …zawsze uśmiech, zawsze lekka kpina, zawsze żart na podorędziu, zawsze podniesiona głowa.
A co na to Lec?
Jak często gramy komedię, bez nadziei na oklaski.
Li.

Pochwała soboty ze wstydem w tle.

22 stycznia, 2011
W soboty przebudzenie wygląda zupełnie inaczej i nie chce mieć nic wspólnego z nerwowymi porankami poprzednich pięciu dni tygodnia.
Budzik nie wrzeszczy, a ja go nie zabijam jednym celnym uderzeniem,  okno nie trzeszczy z wysiłku nie wpuszczania głośnych odgłosów miejskiego życia, dzieci śpią, i nawet koty wiedzą, że jest sobota, bo nie wykazują wzmożonej porannej  aktywności, z której najbardziej cudownie uciążliwym objawem jest dotykanie zimnymi noskami mojej twarzy (choć z powodu tego ostatniego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że rano jestem budzona pocałunkami).
W sobotę rano mogę siedzieć w łóżku z widokiem na nagą lipę za oknem, bo rolet i zasłon wciąż brak, pić ulubioną kawę z mlekiem, czytać, pisać i robić plany, a planowanie wychodzi mi najlepiej.
Dziś zaczęłam tworzyć listę zaniedbań i niedokończoności, powieszę ją w widocznym miejscu, może wzbudzając we mnie poczucie wstydu, sprowokuje mnie do twórczego działania.
W domu ze ścian sterczą kable, nie ma progów, brakuje klamek, w trzech miejscach nie ma listew przypodłogowych, nie powieszone obrazy smutnieją,  wbrew swej woli ukryte za kanapą, wyspa kuchenna ciągle czeka na ubranie, ściana nad kuchennymi szafkami też jest naga, nie ma rolet, nie ma zasłon, nie ma półek, nie ma niezbędnej komody.
Cudowna lampa nad schodami cierpi na brak  żarówek, bo z przewidzianych czternastu sztuk ma zaledwie dwie.

Poniżej: widok z drugiego poziomu na lampę i  sterczący kabelek na suficie. Oczywiście, że  na etapie budowy było zrobione specjalne wzmocnienie pod lampę, bo już wtedy mialam przeczucie powieszenia tu czegoś ciężkiego. Okazało się jednak, że nie pasuje… akurat ta lampa nie zmieściła się między schodami.
No cóż, na wszelki wypadek nikt pod nią nie staje.

Bobcio zapozował pod rybą, nie mogłam się oprzeć…

Lampa wygląda naprawdę pięknie, idzie się schodami razem z nią.

Sterczące kable wyglądają jednak dramatycznie przygnębiająco:

Przeprowadziłam się, zamieszkałam, pokochałam, przytuliłam do mojego serca i nie zauważam na co dzień wad,  braków i niedociągnięć.
Akceptuję bez zastrzeżeń, ślepo wpatrzona i zakochana do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Coś mi to przypomina, haha…
Li.


To jeszcze nie koniec inwestycji :)

21 stycznia, 2011

Sms-y i prośby o nie dojdą pewnie do zestawu moich nocnych mar.
Już mi się śnią, gdy tylko uda mi się zasnąć.
Trzeba niestety głosować nadal. Rzecz jasna, że nikogo nie namawiam, haha, ale spróbujcie nie głosować!
Z tych samych telefonów, na ten sam numer 7122, ta sama treść A01026, tym razem na wybór Bloga Blogerów.
A jury zaczęło czytać wybrane blogi.
Miłego piątku, mój będzie koszmarny, aż nie chce mi się wychodzić z domu.
Li.


Pieskie życie.

20 stycznia, 2011
Czuję wewnętrzny sprzeciw przed napisaniem notki o zakończeniu pierwszego etapu konkursu, wystarczy że wrze na innych blogach.
Nie będę więc czynić gwałtu na swojej wrażliwej naturze i napiszę  o sprawie o psa.
Sprawa o psa tocząca się przed prowincjonanym sądem,   zajęła mi wczoraj kilka godzin i była kolejnym potwierdzeniem gorzkiej prawdy, że stosunki międzyludzkie coraz bardziej schodzą na psy, w tym przypadku zresztą dosłownie.
Pies jest mały, kudłaty, ma rozumne oczy i przyjemnie kundelski pysk.
Przez pierwsze dwa lata swojego życia biegał sobie swobodnie po podwórku domu jednej z małopolskich wsi, dla rozrywki goniąc kury i podgryzając kacze kuperki.
Dobra pani dbała o jego pełną miskę i na noc zabierała go do domu.
Pewnego dnia,   z Ameryki po dziesięciu latach nieobecności,  wrócił sąsiad i oto okazało się, że mały, wiejski kundel może być przyczyną wojny, w którą zaangażowany czynnie jest wymiar sprawiedliwości, adwokaci i rzesza mniej lub bardziej fałszywych świadków.
Sąsiad na mocy dawnej umowy ma prawo przechodu przez podwórko właścicielki psa. Nieważne, że od  czasu ustanowienia drogi koniecznej wiele się zmieniło, że do jego domu prowadzi teraz inna wygodna droga, że nie musi przechodzić przez cudze podwórko… ech, nie musi, ale chce. Bo ma.
Pies przyjaźnie nastawiony do świata witał intruza szczekaniem, ale takie jest prawo psa.
Mój też szczeka,  nawet na padający śnieg.
Sąsiad najwyraźniej nie znał psich zwyczajów i dla obrony przed szczekaniem zaczął nosić wielki kij. Potem posunął się dalej i zaczął tym kijem drażnić psa. Potem zaczął go nim uderzać.
A potem złożył skargę, że na drodze służebnej grasuje wielki, agresywny pies i włascicielka małego kundelka musiała przywiązać go  łańcuchem do budy.
Odkąd pies spędzał czas na apatycznym leżeniu i czekaniu na sąsiada, instynktownie czując, że jest on sprawcą jego nieszczęścia. Sąsiad widział widocznie wielką przyjemność w spacerach przez błotniste podwórko, bo potrafił chodzić tam i z powrotem przez kilka godzin.
Pies chrypiał od szczeku, pani psa od krzyku, a syn pani psa pewnego razu nie wytrzymał i wyrwał sąsiadowi kij, popchnął go, aż „prawie,  że upadł”- tu cytat z aktu oskarżenia. Bo prawie że upadły sąsiad złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa naruszenia jego nietykalności  oraz znieważenia go słowami powszechnie uznanymi za obelżywe, jak np. sadysta, a trybiki machiny  (nie)sprawiedliwości zaczęły się kręcić. Syn pani psa, żeby się ratować i udowodnić złośliwość sąsiada, na rozpadającej się stodole, w miejscu niewidocznym dla oczu sąsiada,  umieścił dwie nowoczesne kamery, dzięki którym  mógł  nagrywać  amatorski serial obyczajowy: ” Szlakiem podwórkowym”.
I dzięki tym filmom oglądanym wczoraj na rozprawie,  sędzia zyskała przekonanie wzmocnione jeszcze moja płomienną mową obrończą, że jedyną ofiarą tych sąsiedzkich porachunków jest biedny i przykuty do łańcucha pies.
A że przy okazji sąd uniewinni oskarżonego syna pani psa, to inna sprawa. Wyrok w piątek.
Hau, hau.
Li.

Notka o charakterze administracyjno- rozliczeniowym.

20 stycznia, 2011
Bezsenność wybiera sobie dni mojego  tygodnia i akurat wczoraj miała wolny dzień.
Korzystając z okazji zasnęłam więc  snem kamiennym przed północą, stąd niespodziewana wiadomość o przefrunięciu z kiepskiego jedenastego miejsca, na zupelnie niezłe ósme dopadła mnie wczesnym rankiem.
Oczywiście nie umknął  mi z pola widzenia ten drobny fakt, że do niedawna jęczałam o fatalności ósmego miejsca, które obecnie wydaje mi się ósmym cudem świata, ale któż z nas jest konsekwentny i doskonały.
Ja na pewno nie!
Ostatnie, przed kolejną turą konkursu,  liczenie głosów odbędzie się dziś w samo południe.
Nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić tych, którzy na mnie jeszcze nie zagłosowali, a być może mają na to ochotę, o wysłanie sms-a na numer 7122 o treści A01026 ( A zero jeden zero itd)
Znowu nabrałam konkursowego apetytu, a utrzymanie tej ósmej pozycji będzie trudne.
Bardzo Wam dziękuję i wracam do pisania bez konkursowych wtrętów, choć przecież  pisanie o konkursie niczym nie gwałci tematu „Ja i moje życie”.
Ale jest nudne, prawda?
:)
Li.
Update: Jesteśmy w finale, moi drodzy głosujący i niegłosujący Czytelnicy :)))

Real.

19 stycznia, 2011
Tata wraca dziś do szpitala po kolejną porcję chemii, a ja mam wyrzuty sumienia.
Poświęcam mu za mało czasu, bo egoistycznie i  rozpaczliwie pragnę, by było normalnie, tak jak zwykle, gdy wpadam do Rodziców jak po ogień,  goniona wiecznym brakiem czasu.
Odsuwam od siebie myśl o przemijaniu,  nie chcę zauważać postępów choroby, w samooszukiwaniu się mam mistrza.
Jestem słaba, zagubiłam się i nie mogę się znaleźć, męczy mnie to (samo)poszukiwanie, rozwiesiłam listy gończe za moim optymizmem.
Pozornie jest normalnie-obiecałam mu ostatniego Forsyth’a, kupiłam go  i cieszę się, że jeszcze  nie dałam, ten prezent jest ciągle przede mną, bo wierzę że mam mnóstwo czasu, w kwietniu ma imieniny. 
Kupiłam mu pierwszą część szwedzkiego sensacyjnego kryminału, przeczytał z zainteresowaniem, część druga ukaże się w maju, ma na co czekać.
Nie chcę słuchać jego dyspozycji co do pochówku, bo przecież mamy na to jeszcze czas.
Nie chcę słuchać niczego związanego z jego odejściem, obecnie nie ma takiej opcji, zaklinam rzeczywistość.
Cieszę się, że płytki skoczyły na 124 i niewiele brakuje im do dolnej granicy normy 140. Marne 16.
Tata jest lekarzem i powiedział mi,  jak będą wyglądać etapy jego umierania.
Po pierwsze:
Po drugie:
Po trzecie:
S-f.
Uciekam od tego, szukam wypełniaczy myśli.
Znowu nie mogę spać.
Za parę godzin zacznie się codzienny ruch.
Jadę zawodowo za Kraków, potem mam spotkania, będzie pośpiech, stres i kawa.
Będę myśleć o tym, by wrócić do domu i w mojej sypialni zamknąć się na świat.
Może uda mi się zasnąć, a może tylko poleżeć w ciemności w otuleniu kołdry, ale nie samej, o nie.
Będą wszyscy: lęki, demony, wątpliwości, zmory, czarnowidy…i  ten cholerny, nie dający się wyrzucić z mojego łóżka strach.
Li.

Do Anny- w odpowiedzi na komentarz.

18 stycznia, 2011
Moje litery zostają ze mną w domu na resztę popołudnia i żądają już tylko przyjemności.
Robię sobie kawę pół na pół z mlekiem, w ulubionym kubku z napisem: ” Jeszcze nie jesteś doskonała, ale  jesteś już całkiem blisko”, układam się na łóżku w ulubionej, acz zabójczej dla kręgosłupa pozycji i piszę co mi w duszy gra.
Moje litery mają malutkie zmarszczki pod oczami i pierwsze siwe włosy, dla świata ukryte pod farbą, ale świetnie widoczne przez moje wewnętrzne oko.
Moje litery przeszły ze mną straszne chwile, współodczuwanie umierania, śmierć i ogromną tęsknotę.
Moje litery razem ze mną dojrzały i z ostrością coraz gorszego wzroku zobaczyły jak kruche jest życie i jak samotna jest śmierć.
Moje litery nie chcą już pisać o kupowaniu butów, których zresztą już tyle nie kupuję.
Moje litery są dalej moją cordon sanitaire przed smutkiem życia i bezwzględnością świata, ale  słabsze i coraz starsze coraz częściej poddają się złym nastrojom.
Nie piszę tak samo? Bo nie jestem taka sama. Wady niestety pozostały, ale życie się zmieniło.
Zmieniły się też priorytety i sposoby (samo)pocieszania na tym najgorszym ze światów.
Moje litery są moje i mówią moim głosem.
Tulę je więc mocno do siebie, odpieram złe wciórności i czekam na ten magiczny moment, gdy znowu przyjdzie czas bezpieczeństwa, miłości, odprężenia i przekonania, że cokolwiek się stanie nie jestem sama.
Bo teraz jestem sama wśród problemów i nie chce mi się udawać, że jest inaczej.
Gdybym pisała tak samo jak kiedyś, „z radością, bez myśli przewodniej„, nie byłoby to takie prawdziwe.
I jednak, mimo wszystko mnie czytasz. A ja będę dalej pisać, raz tak, a raz tak.
Czasem słońce, czasem deszcz, i w radości i w smutku.
Li.

Spadam, ale się wznoszę.

17 stycznia, 2011
Zmuszona przez okrutny los do aktywności od  wpół do siódmej rano, rozmrażałam auto   w szarościach i mgle i miałam ochotę spłynąć wraz z lodem w odmęty miejskiej kanalizacji.
Dramatycznie beznadziejny poranek zdołowany okolicznościami przyrody wpędził mnie w fatalny humor, nie pomógł też powód tej porannej aktywności, a to konieczność pobrania tacie krwi do badania. Ech…
Potem poszłam do pracy, nie miałam czasu patrzeć w okno  i nagle…
Nagle świat został zalany słońcem, termometr w aucie zastygł ze zdziwienia na plusowych dziesięciu stopniach, na Kleparzu kupiłam nieprzemrożoną rzodkiewkę i koszyk pachnących hiacyntów.
Nagle życie znowu nabrało kolorów, spadek konkursowy z beznadziejnego siódmego miejsca na fatalne ósme po raz kolejny pokazał, że czasem słońce, czasem deszcz, widocznie jak w realu świeci słońce i samopoczucie wariuje w obłokach ze szczęścia, to w necie dla równowagi oscyluje w okolicy dna.
Co ma być, to będzie, nie będę Was przecież prosić o te sms-y do znudzenia.
Poczułam dziś przez zimę wiosnę, w weekend może pojedziemy na narty, może na baseny termalne, a może i na to i na to, a może nigdzie nie pojedziemy, najważniejsze, że świeci słońce, bo ja  łaknę słońca, bez niego zamieniam się w marudzącą starą babę, a przy nim dostaję kolorów i kwitnę.
Na resztę dnia mam załadowane akumulatory, czuję, że rosnę w siłę i w biodrach (bo niewątpliwie na tę cudowną zwyżkę nastroju wpływ miała  pyszna tarta z owocami i galaretką).
Miłego dnia!
Li.
PS. Byłam wczoraj na „Turyście”. Są trzy powody dla których warto zobaczyć ten beznadziejny film: absolutnie przepiękna Angelina Jolie, absolutnie uroczy Johny Depp, absolutnie przepięknie sfilmowana Wenecja. Wyszłam z kina z poczuciem klęski i bardzo zadowolona.

Nie posłuchałam, wystartowałam i…

16 stycznia, 2011
Dziś dopadła mnie smutna prawda- moi czytelnicy na mnie nie głosują.
Oczywiście, że zarzut ten nie dotyczy wszystkich, są tacy co zmobilizowali okoliczne komórki (niezmienne całusy za to ślę), ale większość czyta i tylko czyta, li i jedynie.
Wzięcie udzialu w takim konkursie to zawsze ryzyko, ale niech przynajmniej przegrywam z honorem!
Mam marne trzy kulki co oznacza, że nie mam nawet 250 głosów, a to stanowi ułamek czytających mnie codziennie osób. Może być mi przykro? Może. I jest. Nie cierpię być na siódmym miejscu, co to za fatalna pozycja!
Głosowanie co prawda  trwa do 20-go stycznia, ale mam podstawy sądzić, że z pierwszej dziesiątki jednak wypadnę, bo chyba kto na Li chciał zagłosować, to już zagłosował.
I po raz kolejny znajduje potwierdzenie stara blogowa prawda, że w takim konkursie  na bloga głosują znajomi z reala, znajomi znajomych (patrz: akcja Ania), znajomi z facebooka (tam mnie nie ma), z rozmaitych forów (tam też mnie nie ma), a rzadko zagłosuje czytelnik, który wejdzie tu ze strony konkursowej, przeczyta, napisze nawet i miłego maila, ale sms-a nie wyśle.
Ale ja to ja, może nie do każdego trafiam z moimi tekstami, może jestem denerwująca, może się chwalę, może nie daję się lubić, może wokół mnie jest za mało nieszczęść, choć osobiście uważam inaczej, ale blog yours?
Najlepszy literacki blog na świecie? Czy naprawdę nie widać, że jest to literatura na najwyższym poziomie? Dwie cholerne kulki i dwunaste miejsce to jest porażka. Czytelników!
Nie rozumiem promowania bylejakości, gdy taka perła jest na wyciągnięcie ręki!
Przecież ten konkurs ma promować magię słowa, umiejętność pisania, trafiania w emocje,  a nie… ech…
Nie będę się denerwować, mam czterdzieści trzy lata i problemy z sercem.
Strzelę focha i idę do kina.
Li.

Na życzenie BB.

16 stycznia, 2011
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy budząc się samotnie  w zimny, szary, styczniowy poranek  pragnie  zacząć dzień od delikatnego i zdecydowanego masażu ud, tej cudownej, często niedocenianej części ciała, a przecież otwierającej drogę ku niezmierzonym obszarom późniejszej rozkoszy.
Tyleż możliwości tej rozkoszy, ile ud (i może dlatego tak trudno na tym świecie o wierność jednym udom).
Pseudo-koneserzy lekceważą uda przedkładając ponad nie piersi, ale prawdziwi znawcy wiedzą, że uda to nie nuda.
Trzeba tylko wiedzieć, jak się za nie zabrać, by oszołomiły ostrym smakiem na języku, ostrym-bo uda pieprzenie wprost uwielbiają.
Przed podjęciem czynności masujących  trzeba je koniecznie wykąpać, a kąpiel  musi zostawić na nich swój zapach i smak.
Dziś wybieram olejek kąpielowy z czosnkiem, niech poleżą sobie w ostudzonym, mocno naczosnkowanym bulionie przez piętnaście minut.  
Po kąpieli zmarznięte trzeba osuszyć i niezwłocznie zabrać się za masowanie, aby je rozgrzać na drogę do raju.
Potrzebujemy:
Udek z kurczaka, powiedzmy sześć  sztuk, im więcej tym lepiej, ale koniecznie do pary (uda pasjami lubią występować parami), oliwa, masło, sól, czosnek, ziele angielskie, majeranek, grubo zmielony pieprz, zmieloną ostrą paprykę, inne przyprawy, a to wedug uznania, ostatecznie niech każdy dochodzi sam do tego, jakie cuda lubią uda.
Sól w ilości czterech łyżeczek łączymy w nierozerwalny związek z oliwą, konfekcyjną przyprawą do kurczaka, zmiażdżonymi kilkoma ziarenkami ziela angielskiego, kilkoma łyżkami majeranku i wyciśniętą całą główką czosnku. Mocno to ucieramy łyżką i w mgnieniu oka mamy cudny, pachnący i peelingujący krem do masażu. Delikatnie masując nacieramy uda, szczególnie mocno naciskając kciukiem, od ich początku do końca, albo od końca do początku, w tych sprawach nie ma jednej przepisanej metody, najważniejsza jest ochota, podbita fantazją, owinięta wyobraźnią i kusząca smakiem in spe.
Wysmarowane, wymasowane i zrelaksowane pozostawiamy w miejscu, gdzie intymnie mogą nacieszyć się swoją bliskością. W tym nacieszaniu się nie można im przeszkadzać przez conajmniej dwie godziny, niech przywierają do siebie tak blisko, by nie było miejsca na nic innego, niech się o siebie lubieżnie ocierają, niech w ciemnościach szukają się dotykiem, niech sobą przenikną, niech  dobiorą się parami, niech pokochają się wielką miłością do ostatniego kęsa.
Po dwóch godzinach brutalnie wkraczamy w ich życie przerywając miłosną sielankę i wrzucamy towarzystwo pod prysznic, usuwamy z nich cały krem do masażu, osuszamy i gdy takie sponiewierane nie spodziewają się od nas już niczego dobrego, dostają bonus w postaci aksamitu masła czule roztartego na ich skórze, ruchami pełnymi pieszczoty i delikatności. Na masło obficie sypiemy grubo zmielony pieprz, majeranek i ostrą paprykę-musi być ostra, słodka w wysokiej temperaturze karmelizuje się i gorzknieje, a przecież miłość ma być słodka.
Otoczone w przyprawach układamy w naczyniu żaroodpornym, obficie polanym oliwą z połową szklanki wody.
Im więcej ostrej papryki tym bardziej diabelsko kuszące te uda…
Tak potraktowane udka, napalone do działania, same już chcą dostać się do piekarnika, wcześniej nabuzowanego do temperatury ok. 220 stopni, pierwsza miłość jest gorąca, po 10-ciu minutach to gwałtowne pożądanie spada do 180-200 stopni, ale i tak jest im ze sobą dobrze jeszcze przez 40  min.
Taka miłość nigdy nie dzieje się pod kołdrą, wymaga powietrza i swobody!
Takie uda to nie nuda.
Są ostre, pieprzne, miękkie, ale jędrne, soczyste, pachnące od przypraw, zachęcające, prowadzące drogą do prawdziwej kulinarnej rozkoszy.
Pieprzne uda lubią wokół siebie łagodność, świetnie do nich pasuje mizeria ze śmietaną, zniewolona czosnkiem, mocne przyprawy i smaki czarują, dodają koloru, zachęcają, są najlepszym afrodyzjakiem do zupełnie innego dotyku zupełnie innych ud….
Ale o tym innym razem.
Smacznego!
Li.

Sobotni luz-blues.

15 stycznia, 2011
Kiedy w piątek robię plany na sobotę,  to krzyżuję palce i  dzięki temu prostemu fortelowi nie mam wyrzutów sumienia,  gdy ambitne sobotnie plany razem ze mną  nie wychodzą z łóżka.
Łóżko to ważna rzecz, kto wie czy w domu nie najważniejsza- a mówię to z pozycji osoby, która własne łóżko ma dopiero od trzech tygodni. 
Moje łóżko jest pod stałą okupacją czterech kotów i psa, leniwie na nim rozwalone zawieszają broń i wspólnie kokoszą się w miękkości kołdry. Dla mnie zostaje jej zawsze za mało!
Spędzam dzień w łóżku robiąc nic.
Czytam, gadam przez telefon, odpisuję na maile, zasypiam, nakładam sobie na twarz i pod oczy cuda czyniącą maseczkę, piję kolejną herbatę, wstaję tylko po to, by zaraz z powrotem się położyć, rozleniwiam się do granic (nie)przyzwoitości, na obiad zamawiam pizzę, a myśl o braku konieczności wykonywania jakichkolwiek czynności poza utrzymywaniem niezbędnych funkcji życiowych jest cudownie leniwa.
I to moje dolce far niente wcale nie musi mieć innych okoliczności przyrody- wystarczy zamknąć oczy i  oto leżę sobie pod palmą w moim łóżku, fale turkusowego morza cicho uderzają o jego brzeg, słyszę stukot spadających orzechów kokosowych, czuję na sobie promienie słońca przefiltrowane przez liście, jest mi błogo, cudownie, bezpiecznie, nie ma żadnych strachów, demonów, wiarybraków, snubrakowaczy i czarnowidów.
Dziś odpoczywam i myślę tylko o sobie.
Jakieś zakupy, jakieś gotowanie, jakieś sprzątanie, jakieś układanie prania- jutro.
Niedziela jest dniem wolnym od pracy, ale przecież wszelkie czynności domowe to dla kobiety nie praca, a ogromna,  niekończąca się  przyjemność, n’est-ce pas?
:)
Li.

Wcale nie jestem smutna, to tylko ten deszcz…:)

14 stycznia, 2011
Deszcz bębniąc w mój dach, myje miasto z resztek śniegu.
Lubię gdy tak pada, wilgoć skręca mi końce włosów w śmieszne loki, a czerwony szalik rozświetla szarości.
Wróciłam do domu, wolna już od obowiązków zawodowych, mogę całkiem spokojnie wypić kolejną kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem. Łaknę spokoju, nawet wtedy, gdy tylko udaję, że rzeczywistości nie ma i zamykam się w swoim domu pod gwiazdami.
Ostatnie moje  lata to same przełomy i zmiany, wariactwa myśli, wybuchy, ruchy i tsunami emocji.
Walczę ze sobą i światem, nie ma we mnie obojętności ani przyzwolenia na status quo i  jak po burzy przychodzi słońce, tak po wojnie musi przyjść pokój. Czekam.
A co na to Lec?

Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Życie ciągle uczy mnie  wiary w konieczność zmian, ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję. Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu i czuję jak mi brakuje powietrza.

Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum i odbiera jasność spojrzenia. Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami, bo w tylu sprawach jestem tchórzem.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć, przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie, bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia, wiarę w siebie i radość życia.
Strach jest jak psychopatyczny partner, toksyna od której trudno się uwolnić- silny, wstrętny, złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny, piętrzący trudności, śmiejący się prosto w zmęczone oczy i wpełzający do  serca.
Boję się o tatę, boję się o życie bez taty, boję się kolejnej straty.
A co na to Lec?
Jak zwykle: Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Tylko szkoda, że to „mijanie” tak wyjątkowo boli. I ta bezsilność!
Li.

Jak zdobywać sms-y? Krótki poradnik z Anią w tle.

13 stycznia, 2011

Żeby zdobyć sms-y, które potem zamieniają się w kulki ( a mam już trzy)- trzeba mieć Anię.
Ania jest cudowna i nie każdy może ją mieć. Ja ją mam.

Ania ma wiele zalet, z których dwie wybijają się na plan pierwszy- czyta mojego bloga i uwielbia go czytać, co oczywiście podnosi moje ego i uruchamia wcale nie tak głęboko ukryte pokłady zarozumialstwa…
Ania pracuje w dużej firmie.
W tej firmie wszyscy mają komórki i wszyscy mają jedną wadę- nie czytają mojego bloga (mam nadzieję, że to stan przeszły).
Ania prosi, koledzy z pracy wysyłają i z ciekawości wchodzą na bloga. (W tym miejscu preferuję wersję, że utwierdzają się tylko w przekonaniu, że nie był to sms stracony…).
Ania zna Krzysia. Krzyś sms-a nie wysyła, bo już na prośbę swojej dziewczyny wysłał sms-a na bloga, którego ta dziewczyna lubi czytać. Ania jest oburzona, podpytuje Krzysia, co to za blog.
Krzysiu odpowiada Ani: takiej jednej babki, co zrobiła nadbudowę na kamienicy i byliśmy u niej na imprezie sylwestrowej, wcale jej wcześniej nie znając.
„Fajna ta babka”  powiedział Krzyś- ale możliwe, że dodała to Ania w celu poprawienia mojego kiepskiego samopoczucia.
Ania kojarzy fakty- miała być na tej samej imprezie, ale z powodów rodzinnych musiała wyjechać za Kraków.  Śmieją się z Krzysiem z odwiecznego „jaki mały jest ten świat”.
A ja ściskam i pozdrawiam dziewczynę Krzysia, jedną z moich ulubionych czytelniczek- Echoes i cieszę się nie wiadomo w sumie z czego.
Chyba właśnie z tego- jaki mały jest ten świat!
Dzięki :)
Li.

Sprawozdanie z głosowania.

13 stycznia, 2011
Dziękuję! Dziękuję za sms-y!
Zajmujemy dobrą ósmą pozycję i jak wyśle na mnie  sms-a ten z Was, kto jeszcze tego nie zrobił (tu rzucam groźne spojrzenie) to będzie lepiej :)
Pragnę więc przypomnieć: na numer 7122 wysyłacie sms-a o treści A01026 .
Wyniki ogłaszane są o północy i w samo południe.
Z moich długoletnich obserwacji wynika, że sms-ów nie wyśle chyba nikt przypadkowy, mogę liczyć tylko na stałych czytelników, ich krewnych i znajomych królika, choć oczywiście nie chciałabym nikogo tak strasznym podejrzeniem urazić.
Oprócz mnie walczą moje ulubione blogi:
http://www.yours.blog.pl/
http://www.alternatywnie.wordpress.com/
http://www.fetysz.wordpress.com/
Proszę o sms-a także i na nie. Dochód z sms-ów idzie na dobry cel, operatorzy komórkowi zrezygnowali z opłat,  złotówkę i dwadzieścia trzy grosze można dołożyć do czynienia dobra, prawda?
Dziękuję jeszcze raz, ściskam mocno
Li.

Czasem słońce, czasem deszcz, z reguły pada(m).

12 stycznia, 2011
Życie pogrywa ambiwalentnie wynikami płytek krwi, dziś wprawdzie szybują nadal poniżej normy, ale za to są zdecydowanie powyżej wczorajszego rozpaczliwego  dna.
Tata czuje się lepiej, więc i mnie jest lepiej.
Dzień  odszedł w noc zabierając swoje manele i tobołki z problemami,  wieczór jak tabula rasa, zapalam łagodne światło, nalewam sobie wina i zaczynam celebrować- w programie mam same zmysłowe przyjemności: pranie, zmywarka, sprzątanie, wymianę żwirku w kocich kuwetach, zniwelowanie kilku pokaźnych wzniesień prania… ech, Pani Jadzia chora!
Nie będę myśleć, tylko będę snuć się leniwie po domu, pokopciuszkuję, posprzątam, poukładam, pocieszę się długą kąpielą, a o problemach pomyślę jutro.
Li-Scarlett

Środa już od wtorku poszukuje kota w worku.

12 stycznia, 2011
Bezsenność zabiera mi poduszkę i wyrzuca z łóżka.
Zaokienne ciemności nie przefiltrowane przez zasłony są dziś wyjątkowo przygnębiające.
Zazdrośnie patrzę na ciemne kwadraty okien uśpionych kamienic i wlewam w siebie łyk ciepłej kawy szukając w niej energii i chęci do życia.
Mam dziś przed sobą kolejny ciężki dzień, chciałam ukryć to przed stresem, ale już mu o tym doniesiono. Zdradziły mnie moje własne myśli i poddały mu się bez walki.
Słyszę jak zaczyna syczeć w mojej głowie, jak ogarnia mnie całą, bezlitosny, obezwładniający i lepki.  
Są takie chwile w życiu kobiety,  gdy na smutne oczy nie pomaga najlepszy krem, a świadomość odchodzenia bliskiej osoby i konieczność bezradnego się temu przyglądania kamieniuje myśli i ścina serce lodowatym przerażeniem.
Nie pomagają mi podwójne dawki magnezu, kąpiele w pianie, czytanie w wannie Musierowicz i pisanie notek na blogu o wszystkim nieważnym.
Nie pomaga mi nie pisanie o gwałtownie postępującej chorobie taty.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie momentu, gdy sięgnę po telefon i nie będę mogła do niego zadzwonić.
Li.

Nie lubię, oj nie lubię, ale muszę :)

11 stycznia, 2011
Zaczęło się głosowanie.
Proste : na numer 7122 trzeba wysłać sms-a, o treści A01026.
Jedna litera i pięć cyfr.
Z jednego telefonu na jednego bloga można wysłać tylko jednego sms-a, piszę to na wszelki wypadek, gdyby ktoś mnie kochający, uwielbiający itp. chciał zainwestować we mnie więcej niż 1,23 zł.
Dzięki, wysyłajcie żeby mieć już z głowy i idziemy do przodu.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.

Ogłoszenie parafialne.

9 stycznia, 2011
Jak mnie już tak bardzo prosicie, tak ładnie, tak łechtając moje poczucie próżności, haha, to zgodnie z „proście, a będzie Wam dane”, zgłaszam bloga do konkursu. To będzie nasz trzeci raz!
Tu był pierwszy, tu był drugi, rok temu nie startowałam, a teraz znowu zaczynamy się bawić na tym pełnym chorób, smutku i niesprawiedliwości świecie. Najwyżej się przegra tuż przed finałem, czy to pierwszy raz? Był czas przywyknąć.
Pozostaje do wymyślenia krótki opis bloga, a z krótkimi formami zawsze mam problemy.
Veni, vidi, vici będzie zbyt bezczelne, prawda?
  :))
No to zabieramy się do roboty! Do wtorku można zgłaszać blogi, a potem zaczynamy się ścigać. Konkurencja zabójcza, ale przecież damy radę, nie może być inaczej!
Hej, komórki w dłoń!
Li.

Rewolucja piątkowa.

7 stycznia, 2011
Nie lubię bałaganu, a ciągle go gdzieś mam.
Dziś wchodzę w siebie, by porządnie posprzątać.
Powymiatam kąty i poukładam na półkach z emocjami.
Wrzucę do pralki oddzielające mnie od świata zakurzone zasłony  i wyleję wybielacz na czarne myśli.
Czuję jak ogarnia mnie rewolucyjny zapał do zmian, dość mam już tego ucisku na piersiach i panoszenia się stresu.
Dziś zrobię sobie dobry dla mnie samej dzień.
Będę dla siebie miła, czuła i delikatna.
Kupię sobie ptasie mleczko.
I stos gazet.
Wieczorem pójdę na urodziny do D.
I żadnych smutnych myśli, rien de rien.
Li.

Historyjka.

4 stycznia, 2011

Pewnego pięknego dnia ubiegłej jesieni, a może nawet i zimy poprosiłam któregoś z robotników o oderwanie jednego ze stopni  prowadzących na strych starych schodów.
Ciekawa byłam ich budowy, musieliśmy znaleźć sposób na  renowację zniszczonych schodów przy jak najmniejszej uciążliwości dla użytkowników. Nie miałam żadnych przeczuć, stopień wybrałam losowo. Znaleziona pod nim mumia szczura,  ku mojej uldze  rozsypała się w proch, ale tabliczka zostawiona 123 lata temu przez Józefa Jaskólskiego, podmajstra przetrwała i teraz oprawiona wisi wśród moich obrazów stanowiąc świadectwo marności nad marnościami, bo schody zrobione przez Pana Józefa trwają do dziś, a po nim… ech…
Uwielbiam na nią patrzeć i uwielbiam opowiadać tę historię.
Kamienica dała mi znak od siebie, a może to duch Józefa chciał by ktoś go wspominał?
Chodzę codziennie po schodach przez niego zrobionych i myślę o nim, wymyślam jak wyglądał, ile miał dzieci i czy udało mu się zostać majstrem.
Ciekawe,  czy on wkładając tabliczkę do schodów myślał o tym,  kim będzie ten, kto ją kiedyś znajdzie.
Li.

Sprawy łazienkowe.

4 stycznia, 2011
Kiedyś było tak:

A teraz:
Wchodzę  do łazienki.

Mam ochotę na kąpiel.
Zapalam ulubioną lampę  nad lustrem i …

… zastanawiam się czy wziąć prysznic czy…

 … wejść do pachnącej piany.

Wygrywa kąpiel w wannie, puszczam wodę, a na jej dźwięk  do akcji wkraczają ONE:
Masza zawsze robi obchód po wannie, fascynuje ją  różowa kaczuszka.

Kaczuszka  nie umie pływać i rozpaczliwie kiwa się w npianie, leżąc na boku.
Ma jednak na kaczej piersi napis zapewniający mnie o wielkiej miłości i  jest prezentem od mojej starszej córki.
Kąpię się z nią zawsze, kolorystycznie tworzy piękny kontrapunkt dla zgaszonej szarości  i bladego różu ściany.

Kocia wataha nie odpuszcza i delikatnie, na swoich cudownych,  miękkich białych łapkach wchodzi Sasza,
posiadaczka ślicznych różowych poduszeczek,   pasujących mi oczywiście do łazienki.

 Król Szary zjawia się pod koniec, udaje że nie jest zainteresowany, a w łazience znalazł się przypadkiem, właściwie to…

… on tylko szuka Bobcia.

Bobcio to koci kameleon, ale ja zawsze  go znajdę.
 To typ klasycznego podglądacza, interesują go wszystkie łazienkowe czynności, a już tryskający wodą prysznic w kabinie to jak kolejny sezon „Gotowych na wszystko”.
Na zdjęciu poniżej można podziwiać ( ale zapewniam, że  nie jest to obowiązkowe)  motyw dekoracyjny ze szklanej mozaiki osobiście przeze mnie przyklejany.
Według mnie jest wisienką na torcie, a zdania przeciwnego, jak ktoś oczywiście odważy się je mieć-  nie słucham.
Moja młodsza córka latała goła, ale ręka jest przyzwoicie pokazana, prawda?

Tu kolekcja moich perfum.
Ze zgrozą zauważam, że ostatnio kupuję tylko takie, które pasują mi do łazienki.

A to kolekcja przedwojennych buteleczek na perfumy pomieszanych z ładnym szajsem.
Grunt to mieszać.

Chciałam jeszcze dołożyć zdjęcie jak wychodzę z wanny, ale film mi się właśnie skończył.
Następnym razem…
: )
Li.


A kto wie co za rogiem?

1 stycznia, 2011

Sylwester się udał, choć wrodzona skromność nie pozwala mi napisać, jak bardzo się udał!

Wstałam w sobotni poranek w samo południe, dom tętnił życiem, wrocławscy goście rządzili w kuchni, kawa, śniadanie z posylwestrowych resztek- wszak kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki-potem następni goście i następni, zostały puste talerze, opuszczone przez wino butelki, ale za to wanna była pełna piany i nastał czas tylko dla mnie-na relaks, na ułożenie wrażeń i na umycie podłogi.
Szkoda, że o sylwestrowej dwunastej w nocy nie zamyka się na zawsze szlaban na wczorajsze dni, na uwierające sprawy, na smutki piętnujące duszę, na żale raniące serce.
Szkoda, że 31-ty dzień grudnia to tylko umowna granica pomiędzy dniem, a dniem- najważniejsza dla producentów kalendarzy, ale zupełnie nieważna dla losu, kpiącego sobie z dat, przełomów, postanowień noworocznych, obietnic, wróżb i oczekiwań.
W niezamierzonym, acz nachalnie wdzierającym się w myśli podsumowaniu myślałam, że nie miałam dobrych ostatnich dwóch lat- tyle w nich było smutku, strat w przyjaźniach wcześniej niezawodnych, chorób bliskich i wizyt na cmentarzu.
Ale przecież żyję, wybudowałam sobie i dzieciom dom, zamieszkałam w nim, a on daje mi poczucie bezpieczeństwa i oparcie, daje mi radość i dumę, jest jak ukochane dziecko, mogłam zaprosić do niego gości, bawić się, tańczyć i śmiać, objadać przyniesionymi przez nich przysmakami, pić wino i nie myśleć o przyszłości.
W ten wczorajszy wieczór i dzisiejszą noc do rana byłam najgorliwszym wyznawcą Carpe Diem.
Goście mnie nie zawiedli, świece dawały ciepło i lekką tajemnicę ciemnych kątów, a moja wielka sofa przyjęła każdego, kto chciał na niej usiąść w wygodnym rozwaleniu.

D. zaszalała i zrobiła pięć rodzajów masełek- z czosnkiem i skórką pomarańczy, z szałwią, z kasztanami i pancettą, z żurawiną i czymś tam jeszcze pysznym, do tego były małe bułeczki prosto z piekarnika i właśnie teraz, pisząc te słowa jem sobie ostatnią bułeczkę, gorącą i pachnącą, dopalają się świece, koty powyłaziły ze swoich kryjówek, Nowy Rok bez żadnych postanowień czas zacząć, proszę go tylko, by dał sobie szansę na bycie dobrym i pogodnym rokiem, bez nieszczęść i smutków, takim rokiem którego zawsze chce się pamiętać, przywoływać we wspomnieniach, zachlystywać się życiem w czasie jego trwania, być w zdrowiu i zgodzie z sobą samym i resztą świata.
Tego Wam i sobie gorąco, z całego mojego poranionego serca, ze wszystkich jego kątów, wyganiając z nich lęki przyszłości i strachy o bliskich- życzę!
Li.


Sprawy organizacyjne.

27 grudnia, 2010
Święta szczęśliwie za nami, teraz czas na Sylwestra i w związku z tym wynikła konieczność załatwienia spraw organizacyjnych.
Ostateczny termin zgłaszania się na imprezę mija jutro o północy :)
Ilość miejsc ograniczona liczbą posiadanych przeze mnie kieliszków do wina!
Piszcie na Mo67@poczta.fm po adres i takie tam inne organizacyjno-alkoholowo-jedzeniowe sprawy.
Jakoś się cieszę, nawet bardzo cieszę i mam przeczucie, że będzie to beznadziejna katastrofa, co w wolnym tłumaczeniu przeczuć i snów oznacza fantastyczną imprezę.
Kupiłam świetne znicze- w kształcie choinek- czerwone, zielone i białe w ilości 50-ciu sztuk.
Jak stypa po starym roku to stypa. No i jak fajnie ogrzeją taras!
A od mojej starszej córki dostałam fantastyczne foremki do lodu- w kształcie sztucznej szczęki. Będą fajnie grzechotać w szklankach :D
Niech idzie w cholerę i w przeszłość ten paskudny 2010 rok.
Z przyjemnością go pożegnam, nie roniąc ni jednej łzy!
Li.

Jak dobrze, że już minęły.

26 grudnia, 2010

„Zróbmy świąteczną atmosferę” nudziło od kilku dni moje młodsze dziecko, nie potrafiące oprzeć się natrętnym reklamom, w których idealnie piękne rodziny ubierają idealnie kształtną choinkę, a idealne panie domu w idealnym porządku układają zakupione co najmniej pół roku wcześniej idealnie wybrane prezenty.

„A dlaczego jeszcze nie mamy choinki?” pytało dziecko na dwa tygodnie przed Wigilią.
A dlatego, że jest mi daleko do ideału i odkąd sięgam pamięcią nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia. Ale jak mus to mus, dzieci mają swoje prawa. Choinkę przecenioną o połowę z powodu braku zainteresowania, kupiłam w wigilię Wigilii w Castoramie. Wybrałam jodłę kaukaską, bardzo gęstą, licząc na to, że żaden z moich kotów nie zmieści się pomiędzy gałązkami. O tym, że jak zwykle się przeliczyłam, dowiedziałam się zaraz potem- koty oszalały na widok nowego drapaka, a Bobcio nie schodzi z drzewka, poza częstymi chwilami, gdy drzewko się przewraca… W celu zrobienia świątecznej atmosfery i bez myśli o obowiązku /się/ całowania powiesiłam na lampie w kuchni jemiołę, a nad stołem w salonie suszone plastry pomarańczy, lekko co prawda przypalone- zapomniałam, że suszą się w piekarniku i spędziły tam całe przedświąteczne popołudnie. Balustradę od schodów owinęłam łańcuchami i lampkami i tym sposobem świąteczny kicz wprowadził się i zadomowił. Prezenty kupiłam w piątek, w ostatniej chwili, ale za to bez towarzystwa szalejącego tlumu i wyjątkowo udane.

Wieczerza wigilijna u Rodziców, potem powrót do domu, dziwne zmęczenie, jakiś film, ale nie pamiętam jaki, chyba zasnęłam, męczące sny, w sobotę późno wstałam, miałam gościa, zapaliłam świece i choinkę, bo przecież świąteczna atmosfera, potem znowu zasnęłam, niedziela, późno wstałam, dzieci nareszcie pojechały do babci ojczystej, u mnie znowu goście, ale mam przed sobą perspektywę dwóch wolnych od ukochanego potomstwa dni, teraz jest późny niedzielny wieczór i już po świętach, ale za to z kłopotem pozbycia się sporej choinki. Nie znoszę przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, fałszywego lukru, nieśmiertelnych świątecznych piosenek, dzikiego tlumu nawet na Kleparzu, szaleństwa, robienia remontów, generalnego sprzątania, udawania i pustosłowia. Nie znoszę Świąt, zawsze jest mi smutno, to pewnie jakaś genetyczna skaza. Cieszę się, że minęły, a za rok obiecuję sobie wyjazd z domu gdziekolwiek, byle daleko. Jest to moja tradycyjna poświąteczna obietnica, której nigdy nie dotrzymuję, ale przecież należy pielęgnować tradycję, prawda? Brniemy w to czego serdecznie nie znosimy, spętani tradycją i oczekiwaniami, ta pierwsza zmusza nas jako istoty społeczne do pewnych zachowań, te drugie rzadko się spełniają, a przecież smutek podbity rozczarowaniem nie wiadomo czym i kim, samotnością w tłumie, i świąteczną atmosferą jest jakoś bardziej … smutny.
Co roku są Święta i co roku znam datę mojego najbardziej smutnego i przygnębiającego smutku.

Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś i na TEN smutek znajdę antidotum.

Li.

Zdjęć cd.

22 grudnia, 2010


Lampa nad lustrem w przedpokoju z tabliczką z jasnym przekazem :) Od razu dodam, że to nie jest TA lampa, o której piszę poniżej. Tamta ma ponad trzy metry długości!

Reszta później.
Li.


Odchodzić, nie odchodzić, oto jest pytanie.

22 grudnia, 2010

Mogę iść na kompromis i nie pisać na blogu o chorobie taty.

Ale czy będzie oznaczać to, że jej nie ma?
Mogę nie pisać o rozpaczy mojej mamy.
Ale czy oznaczać to będzie, że ona nie rozpacza?
Nie będę pisać o swoim żalu i obawach, ale czy one znikną?
Nie umiem udawać, że sprawy nie ma.
Nie umiem udawać, że u mnie wszystko w porządku, gdy jest w najlepszym nieporządku, jak boli, to boli, jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jestem szczęśliwa, to całą sobą, jak jestem nieszczęśliwa, to nawet koty nie podnoszą swoich ogonków.
Kocham moją mamę, ale różnice pomiędzy nami zawsze muszą pomiędzy nami namieszać.
Nie mam pojęcia, co zrobię dalej.
Nie chce mi się zakładać nowego bloga, a straciłam serce do pisania w tym miejscu.
Są takie sprawy o których chce się powiedzieć całemu światu, ale niekoniecznie najbliższym.
Li.

A ze spraw mniej ważnych, ale znacznie bardziej pogodnych- wrzucam zdjęcia schodów, dziś nad schodami będzie powieszona ogromna lampa, osiemdziesięciokilowa, postaram się wrzucić zdjęcie wieczorem.
(Oby koty nie uznały, że to choinka dla nich).
Na portrecie pomiędzy półkami- moja mama.
Uwielbiam ten obraz, udało mi się go wycyganić…
Pomiędzy książkami moja kolekcja kotów z całego świata, kiedyś opiszę każdą figurkę.
Ciąg dalszy zdjęć w kolejnej odsłonie, bo nie mam cierpliwości do ich długiego ładowania.

Wyprowadzam się.

21 grudnia, 2010
Mój niemyślący brat , pomimo moich ostrzeżeń i próśb podał adres bloga mojej Mamie.
Paskudnie się zachował. Sam dwa lata temu wszedł tu nie proszony, a teraz bezmyślnie mnie zdradził.
Moja Mama nie akceptuje tego, że piszę o chorobie ojca, bo przed światem trzeba udawać, że wszystko jest w porządku. Ja tak nie umiem.
Kończę jednak pisanie w tym miejscu, taki widocznie mój tułaczy los, trzeba będzie się przeprowadzić, ale już bez rodziny, krewnych i znajomych królika.
Nie jest mi smutno, jestem wściekła i rozżalona.
To tak jakbym po powrocie do domu z udanej imprezy odkryła ślady włamywaczy, grzebiących w moich osobistych rzeczach.
Póki co, daję sobie kilka dni na poszukanie nowego mieszkania, a dla Was- miłego dnia.
Li.

Trochę zaniedbam moje Niedyskrety.

20 grudnia, 2010
Nagle pisanie straciło dla mnie swoją terapeutyczną moc.
Duszę w sobie mój smutek i strach, uśmiecham się do świata, ale tylko ustami, oczy odwracam, oczy mam wyjątkowo prawdomówne, zawsze pokazują to, co zalega mi na duszy dnie.
Tata zaczyna cierpieć coraz bardziej, Obcy buszuje w nim bezkarnie, a my czekamy na wyniki histopatologiczne, choć wynik PET-a pozbawia wszelkich złudzeń.
Historia zatacza koło, znowu rozmawia się o chemioterapii, operacjach, konsultacjach, historia chichocze- tata będzie na jednym oddziale chemioterapii z Nemo, byłym zięciem.
Ech… życie.
Wszystko mnie boli, a najbardziej bezsilność.
Nie zastanawiam się dlaczego znowu tak nas doświadcza los, nie zadaję pytania, dlaczego znowu my, widocznie teraz przyszedł czas na moją rodzinę, do pewnego czasu nie było w niej większych nieszczęść, chyba skończył nam się limit na szczęście, które jest przecież wyłącznie brakiem nieszczęścia.
Skupiam się na codzienności, trzeba przejąć na siebie obowiązki zakupów, kupna kilku codziennie przez tatę czytanych gazet, dzielę się z bratem i jakoś damy radę.
Muszę kupić choinkę, przystroić dom, zastanowić się nad świątecznym menu, czekają mnie kolejne Święta ze smutkiem w tle.
Nie chce mi się specjalnie szukać pocieszenia i rozrywek, daję się w tej sprawie nieść losowi.
Wczoraj byłam na tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu u D., jak zwykle było cudownie, miło, wesoło i przez chwilę nie pamiętałam.
O, może to jest sposób na smutek- nie pamiętanie.
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapomnieć?
Li.

Znowu środa.

15 grudnia, 2010
Jest smutno i bardzo nerwowo.
Badania nie chcą dać się popędzić, wiszę na telefonie, jeżdżę, nie mam czasu dla siebie i dla Was, goni mnie praca, jestem ogromnie zmęczona, zasypiam natychmiast po przyłożeniu głowy do jakiejkolwiek poduszki, czasem pozwalam sobie na luksus kąpieli w wannie w musującym pudrze o zapachu karmelu i cynamonu, czuję się wtedy jak w szarlotce i przez chwilę jest mi dobrze.
Nowe auto traktuje mnie jak idiotkę i pokazuje na wskaźniku jaki bieg mam wrzucić, ale jednocześnie cudownie podgrzewa mi kręgosłup, jakoś mniej mnie boli, jednak podgrzewane siedzenia mają swój urok, dają mi chwilowe ukojenie. Jak tak dalej pójdzie, to ugotuję sobie pupę na twardo….:)
Wyniki moich badań dają mi nadzieję, że jeszcze trochę pożyję. Czasem słońce, czasem deszcz.
Na maile odpiszę jak będę miała trochę spokoju.
Jest szósta rano, kończę kawę, idę pod prysznic, dzień czas zacząć, piekę dzieciom bułeczki na śniadanie, niedługo zapomną, że mają matkę.
Li.

Chwilowo nie będę pisać.

8 grudnia, 2010
Popatrzyłam na siebie w lustrze i zawyłam z rozpaczy.
Po nieprzespanej nocy z kawą w tle i bitwie ze strasznymi myślami moja twarz wygląda jak wojenne pobojowisko.
Mój tata jest chory, bardzo poważnie chory.
Wczoraj wieczorem, nagle i niespodziewanie ta wiadomość wypłynęła na światło dzienne, choć podejrzewam, że jego lekarski nos od dawna czuł, że coś jest nie w porządku.
Bolał go kręgosłup, pokasływał, schudł, źle się czuł… ech…, a na nasze prośby o wykonanie badań wściekał się i obrażał. Do wczoraj, gdy poszedł na tomografię.
Pierwszy o jej wyniku wiedział mój brat i to on powiedział o nim tacie.
Historia zatacza koło, Obcy znowu sięga po kogoś z nas, trzeba będzie stanąć do walki, nie oddać taty, zmobilizować wszystkie siły, środki i ludzi.
Badajcie się. Róbcie prześwietlenia, USG i mammografię.
W przyszłym tygodniu mam trzy wolne dni i wykorzystam je na zrobienie wszystkich możliwych badań. Mam nadzieję, że się wewnętrznie uspokoję, bo znowu dopadło mnie przekonanie, że i ja tkwię w zasięgu rażenia Obcego. Ostatnio mam kiepskie samopoczucie i bardzo boli mnie kręgosłup. W tym samym miejscu co tatę.
Ech…
Li.

Życiem rządzi przypadek.

7 grudnia, 2010
Wczoraj popłakałam sobie szczerze widząc moją Hondzię odjeżdżającą w siną i zamgloną dal,
a konkretnie do Jeleniej Góry. Jakby mi serce wyrywano! Takie oto są skutki personifikacji dwóch ton stali, plastiku i gumy.
Od wczoraj odkrywam więc uroki braku auta. Nie jest lekko- brnę przez śniegi i błoto, jest mi zimno i jestem nieszczęśliwa. Nieszczęście wynika oczywiście z zupełnie innych powodów,
w dodatku tak głęboko ukrytych, że nie sposób ich wyraźnie określić, posiłkuję się więc nieszczęściem namacalnym i bardzo mnie uwierającym- sprzedałam swojego przyjaciela, takiego co to zawsze i w deszcz i w śnieg i w upał stał i wiernie na mnie czekał.
Nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół z krwi i kości. Pokochałam go od pierwszego kilometra.
Jedyne pocieszenie to fakt, że Hondzia poszła w dobre ręce. W lepsze niż moje.
Będzie zawsze czysta i zadbana, a w bagażniku nie będzie piasku morskiego sprzed dwóch lat.
I tak sobie myślę- co by było gdyby pewna aurora_vulgaris nie zaczęła trzy lata temu czytać mojego bloga? Nie miała by teraz takiego fajnego auta, o!
Przypadkowo weszła, poczytała, pokochała i oto została nagrodzona za wytrwałość i stałość w uczuciach do autorki tego jakże poczytnego, acz ostatnio beznadziejnego i zaniedbanego bloga :)
Li.

A takie tam… środowe.

1 grudnia, 2010
Naruszyłam tajemnicę korespondencji otwierając list do Świętego Mikołaja, ale na swoje usprawiedliwienie podam, że zaadresowany był niejednoznacznie: Do Świętego Mikołaja:DDDDD Kocham Cię Mama!!!!:DDDD
Te uśmieszki mają znaczyć, że Młodsza dobrze wie, że Mikołaja nie ma, ale na wszelki wypadek…
Treść mnie rozwaliła. Dziecko dojrzewa i wykazuje się daleko posuniętym sprytem.
Bo jak inaczej interpretować punkt ostatni z dłuuugiej listy, który brzmi tak:
7. Najważniejsze: Rózga!!!!
Widocznie młoda doszła do wniosku, że jak dorzuci trochę tak dramatycznie brzmiącej samokrytyki, to Mikołaj zmięknie i odpuści różne grzeszki.
Mikołaj jest miętki. Trochę odpuści… ja go dobrze znam.
Mam jeszcze cudowną godzinę w ciepłym domu.
Kawa z mlekiem i leniwe snucie się między piętrami. Taki mam na nią plan.
Miłego, ciepłego dnia!
Li.

Odważna propozycja.

29 listopada, 2010
Jeszcze w piątek życie miało kolor marengo, a już w sobotę pełną piersią zaczerpnęło oddechu
i hojnie podlane wieczornym winem pitym na mojej wielkiej sofie w towarzystwie przyjaciół znowu nabrało ochoty na kolorowanie świata.
Tylko niedzielna głowa odwykła od wina w tak znacznej ilości protestowała bólem przez cały dzień.
I jak zwykle są konsekwencje nieumiarkowania w piciu-postanowiliśmy wspólnie o organizacji Sylwestra, u mnie w domu, z tarasem pod gwiazdami w tle.
D. zobowiązała się do wtaszczenia na czwarte piętro swojego wielkiego grilla, takiego co to mu padający śnieg niestraszny, grzać będą świece w lampionach (a może i kolorowe znicze), widok na zaśnieżone dachy Krakowa będzie w pakiecie, a do tego tańce, grill, wino i śnieg.
Każdy z zaproszonych znajomych ma przyprowadzić kogoś mi nieznajomego, a ja postanowiłam zaszaleć i zaprosić tych z moich czytelników z Krakowa i okolic, których znam z maili i komentarzy. Nie ma też przeszkód dla tych z dalszej odległości, ale nie obiecuję noclegu, bo moja sypialnia i sofa w salonie okupowana będzie przez najeźdźców z Wrocławia.
Kto ma więc ochotę na składkowego Sylwestra w odległości pięciu minut spacerem od krakowskiego Rynku, lubi potańczyć przy Abbie, Bee Gees, Shakirze, Lady Gaga i Chicago, chce poczuć trochę adrenaliny wśród nieznajomych osób, niech do mnie pisze na maila.
Myślę, że mój dom spokojnie pomieści się co najmniej czterdzieści osób, więc trochę miejsc dla Was mam!
Nieistotny jest wiek. Średnią wieku i tak zaniżą moje córki, które będą podejmowały swoich gości.
D. postanowiła zostać koordynatorem jedzenia i picia, mailowo i via telefon, jak ją znam to organizacja będzie perfekcyjna.
Ja biorę na siebie stworzenie nastroju…, to zawsze mi wychodzi :)
Wchodzicie w to?
Li.

25 listopada, 2010
Jestem zwyczajnie zmęczona. Opadło ze mnie napięcie i wyparowała adrenalina, trzymająca mnie w aktywności przez ostatnie miesiące.
Przez ostatnie dwa lata przerzuciłam Himalaje problemów, najdłuższym tunelem świata przebiłam się przez przeszkody, zmęczona i zestresowana łudziłam się nadzieją na spokój i długie kąpiele w nowej wannie z kieliszkiem wina, a wyszło tak jak zwykle.
Nie piszę bo przestałam umieć.
Czuję się zupełnie do niczego, choć jak widać umiejętność jęczenia i marudzenia umiera w człowieku ostatnia.
Nie mam siły, ochoty, radości i niech dzieje się co chce. Mnie na dziś widocznie musi być źle.
Li.

Miała być po dwóch dniach, ale kto by tam wierzył kobiecie?

19 listopada, 2010
Są takie dłuższe chwile w życiu kobiety, gdy musi skoncentrować się na sprawach przeraźliwie prozaicznych i nie ma czasu na bujanie w blogowych obłokach.
Obecnie absorbują mnie problemy typu: znalezienie ładnego kosza na śmieci do łazienki, znalezienie ładnej szczotki do toalety, znalezienie ładnych rzymskich rolet do łazienek itd.
Drobiazgi, a ja przecież nie znoszę zajmować się drobiazgami.
Od wczoraj mam łóżko (choć jeszcze bez materaca) i przepięknej urody lampy do obu łazienek. Jutro wrzucę zdjęcia. Jak znajdę nieustannie ginący kabelek.
W międzyczasie muszę koncentrować się na za dużej ilości pracy, na dzieciach, na kupnie nowego auta, na napisaniu czegoś dla pewnej miłej osoby, piszącej do mnie ponaglające maile, a ja nawet jeszcze nie wymyśliłam pierwszego zdania.
Pierwsze zdanie jest ważne, kto wie czy nie najważniejsze.
Jest taka książka Małgorzaty Musierowicz „Małomówny i rodzina”, pierwsze zdanie z niej to: Ryknęła krowa.
Genialne.
Z domu znikają kolejne kartony, koty się zadomowiły i swawolnie biegają po schodach, pies już wie, gdzie mieszka, a ja walczę z zadyszką po wdrapaniu się na to wysokie trzecie piętro.
Coraz mniejszą zadyszką, o!
Znaczy się- przywykłam.
Potrzebuję jeszcze tylko trochę czasu na zrobienie porządku dookoła mnie.
Li.

Jeszcze dwa dni, rozpakuję się do końca…

14 listopada, 2010

… i wtedy wrócę!

Niedziela, wpół do dziesiątej wieczorem, Młodsza niesie kilka podręczników ze swojego pokoju do salonu i sadowi się przed telewizorem. Pytam:
-Gusia, mówiłaś, że lekcje są odrobione?
-Odrobiłam! Teraz tylko będę się uczyć.

Wczorajszy tekst rozłożył mnie na łopatki:
-Mamaaaa, jedźmy do McDonalds’a…!
-A co z Twoim wegetarianizmem?
-Przecież mówiłaś, że tam w mięsie jest sama chemia!

:)
Li.


Notka o lekkim zabarwieniu makabrycznym.

8 listopada, 2010
Poniedziałki wpadają w kompleksy z powodu nie nadążania za sprawami do załatwienia.
Dziś jedną z nich był pogrzeb, wpisany w mój kalendarz w rubryczkę z godziną trzynastą. Wiedziałam, że nie zdążę na początek uroczystości, bo rubryczki przed i po trzynastej były gęsto obstawione sprawami nie do przełożenia, ale miałam nadzieję, że zmarły wuj, a mój ojciec chrzestny, widywany raz na kilka(naście) lat nie zauważy mojej nieobecności, skupiony na kontemplacji prochu z samego siebie wsypanego do gustownej urny.
Udało mi się jednak nie zakłócić uroczystości stukotem obcasów w cmentarnej kaplicy, bo podjeżdżając pod cmentarz idealnie trafiłam na moment gdy kondukt z żałobnikami wyszedł z kaplicy i skierował się w stronę rodzinnego grobowca.
Świeciło słońce, było ciepło i babioletnie.
Szliśmy spacerowym krokiem cmentarną aleją, kwiaty na grobach wyglądały pięknie, a delikatne dymy snuły się pod nogami.
Kondukt trochę się rozciągnął, awangardę stanowił wuj w urnie, ksiądz, ciotka i jej synowie, moja mama z nagle na nowo odkrytymi siostrzanymi uczuciami, potem tłumek kompletnie nie znanych mi osób, smutnych i skupionych, a na końcu grupa osób wcale nie pogrążona w smutku
i żałobie.
Rodzina:
Mąż siostry wuja, czyli mój osobisty ojciec.
Jego siostrzeniec, czyli mój brat.
Kuzyni i kuzynki wuja w pierwszej linii, z Gdańska, Pułtuska i Jędrzejowa.
Ochom i achom towarzyszyła radość ze spotkania, zobaczenia się, czasem po bardzo długim okresie, jakieś pospieszne wspominanie, chaotyczne zaproszenia, ależ musisz wpaść, do nas przyjechać, no popatrz umarł, a mógł jeszcze żyć, a co tam u Twoich dzieci, to już pewnie duże dziewczyny, a ja mam syna, a ja drugiego męża, a ja się rozwiodłam, ja rozwiodę się niedługo, biedna Wanda jak ona da sobie radę, ale piękna pogoda idealna na pogrzeb, na szczęście długo się nie męczył, bo teść kuzyna szwagra siostry mojej drugiej żony strasznie się męczył, a był u nas niedawno, chciał wybrać się na ryby, a co tam Panie w wielkim świecie, cicho, cicho- już go chowają.
Pożegnałam się, porozdawałam całusy, obiecałam odwiedziny wiedząc, że nigdy nie odwiedzę i szybko poszłam na parking.
W moim kalendarzu o czternastej trzydzieści zapisana była kolejna rubryczka ze sprawą do załatwienia.
Li.

Tytułem informacji, li i jedynie ( bez literatury;-)

8 listopada, 2010
Nie piszę, bo jestem zmęczona. Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki, ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne- najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej za wniesienie rzeczy na trzecie piętro, a potem wezwałam ich drugi raz i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko. Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy… Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku, rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postrzały, przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach („Bety i jedna kołdra”), odkrywam dwie takie same pary butów, przy czym nie chodziłam w ani jednej, układam, przenoszę, upycham, w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu, jestem zaprogramowana antyprzydasiowo! Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek, w którym mieści się wszystko (to co niezbędne, rzecz jasna haha)! Panuje w nim pełna demokracja- narty i narciarskie akcesoria, walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami, zapasowe płytki do łazienek i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie, ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na „Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo. Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie. Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce. Mieszka nam się cudownie. Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.

Dziś są moje urodziny i biada tym, co zapomną :)

4 listopada, 2010
Czterdzieści trzy lata temu w ponurą listopadową noc pierwszy raz zaczerpnęłam powietrza w płuca i zaczęłam żyć. Pewnie czułam się spokojnie i bezpiecznie w ramionach mamy.
Czterdzieści trzy lata później w ponury, listopadowy ranek wstałam o piątej rano i czując oddech pośpiechu na plecach kończyłam sprzątanie i przenoszenie reszty drobiazgów z wynajętej nory. Dziś nareszcie nieodwracalnie zamykam ten etap życia, a klucz do niego wrzucam w morze oddając właścicielom mieszkania.
Pokusiłam się o ośmieszenie samej siebie i ułożyłam w rządku znalezione wszystkie balsamy do ciała. Rządek miał długość jednego metra i trzydziestu trzech centymetrów…
Kremów pod oczy bylo ponad dwadzieścia, a opakowań z pieprzem ziarnistym piętnaście- nareszcie znalazłam przyczynę mojego popierzonego życia!
A teraz siedzę na swojej wielkiej, cudownej sofie i z zadowoleniem patrzę na kuchnię, gdzie
w szufladach panuje idealny porządek, przyprawy ułożone są alfabetycznie, nie ma ani jednej rzeczy z przekroczonym terminem przydatności do spożycia, poza mną.
A potem mój wzrok pada na dyskretnie przypiętą przez moje córki malutką tabliczkę z napisem: „Nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy” i cieszę się, że już zrobił się bałagan w szufladzie z herbatami…
Wszystkim moim czytelnikom, znajomym i przyjaciołom składam najlepsze i najcieplejsze życzenia z okazji moich urodzin!
/głupio Wam będzie się nie zrewanżować, hę? :)))/
Li.

Piękny dzień.

1 listopada, 2010
Złe wiadomości nie są w stanie przesłonić sobą urody świata, zza ich monstrualnych cieni i tak widać pięknie spadające w ciepło jesieni liście.
Zmiana czasu w tę właściwą stronę bez trudu poderwała mnie z łóżka o szóstej rano.
Prysznic, kubek kawy pół na pół z mlekiem i wesoły obowiązek posprzątania wynajętej nory- jutro oddaję klucze! Etap wynajmowania cudzego mieszkania mam za sobą i nie będzie cdn.
Koty zestresowane nieznaną przestrzenią szukają miejsc do schowania się grasując między kartonami, pies uparcie stoi pod drzwiami, chcąc wrócić na stare śmieci, dzieci w swoich pokojach jeszcze spokojnie śpią, a ja pomiędzy literkami snuję się po moim ślicznym salonie, rozkładam, odkurzam, cieszę się, dumam przy oknie z widokiem z trzeciego piętra, myślę, planuję, robię sobie drugą kawę, jestem u siebie, zapraszam za kilka(naście) dni, jak zabłyśnie moje szkło, zawisną lampy, obrazy i zatyka zegar po mojej prababci.
W tym nieszczęściu otaczającego mnie świata jestem szczęśliwa.
Na swój sposób.
Li.

Wszędzie czai się Obcego cień…

30 października, 2010
Wszystko piękne, pachnące, nowe, albo ulubione stare, cieszy, chyba cieszy, nie wiem, znowu chaos wokół mnie z przeprowadzką w tle-dziś w nocy zmarł młodszy i jedyny brat mojej Mamy, a od kilku dni wiem, że Nemo ma Obcego. Z przerzutami.
Szkoda tylko, że dalej w tkwi w takiej zaciekłości i złości i nie widzi powodu, by ze mną porozmawiać.
Odkąd się rozstaliśmy ciągle chorował. Ponadnormatywnie.
Jestem pewna, że były to choroby od-duszowe, bo gdy choruje dusza, ciało nie będzie zdrowe.
Jest mi go żal. Bardzo chciał być szczęśliwy, miał swoje wyobrażenie szczęścia, trawił życie na jego poszukiwaniu, gonił za nim i łapał jego cień, a zapomniał o tym, że szczęście to tylko stan umysłu.
Trzymam za niego kciuki, proszę los o łaskawość, o odstąpienie od ostateczności, to jest ojciec moich dzieci, którego kiedyś kochałam bardziej niż siebie.
Li.

Siedem mgnień wiosny, siedem jesieni…

25 października, 2010
Za kilkanaście dni minie siedem lat od dnia, w którym kupiłam strych.
Na trzeźwo myślących realistach robił przygnębiające wrażenie- niski, zagracony, zagołębiony z dziurawym przeciekającym dachem, którego nie były w stanie uratować przyklejane latami kawałki papy. Brzydki był ten strych i brzydka była ona- odrapana kamienica, krzycząca o pomoc spadającym tynkiem.
Ale ja patrzyłam na niego moimi oczami i widziałam rozświetloną słońcem kuchnię, przytulny salon, sypialnie, łazienki i zakwiecony taras.
Wtedy jeszcze sypialnia miała być małżeńska, a gabinet do pracy dla męża koniecznie
w najspokojniejszym miejscu, tak by nie przeszkadzał mu stukot garnków i dzieci. Oraz ja.
Dziś mam wannę tylko dla siebie, gabinetu nie ma, w zamian dzieci mają wielką łazienkę.
Nie ma też męża, mogę sobie bezkarnie trzaskać garnkami forte fortissimo.
Za dziesięć dni będą moje czterdzieste trzecie urodziny, daję sobie w prezencie dom.
Nie ma w nim śladów przeszłości, jest jak nowonarodzone dziecko z genami kamienicy, ale bez szkodliwego wpływu złych zaszłości i dotykających boleśnie emocji.
Jest mój tak bardzo, że bardziej być nie może.
Zakochałam się, pokochałam od gołych ścian do ametystów, wyczuwam w nim same dobre emocje i radość, dał mi poczucie dumy z siebie samej.
Tak, jestem z siebie dumna, choć zmęczona i finansowo sponiewierana.
Miłość jednak warta jest największych poświęceń, będę dbać o tę miłość, wyrażam ją mocnymi jak moje uczucie kolorami na ścianach i już cieszę się na powrót do korzeni, do gości, do kolacji przy winie i świecach, na powrót do gotowania, do nareszcie! nareszcie! życia!
Ostatnie trzy lata były gorzkawe, ale i gorycz ma swoją datę przydatności do spożycia.
Koniec tego. Koniec!
Li.

Dezorganizacja i chaos, uwielbiam to!

24 października, 2010
Sprawy wykończeniowo-sprzątaniowo- przeprowadzkowe zjadają mój czas.
Miotam się między i pomiędzy, wściekam na zepsuty pachnący jeszcze nowością piec, umawiam jego wymianę, zapominam zamówić zlew, odkrywam brak kontaktu do światła w toalecie, ogarnia mnie rozpacz na widok nowych pokładów pyłu, zakochuję się coraz bardziej w swojej ogromnej sofie, nakrytej smutną i zapyloną folią, pod którą wrzucam kolejne poduszki.
Jutro będzie ostatnim dniem produkcji pyłu gipsowego, bo Pan Jacek skończy szafę w przedpokoju. Pomysł z szafą urodził mi się po gruntownym sprzątaniu, najlepsze pomysły zawsze trafiają mi się nie w porę…
We wtorek chłopaki ze Skrzydlnej zamontują drzwi, to będą ostatnie brudne roboty i Pani Jadzia wkroczy ze swoją miotłą i mopem, dając mi nadzieję na rychły ład i porządek.
Środę i czwartek poświęcam na sprzątanie i przenoszenie drobiazgów, a piątek na ostateczną przeprowadzkę.
Noc z piątku na sobotę spędzę już pod własnym dachem.
Będą zdjęcia i tego bałaganu i ostatecznego efektu, tylko potem.
Nie mam czasu dla nikogo, nawet dla siebie, pochłania mnie w całości ta jedna, jedyna sprawa, mój całodobowy absorbujący kochanek.
Oczywiście, że jest to wina braku organizacji, poświęcania czasu na sprawy błahe, rozdrabniania się, spędzania bezproduktywnie cennych godzin na przyglądaniu się jak Pan Jacek wygładza ściany, czy ja temu zaprzeczam?
Ależ skąd!
:)
Li.