We mnie świeci słońce i nie może być inaczej!

16 Maj, 2010
Posadzone wczoraj przeze mnie na podwórku kwiaty kulą się pod naporem wody spadającej z nieba. Niedzielne plany zamokły i nie dają się odczytać, a chęć do zaplanowania czegoś innego dotknięta jest niechęcią do jakiejkolwiek aktywności. Mam tylko ochotę na kolejny kubek kawy
i leniwą podróż przez net celem poszukiwań wszystkiego co może przydać mi się do mojego mieszkania, na przykład markizy nad część tarasu, tak by spod niej kpić sobie z deszczu.
Szukając suchych plusów w tej nieciekawej dla zagrożonych powodzią części kraju mokrej sytuacji uważnie oglądam sufity, szukając ewentualnych śladów zbrodni przeciekania dachu i na razie jest niewinny jak nowonarodzone dziecko. Taras nad moją sypialnią też dzielnie trzyma szczelność i niech tak pozostanie do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Trudno nie ulec szarości i utrzymać swoje myśli w cieple świecącego w wyobraźni słońca.
Walczę ze sobą o dobry nastrój, włączyłam pogodną płytę z muzyką z „Mamma mia”, czasem słońce, czasem deszcz, najważniejsze by nie poddać się czemuś tak nieprzewidywalnemu jak pogoda. Nie pozwalam moknąć swoim myślom, nie narażam ich na drżenie z chłodu i wilgoci, wysyłam je na plażę wyobraźni zalaną słońcem i turkusowym morzem i zabieram się za robienie porządku w niezliczonej ilości butów moich i córek.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżyć w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.
Dajecie radę? :)
Li.

O tym i o tym.

14 Maj, 2010

Sama nie wiem, czy mam w życiu tzw. szczęście czy go nie mam.
Nie czuję się nieszczęśliwa, czasem tylko jestem przygnieciona przez problemy, ale jakoś się przecież spod nich mniej lub bardziej poobijana wygrzebuję.
Nie czuję się jednak szczęśliwa, choć przecież twierdzę, że szczęście to brak nieszczęścia, skoro więc nie jestem nieszczęśliwa, to powinnam być szczęśliwa, ech… można snuć rozważania długo i smakowicie, ale komu by się tam chciało w taką spokojną piątkową noc.
Dziś wieczorem brak szczęścia dotknął mnie wyjątkowo boleśnie- Lufthansa kurierem i po dwóch miesiącach przysłała zagubione na lotnisku narty Starszej, a właściwie moje, wędrowały sobie po świecie, dawno się z nimi pożegnałam, odżałowałam, głównie z powodu ochoty na odszkodowanie, ech…, a tu jak syn marnotrawny wróciły do domu.
Nie jestem nieszczęśliwa, ale na pewno jestem zła.
Zła jestem na bank, który wymyśla tysiące niepotrzebnych dokumentów mających nadać mi walor osoby wiarygodnej kredytowo, a tymczasem prace wykończeniowe stoją i się nudzą.
A ja nudzę otoczenie. Nie cierpię wszelakich urzędów, zaświadczeń, wyciągów, poświadczeń i kolejek. Wszelkie tzw. „załatwiania” są dla mnie najwstrętniejszymi czynnościami, papierkologia to nie jest moja ideologia.
Cierpiąc na brak dużych pieniędzy na rzeczy wielkie, bawię się rzeczami małymi, finansując z bieżących dochodów różne drobiazgi, na przykład jakże piękną pergolę na tarasie- macie ją na rysunku powyżej, razem oczywiście ze zdjęciem miejsca, w którym będzie zainstalowana.
Na drugim zdjęciu jest widok ściany tarasu z mieszkania, balustrada schodowa zobowiązuje mnie do estetycznej czujności, pergola i balustrada tarasowa musi do niej nawiązywać, bo inaczej będzie wojna stylów pomiędzy kutymi elementami.
Różowa linia na rysunku pokazuje miejsce położenia dachu sąsiedniej kamienicy, nie jest najpiękniejszy i muszę go jakoś zasłonić, nie zasłaniając sobie jednocześnie wschodzącego słońca. Prostokąt w prawym dolnym rogu rysunku jest szybą, postanowiłam zrobić szklaną balustradę w połączeniu z cudnie ( och jak cudnie!) wykutymi elementami, już to widzę oczami wyobraźni, a mam nadzieję zobaczyć na żywo w ciągu dwóch tygodni.
Zrezygnowałam z pomysłów ogrodniczych typu iglaki na tarasie, jednak stawiam na kwiaty i krzewy kwitnące, feerię kolorów, może uda mi się wyhodować clematisy i wiciokrzewy, a poza tym pewniaki w postaci pelargonii, petunii, begonii, niecierpków, astrów, wrzosów i oczywiście maciejki, bo wieczór w zapachu maciejki ma urok nie do odparcia.

Wciąż nie tracę nadziei na przeprowadzkę lipcową, bo dlaczego nie?

Mam swoją drogę krzyżową, ale moja skończy się szczęśliwie, nie może być inaczej!
Li.


Kolejny piątek na drodze do wieczności!

14 Maj, 2010
Trudno znaleźć pogodną stronę życia gdy liście za oknem ciągle mokre, bank w celach kredytowych żąda ode mnie informacji w stylu numeru buta i wielkości miseczki, starsza córka leży złożona anginą, młodsza- dotychczasowy blond-aniołek i plasterek miodu zaczyna gwałtownie dojrzewać i mówić do mnie :”ale posłuchaj mnie, kobieto!”, a na podwórku zamieszkały szczury. Tak! W XXI wieku w centrum Krakowa!
Podwórko po budowie mamy ślicznie posprzątane, z nowym murowanym śmietnikiem, porządną do niego brukowaną ścieżką, z posadzonym przeze mnie winobluszczem, wytynkowanym starym murem… prawdę mówiąc nic dziwnego, że szczurom też się podoba….
Nigdy jednak przedtem ich u nas nie widziałam, choć podwórko było pełne zakamarków, śmieci i rupieci, czyli tego co szczury lubią najbardziej. Podobno były w piwnicy, ale tam przed remontem nie miałam odwagi zejść. Zdziwiona więc ich nagłą bezczelnością w spacerowaniu pod lipą i wylegiwaniu się na murkach, nie mówiąc o wypuszczaniu się do kamienicy, zadzwoniłam do szczurołapa. Ten ustaliwszy adres powiedział, że mój telefon jest kolejnym z tej właśnie ulicy, bo przez generalny remont sąsiedniej ulicy połączony z wymianą kanalizacji, torów tramwajowych itd, szczury zaczęły szukać nowych terenów do kolonizacji. Ha!
Postanowiłam więc postawić na broń biologiczną, bo ze względu na psa wszelkich trutek boję się jak ognia i wyniosłam na podwórko Szarego, to przecież byk prawdziwy, kocur o dziewięciokilowej posturze, wystarczy że się pokaże, zaznaczy teren, a szczury będą drżeć ze strachu i uciekną w popłochu w obawie o swoje szczurze życie.
Szary- wyznaczony do zaszczytnej roli bohaterskiego szczurołapa i postawiony na zielonej trawce zesztywniał, zaczął miauczeć, drżeć i przeraźliwie dyszeć z przestrachu, po czym wpił się we mnie pazurami, mając w oczach tak głęboką rozpacz i stres, że czym prędzej w celach ratunkowych zaniosłam go do domu, gdzie schował się w sobie tylko wiadome miejsce i nie było go do wieczora.
Ale co tam, mam przecież cztery koty, wzięłam więc drugiego kocura- Bobcia, który dzieciństwo spędził w bezdomności na działkach, może zostały mu resztki instynktu, za piłeczką w domu lata pokazowo. Bobcio zachował się inaczej niż Szary- zamiast dyszenia postawił na tak pełne przerażenia miauczenie, że szczury zapewne upiły się w swych norach z radości.
Przyniosłam go do domu i też się schował. Dwóm pozostałym kotom postanowiłam oszczędzić upokorzenia, choć wydaje mi się, że Masza dałaby radę, ona jest najbardziej bojowa.
Nie doceniłam jednak swojego psa-suki zwanej Karą Boską. Ta klucha wylegująca się na kanapach i fotelach okazała się najbardziej sprawnym i zwinnym szczurołapem z całej zgrai, pokazując mi się z miotającym się w jej pysku szczurem, a wrzask jakiego narobiłam z kolei ja sama przebił natężeniem dźwięku moje koty i odbił się w okolicy szerokim echem.
Skutek jest taki, że boję się wychodzić z nią na podwórko, Kara wypuszczona na samodzielne sikanie przyniosła w pysku młodego szczura, zagryzła go, ułożyła na wycieraczce, szczęśliwie jednak znalazła go Pani Jadzia, a nie ja. Pani Jadzia z byle szczurzego powodu nie wpada w panikę, tylko łapie za ogon i wynosi do śmieci.
Do rozlicznych więc problemów, z których ostatnio składa się moje bajkowe życie doszły szczury, które nie dają się w dodatku nabrać na graną na flecie gamę, bo i taki pomysł zaczerpnięty
z literatury przyszedł mi do głowy!
No i kto ma najgorzej? Jak zwykle ja!
Uch!!!
Li.

Środek zwykłego tygodnia.

12 Maj, 2010
Środa obudzona o szóstej rano zalewała się deszczem z rozpaczy, ale teraz przejaśniała dopuszczając do głosu słońce.
A przy słońcu poranna kawa lepiej smakuje.
Dziś mam spotkanie z bardzo ważną osobą, podobno mistrzem prawdziwym, choć po doświadczeniach z Panem Romeczkiem, elektrykiem od siedmiu hazardowych boleści i zdechłego rekina, ostrożnie podchodzę do mistrzowskich umiejętności wykonawców.
Ten ma jednak rekomendacje dłuższe niż guwernantka z dzieciństwa księcia Karola, a ja właśnie potrzebuję kogoś na tyle odważnego w realizacji moich pomysłów, by z tanich w założeniu łazienek zrobił wizualnie efektowne dzieła łazienkowej sztuki, kogoś z nieograniczoną fantazją, kogoś pełnego zrozumienia dla konieczności braku płytek w tym miejscu, ale niezbędnych w miejscu tamtym, ech… oby to nie był Pan Romeczek 2, bo przecież Romeczkowi czego jak czego, ale fantazji nie brakowało…
Wszystko się wlecze, wniosek o kredyt utknął w banku jak kość w gardle, jestem w finansowym zawieszeniu, rynny ciekną i woda zalewa elewację, kto wie czy nie trzeba będzie rozstawiać rusztowań, choć szczęśliwie tylko od podwórka, ale powoli, powoli, powoli jak lodowiec sprawy posuwają się do przodu i kiedyś przecież będą mieć swój kres.
Zrobiłam się jakby trochę bledsza i bardziej cierpliwa.
Li.

Pierwszego razu, po czterdziestce…

11 Maj, 2010
Wczorajsze straszliwe i dotkliwe w skutkach wydarzenie położyło się cieniem na mojej pewności siebie stawiając pod znakiem zapytania moją wykroczeniowo-motoryzacyjną przyszłość.
Oto ja, pewniak prawdziwy w nieotrzymywaniu mandatów wczoraj straciłam cnotę trafiając na niewrażliwego funkcjonariusza, odpornego na mój wdzięk, urok, spojrzenie spod rzęs, tudzież inne zalety, o których jedynie przez skromność nie wspomnę, ale zapewniam że są, choć oczywiście nieżyczliwi mogą ich nie dostrzegać, ale do okulisty z nimi!
Wyjeżdżałam sobie w prawo jak nakazywał znak z drogi podporządkowanej, w którą z drogi głównej wjeżdżał radiowóz. Oczywiście że go zauważyłam, bo niezbyt czyste miałam sumienie gadając przez komórkę. Ale ja wyjeżdżam, oni wjeżdżają, skąd by mi przyszło głowy, że będą tak niestabilni emocjonalnie, iż zmienią zdanie co do kierunku jazdy i pojadą za mną!
Pojechali, poobserwowali, zatrzymali i jeszcze w dodatku zaczęli mówić do mnie tonem protekcjonalnym i w stylu „Pani Moniczko”, co natychmiast siedzącego we mnie diabła sprowokowało do powiedzenia „Panie Wojtusiu”, bo zacne imię Wojciech nosił ten, który mi się przedstawił. Był niemiły, gburowaty, pewny siebie i najwyraźniej oczekiwał że się ukorzę i poproszę o łaskę. Tymczasem oświadczyłam, że znam wagę swojego wykroczenia, proszę o wypisanie mandatu bo bardzo się spieszę, nie chciałam podać, gdzie pracuję, a jak już podałam, to usłyszałam na temat mojej grupy zawodowej taką niepochlebną opinię, że tym bardziej wzrósł poziom mojej chęci otrzymania tego mandatu, wrzucenia go do schowka w celu ukrycia przed córkami i odjechania z wirtualnym piskiem opon.
Pan Wojtuś przetrzymał mnie w aucie pół godziny, rzekomo sprawdzając moją punktową przeszłość. A ja przecież nie mam przyjemności zbierania punktów ni mandatów, więc byłam czysta jak łza dziecka, co w końcu Pan Wojtuś z niezadowoleniem musiał skonstatować, wręczając mi przy okazji mandacik na 200 złotych, polecenie przelewu i słowa przestrogi na przyszłość, którymi rzecz jasna nie mam zamiaru się przejąć.
Nie ma jednak, tego złego… bo z tej złości postanowiłam pokazać samej sobie, że jestem porządnym kierowcą, pojechałam nareszcie zmienić zimowe opony na letnie i wymienić przepaloną żarówkę w prawym reflektorze, o!
Najważniejsze to trzymać fason przed tą bezlitosną, kpiącą, złośliwą, widzącą absolutnie wszystko kobietą w lustrze.
:)
Li.

Bezsenność w Krakowie.

10 Maj, 2010
Bezsenność zabiera mi poduszkę, a bez poduszki nie przyjdzie do mnie wygodny sen.
Marznę w łóżkowej samotności… wstaję, otulam się miękkim pledem i wchodząc w noc znajduję towarzystwo telewizora, a zaspana kawa z mlekiem stygnie w kubku z oburzenia niezwyczajną porą.
Zwalniam budzik z obowiązku krzyku o wpół do szóstej rano, dziś daję mu wolny dzień, niech sobie tyka w pokoju w spokoju.
Poczytam. Pooglądam. Poczuwam. Pomyślę. Pogłaszczę kota.
Rety, jak ja nienawidzę bezsnu. Pozbawia mnie kolorowych snów-przeciwwagi dla szarego maja.
Li.

Deszcze niespokojne, a sprawy zakupowe.

6 Maj, 2010
Deszcze niespokojne targają osobistą godnością zielonego maja, ale ja będąc wielbicielką takiej aury, uwalniam je od odpowiedzialności za (nie)pogodę.
Ostatnio zajmuję się poszukiwaniem wszystkiego mieszkaniowego, a najbardziej to drzwi, podłóg, spraw kuchennych i łazienkowych.
Wierna swemu postanowieniu 3 x N, cierpię okrutnie oglądając przepiękne podłogi z olejowanych desek dębowych, które ostatecznie mogłabym kupić, ale potem musiałabym za dużo pracować, a już mi się nie chce.
Ostatnim pomysłem na podłogi jest deska bambusowa karmelowa, choć deska to za dużo powiedziane, skoro bambus jest trawą… Wygląda jednak zupełnie nieźle, a cena z trudem bo z trudem, ale nie przekracza narzuconych samej sobie granic.
Nie mam więc czasu na bujanie w obłokach, rzeczywistość pochłania mnie bez reszty, jakoś muszę przetrwać te dwa miesiące, a potem gdy usiądę na moim tarasie pod gwiazdami wrócę do codziennego pisania ku swojej i Waszej radości.
O ile oczywiście jeszcze ktokolwiek będzie chciał mnie czytać, że tak kokieteryjnie napiszę…
Miłego, cudnego, deszczowego dnia!
Li.

Sprzątanie przeszłości.

2 Maj, 2010
Niebo deszczem na ziemię wylewa swoje mniej lub bardziej uzasadnione żale.
Lubię padający deszcz, a okno z widokiem na mokrą szarość zatrzymuje mnie w domu i zmusza do podjęcia obiecywanych sobie od dawna czynności sprzątająco-wyrzucających.
Uzbrojona więc w butelkę czerwonego wina wrzucam w wielkie, niebieskie worki przedmioty z przeszłości, osobno gazety, osobno zabawki Młodszej, ciuchy, jakieś nieokreśloności, nic-nie-przydatności, buty nigdy nie ubrane, torebki nienoszone na których koty ostrzyły sobie pazury, stosy kosmetyków kupionych w nadziei używania, ale ile można wklepać w siebie kremu pod oczy?
Mam niezłomne postanowienie przeprowadzenia się bez śmieci-rupieci, bo przecież będzie mi potrzebne miejsce na nowe.
Wczoraj byłam w miejscu przepięknym i pachnącym, oszołomiona bogactwem chodziłam w deszczu alejkami i nie mogłam zdecydować się na wybór roślin na taras.
Do wczoraj wiedziałam jakie chcę, ale oczywiście złośliwy los musiał podstawić mi przed oczy rośliny, o których nawet nie wiedziałam, jak bardzo ich pragnę, bo o ich istnieniu nie miałam pojęcia!
Cała tarasowa koncepcja przewróciła mi się do góry nogami, a już największym nieszczęściem jest to, że taras ma tylko dwadzieścia kilka metrów.
Zagracę go jak nic, już to widzę… ale to będzie takie piękne gracenie…, moja wyobraźnia szaleje, kocham moją wyobraźnię za to, że nie ma granic ni kordonów.
Li.

Narzekanie narzekaniem, ale zdjęcia muszą być!

27 kwietnia, 2010

To widok na schody od strony drzwi wejściowych.
Nie mają jeszcze pięknie wyciętych drewnianych stopni, balustrada i konstrukcja owinięte folią skutecznie chowają się ze swoją urodą, ale od czego wyobraźnia? :)
Poniżej widok na schody od strony okien w salonie. Po prawej stronie zajawka wyspy kuchennej z „piwniczką” na wino.
Trzecie zdjęcie to balustrada przy pokoju Starszej, na czwartym jest mój już ulubiony detal, piękny jest metal zamknięty w tych finezyjnych łukach, prawda?

Po budowie snuje się jeszcze malarz Paweł, głaszcze ściany, które już oślepiająco białe niecierpliwie czekają na przyjęcie w siebie koloru.
A tu moja wyobraźnia szaleje, szczęśliwie odkryłam niesamowite farby Benjamina Moore’a– takich przygaszonych, zamglonych, dymnych matowych farb nie widziałam nigdzie indziej.
Ściana wzdłuż której pną się schody będzie w kolorze czerwonego wina i z półkami na książki.

Poza wszystkim staram się zachować spokój. W domu piekło, bo Starsza odkrywa kolejne swoje błędy w teście, pogrążając się w coraz większej depresji, ostatni jej plan na życie to Technikum Pszczelarskie, podobno tam przyjmują z limitem trzech punktów, haha.

Biedne moje nadmiernie ambitne dziecko. Coś czuję, że dostanie punktami po nosie, bo streściła nie ten tekst co trzeba, oczywiście nie słuchając mojej rady o konieczności dokładnego przeczytania polecenia. Ale co jej nie zabije, to ją wzmocni, nie będę się nad nią rozczulać.
Damy sobie radę, ostatecznie moje początki w liceum tez nie były chlubne- byłam pierwszym rocznikiem z egzaminami wstępnymi, język polski zdałam śpiewająco, matematykę oblałam, miałam poprawkę, podobno był wstyd na cały Paczków, choć ja tam na pewno się nie wstydziłam, wystarczy że wstydziła się moja mama, przez kilka kolejnych lat dręcząc mnie wspomnieniem tej porażki, tak jakby miała mieć jakiekolwiek znaczenie dla mojego dalszego życia.
Zdałam maturę? Zdałam. Dostałam się na studia? Dostałam. Studiowałam odpowiednio długo?
A jak!
W naszej rodzinie zawsze kończyło się studia, nie ma więc powodu, by w tym pokoleniu było inaczej.
Idę pocieszyć swoje dziecko, wszak per aspera ad astra, sama wiem o tym najlepiej.
Miłego dla Was!
Li.

PS. Zdjęcia zrobiłam iPhone’m, dziecko beztrosko zostawiło aparat u babci. Ale coś tam widać, prawda?


Ech… napiszę coś ku pokrzepieniu serca. Swojego.

25 kwietnia, 2010
Dni i noce wyznaczone kolejnymi zadaniami skutecznie pozbawiły mnie przyjemności pisania. Poziom zmęczenia sięga mych ust, zamilkłam więc walcząc o każdy oddech.
Nie oglądam się w przeszłość, nie pamiętam co robiłam wczoraj, myślę tylko o tym co mam zrobić dziś, jutro sprawdzam w kalendarzu, nie ufając już swojej pamięci.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty dopóki idziesz.
Idę-potykam się, ale idę.
Budowa, szukanie, kupowanie, załatwianie, praca, problemy, egzaminy Starszej do liceum, ludzie, sprawy, osaczenie, brak wolnego czasu, kradzież snu, czy to ciągle ja, czy odhumanizowany cyborg?
Z czegoś musiałam zrezygnować, by nie zwariować.
Padło na życie wirtualne, bo mogę je przerwać bez życiowych nieodwracalności, mogę je zmienić kiedy zechcę, mogę je wykasować, mogę je zostawić w jednym momencie, mam nad nim władzę absolutną, choć nad tym jednym panuję-inne sprawy są na etapie chaosu, któremu jeszcze daleko do ładu.
Zderzają mi się miękkie marzenia z twardą rzeczywistością, a to boli, naprawdę boli.
Czuję się jak bezbronna ofiara przemocy, znikąd pomocy, mam smutną świadomość, że mogę liczyć tylko na siebie. Nikogo więc o nic nie proszę, tylko twardnieję w środku coraz bardziej.
A co na to Lec?
Czasem przestaję wierzyć w błękit, zdaje mi się, że to przestrzeń idealnie pokryta sińcami.
Dam sobie radę, jak zawsze.
Ja przecież nigdy się nie poddaję, a upadam tylko po to, by przyjrzeć się mrówkom. :)
Li.

Urodziny i pogrzeb, czyli codzienne życie.

14 kwietnia, 2010
Kiedyś była mała, z loczkami blond, bezbronna, słodka i zabawna.
Dziś ma 170 centymetrów, włosy jej pociemniały, choć w dalszym ciągu jest blondynką, ma swoje zdanie z reguły odmienne od mojego, ale dalej jest słodka, kochana, śliczna i jest jedną z moich dwóch największych życiowych radości.
(W takich chwilach zapominam, że jest również powodem moich największych życiowych irytacji i złości…)
Moja młodsza córka skończyła wczoraj 11 lat i uroczyste obchodzenie dnia jej urodzin zdominowało mój dzień.
Wszystko inne zeszło na drugi plan, a zwłaszcza spory co do miejsca pochówku prezydenckiej pary, choć nie rozumiem decyzji o pochówku na Wawelu.
Uważam jednak, że należy przyjąć ją do wiadomości, bo wszelkie spory i kontrowersje w tym temacie są bardzo niewłaściwe, pogrzeby są zawsze dla żywych, zmarłym na pewno jest wszystko jedno, ale zasługują na spokój i szacunek. A tu zaczyna się nowa wojna, jak to napisał
Adam Szostakiewicz: „jeszcze trwa żałoba narodowa, a już zaczyna się jakże polska wojna trumienno-grobowcowa”.
Po śmierci nie można być bezdomnym, gdzieś w jedno miejsce trzeba złożyć pamięć o sobie
i zaufać żywym, że tego dokonają.
Nie rozumiem tej decyzji, uważam ją za konsekwencję wpadnięcia w wielki histeryczny patos na tle tragicznych okoliczności śmierci prezydenta, widzę w niej niestety wielki podtekst polityczny, ale staram się ją szanować i nie będę protestować, causa finita.
Ciekawa jestem tylko, czy warszawiakowi z krwi i kości podobałaby się wieczna wyprowadzka z Warszawy i to do Krakowa.
Wawel oblige, to nie będzie cmentarz gdzie przy okazji odwiedzając swoje groby wpadnie sąsiadka z kamienicy i zapali znicz, Wawel jest oficjalny i daleko od ludzi.
Będą przychodzić wycieczki, ale ja osobiście wolałabym jedną pamiętającą człowieka sąsiadkę niż bezimienny tłum, ech… żywi nie dają umarłym wyboru…
Lech Kaczyński leżący obok Józefa Piłsudskiego?
Myślę, że tematów do rozmów nie zabraknie im do końca świata.
Li.

Przelotem, bo ciągle smutno…

13 kwietnia, 2010
Słucham sączących się z ekranu wiadomości i uszom nie wierzę.
Stare powiedzenie, że o umarłych mówi się tylko dobrze albo wcale, w przypadku sobotniej tragedii przybrało rozmiary karykaturalne i tak obłudne, że moja wrażliwość wysiada.
Ja nie uważam, że Kaczyński był dobrym prezydentem, nie uważam że był wybitnym mężem stanu, nie uważam w katastrofie zginął kwiat polskiej inteligencji, choć Jarugi-Nowackiej, Szymanek-Deresz, Agackiej-Indeckiej, Krystyny Bochenek i Marii Kaczyńskiej nie mogę odżałować, to były wspaniałe kobiety.
Zapłakałam i dalej płaczę nad ich losem, bo nikt nie zasługuje na taką straszną śmierć, a tamta ziemia chyba naprawdę nosi w sobie przekleństwo dla Polaków.
Mierzi mnie jednak wizja prawie beatyfikacyjnego procesu Lecha Kaczyńskiego.
Obawiam się również sytuacji, w której do wyborów prezydenckich stanie Jarosław Kaczyński
i wygra je bez trudu na fali uwielbienia i uświęcenia osoby brata, który zginął za ojczyznę.
Polacy to naród o okazjonalnie wielkim sercu i z reguły o małym rozumku.
Li.


(..)

10 kwietnia, 2010

Taką smutną sobotę i jej porażającą symbolikę zapamiętam do końca życia.
Niech pokój będzie z Nimi.
Li.


Nie mam czasu dla nikogo, jeno dla ciebie niebogo :)

8 kwietnia, 2010
Nie potrafię opisać emocji na widok moich własnych, najwłaśniejszych schodów!
I choć to dopiero nieśmiała zajawka tego co będzie, zaledwie schodowy kręgosłup, ja nie muszę już zamykać oczu, by zobaczyć je takimi jakimi będą za kilka tygodni- z solidnymi, dębowymi stopniami, z cudnej urody kutą balustradą obejmującą je swoimi ramionami,… ech, jak ja kocham ten dom!
Mogę być tam kilka razy w ciągu dnia i za każdym razem jest inaczej, bo inaczej wpada słońce przez okna, inne cienie wygodnie leżą na tarasie, inny kawałek ściany zyskuje pożądaną gładkość, jestem wciąż i wciąż nienasycona i stęskniona końca, będącego przecież początkiem.
W weekend przyjeżdża do mnie kowal o wdzięcznym nazwisku Żelazny, mam do niego kute interesy, potrzebuję balustrady na taras, fantazyjnych kwietników na okna, nie są to może najpotrzebniejsze rzeczy, ale wraz z wiosną zbliża się dzień, w którym w każdym szanującym się domu powinny za oknem wylądować kwiaty i upiększyć szare miasto, bo nie ma to jak krzycząca na deszcz czerwień pelargonii.
Wszystko (nie)spokojnie idzie w dobrym kierunku, choć ciągle jeszcze nie mam pojęcia, jakim kolorem obdarzyć kuchnię, mam w stosunku do niej spore wymagania: ma być klasyczna, ale nie nudna, ma być ciepła, ale nie rustykalna, ma być przyjemna kolorystycznie, ale nie dominująca, ma być funkcjonalna, ale nie kosmiczna, no i ma być taka jakiej nikt jeszcze nie ma, to ostatnie biorąc pod uwagę moją fantazję, wydaje mi się najprostsze!
Jeszcze trochę, jeszcze trochę, zaprawdę już zupełnie niedługo, pierwszego dnia lipca w piżamie wypiję rano kawę na moim tarasie, założymy się?
:))
Li.

Wrócił wtorek-potworek, potrzebne antidotum!

6 kwietnia, 2010
Wstanie rano i przeczytanie pozostawionej zapobiegawczo wczoraj samej sobie karteczki z napisem: „we wtorek mam dobry humor i nie ma od tego odwołania” wcale w ten dobry humor mnie nie wpędza, a wręcz przeciwnie- czuję rosnącą niechęć do zaczynania dnia, co dobitnie pokazuje siłę przekazu postanowień dawanych samej sobie, dokładając tym samym jeszcze poczucie winy z powodu jakże rażącego braku jakiejkolwiek doskonałości.
Triumfuje wtorek-potworek i nawet nie chce mi się nic na to radzić.
Dzieci wróciły wczoraj poprzeziębiane i z gorączką, tym samym tradycji lanego poniedziałku i bitwy na „bomby wodne” z małoletnimi sąsiadami babci stało się zadość.
Wróciły również trochę rozczarowane, bo Święta z tatą raczyły zacząć się dopiero późnym niedzielnym popołudniem, kiedy ojciec spuszczony ze smyczy stawił się u babci, przerywając tym samym ustaloną od lat tradycję wspólnego święcenia koszyczków i niedzielnego świątecznego śniadania.
Starsza obliczyła skrupulatnie, że spędziły z tatą 25 godzin, w tym zawarła się przerwa na sen
i czas podróży w obie strony.
O rety, doprawdy, cała doba wraz z jedną nadgodziną musiała wyczerpać ojca do cna, pewnie to wyczerpane męskie biedactwo nie pokaże się dzieciom do przyszłego tygodnia, a to wszystko oczywiście w ramach spełniania obowiązków rodzicielskich i hartowania przyszłych pokoleń- niech wiedzą, że życie jest ciężkie.
Jasne, jasne-piszę w rozżaleniu, ale jak nie być rozżaloną?
W okresie świątecznym wciskam sobie uparcie jedynie obowiązującą wersję, że uwielbiam spędzać święta bez dzieci, że sen, że imprezy, że samo dolce far niente, a wszystko po to, by nie zabierać im budowanej przecież od wczesnego dzieciństwa corocznej tradycji- czterech koszyczków przygotowywanych przez babcię po mieczu dla czwórki wnuków, pójścia przez pół Chrzanowa do kościoła z tatą, ciocią, wujkiem i kuzynami, bizantyjskiego wielkanocnego śniadania, bo babcia tu zawsze szaleje, nieograniczonego lania się w ogrodzie z sąsiadami na śmigusa-dyngusa, powtarzanego od ich urodzenia świątecznego rytuału, budzącego poczucie bezpieczeństwa swoją niezmiennością.
Jasne, jasne- piszę w rozżaleniu, ale jest mi tak bardzo szkoda dzieci liczących każdą godzinę spędzoną z ojcem, a przecież powinny być to noce i dni…
Ostatni raz zgodziłam się na samotne spędzenie Świąt, jak mi mój dobry humor miły!
Od przyszłego roku zaczynamy budować własną świąteczną tradycję, budowanie mam przecież we krwi!
Principiis obsta, sero medicina paratur.
Li.

Życie, życie jest nowelą…

3 kwietnia, 2010

Życie pisze swoje historie, czasem są to prawdziwe wyciskacze łez, emocjonalne bomby rujnujące pozorny spokój, ale za to umożliwiające budowę nowych uczuć, nowych emocji, nowego stanu ducha.

Dzisiejsza i właściwie banalna historia doprowadziła mnie do łez, płakałam w słuchawkę telefonu razem z Mamą Ilonki, ale kończąc rozmowę byłam już spokojna i szczęśliwa, czułam jakby Ilonka z niebytu dała mi znak, a pewna prześladująca mnie historia znalazła swoje zakończenie:

Czterdziestoletnia Agata, matka czwórki dzieci, z których najmłodsze miało dopiero dwa lata leżała w szpitalnej sali razem z Ilonką. Guz w jej brzuchu miał wielkość małego arbuza. Była przerażona, załamana, w ciężkiej depresji, a Ilonka- sama ledwo żywa po operacji -podtrzymywała ją na duchu, wzmacniała i dodawała sił do walki z Obcym. Po śmierci Ilonki czasem myślałam o tej Agacie, miała mięsaka o mniejszym stopniu złośliwości, ale z tego co mówiła Ilona-lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie. Do szpitala przyjeżdżał do niej mąż- ale nie codziennie, bo trudno mu było wyrwać się z domu pełnego dzieci gdzieś na wsi pod Oświęcimiem, ja widziałam go chyba tylko jeden raz i zapamiętałam go jako prostego, zafrasowanego, pochylonego nieszczęściem mężczyznę, niezdarnie próbującego poprawić żonie poduszkę.

Gdy wieczorami nielegalnie wdzierałam się na szpitalny oddział, a cudowne pracujące tam pielęgniarki udawały, że mnie nie widzą, gadałyśmy sobie wszystkie trzy, nasze rozmowy toczyły się wokół absolutnych bzdur, babskich mało ważnych spraw, w obliczu ciężkiej choroby jednak te sprawy nabierały niebywałej ważności, bo były nierozerwalnie związane ze zwykłym, codziennym życiem, a każda z nich chciała żyć. Pamiętam wieczór, gdy nałożyłam im obu nawilżającą maseczkę na twarz, a Agata przyznała, że nie ma nawet kremu, bo swoje potrzeby w licznej rodzinie zawsze ustawia na koniec kolejki. Ilonka wtedy oznajmiła, że jest to sytuacja skandaliczna, a ja dyskretnie otrzymałam polecenie dokonania zakupu kilku kosmetyków…

Po śmierci Ilonki nie wiedziałam co dalej działo się z Agatą. Czasem o niej myślałam, zawsze ze smutkiem, byłam prawie pewna że nie dała rady Obcemu, prześladowało mnie zdjęcie jej małego synka.

Kilka dni temu, późnym popołudniem Mama Ilonki wraz ze swoim szkolnym kolegą, który przyjechał ją odwiedzić po czterdziestu latach niewidzenia się, poszła na pszczyński cmentarz. Zapadał lekki zmierzch, było ciepło, na wielu grobach paliły się znicze, cmentarze ze swoim powietrzem ciężkim od smutku mają jednak w sobie urokliwe piękno.

Po drodze, na cmentarnej alei minęli wolno idącą parę, ludzie ci sprawiali wrażenie jakby szukali jakiegoś grobu. Mama Ilonki nie mogła zauważyć, że za nimi para przystanęła, a mężczyzna powiedział do kobiety: „mam przeczucie, że to jest matka Ilony”. Nigdy jej nie widział na oczy, mijali się podczas odwiedzin, nie mógł wiedzieć jak wygląda. Zawrócili, poszli ich śladem i oto nareszcie po paru tygodniach poszukiwań Agata odnalazła grób Ilonki. Płakała tam bezładnie przez godzinę, opowiadała jak kolejną niedzielę przyjeżdżała do Pszczyny na poszukiwania grobu, jak już dziś zrozpaczona i zdeterminowana zdecydowała że musi iść do parafii po informacje, jak Ilonka dała jej siłę do życia, jak przetrwała operację, chemio-i radioterapię, jak otrzymała wiadomość, że nie ma w niej komórek rakowych, jak ciągle o Ilonce myśli, jak nie może o niej zapomnieć, jak bardzo była zrozpaczona po jej śmierci, jak bardzo pragnęła odnaleźć grób- Mama Ilonki powiedziała mi, że godzinę tam stały, płakały, śmiały się, niesamowite emocje i wzruszenie…

Dobry człowiek po śmierci w ludzkiej pamięci prowadzi dalsze życie, bo odcisnął na innych piętno, wrył się w ludzką pamięć mocno, głęboko i tak twórczo, że nie można go zapomnieć. Ilonka śmiałaby się z tego pomnika jaki zostawiła w naszej pamięci- nie była przecież święta, miała wady, jak każdy z nas. Ale ostatni rok jej życia wydobył z niej takie piękno, taką siłę, taką pogodę ducha, taką odwagę w ukazywaniu słabości, że myśli o niej poza smutkiem i brakiem akceptacji dla jej śmierci zawsze są ciepłe, ogrzewają i dają siłę

Bardzo za Tobą tęsknię moja Kochana, bardzo!

Li.


Uśmiechnięty piątek.

2 kwietnia, 2010
Po wczorajszej primaaprilisowej katastrofie budowlanej nie ma śladu, elewacja wygląda nieskazitelnie, a żadna rysa nie ma odwagi na niej zaistnieć i niech tak zostanie na wieki.
Biegnący za mną od kilku dni święty spokój dziś nareszcie złapał mnie w swoje ramiona, poddaję mu się z radością, wtulam się w niego i tak chcę zostać przez kilka najbliższych dni.
Mam za sobą poranny relaksujący seans u kosmetyczki, a przed sobą wolność od matczynych obowiązków, bo moje kochane córki wyjechały do babci po mieczu i aż do wtorku nareszcie jestem sama!
Uwolnię się więc od myśli, w których mam ochotę związać własne dzieci, zakneblować i wrzucić do ciemnej piwnicy, pozwolę sobie na luksus maleńkiej tęsknoty i zajmę się rozpieszczaniem siebie, bo ostatnio o sobie zapomniałam, a przecież każda matka ma prawo do bycia zadowolonym z życia człowiekiem.
Będę mieć spokojne Święta, pełne snu, spotkań z przyjaciółmi i ze świątecznym śniadaniem u Rodziców.
Hedonizm w połączeniu z pełnym mruczenia sybaryczeniem, o!
Życzę Wam wszystkim tego, by było Wam jeszcze lepiej niż mnie!
Li.

Dlaczego tak długo nie pisałam?

1 kwietnia, 2010
Stało się to, czego obawiałam się w najgorszych snach- fundamenty nie wytrzymały nadbudowy i pękają. Przedwczoraj, nagle, wraz z ponuro i przerażająco brzmiącym stęknięciem, na kamienicy pojawiła się rysa od parteru do czwartego piętra, jak świeża blizna oszpeciła fasadę, a mnie wbiła się prosto w serce, zabijając moje marzenia.
Inspekcja Nadzoru Budowlanego zaleciła wbicie kotwii i wstrzymanie prac budowlanych. Prawdopodobnie mieszkańcy będą musieli opuścić kamienicę, bo istnieje zagrożenie dla ich życia.
Wykonawca w stanie przedzawałowym znalazł się w szpitalu.
Nie wiem co będzie dalej, nie jestem w stanie pisać- wybaczcie. Jestem zrozpaczona, od kilku dni płaczę, nie mam pojęcia co robić… i właśnie przeczytałam w dzisiejszej gazecie o własnej katastrofie budowlanej!
Li.

Jak mie sobie wzion, to mie sobie mo!

26 marca, 2010
Dwadzieścia pięć lata temu pewien góralski sześćdziesięciotrzyletni kawaler zapragnął się „łozenic” i uderzył w konkury do trzydziestopięcioletniej panny z dzieckiem z nieprawego łoża. „Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość”, był ślub, weselicho i adopcja syna na swojego. Zgodnie żyli, nie pił, nie bił, aż nagle w wieku osiemdziesięciu lat „łodbiło mu” i zakochał się w pięćdziesięcioletniej wdowie z sąsiedniego przysiółka.
Dziadziuś krzepki jeszcze-potrafił swoją miłość okazać w iście męski sposób- rąbał wdowie drzewo, nosił węgiel, oporządzał wdowie gospodarstwo, słowem- robił dla niej wszystko to, co przestał robić dla żony.
Pierwszy pozew o rozwód złożył osiem lat temu, ale na tej góralskiej bogobojnej wsi podniósł się taki wrzask, sąsiadki-baby go zagryzały, „z chałpy ni móg wyść”, że pozew cofnął na rozprawie, pod namową Sądu, niewiele zresztą rozumiejąc, bo „głuchawy letko jest”.
Drugi pozew złożył dwa lata później i tu już był konsekwentny, popierał powództwo i dowodził przed Sądem rozkładu pożycia, ale za babcią stanęła cała wieś barwnie i ze szczegółami opowiadająca o niewiernym dziadziusiu, podłej wdowie i biednej babci, która po rozwodzie nie będzie mieć gdzie mieszkać, bo w tak zwanym międzyczasie dziadziuś sprzedał wdowie swój pikny góralski dom za parę groszy i wdowa zaczęła do babci słać listy wzywające do opuszczenia jej własności.
Dziadziuś rozwodu nie dostał, ze względu na zasady współżycia społecznego.
Ten uparty góral w wieku osiemdziesięciu sześciu lat złożył kolejny pozew, ale tym razem posłuchał rady kogoś hm… moim zdaniem nie za mądrego i postanowił doprowadzić do sytuacji, że to babcia będzie chciała się z nim rozwieść-oto zaczął nagle babcię lać i wyzywać od, tu cytat” kurew, szmat, powsinóg, łajz i złodziejek”. Babcia, która przez trzydzieści lat małżeństwa nigdy od dziadziusia nie doznała przemocy ni wyzwisk, nagle w wieku siedemdziesięciu lat zaczęła chodzić posiniaczona i w potarganych włosach. Sprawa o znęcanie się dziadziusia nad babcią była niezwykle szybka i obyła się bez słuchania świadków, ponieważ dziadziuś oświadczył Sądowi, że do wszystkiego się przyznaje i że chce wyrok, ale babcię dalej łoić będzie „co by łobzydzic jej zycie we wspólnej chałpie”.
Jakież jednak było wielkie rozczarowanie dziadziusia, gdy okazało się, że wyrok w sprawie karnej o jego znęcanie się nad babcią, wzmocnił w sprawie rozwodowej procesową pozycję babci- teraz to bez żadnych wątpliwości, dziadziuś został uznany za wyłącznie winnego rozkładu pożycia, a skoro strona wyłącznie winna rozkładu domaga się rozwodu, a druga niewinna strona na to się nie zgadza, Sąd rozwodu nie da. I nie dał!
I na tym właśnie etapie, po wyroku Sądu I instancji, sprawa trafiła do mnie, na skutek prośby znajomego, pod tytułem „zrób coś z tym, bo tam dojdzie do tragedii”.
Nie chciałam nic robić, przeczytałam uzasadnienie wyroku i uznałam, że nie ma szans na sensowną apelację. Dziadziuś jednak bardzo nalegał, znajomy nalegał na mnie, ech- postanowiłam spróbować przekonać Sąd, że trwały i zupełny rozkład pożycia, jaki jest pomiędzy dziadziusiem a babcią-a co ustalił bez żadnych wątpliwości Sąd I Instancji -jest jakby mocniejszą przesłanką do rozwodu, niż nieudzielenie go ze względu na zasady współżycia społecznego i brak zgody babci.
Napisałam sążnistą i jakże kwiecistą apelację i właśnie wczoraj po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy swojego klienta i jego żonę, bo oczywiście i dziadziuś i babcia przyjechali z samiuśkiego Podhala na rozprawę przed Sądem Apelacyjnym.
Sąd z trudem utrzymywał powagę, ja niestety też.
Malutki, pokurczony dziadziuś przyjechał z postawną sześćdziesięcioletnią wdową, całą w koralach i z piękną góralską chustą. Siwiuteńka, bezzębna babcia ubrana na czarno, przyjechała z synem.
Na sali rozpraw babcia ciągle płakała, „głuchawy letko” dziadziuś okazał się głuchy jak pień i nic nie słyszał, w związku z czym przykładał do ucha dłoń zwiniętą w trąbkę i w trakcie referatu sędziego ciągle mnie pytał ” co gadajo”.
Po wygłoszeniu przeze mnie apelacji Sąd zapytał babcię o stanowisko procesowe, babcia z trudem wstała, łzy jej przestały płynąć, oczy zalśniły, spojrzenie stwardniało, a z ust -wbijając nas wszystkich przytomnych w wielkie zadziwienie -wydarł się niezwykle gromki głos mówiący: „nie dom rozwodu! Jak sobie mie wzion, to mie sobie mo”!
Wyrok Sądu I Instancji Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy, ja poniosłam pierwszą w swoim życiu porażkę w sprawie rozwodowej, ale nie przejęłam się tym bo wdowa zachwycona iście „harlequinową” treścią mojej apelacji postanowiła mnie wynająć do sprawy rozwodowej numer cztery, którą oczywiście niezwłocznie trzeba założyć, bo dziadziuś przed śmiercią chce być wolny.
Ech… choć kusił mnie folklor tej sprawy, odmówiłam stanowczo, jednak drugiej porażki „nie zniesę”. Dziadziuś rozwodu nigdy nie dostanie, przy tym stanie rzeczy jestem tego pewna.
Ot, historyjka z życia wzięta.
Li.

Jestem na dnie.

22 marca, 2010

Boli mnie gardło i cała reszta. Przez japonki, w których wyskoczyłam do sklepu. Albo przez jazdę autem przy otwartym oknie. Albo ze starości. Nos mam jak bania, głos jak zardzewiała furtka na jednym zawiasie, jestem jedną siedzącą nieszczęśliwością, a zaraz będę leżącym workiem.
Nie cierpię być przeziębiona.
Zaraz podam sobie sama herbatkę do łóżka i oddam się cierpieniu.
Błąkam się w okolicy samopoczuciowego dnia i nic, nic nie jest w stanie mnie ukoić.
Idę spać,
Li.


Spowiedź dziecięcia wieku konsumpcji.

19 marca, 2010
Osiemnasty dzień marca 2010-go roku zapamiętam jako dzień, w którym wrócił mi rozum, a nawet trochę rozsądku. Zapamiętam go też jako dzień zwycięstwa nad swoimi konsumpcyjnymi żądzami i wyzwoleniem się z kredytowej niewoli i dyktatu mojego architekta.
Wczoraj nagle zrozumiałam, że jak głupia i naiwna panienka dałam się porwać trendom i naciskom, złudom z wnętrzarskich gazet, blichtrowi i rozdętemu ego, tracąc z pola widzenia to co jest przecież najważniejsze- jakość mojego przyszłego życia.
A nie chcę go marnotrawić na konieczności zarabiania pieniędzy na spłatę dużego kredytu, na zamianę fantastycznych wakacji na ametysty na ścianie, na czynienie oszczędności, nie daj Panie Boże na kosmetyczce i przyjemnościach, o nie!
Rezygnuję więc bez żalu z pięknych (och jak psiakostka pięknych!) dębowych, olejowanych dech za 40 tysięcy stąd, z cudnej urody włoskich płytek do łazienki za 30 tysięcy stąd, z kabiny prysznicowej, a właściwie kawałka zakrzywionego szkła za 4 tysiące, z zapierającej dech mozaiki ametystowej , z tego i z tego też.
Postanawiam kupić tylko polskie płytki, tylko polską ceramikę i armaturę, zwykłe podłogi na których będą widoczne ślady szpilek moich koleżanek, a mnie będzie cieszyć ruch w domu.
Mam przyjaciół K.i P. z domem pod Krakowem.
Uwielbiam tam jeździć, bo tych ludzi kocham, a ich dom ma piękną duszę. Na podłodze leżą tanie panele i zwykły dębowy parkiet, ale za to na ścianach wisi siedemnastowieczne malarstwo holenderskie, K. i P. są kolekcjonerami rzeczy pięknych i śmiesznych, przedwojenne figurki baranków wielkanocnych są naprawdę rozczulające. W ogromnej kuchni panuje swojski rozgardiasz, a herbatkę przy kuchennym stole można pić godzinami.
„Parapetówa” była w stylu lat siedemdziesiątych, gospodarze nie przejmowali się podłogą, tańce były szalone!
Mam innych dobrych znajomych, którzy niedawno wykończyli nowe mieszkanie. Za podłogę zapłacili ponad czterdzieści tysięcy, w związku z powyższym zapraszając na „parapetówę” zastrzegli konieczność ściągnięcia butów.
Ja przyszłam w japonkach, moi przyjaciele K. i P. zbuntowali się i butów nie ściągnęli, byliśmy jak powstańcy w tłumie zdominowanych przez podłogę bosych gości. Impreza była drętwa, jaskrawe światło z designerskich lamp zabierało chęć do szaleństw, muzyka sączyła się gdzieś tam daleko z ukrytych głośników, gości snuli się z kieliszkami w rękach, zupełnie jakoś nie zintegrowani.
To jest ładne mieszkanie, jak z katalogu, nie ma duszy, nie jest w nim zaznaczony rys indywidualności, osobowości, kuchnia za 70 tysięcy zniewala funkcjonalizmem, ale onieśmiela brakiem ciepła i kuchenności.
Dla mnie dom musi być domem, tu sobie cenię tradycyjne wartości, jak ja z moimi córkami będę w nim będę szczęśliwa, to uszczęśliwię swoich gości. Przedmioty muszą mieć swoją historię, meble mają być wygodne, kuchnia przytulna, a łazienki ciepłe.
Nic na pokaz, nic dla zrobienia wrażenia i nic na co mnie nie stać.
Trzy razy N, to jest moja filozofia na najbliższe dwa wykończeniowe miesiące.
Poczułam ulgę, no! Przez chwilę zwariowałam, ale na szczęście wróciłam do siebie.
Li.

Notka wpadkowa, bezznaczeniowa.

16 marca, 2010
Życie ciągle zaskakuje mnie swoją nieprzewidywalnością.
Teraz trwam w stanie zaskoczenia nagłą bezsennością, wygoniła mnie z łóżka na tułaczkę po mieszkaniu, skazuje na nocną samotność i ranne podkrążone oczy.
W dzbanku parzy się melisa z pomarańczą, jak ona nie da mi ukojenia, to zacznę czytać drugi tom „Domu nad rozlewiskiem”, po kilku stronach na pewno zasnę, tom pierwszy jakoś zmęczyłam, drugi nudzi mnie od kilkunastu miesięcy, nie mogę przez niego przebrnąć, leży na widoku jak wyrzut sumienia, przecież nie zostawia się nie przeczytanych książek, bo wpadają w czarną rozpacz i stają się wydawniczym dramatem.
Nie jestem w stanie zrozumieć sukcesu tej książki, ale pewnie przemawia przeze mnie zazdrość niespełnionej autorki wydawniczego hitu, którego ciągle jeszcze nie napisałam, ale na pewno napiszę. Kiedyś.
Zabieram się do czytania. Na sam widok okładki ziewam roooozdzierającoooo…, choć rośnie mi ciśnienie, gdy czytam z niej że ma być to polski „Rok w Prowansji”. Znaczy się podróbka, jak chińska Chanel noszona przez posłankę Szczypińską, ale na torebce podobne były przynajmniej litery, a tu podobieństwa brak. „Rok w Prowansji” to jedna z moich najulubieńszych książek, smakowita, barwna, ciepła jak świeża bagietka, chrupiąca humorem, często ją sobie poczytuję, zawsze mam wtedy ochotę na jedzenie, na wino, oliwki, sery i suszone pomidory.
A tu nie mam ochoty na przeczytanie następnej strony. Zakładam jednak możliwość, że się nie znam, starzeję, marudzę i wybrzydzam.
A co na to Lec?
Myśleli, że dzieło to czytałem z wypiekami na twarzy. A to były rumieńce wstydu.
Li.

Zaczynam wspominać, chyba się starzeję :)

14 marca, 2010
O północy przywiozłam moje starsze dziecko z lotniska. Wykończone i spalone na Mulatkę z bardzo wyraźnymi białymi „okularami”. Oczywiście w kwestii kremów z wysokim filtrem nie słuchała matki i teraz ma dwukolorową twarz.
Starsza leciała z Monachium w niezłym towarzystwie- kardynała Macharskiego, jego świty i całej ekipy skoczków narciarskich z Małyszem na czele. Znaczy się opieka boska nad samolotem była szczególnie wzmocniona.
Cieszę się, że jest zadowolona i wypoczęta, a najbardziej cieszę się, że była z moim bratem- widzę, że jest jej potrzebny męski punkt widzenia na pewne sprawy, a na swojego ojca liczyć przecież nie może.
Nie cieszę się za to z tego, że coraz częściej będzie podróżować beze mnie- w czerwcu leci do Niemiec na tydzień na szkolną wymianę, a pod koniec czerwca do Anglii na dwa tygodnie do mojej starej znajomej.
A historia tej starej znajomości miała swój początek na Rynku w Krakowie, dwadzieścia lat temu,
podczas II Festiwalu Kultury Żydowskiej, gdy zostałam zaczepiona przez pewną parę- rudego brodacza i śliczną brunetkę. To byli Anglicy, przyjechali na festiwal, gubili się trochę w Krakowie, szukali jakiegoś noclegu. Rudy miał na imię Barney, a dziewczyna Ruth i była z pochodzenia Niemką.
Ależ to było fascynujące towarzystwo! Razem tworzyli duet Rubato, Barney grał na akordeonie, a Ruth śpiewała i grała na gitarze. Zamieszkali u mnie i spędziliśmy razem kilka dni. Przytrafiały nam się niezłe przygody, gdy niespodziewanie znajdowaliśmy się w niespodziewanych miejscach, szalone to były czasy! Poznałam ich z Leszkiem Długoszem, który autorytatywnie stwierdził że Barney jest najgenialniejszym akordeonistą jakiego zna, potem (już nie pamiętam jak to się stało, chyba właśnie przez Leszka) Barney który był również stroicielem fortepianów, nastroił fortepian w kinie „Kijów”, gdzie miał się odbyć koncert finałowy festiwalu, bilety oczywiście były nie do dostania, a dla nas załatwił wejściówki jako honorarium za swoją pracę.
Jedynym zgrzytem tych kilku dni było włamanie do auta Barneya, gdzie beztrosko zostawił niezwykle cenną rzecz- schowane w starym, stylowym futerale instrumenty do strojenia fortepianów z końca XIX wieku, wraz z równie starą książką o wszystkich ówczesnych typach i wytwórniach fortepianów i pianin. Bardzo mi było przykro, stało się to pod moim domem, głupi złodziej myślał pewnie, że kradnie coś cennego, a przecież to była rzecz niesprzedawalna. Barney rozpaczał, dla niego był to wielki cios, te instrumenty należały jeszcze do jego pradziadka. I oczywiście, że się nie znalazły, postępowanie przez Policję zostało umorzone wobec niewykrycia sprawcy.
Nie wpłynęło to jednak na naszą znajomość, a wręcz przeciwnie- Barney zakochał się we mnie miłością beznadziejną i zaczął przyjeżdżać do Polski bez Ruth, co było trochę kłopotliwe, ale do opanowania. Ruth przyjechała do mnie jeszcze dwukrotnie, a potem niestety w 1994 roku wyszłam za mąż i wcale zaraz nie wróciłam, za to na dziesięć długich lat skończyło się moje ciekawe życie, byłam tylko żoną, matką i czasem kochanką, jak to klasyczna cura domestica.
Na początku 2000-go roku dostałam od Ruth list, w którym napisała mi, że kupiła w Devon dom, że urodziła dwie córki i że przyjmuje na wakacje osoby zainteresowane nauką angielskiego, jakby kogoś z moich znajomych to interesowało, to… itd.
Przez ostatnie dziesięć lat nasza znajomość odeszła sobie spokojnie w przeszłość, jak wiele innych miłych znajomości umierających naturalnie z powodu braku kontaktu i zmiany okoliczności.
Nie miałam pojęcia co się z nią dzieje, nie wiedziałam jak ułożył sobie życie Barney, ale gdzieś tam jeszcze tłukło się we mnie wspomnienie ich twarzy, a już zawsze gdy po raz kolejny czytałam „Władcę Pierścieni”- dziadek Barneya był pierwszym wydawcą Tolkiena.
I gdy moja Starsza powiedziała mi, że bardzo chce jechać na wakacje do Anglii na obóz językowy, pomyślałam wtedy o Ruth, pomyślałam również, że taka nietuzinkowa osoba na pewno złapana jest w sieć wyszukiwarek, wbiłam jej arystokratyczne niemieckie nazwisko w Google i z prawdziwym wzruszeniem obejrzałam sobie jej zdjęcia w pewnym artykule o prowadzonej przez nią szkole tanga. Dużo jest Ruth w internecie i co najważniejsze- dalej jest taką pogodną osobą jak kiedyś. Wymieniłyśmy kilkanaście maili, czym jest dziesięć lat bez kontaktu wobec całego życia?
Skutkiem maili Starsza jedzie do niej w celach naukowych na dwa tygodnie.
Ruth mieszka w ślicznym miasteczku niedaleko wybrzeża, ma córkę w wieku mojej córki, myślę że dla Starszej- fanatyczki języka angielskiego- będą to świetne wakacje.
Muszę tylko zagryźć swoje ciągle własne zęby i nie histeryzować z powodu jej samotnej podróży- samolotem do Bristolu, a potem pociągiem.
Dziecko twierdzi, że to dla niej będzie pestka.
Hm…
Lubię, gdy niespodziewanie z przeszłości w moją teraźniejszość znowu wchodzą ludzie kiedyś mi bliscy.
Li.

Potrzebne ciepłe myśli do ogrzania zmarzniętej ziemi.

12 marca, 2010
Dziś po północy minęło pół roku od śmierci Ilonki.
Nie ma dnia bym o Niej nie myślała.
Codziennie malując oczy przesyłam Jej uśmiech i całuska, zdjęcie wetknięte w ramę mojego lustra pokazuje Ją taką, jaką chcę Ją pamiętać- piękną i uśmiechniętą.
Dzisiejszej nocy wypiłam z Nią wino, popłakałam sobie i choć łzy były ciepłe jak czuły dotyk, czułam się bardzo samotna, przytuliłam się do psa i skuliłam w kącie kanapy, czując się tak bardzo bezradna wobec nieodwracalności Jej zniknięcia z mojego życia.
Tęsknię, a ta tęsknota jest nie do wyleczenia, to przewlekła choroba do końca życia.
Proszę życzliwych Jej pamięci choć o jedną ciepłą o Niej myśl.
Ta zima taka długa w tym roku, a mnie ciągle prześladuje myśl, że Ilonka na tym cmentarzu strasznie marznie.
Li.

Opowieść o D.

10 marca, 2010
Gdy w środku tygodnia na niczego złego nie spodziewającego się człowieka spadnie taka szewska środa, to trzeba się ratować. Bardzo, bardzo zły miałam dzień…
Pod wieczór więc, w celach ratunkowych pojechałam do mojej przyjaciółki D., w dzień prowadzącej życie poważnej i odpowiedzialnej Pani Dyrektor w dużej angielskiej firmie, a w nocy przemieniającej się w kociego łowcę.
D. niedawno zakupiła „zestaw do bezstresowego łowienia kotów” w postaci wielkiej klatki ze sprytną zapadką i oto co wieczór na Woli Justowskiej, w najnobliwszej dzielnicy Krakowa zastawia pułapkę na bezdomne koty, których tam jest bez liku. D. ma misję- jak najwięcej kotów złowić, wysterylizować, wykastrować, przez kilka dni doprowadzać do porządku we własnej łazience (gdzie metr kwadratowy pięknej szklanej mozaiki kosztował…hm…), wypuszczać, albo szukać domów, dokarmiać, dbać i generalnie prowadzić życie prawdziwej kociary.
D. ma fajnego faceta, niejakiego B. Mawia o nim, że jego jedyną zaletą jest tolerowanie kotów na stole (a ma ich piątkę, albo i więcej), ale to tylko takie gadanie, B. jest ciepłym, miłym, dowcipnym i niezwykle cierpliwym mężczyzną.
Kociarzem stał się niejako przy okazji pożycia z D., zdaje się zresztą że nie miał innego wyjścia.
D. ma wieczne z kotami przygody, moja ulubiona dotyczy historii z pewnym pięknym, acz lekko skołtunionym kocurem, który włóczył się wokół domu D., pewnego dnia wpadł w jej ręce, stracił męskość i gdy dochodził do siebie w jej pięknej łazience, w okolicy pojawiły się ogłoszenia zrozpaczonych właścicieli proszących o informację o ich ukochanym kocurze, w dodatku cennym reproduktorze. No cóż… D. podrzuciła kota pod wskazany adres, licząc na to, że jego gęste, rodowodowe futro przykryje ślady strasznej zbrodni. Pewne jest tylko to, że jego kariera jako reproduktora bezpowrotnie się skończyła.
Inna historia dotyczy wakacji, gdy D. poleciała na Kubę, a B. miał za zadanie opiekować się kotami. Na kilka dni przed jej powrotem, B. wysłał jej sms-a, że przed domem siedzi ciągle jakiś kot, chyba ma zwichniętą łapkę i że B.-prawdziwy bohater i odpowiedzialny mężczyzna, dokarmia go w oczekiwaniu na powrót D. Jakież było zdziwienie i wściekłość D. gdy okazało się, że tym niby bezdomnym kotem jest jej bura Grubcia, na co dzień nie wychodząca na zewnątrz. Musiała wypaść przez okno i przez kilka dni błagalnym wzrokiem wpatrywała się B., by wpuścił ją do domu, rzeczywiście miała zwichniętą łapkę, ech… ale była awantura, że B. nie poznał Grubci, na usprawiedliwienie podam, że B. odróżnia czarnego od rudego, ale burych od siebie już nie.
D. oswaja bezdomne koty i szuka im dobrych domów. Pomimo towarzyskiej natury cierpi na brak „bezkocich” znajomych, nawet ja mam kota od niej, moją piękną Saszę.
Uwielbiam tę kobietę, ma szerokie horyzonty i wielkie serce. Ma też najlepszą na świecie zdolność zorganizowania cudownych wakacji, to z nią byłam w Hongkongu, Singapurze i Indonezji i nie musiałam kiwnąć palcem, a już bilety lotnicze miałam przed oczami.
Ad rem: dziś wieczorem poszłam razem z nią na łowy, postawiłyśmy klatkę w trawie niedaleko „kocich miejsc”, schowałyśmy się w aucie i czekałyśmy na efekt.
A efekt był, a jakże i to zaledwie po pół godzinie czekania! Zwabiony na wołowinkę wpadł do klatki szaro-bury kot. Niestety, wielkie było rozczarowanie D., gdy okazało się, że jest to kotka, którą dwa dni temu złowiła, zawiozła do sterylizacji, a ona okazała się kocurem i to w dodatku już wcześniej wykastrowanym.
Przedstawiłam D. moją ponurą wizję- pozbawiła płodności wszystkie koty w okolicy, albo też wszystkie koty już wiedzą o jej zbrodniczej działalności i omijają okolicę szerokim łukiem.
D. jednak nie traci ducha i nadziei, gdy ją opuszczałam wsadzała do klatki świeży kawałek mięsa.
Wracałam od niej uśmiechnięta i z ogrzanym środkiem.
Li.

Napisałam to dwa lata temu i ciągle myślę tak samo.

10 marca, 2010
Czasem zastanawiam się na ile istnieję?
Są dni, gdy lubię nie istnieć dla świata- wydaje mi się, że jak wyłączę telefon i zamknę się w domu, to już mnie nie ma. A tu figa z makiem- jestem tylko niedostępna.
Jak zakrywam się kołdrą po uszy, chcąc poczuć się bezpiecznie jak w kokonie, też jestem, tylko pod kołdrą.
Gdy wyjeżdżam, to tu mnie nie ma, ale jestem tam.
Wszędzie zostawiam ślady elektroniczne- płacę kartą, podaję NIP do faktury, lokalizują mnie przekaźniki GSM, czasem fotoradary…
Ja siebie w lustrze zauważam, ale dzieci zauważają mnie głównie wtedy gdy mnie nie ma, jestem taką stałą wartością w ich życiu jak powietrze, a czy zauważa się powietrze?
Tylko wtedy, gdy zaczyna go brakować.
Fajny paradoks- zauważyć, gdy nie ma.
Istnieję, istnieję jak cholera, tu i teraz i we wspomnieniach, ze swoimi wszystkimi wadami,
z odrobiną zalet, ale niewielu obchodzi moje istnienie.
To takie małe istnienie- ledwo zauważalne.
Bardzo łatwo można przestać istnieć w cudzym życiu, wyjść z niego bez dania sobie samemu prawa powrotu, zamknąć oczy dotychczas wpatrzone, zerwać więzy nierozerwalne.
A co na to Lec?
Należy żyć przez kalkę, by w razie zniknięcia mieć dowód istnienia.
Li.

O Dniu Kobiet i czymś tam jeszcze…

8 marca, 2010
W Dzień Kobiet, którego nie obchodzę dostałam życzenia i kwiaty.
Największym zaskoczeniem był mój Wykonawca, który rano przyniósł mi prawdziwego i jednego goździka. Goździk jest śliczny i przypomina jako żywo czasy mojej wczesnej młodości (szczęśliwie wystąpił bez obowiązkowych w tamtych czasach rajstop w kolorze cielistym), nie podejrzewałam Pana Zenka o takie subtelne poczucie humoru.
Do pracy przyniesiono mi bukiet róż, ale bez wizytówki co uruchomiło moją wyobraźnię niekoniecznie w pożądanym przez ofiarodawcę kierunku.
Z reguły dostaje się coś od kogoś, od kogo tego czegoś się nie chce, a nic nie dostaje się od kogoś, od kogo pragnie się dostać cokolwiek, odwieczny (nie)porządek świata wprowadzający tylko chaos w emocjach… Ale róże są piękne, stoją w poczekalni, nomen omen… niech czekają… może się doczekają… a może będzie to tylko jego i róż niedoczekanie?
W firmie, gdzie zgodnie z umową mam stawiać się raz w tygodniu na dwie godziny dostałam po tulipanie od każdego pracującego tam mężczyzny, co dało okrągłą liczbę sześciu tu-Li-panów, stoją na biurku i cieszą oko. Odebrałam kilka telefonów z życzeniami, kilka sms-ów, ale nie czuję się jakoś szczególnie wyróżniona jako kobieta, bo jestem nią przecież codziennie.
Najpiękniejszy prezent dał mi elektryk Andrzej- od kilku dni pracował bez wytchnienia, naprawiał szkody po Panu Romku-Prawdziwym- Dzwonku, godzinę temu zameldował mi koniec prac na poddaszu, jutro zabiera się za salon i sypialnię, planuje pracować do końca tygodnia, kable go słuchają, układają się pięknie- internetowe, elektryczne, telefoniczne, będą prowadzić w ścianach poukładane życie, bez nałogów i zbaczania w najmniej spodziewane kierunki.
Znaczy się- idę do przodu.
A moja Starsza przeżywa swoje przygody, linie lotnicze zgubiły jej narty (a właściwie to moje, piękne zielono-złote Atomiki, kupione w tamtym roku!!! Wydarłam je sobie spod serca..), jeździ na wypożyczonych, mój brat nie ma nad nią litości, zmusza do czarnych tras, dziecko płacze, na dole po zjeździe jest z siebie bardzo zadowolone, ale jeszcze nie wie, czy jest super.
Nie sposób w tym życiu się nudzić, tyle ciekawych spraw i sprawek, za mało dnia by wszystko ogarnąć, za mało czasu by dotknąć i posmakować, ale wystarczająco dużo by zjeść cały pojemnik fantastycznych, zielonych jak niedojrzałe śliwki oliwek z Kleparza (druga budka po lewej stronie od wejścia, za kwiaciarnią, oliwki na wagę, takich zielonych i tak dobrych nie jadłam jeszcze nigdy w życiu, już się uzależniłam, Echoes to wiadomość specjalnie dla Ciebie!)
Czeka mnie spokojny wieczór w wynajętym mieszkaniu, do mojego domu mam tylko dwa piętra i jakieś trzy miesiące.
Li.

Gdy dziecko jest w samolocie, we mnie budzą się demony.

7 marca, 2010
Telefon nareszcie mógł z ulgą odetchnąć po przyjęciu w siebie wiadomości o szczęśliwym lądowaniu samolotu w Turynie. Moje starsze dziecko jak zwykle cedzi słowa: dwie godziny temu był „Frankfurt”, teraz zaledwie „Turyn”. Gdy smarkuli odpisałam z nutką matczynej egzaltacji, że „mogę nareszcie spokojnie iść spać”, to w odpowiedzi napisała mi, że „nie wie o co mi chodzi, bo przecież nie jest z babcią i na innym kontynencie”. No tak, ale to właśnie fakt, że nie jest z babcią budzi mój największy niepokój, haha…
Oczywiście wiem, że wróci do domu zachwycona, narciarsko wyjeżdżona i wypoczęta, ale co się namartwię to moje. Przerażająco w tym martwieniu robię się podobna do własnej matki, a przecież nic mnie tak nie złości jak jej wieczne czarne przepowiednie!

Nalałam sobie czerwonego wina i uzbrojona w winny oręż będę walczyć z własną nadopiekuńczością i złudnym przekonaniem, że tylko w mojej obecności dzieciom nic złego się nie stanie. I czasem z lękiem myślę o tym, że moja miłość do nich tak bardzo determinuje moje życie, że nie daję sobie miejsca na nic innego, pocieszam się jednak, że gdyby to „coś innego ” będzie miało być czymś dla mnie ważnym, to wywalczy sobie należne mu miejsce, tak by inne uczucia poczuły respekcik i szacuneczek.
A co na to Lec?
Czy mam złudzenia? A jakże. To są produkty uboczne nieubłaganego racjonalizmu.
Ech… no tak…
Pozostanę w swoich złudzeniach, bo mi w nich dobrze. I dobre jest to wino!
A za Starszą cudownie sobie potęsknię, nawet trochę ją poidealizuję.
Jak wróci to przynajmniej przez dwa pierwsze dni nie wkurzy mnie do granic wytrzymałości.
Są przecież takie dni, gdy moja matczyna miłość jest moim własnym wrogiem, gdy z bezsilności
i złości na jej absurdalne nastoletnie histerie mam ochotę popełnić zabójstwo i to ze szczególnym okrucieństwem. Ale te chwile mijają, a zawsze zostaje mnóstwo czułości. I radość. I duma.
Cieszę się, że jestem matką.
To trudne zadanie, często jestem matką beznadziejną i niekonsekwentną, ale miłość do dzieci to najczystsze i najcieplejsze uczucie jakie jest mi dane w życiu.
Idę przytulić się do Młodszej.
Li.

A Ty, czy masz ważne dokumenty?

6 marca, 2010
Wczorajszy wieczór wzniósł się na apogeum wydarzeń całego tygodnia pełnego wszystkiego, a już najwięcej pośpiechu.
Jedyną przyjemnością była wieczorowa środa, gdy spotkałam się na kolacji we włoskiej knajpce z tą niezwykłą kobietą, szczęśliwie co jakiś czas bywającą w Krakowie.
W czwartek byłam w Opolu, gdzie nareszcie i zwycięstwem zakończyłam sprawę, o której pisałam rok temu tutaj.
Sprawiedliwość jak zawsze jest nierychliwa, długo trzeba było czekać na taki wyrok Sądu, jeszcze tylko musimy znaleźć spokojny sposób egzekucji wyroku i odebrania psychopatycznej matce dziecka bez użycia siły, scen i telewizji.
Najważniejsze, że siostry znowu będą razem, a mój kolega odzyska spokój i przestaną dręczyć go demony. Z nowego związku urodziła mu się trzecia córka, będzie miał co robić. Jego obecna partnerka to miła i ciepła kobieta, wiele z nim przeszła i co najważniejsze absolutnie akceptuje fakt wychowywania z nim dwóch córek z pierwszego małżeństwa, a jak wyrok rozwodowy się uprawomocni, to jadę na ich ślub!
Z Opola wracałam jak na skrzydłach, Sądy nareszcie zaczynają dostrzegać w ojcach równoprawnych rodziców, a doktryna której podstawą było przekonanie, że „lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec” powoli odchodzi w niebyt.
A wczoraj wieczorem, wracając do domu po odwiezieniu Pani Jadzi, mając przed sobą weekend, perspektywę sobotnich nart, wylot Starszej do Turynu, sen i święty spokój, niebacznie przejechałam skrzyżowanie na „późnym” zielonym, stałam się obiektem pościgu policyjnego (no jasne, że w lusterku wstecznym widziałam radiowóz na sygnale, ale żeby to na mnie ???), zostałam poproszona o dokumenty, oczywiście podałam, oczywiście uśmiechnięta przeklinając w myślach nietwarzowy dresik, buty Emu mojej córki i włosy byle jak związane na czubku głowy, ech i tak braki w urodzie zeszły na dalszy plan w obliczu braku ważnych badań technicznych. Badania skończyły mi się wraz z gwarancją auta w styczniu, co za niefart, mnie przecież nawet nie przyszło do głowy, by do dowodu rejestracyjnego zaglądać…
Skończyło się ostatecznie tak, jak każda bajka kończyć się powinna- dobrze i bez przerażającego ciągu dalszego w postaci zatrzymania dowodu rejestracyjnego, mandatu i punktów.
Kończę kawę i jadę do stacji diagnostycznej. I to zaraz, wszak potem jedziemy na narty.
Jestem niezwykle wdzięczna tym miłym, cudownym, wyrozumiałym mężczyznom- gdyby mnie nie zatrzymali jeździłabym dalej w błogiej nieświadomości, aż do czasu jakiejkolwiek kolizji czy wypadku- bez badań technicznych nie ma ochrony ubezpieczenia.
Posprawdzajcie więc swoje dokumenty, a ja znikam na caluśką sobotę, miłego dnia dla Was!
Li.

A takie tam, przed snem…

2 marca, 2010
Wygooglałam satelitarne zdjęcia kamienicy!
Zdjęcia są sprzed pół roku, widać rusztowanie z zieloną siatką, no i nie ma już starego dachu.
Ale historia, z Kosmosu widać Wielki Mur i Wielką Nadbudowę … :D
Znalazłam sobie również i elektryka, choć nie przez Google, a przez stosunki międzyludzkie.
Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka elektryk wygląda bardzo porządnie, szczęśliwie nie widzę w nim ani grama fantazji, co po przejściach z Panem Romeczkiem uważam za zaletę i conditio sine qua non naszej współpracy.
Rety, jaka jestem zmęczona, straciłam dziś sporo złudzeń, ale i mam jakby więcej nadziei na bliski już koniec mojej budowlanej odysei.
No i będę mieć w kablach uporządkowany ruch elektronów swobodnych, znaczy się -prąd.
To jedyna definicja jaką pamiętam z fizyki!
Li.

Dzień Niepodległości.

2 marca, 2010
No i stało się, co się stać musiało- wywaliłam elektryka.
W związku z powyższym najpierw sobie popłaczę, a potem poszukam innego, wszak nikt nie jest niezastąpiony, a co dopiero taka elektryczna, niesłowna łajza.
Nie wytrzymałam, naprawdę nie wytrzymałam, a zniosłam przecież i hazard i rekina i wieczną niesłowność!
Wczoraj w samo południe wyszedł na godzinę „coś zjeść”. Zadzwoniłam o czwartej, ciągle jadł ale obiecał, że będzie na ósmą wieczorem i będzie „pracować całą noc”.
Widocznie jadł bardzo długie spaghetti, bo oczywiście nie przyszedł i nie odbierał telefonu.
Rano za to przyszli robotnicy i znowu mnie zapytali z dużą dozą złośliwości, kiedy przyjdzie elektryk. Nigdy!
Nigdy, nigdy, nigdy, nie chcę go już widzieć, nagrałam mu się na pocztę, zaraz zadzwonię do mojego kolegi, niech go sobie zabiera i rzuci rekinom na pożarcie.
Kłopoty to przecież moja specjalność, dam sobie radę, tylko jeszcze trochę sobie popłaczę nad swoją naiwnością i wieczną wiarą w ludzi i elektryków.
A w pokoju młodszej córki są wywalone w ścianie dwa otwory wentylacyjne, za to w pokoju starszej córki nie ma ani jednego.
Pomyliło się coś chłopakom, wszyscy oni to jedna wielka rodzina z kuzynem elektrykiem.
Będę szczęśliwa jak nareszcie się od nich wszystkich wyzwolę.
Li.

Chwilowo życie bywa znośne.

1 marca, 2010
Życie cudem jest- zwłaszcza w taki poniedziałek jak dziś, gdy pierwszym odebranym telefonem jest telefon od elektryka i to z budowy.
Pan Romeczek wrócił z nadmorskiej wyprawy i zajął się moimi kablami. Hura!
I od razu odpukuję w nieumalowaną swoją główkę, a kysz, kysz pechu i siło niefartu nieczysta. Całkiem spokojnie wypijam więc drugą kawę i zaraz idę na inspekcję.
Odpoczęłam na wysokościach, górskie powietrze wywietrzyło mi z głowy myśli niespokojne, inne leżą gdzieś w zakamarkach umysłu przywalone przyjemnościami, wyjazdy z domu są konieczne dla zmiany widoków, szczególnie tych na przyszłość.
A przyszłość swą widzę świetlaną, będę mieć dom, a reszta jakoś się ułoży, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
A co na to Lec?
„Nie ma tego złego, co by… Gdy Ikar z Dedalem spadli, stali się aniołami, wyrosły im własne skrzydełka i mogli potem fruwać, ile ich dusze zapragnęły”.
Najważniejsze, by w każdej złej, beznadziejnej, fatalnej, przygniatającej nas życiowej sytuacji znaleźć jaśniejszą stronę.
Zawsze jest taka jedna wolna od cienia, to bezcień.
Trzeba w niego wejść i kurczowo trzymając się nadziei na dobre życie, nie dać się z niego wyrzucić.
Li.

Wiadomości z pierwszej ręki.

26 lutego, 2010
Za tydzień mój ukochany brat zabiera na narty w Alpy moją starszą córkę. Na cały tydzień!
W tej cudownej sytuacji widzę tylko jeden minus- szkoda, że nie zabiera mi dwóch córek.
Ale co tam- zawsze to o jedno śniadanie do robienia mniej, będę mogła rano spać pięć minut dłużej. Łaknę snu, a ciągle siedzę nocami w bezsenności, bo mi szkoda czasu na sen, ech- kto zrozumie kobietę…?
Moje włoskie narty w marcu odwołane, nie mogę jechać, umarłabym z tęsknoty- nie zostawię mojej budowy samotnej, bo kto dopilnuje montażu schodów, kto pokrzyczy na robotników, że palą w moim salonie, wszak nawet na tarasie jest zakaz palenia, kto wymyśli kolor ścian na klatce schodowej kamienicy, kto będzie robił Wykonawcy poranną kawę z mlekiem i z syropem z agawy, kto wreszcie dopadnie elektryka, który dwa dni temu uciekł mi aż nad morze (czyta mnie ktoś z Mielna? Potrzebuję kogoś zabić!).
Tym razem jednak powód jaki mi podał telefonicznie celem usprawiedliwienia swojej nieobecności jest very poważny: otóż podobno w Mielnie, w tzw. mini-oceanarium zdechł pewien rekin i w związku z powyższym obecność mojego elektryka jest tam niezbędna. Rekin zdechł z powodu awarii instalacji elektrycznej i tylko mój, tylko mój kurwa elektryk jest w stanie tę instalację naprawić, choć rekinowi życia nie wróci.
Doprawdy, aż dziw że nie rozpiera mnie duma z powodu „mienia” TAKIEGO kurwa elektryka.
Mam poważne obawy, że wcześniej zelektryfikują cały Gabon niż mój dom.
Nie mogę sobie wybaczyć, że po aferze hazardowej dałam mu szansę rehabilitacji, odpłaca mi się cudownie- ciągle nie mam prądu, więc nie mam gazu, więc… i oczywiście żaden inny elektryk nie tknie rozgrzebanej roboty po tym draniu.
Kurwa, a nie elektryk i zdania nie zmienię.
Li.

Niepożądana codzienność.

25 lutego, 2010
Czwartek-od-rana-nic-nie -wartek, bo, albowiem, ponieważ:
1. kominiarze sobie nie przyszli na odbiór kominów, wentylacji i kto ich tam wie czego jeszcze.
2. elektryk sobie nie przyszedł na dokończenie tablicy rozdzielczej.
3. przyszła za to sobie po raz kolejny Straż Miejska i po raz kolejny nie przyjęliśmy mandatu.
Tym razem za rozładowywanie o siódmej rano materiałów budowlanych pod kamienicą „jeden metr od przejścia dla pieszych”, na którym nota bene rzadko widać jakiegoś pieszego.
Czysta, żywa złośliwość instytucji głównie najwyraźniej powołanej do ściągania pieniędzy do budżetu miasta. Taka sobie Straż Windykacyjna. Uhhh… aż się gotuję! Idę na rozmowę z Komendantem Straży, przepis przepisem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie, wszak nie ma innej możliwości rozładowania materiałów i załadowania odpadów, mam nadzieję że to mu jasno wyłożę.
No i jak mam bujać w obłokach, pisać lekkie i błyskotliwe notki, jak tu rzeczywistość skrzeczy mi za uchem, problemy pchają się bez kolejki, a telefon nie milknie od złych wiadomości?
Apage satanas, ja marzę, marzę o tej chwili, gdy-już-będzie-po-wszystkim, gdy w ciepły, letni poranek nie będę musiała nigdzie się spieszyć, nie będę musiała słuchać budowlanych odgłosów, tylko skupię się na podlewaniu kwiatów na tarasie i kubku z kawą. Z poranną gazetą w tle.
Już niedługo będę w raju, gdzie wszystko będzie działać jak trzeba.
Szkoda tylko, że droga do raju musi przejść przez piekło, hehe :)
W sobotę jedziemy na narty, aż do samiuśkiej niedzieli, hej!
No i oczywiście nie omieszkam wymoczyć swego udręczonego ducha w gorących źródłach, należy mi się jak nie wiem co!
Li.

Wcale mi się nie chce, ale muszę.

23 lutego, 2010
W celu realizacji moich szaleńczych wykończeniowych pomysłów musiałam wystąpić o kredyt.
Tym samym nagle stałam się dla banku jednostką podejrzaną i wymagającą przeprowadzenia procesu lustracyjnego, do granic absurdu włącznie.
Ilość niezbędnych dokumentów, oświadczeń, zaświadczeń i innych dawno przekroczyła moją zdolność percepcji. Zamieniam się więc w automat do przynoszenia tego i tego i przestaję dziwić się zaiste idiotycznym zasadom liczenia zdolności kredytowej, a już na pewno kosztów utrzymania.
Przestaję dziwić się panience w banku bardzo zdziwionej, że nie pracuję na etacie (no jak to? Przecież każdy powinien mieć jakiś etat!).
Przestaję zastanawiać się nad meandrami (nie)polityki bankowej, która działa na tyle zniechęcająco, że zaczynam tęsknić do instytucji zwykłej skarpety. Nie cierpię tłumaczenia, wykazywania, udowadniania i czekania.
Ale najbardziej nie cierpię tego, że nie potrafię oszczędzać i że przez swój rozrzutny tryb życia znalazłam się oto w piekle formalności kredytowych.
Od dziś wprowadzam nowe zasady- i gdy usłyszę tylko „Mami, daj kasę”, to zabiję.
Tym samym wzrośnie mi zdolność kredytowa, bo przynajmniej jedno forsożerne stworzenie zniknie z rubryczek formularza. Co ciekawe, bank nie bierze pod uwagę alimentów, które przecież idą na utrzymanie dzieci, w całości obciążając mnie kosztami ich utrzymania.
Czyli te alimenty, to co? Na waciki?
Li.

O tym, że prawda zawsze zwycięży i że nie należy ufać "śniegołapom".

20 lutego, 2010
Wczoraj przed południem wybiegłam z domu, bardzo spiesząc się na służbowe spotkanie.
Przed kamienicą wpadłam w sam środek afery śniegowej- z naszego spadzistego dachu, mimo „śniegołapów” zsunęła się potężna połać zmrożonego śniegu i spadła na bogu ducha winnego przechodnia.
Afera, otrzepywanie, ugłaskiwanie, dawanie wizytówki, oglądanie nieistniejących ran, wysłuchiwanie o „długofalowych skutkach uszkodzenia mózgu”, ufff.. trochę to trwało, na spotkanie wpadłam spóźniona usprawiedliwiając się opisem sytuacji. Widziałam jednak w czekających na mnie męskich oczach pewną nutę podejrzliwości i niedowierzania, no cóż- nie każdy bez zastrzeżeń wierzy kobiecie.
Dziś w południe te same oczy przywiozły mi do domu ważne dokumenty.
Zaparkowały te oczy pod kamienicą (notabene na zakazie) i nie zdążyły wysiąść, gdy kolejna połać śniegu spadła prosto na dach ocznego auta. Usłyszałam huk, wybiegłam przed dom, a tam kolejna afera, skądinąd słuszna, aczkolwiek nie rozumiem wobec tego jaką rolę na dachu mają odgrywać te nieszczęsne „śniegołapy”?
Skutek jest taki, że oczy uwierzyły mi jednak w przyczynę piątkowego spóźnienia, zaalarmowana administratorka przysłała na ratunek syna, sama stojąc na straży na dole, a ja z rzeczonym synem i przybyłym do mnie kolegą T. zrzucałam śnieg z okien na poddaszu, z dziką zawziętością traktując go miotłą.
A teraz czekam na powrót Młodszej z basenu i jedziemy na wieś za miasto do moich przyjaciół, muszę nareszcie zażyć trochę sobotniego spokoju…
Li.

Piątek jest przeważnie zmęczony.

19 lutego, 2010
W piątki rozum zaczyna wcześniejszy weekend i tylko zalanie kawą zmusza go do minimum aktywności.
Wczorajsze słońce porzuciło miasto łamiąc mu serce mgłą, brudnym śniegiem i koniecznością pracy. Dostaję od tego naocznej niestrawności, zamykam się więc na zaokienne (nie)widoki i pijąc kolejną kawę z żółtego, słonecznego kubka w białe kropki trwam w bezmyślności, udając że jestem w pogodzie ducha i dobrym humorze.
A co na to Lec?
Czasem trzeba przestać myśleć, aby zorientować się w sytuacji.
:)
Li.

Zwierzenia z wiosną w tle.

18 lutego, 2010
Nareszcie udało się spędzić współwłaścicieli kamienicy w jedno notarialne miejsce i uporządkować bałagan w stanie udziałów, piwnic i nadbudowy. Nie ma to jak porządek prawny, a ja jestem nareszcie samodzielnym paniskiem, Pani Na Nadbudowie hehe… Cieszę się, bo to kolejny krok, nieważny dla ludzkości, ale za to jaki ważny dla mnie!
Pogoda też poczuła, że rzecz jest warta uczczenia i śnieg z nadmiaru emocji topnieje w oczach. Jestem bardzo zmęczona, zasypiam na fotelu u ulubionego dentysty, robię śmieszne błędy, suszę włosy nie włączoną do prądu suszarką, ciągle coś gubię, zapominam, błądzę, ale przy aktywnym życiu utrzymuje mnie myśl, że jeszcze tylko kilka miesięcy i będę mieszkać w swoim własnym domu. Dość mam już tej wynajętej bezdomności, dość zimnej kuchni, dość urywanej ciągle klamki od drzwi wejściowych, dość, dość, dość!!!
A wiosną, po zimnej Zośce posadzę na moim pięknym dużym tarasie morze kwiatów, usiądę sobie na najwygodniejszej tarasowej kanapie, jaką tylko będę mogła kupić, postawię na stoliku z widokiem na dachy Krakowa kubek z cafe latte i będę mieć zuchwałe przekonanie, że los może mnie pocałować prosto w nos. O!
No! Rany boskie, nawet nie macie pojęcia jaką radością jest dla mnie każda cegła, każda ściana, każda rura, nawet na byle druty sterczące ze ściany patrzę z miłością. Już kocham ten dom, kocham go z każdym dniem coraz bardziej. Czuję w nim taką dobrą energię, bijące ciepło i zapach lawendy w szafie z butami. Czuję poczucie bezpieczeństwa i silnej rodzinnej więzi. Znowu będę mogła wrócić do cudownego zwyczaju zapraszania gości na kolacje i gadania przy winie do białego rana. Znów będę mogła kupować obrazy, łososiowe szkło i wszystko to na co mam ochotę, a na co teraz nie mam miejsca.
A w sypialni będę mieć baldachim, jak królować to na całego.
:)
Li.

Notka wcale nie na temat Dnia Zakochanych.

14 lutego, 2010
Jestem zakochana w swoich córkach, kotach, psie, w sobie jestem zakochana wprost bez pamięci i nie opuszczę się aż do śmierci, na co dzień mam tyle miłości, że nie muszę szczególnie obchodzić Dnia Zakochanych i mogę bez poczucia odrzucenia przez świętujące społeczeństwo miotać się niedzielnie pomiędzy pralką, kuchnią i Młodszą odrabiającą lekcje.
Lubię, naprawdę lubię zaokienny spokój niedziel i ich inny rytm dnia.
Lubię cały dzień nie wychodzić z domu i tak dobrowolnie uwięziona w murach mieszkania zajmować się tym, na co w tygodniu czasu nie mam.
A teraz szczególnie lubię usiąść nad planami nowego domu i po raz kolejny paroma kapryśnymi kreskami zburzyć wcześniej zbudowaną koncepcję kuchni.
Burzę i buduję, kreślę, poprawiam, myślę, wymyślam, przypominam sobie, zapominam, jeszcze do końca nie mam na nią pomysłu, ale gotować w niej już mam ochotę.
Dom jest gotowy do przyjęcia w siebie wszystkich moich wykończeniowych pomysłów, a one w mojej głowie biją się o przetrwanie.
Koniec, finito, the end, mam gładkie, oślepiająco białe ściany aż krzyczące z chęci pomalowania się na mocny kolor, daleki od mdłej bieli, mam ostateczne kształty pomieszczeń i mnóstwo powietrza do nasycenia go swoim zapachem.
Teraz robotnicy w celach remontowych demolują klatkę schodową kamienicy- sądząc po jej stanie ostatni raz malowana była w latach przedwojennych.
W międzyczasie wyremontowali zaszczurzoną i ciemną od stuletniego kurzu piwnicę, nareszcie jest w niej comme il faut-jasno, czysto, pusto, są wylewki zamiast klepiska, nowe ściany, umyte mury- cieszę się, że przy okazji nadbudowy inni współwłaściciele kamienicy poczuli chęć do zmian i że nasza wspólnota mieszkaniowa działa zgodnie dla poprawienia kamienicznej urody.
Ciągle ostatnio jestem w wielkiej zajętości, nie mam czasu na pisanie, choć może bardziej nie mam chęci, czuję że nareszcie nie muszę porządkować myśli literkami, pewne emocje skostniały już ostatecznie, innych do siebie nie dopuszczam, żyję dniem dzisiejszym nie wybiegając myślami w niepewną przyszłość.
Czasem tylko ogarnia mnie nagły smutek niewiadomego pochodzenia, taki smutek NN, nie znam jego przyczyny, ale pozwalam mu się we mnie wysmucić, bo po nim zawsze przychodzi jakaś radość i przyjeżdża od roku nie widziany przyjaciel z Wrocławia, który tak cudownie kłamie, że wyglądam na 25 lat, potem znowu wpadam w topiel z obowiązkami, muszę się ratować i nie myślę o niczym, tylko idę spać i śpię bez snów.
Wczoraj późno w nocy byłam na Plantach, wyglądały jak Narnia, śnieg był bajkowy, przez chwilę byłam sobą sprzed kilku lat, syciłam oczy, śnieg topniał mi na włosach, czułam się jak królowa. Przez chwilę, przez jedną chwilę.
Cholernie tęsknię za swoją dawną beztroską i bezczelnym przekonaniem, że wystarczy mieć na twarzy złoty puder, a przy dekolcie przypiętą czerwoną różę by odgonić złe wciórności i wiarybraki.
Nie mam depresji, nie płaczę po kątach, ciągle chce mi się śmiać, tylko czasem jestem zwyczajnie zmęczona moim wspaniałym życiem.
Ech…
Li.

Jak wizja trupa w bagażniku wpłynęła na losy pewnego sporu.

10 lutego, 2010
Zmuszona obowiązkami zawodowymi nolens volens musiałam udać się sto kilometrów poza Kraków, w miejsce gdzie na gminnych drogach zalega skorupa lodu, trudno jechać szybciej niż 50km/h, nawet autem z napędem na cztery koła. Wlokłam się więc między głębokimi, lodowymi koleinami, sama na bocznej drodze, tak to jest, gdy zachciewa się skrótów i jazdy „na oko”.
Innego jednak zdania co do stanu nawierzchni drogi był kierowca wysłużonego bmw, wyprzedził mnie z rykiem zmęczonego silnika i wracając na prawy pas potrącił idącego poboczem psa.
Pies uderzony kołem przekoziołkował w powietrzu i zniknął w głębokim śniegu leżącym na polu.
Miałam nadzieję, że biedak nie żyje bo ostatnią rzeczą jaka była mi potrzebna to jakieś komplikacje po drodze. Musiałam to jednak sprawdzić, bo moje sumienie wyło we mnie psim nieszczęściem. Wgramoliłam się więc w głęboki śnieg, czując jak paskudnie mokre robią się nogawki moich eleganckich i oczywiście cienkich spodni.
Pies rzecz jasna żył, wszak nie mogło być inaczej w w sytuacji gdy spieszyłam się jak jasna cholera i jakiekolwiek spóźnienie nie mogło wchodzić w rachubę.
Pies żył i w dodatku patrzył na mnie wzrokiem będącym milionowym zwielokrotnieniem osobliwego sposobu patrzenia mojego psa, po którym zawsze mięknie mi serce i pustoszeje lodówka…
Mówię do drania:
Ty draniu! Żyjesz! No i co mam teraz zrobić?
Pies nie wiedział, ale patrzył na mnie tak ufnie… a niech to trafi szlag.
Nie mogłam zostawić go w tym śniegu, zamarzłby w męczarniach.
Zupełnym przypadkiem w bagażniku auta, oprócz nieśmiertelnego parawanu plażowego miałam tablicę korkową i stary koc.
Tablica świetnie sprawdziła się w charakterze noszy, a ja z najwyższym obrzydzeniem, starając nie patrzeć się na zwisające bezwładnie dwie łapy przeniosłam drania do bagażnika, otuliłam go kocem i pojechałam dalej cięższa o psi problem.
Czas mnie gonił, błagałam los by utrzymał go przy życiu, bo najbardziej przerażała mnie myśl co pocznę z trupem psa.
Do sądu wpadłam w ostatniej chwili, przez zdychającego mi w bagażniku psa byłam nadzwyczajnie skłonna do ugody, siedziałam jak na szpilkach, ufff… przeżył moją rozprawę i mogłam poszukać weterynarza.
Weterynarz po opowiedzeniu mu historii nie chciał ode mnie przyjąć pieniędzy, pocmokał nad draniem, poobmacywał, stwierdził że z trudem, ale przeżyje i obiecał mi że znajdzie mu dobry dom (drań na oko ma dwa lata). Ech, zrobiło mi się lekko na duszy, bo dottore wyglądał przyzwoicie, mimo że miał wąsy a ja jakoś wąsaczy nie lubię. Ale mówił do psa łagodnym głosem i pełnym współczucia, w dobrych go zostawiłam rękach, wracałam sobie do domu spokojna i szczęśliwa.
Jeszcze tylko musiałam przekonać mojego klienta, że zawarta przeze mnie ugoda była szczytem negocjacyjnych możliwości, bo przecież nie mogłam przyznać mu się do tego, że moje ustępstwa na rzecz przeciwnika wymuszone były wizją psiego trupa…
Li.

Wiem, że to już było, ale przecież do przyjemności chce się wracać i wracać!

6 lutego, 2010
Nie będę udawać, że mi tego nie brakuje, bo brakuje.
Ta czynność prozaicznego wypełniania, znana całemu światu, bardzo mnie w dodatku relaksująca, jest dla mnie tak często z przyczyn obiektywnych niedostępna.
Jednak nie dziś!
Och… Ach…!!!
Bo są takie dni jak ten, gdy zamykam oczy na zaokienny świat, przyjmuję najlepszą, najbardziej kuszącą, satysfakcjonującą i wydajną pozycję i skupiam się tylko na przyjemności, na dostarczaniu sobie bodźców, na nieśmiałym i powolnym, acz już gorącym początku, na coraz bardziej dynamicznej akcji, na wypełnianiu, zaciskaniu, wkładaniu i wykładaniu, a na końcu poczuciu cudownej konsumpcji.
Nie interesuje mnie z kim to robię.
Gdy mam na to ochotę, mogę być sama, jest mi też zasadniczo wszystko jedno, kto będzie moim towarzyszem, a moje bogate doświadczenie w tej kwestii podpowiada mi, że niestety zawsze znajdą się chętni…
Uwielbiam fantazję, odrzucam tanie barowe standardy, mnie interesuje wypełnienie w wersji de luxe, nietuzinkowe, barwne i ciekawe.
Z moich obserwacji wynika, że większość ludzi preferuje klasykę- zwykłe ruskie, z mięsem czy z kapustą i grzybami. Ja szczęśliwie nigdy nie jestem większością. W tym temacie zawsze wyrażam swoje niezbite przekonanie, że do środka nie można wsadzać byle czego, wsad nobilituje i jest bezlitosny- możesz zostać w grupie pospolitych pierogów, albo możesz wejść do elity pierożkowej, gdzie delikatne ciasto, mąka jak śnieg biała…
Początki wcale nie są trudne, choć wymagana jest znajomość kilku tricków, które w świecie ludzi powodują, że piersi kobiety wydają się większe, usta bardziej kuszące, skóra gładsza, a w świecie pierożków dają ciastu niezwykłą elastyczność, umiejętność rozwałkowania się do cienkości papieru ryżowego i kolor zbliżony do ecru.
Potrzebujemy:
Górkę z mąki, białej pszennej. Robię w niej śliczną dziurkę i wlewam cieniutkim strumieniem wrzącą wodę z czajnika, energicznie mieszając nożem. Wodę leję na oko-uwaga, to przenośnia!- aż mąka ją wchłonie, zawsze mogę dodać więcej wody, gdy ciasto będzie za twarde, albo dodać więcej mąki, gdy będzie za miękkie. Gdy już nie parzy, zaczynam walczyć z jego twardością i robię mu energiczny masaż- na początku jest do niczego, takie kluchowate, ale powoli wyrabia się, a ja leję na niego łyżkę oliwy, solę, daję dwa żółtka dla koloru i co jakiś czas w trakcie wyrabiania smaruję dłonie masłem, to dla większej pieszczoty i udelikatnienia konsystencji.
Ma być takie jak kobiece piersi- miękkie, ale elastyczne, delikatne, bardzo gładkie w dotyku i w kolorze kości słoniowej.
Teraz nadchodzi czas na wykrawanie pierożkowych krążków, muszą być małe, tak by jeden pierożek wchodząc we mnie, ładnie mnie wypełnił, by przyciśnięty lekko językiem do podniebienia puścił swoje soki, by można było obrócić go w ustach…. smakować… delikatnie nadgryźć…połknąć…mhmm…
Delikatnie urywam kawałek ciasta, a resztę chowam pod wilgotną ściereczkę, by nie wyschło i nie nabrało zmarszczek. Rozwałkowanie jest jednym z nielicznych tu aktów przemocy, pierożkowanie charakteryzuje przecież łagodność i subtelność. Lubię ten zdecydowany ruch wałkiem po coraz cieńszym cieście, lubię zabawę w wykrawanie krążków, lubię tę pierożkową bezmyślność, to moje skupienie myśli tylko na tych czynnościach.
Nadzienie przygotowałam sobie wcześniej, zawsze robię kilka do wyboru.
Ilość wypełniających pierożki pozycji wyznaczona jest tylko granicą ludzkiej fantazji.
Im dalej od rusko-mięsnej-kapuściano-grzybowej tradycji tym ciekawej, choć oczywiście klasyka trzyma się świetnie i godnie jak Tina Turner i trzymać się będzie- dobrze zrobione pierogi ruskie są przepyszne i są takie dni, gdy ruskie rulez!
Ale o jakości i kolorach życia decyduje przecież jego wypełnienie, farsz każdego dnia, takie codzienne jedzenie ruskich znudzi i zniechęci do każdego następnego dnia, bo im częściej je się to samo, tym większe niebezpieczeństwo życiowej szarości, smutku, bezwładu w turlaniu się do starości, bez dania sobie szansy na zmianę życiowego menu.
Rozglądam się po ulicy i bez pudła rozpoznaję codziennych zjadaczy ruskich, dla których szczytem szaleństwa są te z mięsem, a te z kapustą i grzybami tchną prawdziwą perwersją…
Uzbrajam się więc w cały swój urok i będę kusić…
1. Szpinakowo-łososiowe są zaskakujące.
Mdły w gruncie rzeczy łosoś na tle łagodnego szpinaku rozkwita smakiem, czasem myślę, że to przez piękne zestawienie kolorystyczne łososiowego różu z mocną zielenią szpinaku, przy czym trudno tu rozstrzygnąć, który kolor dominuje. Do uduszonego rozdrobnionego szpinaku (najlepszy jest z mrożonki) dodaję bardzo dużo wyciśniętego czosnku, soli i grubo mielonego pieprzu. Wlewam odrobinę śmietany, trochę masła, odparowuję i wrzucam śliczne drobne kawałki łososia- może być usmażony, albo zrobiony na parze. Ważne jest, by kawałki były w „sam raz”, wyraźnie wyczuwalne, ale nie nachalnie duże, to jest właśnie ta cienka czerwona linia pomiędzy sztuką barową a kulinarną…
Mówiąc wprost- w przekroju pierożka w zieleni szpinaku ma być widoczny róż łososia.
Podaję je posypane parmezanem i świeżo mielonym pieprzem, są przepyszne i bardzo delikatne w sam raz na początek miłej konsumpcji.
2. Serowo-gruszkowe są echem mojej ulubionej przystawki-soczystej gruszki z serem pleśniowym.
Kostkę gruszki otaczam zmielonym serem typu rokpol, wymieszanym z posiekanymi orzechami włoskimi. Świetnie smakują z masłem ziołowym.
3. Z fetą, oliwkami i czosnkiem są przykładem wariacjI na temat kuchni świata- gorąca feta zawsze się obroni, jądro stanowi czosnkowy ząbek otoczony fetą z posiekanymi oliwkami.
Podaję ze stopionym masłem z koperkiem, posypane pieprzem, mniam… uwielbiam je.
Nie jadam pierogów na słodko. Ale tym nie sposób się oprzeć:
4. Makowo-bakaliowo-różane– namoczony w mleku mak mielę dwa razy, dodaję do niego ile chcę drobno posiekanych jakich chcę bakalii, odparowuję go, by był bardzo gęsty, dosładzam miodem i obtaczam nim kulkę z konfitury z płatków róż.
Podaję ze śmietaną i cukrem, są przepyszne, zaskakujące, bardzo wyrafinowane.
Słucham muzyki i mruczę sobie cichutko…., że pierożki trzeba porządnie zlepiać, tak by nie rozklejały się w czasie gotowania, bo pusty pierożek wygląda dramatycznie, robi się z niego mączny flaczek, blady i nikomu niepotrzebny, a farsz ginie w garnku tragiczną śmiercią kulinarnego nieistnienia.
Porządnie zlepiony pierożek przetrwa 3-5 minut gotowania i ……
i finis coronat opus.
Gotowanie jest niezwykle seksowne, n’est-ce pas?
Li.

Losy pewnego prezentu, gdzie jedna płacze, a druga nie może przestać się śmiać.

4 lutego, 2010
Pewien ojciec miał dziś urodziny.
Jego jedenastoletnia córka wyciągnęła od swojej matki, a byłej żony ojca kwotę dwudziestu złotych i długo i wytrwale grzebała w sklepie w stosie kubeczków, by wreszcie znaleźć odpowiednio doskonały na prezent urodzinowy.
Kubek dla czułej na piękno matki był szczytem paskudztwa-pękaty i nieproporcjonalny, pomalowany w cztery, rozpaczliwie różowe świnie tańczące wokół kubka na dwóch nogach, ale córce wydawał się piękny i oryginalny, wszak trudno dyskutować z gustem jedenastolatki, najważniejsze, że cieszyła się nim tak, jak tylko dziecko cieszyć się potrafi.
Prezent został zapakowany i czekał na solenizanta.
Dziś został wręczony, ale ku wielkiemu żalowi darczyńcy nie spotkał się z przychylnym przyjęciem- ojciec obraził się straszliwie i wyszedł zostawiając córkę zdezorientowaną i smutną.
Niewinny kubeczek kupiony w dobrej wierze przez równie niewinne dziecko, na dole pod różowymi świnkami zawierał pewne imię kobiece, czego córka wcześniej nie zauważyła. Co ciekawe, nie zauważyła tego też matka, choć prawdę powiedziawszy nie przyglądała się kubkowi szczególnie dokładnie.
Ech… Nemo się przyglądnął…, a że zawsze przypisywał nadmierne znaczenie słowom, uznał że to zamach na jego miłość. Może nawet i spisek.
Ja wiem, że trudno uwierzyć, że nie miałam z tym nic wspólnego!
Do głowy mi nie przyszło, że na paskudnym kubku w różowe świnki znajdzie się akurat TO imię, imię kobiety konia, a Nemo uzna, że to obraza końskiego majestatu, co oznacza że widocznie koń może być świnią.
I gdy córka popłakując zasnęła w nieutulonym żalu, to ja będąc pełną współczucia dla jej rozczarowania nie mogę przestać się śmiać, choć gorzkie są nuty w tym śmiechu…
Co za historia, co za śmieszna, żałosna, przewrotna historia!
Imię kobiety konia na kubku z różowymi świnkami, wyżyny obrazy, niewinne dziecko i jego podejrzana matka, La Comédie Humaine.
(Ale co się pośmiałam to moje, och- jak ja kocham w sobie tego wrednego skorpiona!)
Li.

Ciągle się spóźniam z przeszłości w teraźniejszość.

3 lutego, 2010
Podobno dziś jest środa.
Dziwne- nie zauważyłam poniedziałku i wtorku, choć w pamięci na przykład mojego kota Bobcia wczorajszy wtorek na pewno odcisnął się piętnem- wykastrowany stracił swoją męskość, ale szczęśliwie nie stracił uroku, choć niewątpliwie bezpowrotnie pozbawiłam go możliwości korzystania z jednej z największych życiowych przyjemności…
Zawsze jak mnie nie ma, to w uporządkowanych jako tako przed wyjazdem sprawach zaczyna się ruch wojenny, jakieś nieprzewidziane potyczki z czasem, jakieś pretensje i animozje- wracam w sam środek konfliktu dźgana ostrymi kawałkami rozbitego świętego spokoju.
Pobudzona do pourlopowego działania zrobiłam listę zawodowo-budowlanych spraw do załatwienia i stanowczo stwierdzam, że jest ona za długa i niepokojąco absorbująca. Jakieś konieczne wizyty w gazowni, w elektrowni, u notariusza, wodociągi, coś tam, coś tam, budowa gotowa do oddania nie odda się jednak za darmo, trzeba zapłacić cenę za papierkologię.
Ale już blisko, coraz bliżej do własnego łóżka!
A wtedy to ja oddam się przyjemnościom, mhmmm…, uruchomiona wyobraźnia podpowiada mi takie przyjemności, że na samą myśl o nich jest mi przyjemnie.
A propos przyjemności-w sobotę idę na imprezę karnawałową.
Obowiązuje strój w stylu lat siedemdziesiątych, a ja nie mam pojęcia co wymyśleć, choć urodzona w 1967 roku sporo z tamtych czasów pamiętam.
Najwyraźniej moja pamięć podpowiada mi obraz siebie jako przedszkolnej sieroty w stylonowych rajtuzkach i z grzywką przyciętą w połowie czółka, nad brwiami…
Coś czuję, że będzie świetna zabawa!
Li.

Sezon na emocjonalne wyprzedaże.

31 stycznia, 2010
Skutecznie zepsułam sobie dobry nastrój popołudnia filmem „Slumdog, milioner z z ulicy”.
Cudowny, przygnębiający, piękny, poruszający, kolorowy, czarno-biały, ściskający gardło ze wzruszenia, ściskający pięści z bezsilności, cholernie smutny, z pozornym happy endem-film.
Popłakałam sobie.
I jak zawsze, przy jednej okazji do płaczu załatwiam inne łez wymagające sprawy, traktuję hurtowo smuty i niepokoje, bo okazyjnie potraktowany płacz jest mniej bolesny, tańszy w emocjach, to płacz wyprzedażowy, dostaje się więcej za mniej. Ale jakość łez pozostaje bez zmian, łzy myją i wypłukują uwierające mnie sprawy, a te wyciągnięte na brzeg emocji lśnią jak kryształki Svarowskiego, mogę przyglądnąć im się uważniej, w lepszym świetle, mogę zmierzyć je wzrokiem i już ich w sobie nie wyolbrzmiać, bo spośród moich licznych wad skłonność do dodawania problemom objętości przeszkadza najbardziej mnie samej.
A co na to Lec?
Każdy człowiek nosi w sobie swego olbrzyma i swego karła.
Olbrzym mieści się czasem w jego zakamarku, a karzeł czasem zmieścić się nie potrafi.
Nie powinnam oglądać smutnych filmów, ot co.
Zaraz włączę sobie „Allo! Allo!”.
Li.
P.S. Kupiłam wczoraj kolejne buty. Piękne szpilki w kolorze starego złota.
Czuję niepokojące przekonanie, że to już może być jakaś choroba…

Tato, wszystkiego najdłuższego!

30 stycznia, 2010
Jutro są siedemdziesiąte urodziny mojego taty, a dziś wieczorem z tej bolesnej okazji tata urządza wielką imprezę. Wynajął salę w piwnicy w jednej z moich ulubionych restauracji i zaprosił mnóstwo gości.
Nie mogę uwierzyć, że mój ojciec ma już siedemdziesiąt lat. Dla mnie jest młody i ciągle taki sam. Fan sportu (rzecz jasna-oglądanego), codziennych gazet (muszą być conajmniej dwie), koniaczku i polityki przekracza trudną granicę siedemdziesiątki.
A przecież jeszcze niedawno, w zasięgu mojej świeżej pamięci był w moim wieku, miałam wtedy kilkanaście lat i nawet nie przypuszczałam jak szybko będę dorosłą kobietą po czterdziestce…
Maluję sobie paznokcie na opalizujący grafit, zakładam nowe buty i idę zmierzyć się ze swoimi obawami co do starości, ze swoim brakiem akceptacji dla aż tak szybkiego upływu czasu, z lękami że zabraknie rodziców, dorosłość ma swoje plusy, ale i ten jeden podstawowy minus- nieubłaganie nadchodzącą, powoli atakującą, podstępnie zabierającą siły starość.
Strzeż mnie Panie Boże przed byciem staruszką, wolę być starą kobietą!
A co na to Lec?
Wieczność? Jednostka czasu.
Li.

Zimno, a w sercu maj.

29 stycznia, 2010
Kraków przywitał nas uderzeniem śniegu prosto w twarz. Zimno, jak zimno!
W wynajętej norze stęsknione koty oszalały z radości, biały Bobcio wpadł w trans i mruczy od wczoraj, nie odstępując nas na koci krok. Dobrze być w domu.
Walizki czekają na rozpakowanie, na razie wyjęłam tylko figurki kotów- trzy porcelanowe koty z Londynu przez noc zawarły znajomość z resztą figurkowej kociej zgrai i już zadomowione cieszą oczy.
Rety, jak mi się chce wszystkiego i nic mi się nie chce!
Powroty do życia zawsze się spóźniają, są nacechowane lenistwem i brakiem zapału, żyją złudą i wspomnieniami…
Zostawiłam w Londynie ładowarkę do telefonu, popadł więc w ponure milczenie, nie mam auta, bo pozostawione w dniu wyjazdu w serwisie czeka aż po nie przyjadę, czuję się jeszcze trochę odcięta od mojego zwariowanego świata i bezpieczna z kubkiem kawy na kanapie.
Zaraz jednak ten świat zapuka do drzwi, bo przyjdzie mój wykonawca, dzieci wstaną i pewnie będą chciały coś jeść, a lodówka pusta, nowe kartki w kalendarzu czekają na zapiski i plany.
Wróciłam, ale już planuję następną podróż, bo przerwy od życia są konieczne dla życia.
Miłego dla Was!
Li.

Ostatni z Anglii.

27 stycznia, 2010
Tak, zdecydowanie moglabym mieszkac w Anglii.
Podoba mi sie nawet lewostronny ruch!
Za kazdym razem jednak dostaje dreszczy gdy widze Angielki z golymi nogami, w sandalkach, bez kurtek, rety, co za odpornosc na zimno!
Wczoraj nie moglam wyjsc z katedry westminsterskiej, ma w sobie tyle piekna, ze mozna zwariowac.
Zapalilam w niej swiece za Ilonke, tak mi ciagle zal, ze nie bede mogla jej juz niczego opowiedziec, ze nie posmiejemy sie razem, ze nie szukam dla niej prezentu, ze… ech, wszystko mija, nawet najdluzsza zmija, ale moj zal i tesknota za nia skamienialy i nie chca ruszyc sie z miejsca.
Jutro wsiadamy do samolotu, zaraz zaczne pakowanie, ilosc naszych zakupow przekracza zdrowy rozsadek i daje murowany nadbagaz, ale pewnym rzeczom nie mozna bylo sie oprzec, opieranie sie grozilo strasznymi konsekwencjami nieposiadania na przyklad slicznej bielizny, och jakiej slicznej! Przyjemne, acz nierozsadne zakupy dadza nieprzyjemne i realne konsekwencje, ale pomysle o tym jutro.
Dzis jeszcze mam wakacje i jeszcze troche funtow w portfelu na prezenty, dla Ciebie tez i dla Ciebie, no i oczywiscie, ze dla Ciebie braciszku :)
Milego dla Was!
Li.


Wiosna? Wiosna!

23 stycznia, 2010
Wiesci z Krakowa o koksownikach na ulicach mroza mi uszy, o jak dobrze, ze mnie tam nie ma!
Tu widze niesmiale krokusy i peki zonkili, trawa jest soczyscie zielona, wiosna, prawdziwa wiosna wisi w powietrzu i pachnie. Jest mi dobrze i bezproblemowo i tak bedzie pewnie do srody, moment rozpoczecia pakowania walizek zamknie moje wakacje. Wszystko mija, nawet najdluzsza zmija, a co dopiero przyjemnosci, tych mam z reguly za malo i zawsze sa za krotkie, ale moment nasycenia sie przyjemnosciami bedzie koncem odczuwania zyciowych przyjemnosci, wole wiec trwac w nienasyceniu i planowac kolejny przyjazd do Anglii- kiedys…
Kiedys, gdy kiedys przemieni sie w juz.
Dzis mam ochote potrwac wylacznie w terazniejszosci, popijajac sobie czerwone i zupelnie niezle winko, potem popatrzec na angielskie, ciemne niebo, poglaskac tutejsze cudne kocury i zasnac.

Dzis bylam w Tate Modern, przez te noc musze odprowadzic z oczu do serca te wielka ilosc piekna jak mnie dzis dotknela. Stalam przed tymi obrazami i chcialo mi sie plakac ze wzruszenia.
Obudze sie rano z mocnym postanowieniem spedzenia beztroskiej niedzieli.
Milego dla Was!
Li.


Dalsze londynskie obserwacje :)

20 stycznia, 2010
Bardzo nie chcialam isc do Madame Tussauds, ale moje corki od zdjecia z woskowa figura z kims tam i kims tam uzaleznialy swoje dalsze zycie, zwlaszcza towarzyskie. Nolens volens kupilam trzy bilety polaczone z biletem na London Eye (w sumie 98 funtow, moze sie komus przyda taka niepotrzebna informacja) i z prawdziwym wstretem weszlam w to miejsce, ktore podobno koniecznie trzeba w Londynie zobaczyc.
Oczywiscie, ze sie nie rozczarowalam, bo wiedzialam ze to nie jest miejsce dla mnie.
Nie mam pojecia dlaczego ludzie znajduja przyjemnosc w ogladaniu figur celebrytow, Hitlera i Indiry Gandhi. Nie mam pojecia czemu ma sluzyc mania robienia sobie zdjec ze zmarlym Jacksonem. Nie mam pojecia dlaczego ekscytuje to ludzi doroslych, bo podniecenie dzieci jestem jeszcze w stanie zrozumiec.
Po straconych z zycia dwoch godzinach wyszlam stamtad przygnebiona i smutna i dopiero pyszna kolacja z winem w japonskiej knajpce ze znajomymi poprawila mi humor.
Zalosnym jest widok woskowych figur ludzi, ktorzy za zycia posiadali wladze i pociagali za sznurki losow tego swiata, jakim przerazajacym jest widok sali tortur i zmasakrowanych, ociekajacych krwia woskowych figur bedacych swiadectwem ludzkiego okrucienstwa.
To muzeum dziala na najnizsze ludzkie instynkta, chec podgladania, zaspokajania ciekawosci, to jak namietne czytanie pism plotkarskich, nie dam sobie wmowic ze to jest sztuka, chyba ze sztuka jarmarczna, cyrkowa, metna.
Brrr, nigdy wiecej.
Ale to jeden, jedyny zgrzyt, poza tym wszystko nam sie podoba.
Nie bardzo chce mi sie chodzic po sklepach, bo tego nie znosze, wiec na razie mam tylko jedna pare odjazdowych butow, koncentruje sie raczej na zakupach dla dzieci, ale tez umiarkowanie, wole patrzec na londynskie niebo i wody Tamizy.
Co do bardzo wysokich londynskich cen to w pewnym momencie przestalam sie nimi przejmowac przyjmujac zasade, ze jeden funt rowny jest jednej zlotowce i wtedy jakby hurtowe wydawanie funtow mniej boli.
Z kronikarskiego obowiazku podam, ze przecietny moj i dzieci dzien spedzony w miescie bez zakupow ciuchowych, z jakas kawa i sokami po drodze, kanapkami, biletem na przejazdy po miescie (kupujemy bilety calodzienne, dla mnie ich cena to 7,50 funta, dla dzieci 2 funty, bardzo sie to nam oplaca, bo duzo jezdzimy, a trasport jest bardzo drogi ) to wydatek rzedu 100 funtow.
Dzis na przyklad zrobilam drobne zakupy spozywcze, kupilam Starszej kurtke narciarska, trzy parasole, bo lal deszcz, bus-passy, zaplacilam za wejscie do figur woskowych i na London Eye (moze pojdziemy tam jutro) i jestem ubozsza o 380 funtow.
Ale bogatsza o to wszystko co za nie kupilam, zdecydowanie wole te wersje, hehe.
Paskudnie konsumpcyjny ten Londyn…
Ide spac, jutrzejszy dzien peka od planow, od rana trzeba go odchudzac!
Li.


Info z lenistwem w tle.

20 stycznia, 2010
A w Londynie dzis mokro i zimnawo, trzeba bedzie zrezygnowac z planow zewnetrznej eksploracji na rzecz muzeow. Pije sobie dobra herbatke i zachwycam sie tutejszymi domowymi kotami, bo to niesamowite dwa kocie egzemplarze.
Nie wlaczam telefonu, duzo spie i calymi dniami chodze po angielskim powietrzu.
Bolesnie przekonuje sie, ze Londyn slusznie zasluguje na miano najdrozszego miasta swiata- jeszcze nie udalo mi sie dziennie wydac mniej niz sto funtow, a kupilam sobie dopiero jedna pare pieknych czerwonych szpilek! Za to moje corki beda miec nadbagaz na bank.
Piekny ten Londyn, naprawde piekny, czuje pokore wobec takiego rozmachu, czuje ducha dawnego imperium, choc nie lubie duzych miast tutaj czuje sie swietnie.
Wszystko mi sie podoba, wszystko mnie cieszy, wyluzowana i zadowolona z zycia mam przed soba jeszcze kilka dni wakacji i zakupow.
A jest co kupowac, niestety :)
Milego dla Was!
Li.