Jest tak gorąco, że nawet klawiatura parzy.

10 czerwca, 2010
Ale jest gorąco…
W centrum Krakowa komary za nic mają ograniczenia w ruchu i bez strefowego identyfikatora wlatują przez okna, a ich bzykanie doprowadza mnie do szału. Cztery koty trwają w myśliwskiej gotowości i organizują nocne polowania, a ja już nie wiem na kogo bardziej się wściekać- mam w nocy do wyboru atrakcje w postaci łomotu zrzucanych w ferworze polowania książek versus bzyk komara.
Tydzień przeczołguje mnie przez siebie, albo jeździ po mnie walcem.
Życie jest na gorąco i do niczego.
W związku z powyższym w wyobraźni udaję się na hamak pod palmą, jakoś trzeba przetrwać do piątku. W piątek pewnie też będzie gorąco, ale bez pracy da się to wytrzymać.
Czego i Wam życzę,
Li.
PS. Moja ulubiona Di, artystka kolczykowa najwyższej klasy, namówiona przez entuzjastów Jej talentu otworzyła internetowy sklep z kolczykami, doprowadzając się oczywiście do konieczności płacenia daniny państwu, w postaci podatków i takich tam innych nieprzyjemnych.
Porządna z niej kobieta i jaka odpowiedzialna fiskalnie!
W każdym razie te kolczyki trzeba kupować ponieważ są piękne, a piękno nie ma ceny!
Uwielbiam też Jej wyobraźnię w wymyślaniu nazw, bo każde kolczyki mają własną nazwę.
Mam swoje ulubione typy w dziale czerwieni, czerni, fioletów, a właściwie w każdym…
Zaglądnijcie tu: http://www.uchacha.pl/.
Prawda, że piękne?
I niepowtarzalne!
Takie talenty trzeba wspierać!
To co? Po kolczyku? :)

Tajemny znak!

7 czerwca, 2010
Różne dziwne przedmioty skrywał w sobie strych kamienicy- a to granaty ukryte w polepie („Panie Zenku, a co Pan tam niesie? A granaciki, Pani Moniczko… Aaaaaaaaa!!!! Rany boskie, Panie Zenku! ), a to dziwne malutkie buteleczki jak żywcem wyjęte ze starej apteki, a to legitymację związkową z 1957 roku niejakiego Jana Nowaka, czy też prawie pełne stare przedwojenne krople do nosa…
Ale to co zostało znalezione przeze mnie kilka dni temu przebija wszystko!
A historia jest taka:
Mamy w kamienicy bardzo zniszczone i wychodzone schody, wytarte jak nie przymierzając posadzka w klasztorze Shaolin.
Od kilku miesięcy razem z innymi współwłaścicielami toczymy debaty co z nimi zrobić- stara lipa nie bardzo daje się odnowić, a na nowe pieniędzy póki co nam brak.
Wiedziona ciekawością ich budowy, a tak naprawdę by zweryfikować fruwające w powietrzu różne teorie tzw. znawców, poprosiłam robotnika o odbicie jednego, najbardziej zniszczonego stopnia w części prowadzącej z drugiego piętra na trzecie.
Okazało się że jest to pusta w środku kaseta.
Pierwszą znalezioną rzeczą w niej rzeczą była mumia szczura, naprawdę wyglądał bardzo mumiowato, aż szkoda że się rozsypał w proch, byłby to niezły eksponat do Muzeum Przyrodniczego, sądzę że szczur miał tyle lat co schody. Wlazł biedak tam przy budowie kamienicy i już nie mógł wyjść.
A drugą był kawałek oheblowanej deski o wymiarach 30×20 cm z pięknie napisanym ołówkiem napisem: Roku Pańskiego 1887, 10 sierpnia Jozef Jaskólski podmajsczy.
Tego ostatniego słowa nie mogłam odcyfrować, udało mi się dopiero po zorientowaniu się, że roku pańskiego 1887 Jozef Jaskólski słowo „podmajstrzy” napisał z bykiem ortograficznym.
Coś fantastycznego! Poczułam się tak, jakbym odkryła skarb piratów!
Kamienica dała mi tajemny znak! Jestem prawdziwym wybrańcem, bo przecież mogłam kazać odbić inny stopień, a jednak trafiłam na ten właściwy ze słowami sprzed 123 lat!
Oddałam deskę do werniksowania i oprawienia w metalową ramę, powieszę ją w miejscu najbardziej widocznym, to będzie moja relikwia i znak z przeszłości.
Za kilka dni, jak moja córka wróci z aparatem, pokażę Wam zdjęcia.
Dziś na tarasie jest montaż pergoli i balustrady.
Wyszło coś obłędnie, mega-przepięknego, aż chce mi się płakać z radości, a najlepiej to tańczyć!
Li.

Mam marzenie i nie powstydzę się go użyć.

7 czerwca, 2010
Kiedy zaczyna się nowy tydzień podświadomie daję mu szansę na lepsze życie.
Mam plany, projekty ale i oczekiwania.
Gdy kończy się tydzień nie robię podsumowania, by nie poddać się rozczarowaniu.
I tak tydzień za tygodniem płynie sobie życie do ujścia w niebyt.
Płynę z nim i ja-czasem wpadam w powódź problemów, czasem mam ich suszę, ciągle jednak jakoś
i rozpaczliwie unoszę się na powierzchni życia łapiąc w charakterze koła ratunkowego i brzytwę.
Uwiera mnie jednak to unoszenie się na fali, bo często mam poczucie że rzuca mną jak piłką, nie mam wpływu na kierunek spraw, mam poczucie że wiele ważnych rzeczy dzieje się mimo, że tracę coś bezpowrotnie, że takie byle bycie w życiu wcale mnie nie cieszy.
Czego najbardziej bym chciała?
Pensjonatu z widokiem na morze w cichym zakątku. Albo domu nad jeziorem. Albo chałupy w starym sadzie.
Chciałabym gotować dla moich gości, dbać by ich świeża pościel zawsze pachniała lawendą, w chłodne wieczory palić w kominku i nie musieć przejmować się sprawami, na którei tak nie mam wpływu.
Sobotę spędziłam na prawdziwej działce.
Działka wchodzi w skład innych działek, ma jakieś cztery ary, altankę, wodę, prąd, pergolę z winoroślą i jest cudnie zarośnięta. Nie ma na niej marchewki, ale za to jest lubczyk.
Dumną posiadaczką działki w ogródkach działkowych jest D.
Śmiech na sali, bo do niedawna D.- bywalczyni cotygodniowa pięciogwiazdkowych hoteli i samolotów nie odróżniała jabłoni od azalii.
Dwa miesiące temu odeszła z wysysającej z niej wszystkie soki korporacji, zainkasowała odprawę i od osiemdziesięcioletniego pana zakupiła prawo do posiadania działki.
Od dwóch miesięcy prowadzi życie prawdziwego działkowca, inwestując w meble ogrodowe, wybajerzonego grilla, ogrodowy basen z filtrem oraz kosiarkę.
Nie myśli o pracy, ma czas dla siebie, na książki i na życie.
Zazdroszczę jej bardzo, a już w sobotę gdy sybaryczyłam przy grillu pod pergolą, leniwie odganiając komary, zazdrościłam jej do bólu mojego zestresowanego serca.
Teraz nie mogę pozwolić sobie na luksus nie pracowania, mam na utrzymaniu dzieci, koty i psa.
Ale kiedyś- gdy moje córki zakończą edukację, sprzedam wszystko co mam i zacznę żyć tak jak zawsze chciałam-podróżując, oglądając wschody i zachody słońca, zauważając pory roku, w ciszy i bez stukotu tramwajów za oknem, dla siebie.
Egoistycznie dla siebie. DLA SIEBIE!
Z tego jednego marzenia chciałabym kiedyś sama przed sobą rozliczyć się bez rozczarowania
i z satysfakcją.
Li.

Długo nie piszę, więc potem muszę pisać długo… znaczy się tekst dla wytrwałych;-)

6 czerwca, 2010
Moja Starsza leci dziś do Niemiec, to wyjazd-nagroda za roczną pracę na rzecz projektu finansowanego przez UE dotyczącego mniejszości religijnych.
Świetna sprawa ucząca dzieci tolerancji, poszanowania inności i równouprawnienia. W ubiegłym roku była w Turcji i przez tydzień mieszkała u rodziny tureckiej, a od dziś będzie przez sześć dni mieszkać gdzieś pod Kolonią u rodziny niemieckiej.
Za trzy tygodnie leci do Anglii, do Bristolu, sama! Po wylądowaniu ma znaleźć dworzec autobusowy, wsiąść we właściwy autobus i po dwóch godzinach dojechać do Ruth. Ja oczywiście umieram po kryjomu ze strachu, a ona nie widzi problemu. O tempora! O mores!
A z powrotem będzie jeszcze gorzej dla moich włosów, które niechybnie osiwieją ze stresu- z Bristolu ma dojechać do Londynu, tam spotkać się tam ze swoją szkolną przyjaciółką, która wakacyjnie będzie mieszkać u siostry, spędzić z nią jeszcze kilka dni w Londynie i dopiero wrócić w moje stęsknione i nieco histeryzujące ramiona.
W międzyczasie, 7-go lipca skończy szesnaście lat.
Rany boskie, w jej wieku jeździłam na obozy wędrowne w Bieszczady, o których ona oczywiście nie chce słyszeć…
W tym roku nie planuję żadnych wakacji z dziećmi.
Mam na głowie wykończenie domu i przeprowadzkę, odpocznę na swoim tarasie, albo postanowię gdzieś wyjechać z dnia na dzień.
Nemo po raz pierwszy od trzech lat zabiera dzieci na wakacje na całe sześć dni nad Bałtyk, można normalnie zwariować z radości i wdzięczności za taką rodzicielską aktywność, o rety!
Młodsza przyszyta do mnie ściegiem nie do rozerwania nie chciała słyszeć o żadnym obozie, udając oczywiście że chce uczestniczyć w procesie przeprowadzkowym, co jest ewidentną ściemą.
Ale bez trudu dała namówić się na dwutygodniowy wyjazd do Bułgarii i za to moim przyjaciołom jestem wdzięczna do grobowej deski, choć biorąc pod uwagę moją chęć kremacji powinnam napisać- do ścianek marmurowej urny.
Mam przyjaciół w Pradze. Do niedawna mieszkali w Warszawie, ale L.- piękniejsza połowa tego związku podpisała kontrakt na pracę w Czechach stając się tym samym niesłychanie ważną osobą w strukturach pewnej firmy motoryzacyjnej, a już na pewno jedyną taką kobietą na świecie. I w dodatku zna język czeski, co mnie śmieszy niesłychanie. Dzieciństwo spędziła w Złotym Stoku przy granicy czeskiej, dwie jej ciotki wyszły za mąż za Czechów i znajomość języka przyszła niejako naturalnie.
Jestem z niej bardzo dumna!
J.- jej mąż jest ojcem chrzestnym mojej Starszej i kiedyś był najlepszym przyjacielem Nemo, ale losy tak się potoczyły, że Nemo zniknął z ich życia, ale ja nie.
Ci dobrzy ludzie zabierają mi moją Młodszą na dwa tygodnie do Burgas, mają córkę prawie w jej wieku, swój kupiony tam niegdyś apartament z widokiem na morze i chęć niesienia pomocy mojej utrudzonej życiem osobie.
Muszę tylko dowieźć im moje dziecko do Pragi, co uczynię z radością, czas odczarować Pragę po sześciu latach od gwałtownego upadku tam mojego małżeństwa.
Do połowy lipca będę mieć więc dzieci z głowy, na początku sierpnia jadą nad Bałtyk z ojcem, a potem się zobaczy. Najważniejsze to mieć plan!
A teraz idę budzić córeczki, Starsza za trzy godziny powinna być na lotnisku, ciągle śpi jak zabita, ona ma jednak nerwy ze stali, albo poczucie, że mamusia czuwa nad wszystkim, o!
Odpoczęłam przez ten weekend, znowu nabrałam energii, słońce wzięło się do roboty i suszy mój zalany taras i dach. Musi nareszcie być dobrze, musi.
Li.

Mam wiele do powiedzenia, ale coś krępuje moje słowa.

3 czerwca, 2010
Lubię prezenty od ustawodawcy w postaci wolnego dnia w środku tygodnia.
Leniwie wstaję, leniwie piję kawę, budzik ma wolne od krzyku, a cisza za oknem bez porannego ruchu działa uspokajająco.
Potrzebuję tego spokoju i braku pośpiechu, potrzebuję.
A co na to Lec?
I dusza musi być czasem na diecie.
Pcham pod górę swoje sprawy, ciągle któraś spada mi z wózka i toczy się szybko w dół, czasem za nią biegnę, a czasem daję sobie prawo do zaniechania rozgrzeszając się bez pokuty, ale z wyrzutami sumienia.
Muszę przetrwać ten szary, smutny i zły czas, okopać się, nabrać sił jeszcze nie wiadomo skąd, wpaść na nowe pomysły jeszcze nie wiadomo jakie, znaleźć drogi ciągle jeszcze niewidoczne przez mój wewnętrzny system naprowadzający i muszę znowu uwierzyć w swoje życiowe szczęście.
Taki mam plan.
Nie biorę pod uwagę porażki, bo kolejnej nie zniosę.
A co na to Lec?
Rasiści! Nie dopuszczają czarnych myśli!
Jestem więc rasową rasistką.
Będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
A moją inspiracją ostatnimi czasy jest była minister pracy Anna Kalata. Nigdy nie miałam o niej dobrego zdania, prawdę powiedziawszy- miałam bardzo złe.
Ale to co zrobiła ze swoim życiem zasługuje na największy podziw. I nawet nie jej przemiana fizyczna tak mnie zadziwiła- zawsze uważam że nie ma brzydkich kobiet, poza wyjątkami potwierdzającymi regułę. albo gdy wina brak.
Zadziwiła mnie zmiana całej jej osobowości, tak jakby wraz z odkryciem swojej głęboko kiedyś schowanej urody narodziła się na nowo, z zupełnie innymi genami, przekonaniami, celami życiowymi. Rozwiodła się, zerwała kiepski romans z polityką i realizuje swoje marzenia, a jest w tym bardzo odważna. I nawet mówi inaczej, zmienił jej się głos, intonacja i wyraz oczu.
Bije z niej świadoma kobiecość i zupełnie niespodziewane ciepło.
To jest imponujące i bardzo inspirujące.
Li.

Poklnę sobie przy pierwszej kawie.

1 czerwca, 2010
Ze zdziwieniem zauważam mierzony odległością międzynotkową upływ czasu na blogu.
Już wtorek? Cholerny i kolejny wtorek-potworek?
Trudno mi pisać, gdy chaos wokół mnie wytrąca z ręki pióro klawiatury, pędzi wichrem po myślach pozostawiając zgliszcza bezmyślności i wiecznie wikła w konflikt z czasem, przy którym wojna stuletnia to niewinne igraszki.
Zaciskam jednak ciągle jeszcze własne zęby i daję radę. Z trudem- cholera jasna, psiakrew- ale daję. Dziewczyny nie płaczą! (Co nie przeszkadza mi oczywiście popłakać sobie dla zdrowotności przynajmniej trzy razy w tygodniu, ale nie publicznie, więc nie psuje mi to wizerunku twardzielki, haha…)
Odkryłam wczoraj pierwszą zmarszczkę w kąciku prawego oka.
To taka zmarszczka wykluwająca się, jeszcze nie dorośle złośliwa, ale jest!
Urodziła się jak niechciany królewski bękart i bezczelnie ogląda się na każdym skrzyżowaniu w samochodowym lusterku, kpiąc sobie z mojego „obiecującego cuda i dziwy” kremu pod oczy.
Za mało snu i miłości, oto najbardziej zmarszczkotwórcze procesy życiowe.
Muszę nareszcie porządnie wyspać się i koniecznie zakochać.
Z mojego punktu widzenia to pierwsze wydaje się trudniejsze, wymaga wolnej od okupacji kotów poduszki i wygodnego bezdzietnego łóżka. To może lepiej pomyślę o tym zakochaniu…?
Wiem-już niedługo będę mieć swoje łóżko, swoją poduszkę, łazienkę suwerenną i sypialnię niepodbitą przez potomków płci żeńskiej i kocie jednostki. Czasem tylko to niedługo trwa bardzo długo, za długo jak na moje pokłady energii i optymizmu. Pomarudzę sobie i od razu będzie mi lepiej:
Jestem bardzo zmęczona i odrobinę nieszczęśliwa. Bo tak.
We wtorek-potworek w Krakowie o szóstej rano pada deszcz.
A ja marudzę. I bredzę (?).
;-)
Li.

Sprawy kocie.

25 Maj, 2010

Na zdjęciach mali powodzianie :) Autor zdjęć- Dagmara.

Sytuacja w domu jest bardzo napięta.
Z każdego strategicznie położonego kąta wyzierają wielkie oczy- zielone, bursztynowe lub brązowo-niebieskie. Wodzą za intruzem nieprzyjaznym wzrokiem i w zależności od poziomu kultury złowieszczo bulgoczą (Masza), prychają (Szary), zachowują bezpieczne milczenie (Sasza), usiłują dokładnie obwąchać, ale się boją (Bobcio), trzymają nad wszystkim kontrolę równo wszystkim podgryzając ogony (Kara).

„Skończysz jak Violetta Villas”- oświadczyła moja przyjaciółka.
A przywieziona wczoraj z Proszówek młoda kotka, ta sama dla uratowania której wdrapywałam się w zalanej stodole po starych gratach, żeby ściągnąć ją z krokwi, ryzykując, och jak ryzykując upadek do wody pełnej śmieci, utopionych kociaków i utopionych myszy ( muszę, naprawdę muszę podkreślić swoje bohaterstwo, bo nikt nie jest ze mnie dumny bardziej niż ja sama, te kocie i mysie zwłoki, łeeeeee….!!!) nic nie robi sobie z histerii rezydentów, pacnęła Karę w pysk łapą z ostrymi pazurami, do mnie się przytulnie tuli, mruczy i ociera o nogi, je prawie bez przerwy i wygląda na to, że doszła już do siebie po powodziowych przejściach.
Kotka jest bura i takiej jeszcze nie miałam.

Resztki rozsądku podpowiadają mi, że nie mam też czarnego kota, rudego, niebieskiego i biało-czarnego… no tak, ale ona sama wpadła mi w ręce, więc to prawdziwa okazja.
Zastanawiam się, czy jej u nas nie zostawię -ostatecznie jak w domu są już cztery koty to dlaczego nie pięć? Tłucze mi się co prawda gdzieś z tyłu głowy myśl, że podobne zdanie mówiłam przy okazji Szarego-” jak są w domu dwa koty, to i trzeci się zmieści„, potem przyszła era Bobcia i zdania- „jak są w domu trzy koty, to i czwarty się zmieści„, rany boskie, malarstwo włoskie!
Jednak będę szukać jej dobrego domu!

Zawiozę ją do weterynarza, niech ją poogląda, zaszczepi i takie tam inne, a oglądać jest co, bo to koci pokazowy egzemplarz klasycznego beżowego burasa z czarnymi pręgami.

Dzieci dały jej na imię Andora i nie pytajcie dlaczego.
Skończę jak Violetta Villas, skończę jak Violetta Villas, skończę jak Violetta Villas….
:))
Li.

Piątek i słońca początek.

21 Maj, 2010
Słońce wpada sobie przez okno jak gdyby nigdy nic, bez żadnego poczucia winy za ulewy
i powodzie. W domu panuje święty spokój, bo dwa najbardziej ruchliwe i hałaśliwe elementy wyposażenia wnętrz poszły do szkoły, koty śpią po śniadaniu, pies jeszcze się nie obudził, a ja przy porannej kawie przeciągam się leniwie planując dzień i pracę.
Najważniejsze, że nie muszę wpadać w poranny pośpiech.
(No i właśnie skończył mi się poranny spokój, Młodsza zapomniała zabrać pracę z plastyki, muszę zaraz iść do niej do szkoły, a niech to! Mam mokre włosy i ciepłą kawę! )
Ech…
Mam jeszcze chwilę, ja nie muszę być w szkole punktualnie, więc całkiem już (nie) spokojnie pijąc pierwszą kawę myślę sobie o wczorajszym dniu i dziś chce mi się śmiać z mojego poruszenia.
Koń jaki jest każdy widzi, a takie spotkania w tak małym mieście jak Kraków, są nieuniknione. Trzeba będzie przywyknąć i opracować scenariusz niewzruszenia.
Notka miała być na zupełnie inny temat, ale może mi Olka wybaczy, obowiązki matczyne wzywają.
Wrócę potem,
Li.

Starzy czytelnicy będą wiedzieć o co chodzi, nowi mogą przeczytać na moim starym blogu (jak będzie im się chciało…).

20 Maj, 2010
Kleparz, ruch, babcie, naręcza kwiatów, ogórki gruntowe, szparagi i ona.
Kobieta koń, koszmar mojej przeszłości. Pewnie nie zauważyłabym tej tak niechętnie przeze mnie oglądanej osoby, gdyby nie powiedziała mi „cześć”, głupio się przy tym jak koń uśmiechając.
Przez myśl przeszedł mi prawdziwy emocjonalny huragan, oto wybraziłam sobie jak wskakuję na ladę, rozgniatam dla efektu czerwone pomidory, sok z nich tryska jak tętnicza krew, a ja krzyczę do ludzi: patrzcie oto na tę kobietę, wynajęłam ją do prac domowych i opieki nad dziećmi, a ona zaczęła od opieki nad moim mężem i w moim łóżku możliwe, że nawet nie pościelonym. Potem lekkim tonem rzuciłabym parę trafnych, acz niecenzuralnych określeń i upojona zemstą poszłabym dalej lekceważąco kołysząc trochę za dużymi biodrami (nie ma wiosny, więc się nie odchudzam).
Zamiast lekceważącego ruchu bioder, lekceważąco odpowiedziałam „cześć” i poszłam sobie kupować sałatę, szkoda tylko że niebo bardziej pociemniało, albo to pociemniało mi w oczach od przykrych wspomnień. To taka odległa historia, ten koń i Nemo, a jednak zabolało.
Taka moja własna zadra historyczna.
Szkoda, że ją spotkałam. Okazało się, że żyje. A w moich myślach była zmumifikowanym wspomnieniem, choć prawdę powiedziawszy trochę jak mumia wygląda.
Czy Nemo nie daje jej na kremy?
Och, jest to jednak pewna pociecha :))
Li.

Powodzianie w kocim raju u Dagmary :)

20 Maj, 2010

Dagmara nakręciła koci serial :))) Kociaki gwiazdorzą na Youtube, popatrzcie!

Nie mogą nie rozczulać!
Li.


Chaotyczna opowieść o wczorajszym dniu.

19 Maj, 2010
Wczoraj dotknęłam ogromnego nieszczęścia, a rzeczy które widziałam, wcale o to nieproszone zostaną mi w pamięci.
Każda historia ma swój początek, nawet tak straszna ja ta, choć zaczyna się niewinnie- wyświetlonym numerem telefonu mojej byłej sąsiadki, sześćdziesięcioletniej wdowy, a co najważniejsze- najbliższej przyjaciółki mojej Pani Jadzi.
Dzieli nas spora różnica wieku, a jednak w stosunkach sąsiedzkich nie stanowiła ona przeszkody, B. sama nie mając dzieci traktowała mnie trochę po matczynemu, a ja na to pozwalałam, bo ciepłych uczuć nie da się przedawkować.
B. pochodzi z Proszówek pod Bochnią. Często odwiedza rodzinne strony, bo w małym, drewnianym domu mieszka jej osiemdziesięcioletnia matka. Matka jest niesprawna, porusza się na wózku, ale za skarby tego świata nie chciała opuścić swojego domu z pelargoniami w oknach i zamieszkać razem z córką. B. w porozumieniu z siostrami wynajęła jej całodobową opiekunkę- znalezioną za pośrednictwem Radio Maryja byłą zakonnicę o -jak dla mnie- podejrzanej przeszłości (myślę, że jej rzekomy pobyt w zakonie to mistyfikacja) ale to nie przeszłość siostry zakonnej ma w tej historii znaczenie.
Przedwczoraj o szóstej rano podejrzana zakonnica nie wiadomo po co wyszła z domu.
Fala powodziowa z Raby przyszła o godzinie siódmej, zalała domy w Proszówkach i matkę B. siedzącą na wózku. Jakim cudem, siedząc do połowy ciała w wodzie udało jej się sięgnąć laską do okna wychodzącego na ulicę pozostanie tajemnicą, dopóki sama nie będzie w stanie tego opowiedzieć, Dom stoi przy samej drodze, sąsiedzi zajęci swoim nieszczęściem zauważyli ją jednak pukającą w okno, zorganizowali pomoc i Straż Pożarną. Matka B, wylądowała w szpitalu, a zakonnica została w Bochni, bo nie mogła już wrócić do domu.
B. dowiedziawszy się o sytuacji, zadzwoniła do mnie, a ja przecież nie mogłam odmówić zawiezienia jej do matki.
Bałam się trochę, nie ukrywam tego, żywioł wodny zawsze mnie przeraża, nie boję się tylko wody mineralnej z butelki i tej lecącej z kranu. Ze względu na pracę mogłam pojechać dopiero po południu,gdy Wisłę przechodziła fala kulminacyjna. Odetchnąłam z ulgą jak przejechałam most w Niepołomicach, potężna woda budziła respekt i lęk, a pola stojące w wodzie przygnębiały swoim widokiem.
Jechałyśmy do Bochni w uparcie padającym deszczu, po drodze kupiłyśmy gumowce, bo B. koniecznie chciała pojechać do domu matki, sprawdzić czy jest zabezpieczony.
Proszówki były już przejezdne, woda po kolana stała tylko i aż na podwórkach.
Brnęłyśmy przez nią w gumowcach, drzwi domu wyważone przez strażaków smętnie kiwały się na jednym zawiasie, na szczęście w tym nieszczęściu w domu wody już nie było, została tylko gruba warstwa błota.
Przed domem po ulicy kręcił się mały, czarny pies, który na widok B. wykonał taniec radości, okazało się że to młoda suka matki.
Gdy B. bezradnie kręciła się po zdemolowanym domu, usłyszałam przeraźliwe miauczenie dochodzące ze stodoły. Jezu, jak się bałam chodząc po tym nieznanym mi podwórku!
Woda dochodziła mi do końca kaloszy, musiałam chodzić bardzo ostrożnie, by nie wlała się do środka, najbardziej bałam się jednak, że wpadnę w jakąś dziurę, podwórka wiejskie często są pełne takich niespodzianek. Kot miauczał jednak tak rozpaczliwie, że chęć jego ratowania stłumiła mój strach i jakoś dotarłam do stodoły, udało mi się nawet otworzyć jej drzwi i…
Na krokwi siedziała młoda, przerażona kotka, a na gratach, na wysokości mniej więcej półtora metra siedziały przytulone do siebie dwa małe, na oko czterotygodniowe kociaki, obok leżało ciało małego kotka, w wodzie unosiły się śmieci, ciała myszy i nawet nie chcę myśleć czego jeszcze. Zabrałam te małe, drżące biedne kotki do domu, wsadziłam do znalezionego w domu pudełka, wróciłam po kotkę, dała się namówić na zejście z tej krokwi, wpiła się we mnie pazurami, dając się uratować. Myślałam, że to jest matka kociaków, ale B. powiedziała, że nie.
Szukałam kociej matki, szukałam też małego szczeniaka, bo suka miała szczeniaka, ale ich nie znalazłam. Koty były bardzo głodne, w domu nie było nic do jedzenia, ale ja przecież w Bochni mam koleżankę, M., zadzwoniłam do niej po ratunek, przyjechała bardzo szybko z torbą pełną kociego i psiego jedzenia, w gumowcach i jako zdeklarowana psiara na tyle zdeterminowana, by zaglądnąć do psiej budy, gdzie ja zaglądnąć nie miałam odwagi, oczami wyobraźni widząc utopionego szczeniaka.
Kociaki nie potrafiły jeść ani pić z miseczki, maczałam palec w mleku, a one go oblizywały, przepychając się z wzajemnie, jak do piersi matki.
Wsadziłam je do dużego pudła, które M. przytomnie przywiozła ze sobą, wymościłam swoim ciepłym szalem i zadzwoniłam do D., mojej przyjaciółki od wszystkiego, a najbardziej od kotów, żeby szykowała się na przyjęcie powodzian.
Pozostał problem psa, ostatecznie ustaliłyśmy, że M. zabiera go na razie do swoich dwóch psów i będziemy szukać mu domu. Pies wygląda jak moja suka w młodości, jest nieduży, czarny, przytulny i ufny, mam nadzieję, że uda się oddać go w dobre ręce, do domu matki B. nie ma powrotu, jej stan jest bardzo poważny, nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja.
Przed powodzią w gospodarstwie były dwa dorosłe koty, cztery kociaki i suka ze szczeniakiem. Zostały dwa kociak, kotka i i suka. Zwłoki jednego kociaka widziałam, o losie reszty zwierząt nie chcę nawet myśleć.
Zawiozłam B. do matki do szpitala, zostawała w Bochni, a ja-brudna jak nieboskie stworzenie, pojechałam do M. na dobrą kawę. Pies zaaklimatyzował się u niej natychmiast, przyjaźnie przyjęty przez resztę zgrai, mam nadzieję, że to ona go przygarnie, choć jak czyta te słowa, pewnie zgrzyta zębami, hehe…
Wracałam wieczorem do Krakowa w strugach deszczu, koty nakarmione u M. przetartą wątróbką i zakopane w moim szalu spały w pudle przytulone do siebie. Deszcz zalewał autostradę, strach pomyśleć co będzie dalej, woda w takie ilości jest żywiołem nie do opanowania.
Pojechałam prosto do D. więc kociaki są już w kocim uzdrowisku, a nawet- nie bójmy się tego słowa- w raju.
Trzeba będzie znaleźć im dobry dom, ale najpierw niech dojdą do siebie, widać że dopiero co nauczyły się chodzić, cudnie chwieją się na swoich małych łapkach.
Potem wrzucę kilka zdjęć, choć pewnie nie będą w stanie oddać grozy sytuacji, przerażająco to wszystko wyglądało.
Li.

Ta notka nie zasługuje na tytuł.

17 Maj, 2010
Dach ogłosił kapitulację i przecieka białą smętną flagą w rogu sufitu łazienki moich córek.
Dla mnie ta niewielka mokra plama ma rozmiar Jamajki.
To by było na tyle w ten paskudny, szary, mokry, powodziowy, ohydny poniedziałek!
Pobędę sobie dziś zła, wściekła i z miną „bez kija nie przystąp”.
Li.
UPDATE:
Dach przecieka na trzech frontach, u mnie i u L.
Gorzej, że do mojej sypialni zaczyna przeciekać woda z tarasu, na którym jest sama wylewka, ale podobno z ponadnormatywną ilością wody szklanej, czy czegoś w tym stylu. Miało być szczelnie!
Lada dzień miała być na nim położona płynna guma, a potem płytki… a niech to szlag!

We mnie świeci słońce i nie może być inaczej!

16 Maj, 2010
Posadzone wczoraj przeze mnie na podwórku kwiaty kulą się pod naporem wody spadającej z nieba. Niedzielne plany zamokły i nie dają się odczytać, a chęć do zaplanowania czegoś innego dotknięta jest niechęcią do jakiejkolwiek aktywności. Mam tylko ochotę na kolejny kubek kawy
i leniwą podróż przez net celem poszukiwań wszystkiego co może przydać mi się do mojego mieszkania, na przykład markizy nad część tarasu, tak by spod niej kpić sobie z deszczu.
Szukając suchych plusów w tej nieciekawej dla zagrożonych powodzią części kraju mokrej sytuacji uważnie oglądam sufity, szukając ewentualnych śladów zbrodni przeciekania dachu i na razie jest niewinny jak nowonarodzone dziecko. Taras nad moją sypialnią też dzielnie trzyma szczelność i niech tak pozostanie do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Trudno nie ulec szarości i utrzymać swoje myśli w cieple świecącego w wyobraźni słońca.
Walczę ze sobą o dobry nastrój, włączyłam pogodną płytę z muzyką z „Mamma mia”, czasem słońce, czasem deszcz, najważniejsze by nie poddać się czemuś tak nieprzewidywalnemu jak pogoda. Nie pozwalam moknąć swoim myślom, nie narażam ich na drżenie z chłodu i wilgoci, wysyłam je na plażę wyobraźni zalaną słońcem i turkusowym morzem i zabieram się za robienie porządku w niezliczonej ilości butów moich i córek.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżyć w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.
Dajecie radę? :)
Li.

O tym i o tym.

14 Maj, 2010

Sama nie wiem, czy mam w życiu tzw. szczęście czy go nie mam.
Nie czuję się nieszczęśliwa, czasem tylko jestem przygnieciona przez problemy, ale jakoś się przecież spod nich mniej lub bardziej poobijana wygrzebuję.
Nie czuję się jednak szczęśliwa, choć przecież twierdzę, że szczęście to brak nieszczęścia, skoro więc nie jestem nieszczęśliwa, to powinnam być szczęśliwa, ech… można snuć rozważania długo i smakowicie, ale komu by się tam chciało w taką spokojną piątkową noc.
Dziś wieczorem brak szczęścia dotknął mnie wyjątkowo boleśnie- Lufthansa kurierem i po dwóch miesiącach przysłała zagubione na lotnisku narty Starszej, a właściwie moje, wędrowały sobie po świecie, dawno się z nimi pożegnałam, odżałowałam, głównie z powodu ochoty na odszkodowanie, ech…, a tu jak syn marnotrawny wróciły do domu.
Nie jestem nieszczęśliwa, ale na pewno jestem zła.
Zła jestem na bank, który wymyśla tysiące niepotrzebnych dokumentów mających nadać mi walor osoby wiarygodnej kredytowo, a tymczasem prace wykończeniowe stoją i się nudzą.
A ja nudzę otoczenie. Nie cierpię wszelakich urzędów, zaświadczeń, wyciągów, poświadczeń i kolejek. Wszelkie tzw. „załatwiania” są dla mnie najwstrętniejszymi czynnościami, papierkologia to nie jest moja ideologia.
Cierpiąc na brak dużych pieniędzy na rzeczy wielkie, bawię się rzeczami małymi, finansując z bieżących dochodów różne drobiazgi, na przykład jakże piękną pergolę na tarasie- macie ją na rysunku powyżej, razem oczywiście ze zdjęciem miejsca, w którym będzie zainstalowana.
Na drugim zdjęciu jest widok ściany tarasu z mieszkania, balustrada schodowa zobowiązuje mnie do estetycznej czujności, pergola i balustrada tarasowa musi do niej nawiązywać, bo inaczej będzie wojna stylów pomiędzy kutymi elementami.
Różowa linia na rysunku pokazuje miejsce położenia dachu sąsiedniej kamienicy, nie jest najpiękniejszy i muszę go jakoś zasłonić, nie zasłaniając sobie jednocześnie wschodzącego słońca. Prostokąt w prawym dolnym rogu rysunku jest szybą, postanowiłam zrobić szklaną balustradę w połączeniu z cudnie ( och jak cudnie!) wykutymi elementami, już to widzę oczami wyobraźni, a mam nadzieję zobaczyć na żywo w ciągu dwóch tygodni.
Zrezygnowałam z pomysłów ogrodniczych typu iglaki na tarasie, jednak stawiam na kwiaty i krzewy kwitnące, feerię kolorów, może uda mi się wyhodować clematisy i wiciokrzewy, a poza tym pewniaki w postaci pelargonii, petunii, begonii, niecierpków, astrów, wrzosów i oczywiście maciejki, bo wieczór w zapachu maciejki ma urok nie do odparcia.

Wciąż nie tracę nadziei na przeprowadzkę lipcową, bo dlaczego nie?

Mam swoją drogę krzyżową, ale moja skończy się szczęśliwie, nie może być inaczej!
Li.


Kolejny piątek na drodze do wieczności!

14 Maj, 2010
Trudno znaleźć pogodną stronę życia gdy liście za oknem ciągle mokre, bank w celach kredytowych żąda ode mnie informacji w stylu numeru buta i wielkości miseczki, starsza córka leży złożona anginą, młodsza- dotychczasowy blond-aniołek i plasterek miodu zaczyna gwałtownie dojrzewać i mówić do mnie :”ale posłuchaj mnie, kobieto!”, a na podwórku zamieszkały szczury. Tak! W XXI wieku w centrum Krakowa!
Podwórko po budowie mamy ślicznie posprzątane, z nowym murowanym śmietnikiem, porządną do niego brukowaną ścieżką, z posadzonym przeze mnie winobluszczem, wytynkowanym starym murem… prawdę mówiąc nic dziwnego, że szczurom też się podoba….
Nigdy jednak przedtem ich u nas nie widziałam, choć podwórko było pełne zakamarków, śmieci i rupieci, czyli tego co szczury lubią najbardziej. Podobno były w piwnicy, ale tam przed remontem nie miałam odwagi zejść. Zdziwiona więc ich nagłą bezczelnością w spacerowaniu pod lipą i wylegiwaniu się na murkach, nie mówiąc o wypuszczaniu się do kamienicy, zadzwoniłam do szczurołapa. Ten ustaliwszy adres powiedział, że mój telefon jest kolejnym z tej właśnie ulicy, bo przez generalny remont sąsiedniej ulicy połączony z wymianą kanalizacji, torów tramwajowych itd, szczury zaczęły szukać nowych terenów do kolonizacji. Ha!
Postanowiłam więc postawić na broń biologiczną, bo ze względu na psa wszelkich trutek boję się jak ognia i wyniosłam na podwórko Szarego, to przecież byk prawdziwy, kocur o dziewięciokilowej posturze, wystarczy że się pokaże, zaznaczy teren, a szczury będą drżeć ze strachu i uciekną w popłochu w obawie o swoje szczurze życie.
Szary- wyznaczony do zaszczytnej roli bohaterskiego szczurołapa i postawiony na zielonej trawce zesztywniał, zaczął miauczeć, drżeć i przeraźliwie dyszeć z przestrachu, po czym wpił się we mnie pazurami, mając w oczach tak głęboką rozpacz i stres, że czym prędzej w celach ratunkowych zaniosłam go do domu, gdzie schował się w sobie tylko wiadome miejsce i nie było go do wieczora.
Ale co tam, mam przecież cztery koty, wzięłam więc drugiego kocura- Bobcia, który dzieciństwo spędził w bezdomności na działkach, może zostały mu resztki instynktu, za piłeczką w domu lata pokazowo. Bobcio zachował się inaczej niż Szary- zamiast dyszenia postawił na tak pełne przerażenia miauczenie, że szczury zapewne upiły się w swych norach z radości.
Przyniosłam go do domu i też się schował. Dwóm pozostałym kotom postanowiłam oszczędzić upokorzenia, choć wydaje mi się, że Masza dałaby radę, ona jest najbardziej bojowa.
Nie doceniłam jednak swojego psa-suki zwanej Karą Boską. Ta klucha wylegująca się na kanapach i fotelach okazała się najbardziej sprawnym i zwinnym szczurołapem z całej zgrai, pokazując mi się z miotającym się w jej pysku szczurem, a wrzask jakiego narobiłam z kolei ja sama przebił natężeniem dźwięku moje koty i odbił się w okolicy szerokim echem.
Skutek jest taki, że boję się wychodzić z nią na podwórko, Kara wypuszczona na samodzielne sikanie przyniosła w pysku młodego szczura, zagryzła go, ułożyła na wycieraczce, szczęśliwie jednak znalazła go Pani Jadzia, a nie ja. Pani Jadzia z byle szczurzego powodu nie wpada w panikę, tylko łapie za ogon i wynosi do śmieci.
Do rozlicznych więc problemów, z których ostatnio składa się moje bajkowe życie doszły szczury, które nie dają się w dodatku nabrać na graną na flecie gamę, bo i taki pomysł zaczerpnięty
z literatury przyszedł mi do głowy!
No i kto ma najgorzej? Jak zwykle ja!
Uch!!!
Li.

Środek zwykłego tygodnia.

12 Maj, 2010
Środa obudzona o szóstej rano zalewała się deszczem z rozpaczy, ale teraz przejaśniała dopuszczając do głosu słońce.
A przy słońcu poranna kawa lepiej smakuje.
Dziś mam spotkanie z bardzo ważną osobą, podobno mistrzem prawdziwym, choć po doświadczeniach z Panem Romeczkiem, elektrykiem od siedmiu hazardowych boleści i zdechłego rekina, ostrożnie podchodzę do mistrzowskich umiejętności wykonawców.
Ten ma jednak rekomendacje dłuższe niż guwernantka z dzieciństwa księcia Karola, a ja właśnie potrzebuję kogoś na tyle odważnego w realizacji moich pomysłów, by z tanich w założeniu łazienek zrobił wizualnie efektowne dzieła łazienkowej sztuki, kogoś z nieograniczoną fantazją, kogoś pełnego zrozumienia dla konieczności braku płytek w tym miejscu, ale niezbędnych w miejscu tamtym, ech… oby to nie był Pan Romeczek 2, bo przecież Romeczkowi czego jak czego, ale fantazji nie brakowało…
Wszystko się wlecze, wniosek o kredyt utknął w banku jak kość w gardle, jestem w finansowym zawieszeniu, rynny ciekną i woda zalewa elewację, kto wie czy nie trzeba będzie rozstawiać rusztowań, choć szczęśliwie tylko od podwórka, ale powoli, powoli, powoli jak lodowiec sprawy posuwają się do przodu i kiedyś przecież będą mieć swój kres.
Zrobiłam się jakby trochę bledsza i bardziej cierpliwa.
Li.

Pierwszego razu, po czterdziestce…

11 Maj, 2010
Wczorajsze straszliwe i dotkliwe w skutkach wydarzenie położyło się cieniem na mojej pewności siebie stawiając pod znakiem zapytania moją wykroczeniowo-motoryzacyjną przyszłość.
Oto ja, pewniak prawdziwy w nieotrzymywaniu mandatów wczoraj straciłam cnotę trafiając na niewrażliwego funkcjonariusza, odpornego na mój wdzięk, urok, spojrzenie spod rzęs, tudzież inne zalety, o których jedynie przez skromność nie wspomnę, ale zapewniam że są, choć oczywiście nieżyczliwi mogą ich nie dostrzegać, ale do okulisty z nimi!
Wyjeżdżałam sobie w prawo jak nakazywał znak z drogi podporządkowanej, w którą z drogi głównej wjeżdżał radiowóz. Oczywiście że go zauważyłam, bo niezbyt czyste miałam sumienie gadając przez komórkę. Ale ja wyjeżdżam, oni wjeżdżają, skąd by mi przyszło głowy, że będą tak niestabilni emocjonalnie, iż zmienią zdanie co do kierunku jazdy i pojadą za mną!
Pojechali, poobserwowali, zatrzymali i jeszcze w dodatku zaczęli mówić do mnie tonem protekcjonalnym i w stylu „Pani Moniczko”, co natychmiast siedzącego we mnie diabła sprowokowało do powiedzenia „Panie Wojtusiu”, bo zacne imię Wojciech nosił ten, który mi się przedstawił. Był niemiły, gburowaty, pewny siebie i najwyraźniej oczekiwał że się ukorzę i poproszę o łaskę. Tymczasem oświadczyłam, że znam wagę swojego wykroczenia, proszę o wypisanie mandatu bo bardzo się spieszę, nie chciałam podać, gdzie pracuję, a jak już podałam, to usłyszałam na temat mojej grupy zawodowej taką niepochlebną opinię, że tym bardziej wzrósł poziom mojej chęci otrzymania tego mandatu, wrzucenia go do schowka w celu ukrycia przed córkami i odjechania z wirtualnym piskiem opon.
Pan Wojtuś przetrzymał mnie w aucie pół godziny, rzekomo sprawdzając moją punktową przeszłość. A ja przecież nie mam przyjemności zbierania punktów ni mandatów, więc byłam czysta jak łza dziecka, co w końcu Pan Wojtuś z niezadowoleniem musiał skonstatować, wręczając mi przy okazji mandacik na 200 złotych, polecenie przelewu i słowa przestrogi na przyszłość, którymi rzecz jasna nie mam zamiaru się przejąć.
Nie ma jednak, tego złego… bo z tej złości postanowiłam pokazać samej sobie, że jestem porządnym kierowcą, pojechałam nareszcie zmienić zimowe opony na letnie i wymienić przepaloną żarówkę w prawym reflektorze, o!
Najważniejsze to trzymać fason przed tą bezlitosną, kpiącą, złośliwą, widzącą absolutnie wszystko kobietą w lustrze.
:)
Li.

Bezsenność w Krakowie.

10 Maj, 2010
Bezsenność zabiera mi poduszkę, a bez poduszki nie przyjdzie do mnie wygodny sen.
Marznę w łóżkowej samotności… wstaję, otulam się miękkim pledem i wchodząc w noc znajduję towarzystwo telewizora, a zaspana kawa z mlekiem stygnie w kubku z oburzenia niezwyczajną porą.
Zwalniam budzik z obowiązku krzyku o wpół do szóstej rano, dziś daję mu wolny dzień, niech sobie tyka w pokoju w spokoju.
Poczytam. Pooglądam. Poczuwam. Pomyślę. Pogłaszczę kota.
Rety, jak ja nienawidzę bezsnu. Pozbawia mnie kolorowych snów-przeciwwagi dla szarego maja.
Li.

Deszcze niespokojne, a sprawy zakupowe.

6 Maj, 2010
Deszcze niespokojne targają osobistą godnością zielonego maja, ale ja będąc wielbicielką takiej aury, uwalniam je od odpowiedzialności za (nie)pogodę.
Ostatnio zajmuję się poszukiwaniem wszystkiego mieszkaniowego, a najbardziej to drzwi, podłóg, spraw kuchennych i łazienkowych.
Wierna swemu postanowieniu 3 x N, cierpię okrutnie oglądając przepiękne podłogi z olejowanych desek dębowych, które ostatecznie mogłabym kupić, ale potem musiałabym za dużo pracować, a już mi się nie chce.
Ostatnim pomysłem na podłogi jest deska bambusowa karmelowa, choć deska to za dużo powiedziane, skoro bambus jest trawą… Wygląda jednak zupełnie nieźle, a cena z trudem bo z trudem, ale nie przekracza narzuconych samej sobie granic.
Nie mam więc czasu na bujanie w obłokach, rzeczywistość pochłania mnie bez reszty, jakoś muszę przetrwać te dwa miesiące, a potem gdy usiądę na moim tarasie pod gwiazdami wrócę do codziennego pisania ku swojej i Waszej radości.
O ile oczywiście jeszcze ktokolwiek będzie chciał mnie czytać, że tak kokieteryjnie napiszę…
Miłego, cudnego, deszczowego dnia!
Li.

Sprzątanie przeszłości.

2 Maj, 2010
Niebo deszczem na ziemię wylewa swoje mniej lub bardziej uzasadnione żale.
Lubię padający deszcz, a okno z widokiem na mokrą szarość zatrzymuje mnie w domu i zmusza do podjęcia obiecywanych sobie od dawna czynności sprzątająco-wyrzucających.
Uzbrojona więc w butelkę czerwonego wina wrzucam w wielkie, niebieskie worki przedmioty z przeszłości, osobno gazety, osobno zabawki Młodszej, ciuchy, jakieś nieokreśloności, nic-nie-przydatności, buty nigdy nie ubrane, torebki nienoszone na których koty ostrzyły sobie pazury, stosy kosmetyków kupionych w nadziei używania, ale ile można wklepać w siebie kremu pod oczy?
Mam niezłomne postanowienie przeprowadzenia się bez śmieci-rupieci, bo przecież będzie mi potrzebne miejsce na nowe.
Wczoraj byłam w miejscu przepięknym i pachnącym, oszołomiona bogactwem chodziłam w deszczu alejkami i nie mogłam zdecydować się na wybór roślin na taras.
Do wczoraj wiedziałam jakie chcę, ale oczywiście złośliwy los musiał podstawić mi przed oczy rośliny, o których nawet nie wiedziałam, jak bardzo ich pragnę, bo o ich istnieniu nie miałam pojęcia!
Cała tarasowa koncepcja przewróciła mi się do góry nogami, a już największym nieszczęściem jest to, że taras ma tylko dwadzieścia kilka metrów.
Zagracę go jak nic, już to widzę… ale to będzie takie piękne gracenie…, moja wyobraźnia szaleje, kocham moją wyobraźnię za to, że nie ma granic ni kordonów.
Li.

Narzekanie narzekaniem, ale zdjęcia muszą być!

27 kwietnia, 2010

To widok na schody od strony drzwi wejściowych.
Nie mają jeszcze pięknie wyciętych drewnianych stopni, balustrada i konstrukcja owinięte folią skutecznie chowają się ze swoją urodą, ale od czego wyobraźnia? :)
Poniżej widok na schody od strony okien w salonie. Po prawej stronie zajawka wyspy kuchennej z „piwniczką” na wino.
Trzecie zdjęcie to balustrada przy pokoju Starszej, na czwartym jest mój już ulubiony detal, piękny jest metal zamknięty w tych finezyjnych łukach, prawda?

Po budowie snuje się jeszcze malarz Paweł, głaszcze ściany, które już oślepiająco białe niecierpliwie czekają na przyjęcie w siebie koloru.
A tu moja wyobraźnia szaleje, szczęśliwie odkryłam niesamowite farby Benjamina Moore’a– takich przygaszonych, zamglonych, dymnych matowych farb nie widziałam nigdzie indziej.
Ściana wzdłuż której pną się schody będzie w kolorze czerwonego wina i z półkami na książki.

Poza wszystkim staram się zachować spokój. W domu piekło, bo Starsza odkrywa kolejne swoje błędy w teście, pogrążając się w coraz większej depresji, ostatni jej plan na życie to Technikum Pszczelarskie, podobno tam przyjmują z limitem trzech punktów, haha.

Biedne moje nadmiernie ambitne dziecko. Coś czuję, że dostanie punktami po nosie, bo streściła nie ten tekst co trzeba, oczywiście nie słuchając mojej rady o konieczności dokładnego przeczytania polecenia. Ale co jej nie zabije, to ją wzmocni, nie będę się nad nią rozczulać.
Damy sobie radę, ostatecznie moje początki w liceum tez nie były chlubne- byłam pierwszym rocznikiem z egzaminami wstępnymi, język polski zdałam śpiewająco, matematykę oblałam, miałam poprawkę, podobno był wstyd na cały Paczków, choć ja tam na pewno się nie wstydziłam, wystarczy że wstydziła się moja mama, przez kilka kolejnych lat dręcząc mnie wspomnieniem tej porażki, tak jakby miała mieć jakiekolwiek znaczenie dla mojego dalszego życia.
Zdałam maturę? Zdałam. Dostałam się na studia? Dostałam. Studiowałam odpowiednio długo?
A jak!
W naszej rodzinie zawsze kończyło się studia, nie ma więc powodu, by w tym pokoleniu było inaczej.
Idę pocieszyć swoje dziecko, wszak per aspera ad astra, sama wiem o tym najlepiej.
Miłego dla Was!
Li.

PS. Zdjęcia zrobiłam iPhone’m, dziecko beztrosko zostawiło aparat u babci. Ale coś tam widać, prawda?


Ech… napiszę coś ku pokrzepieniu serca. Swojego.

25 kwietnia, 2010
Dni i noce wyznaczone kolejnymi zadaniami skutecznie pozbawiły mnie przyjemności pisania. Poziom zmęczenia sięga mych ust, zamilkłam więc walcząc o każdy oddech.
Nie oglądam się w przeszłość, nie pamiętam co robiłam wczoraj, myślę tylko o tym co mam zrobić dziś, jutro sprawdzam w kalendarzu, nie ufając już swojej pamięci.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty dopóki idziesz.
Idę-potykam się, ale idę.
Budowa, szukanie, kupowanie, załatwianie, praca, problemy, egzaminy Starszej do liceum, ludzie, sprawy, osaczenie, brak wolnego czasu, kradzież snu, czy to ciągle ja, czy odhumanizowany cyborg?
Z czegoś musiałam zrezygnować, by nie zwariować.
Padło na życie wirtualne, bo mogę je przerwać bez życiowych nieodwracalności, mogę je zmienić kiedy zechcę, mogę je wykasować, mogę je zostawić w jednym momencie, mam nad nim władzę absolutną, choć nad tym jednym panuję-inne sprawy są na etapie chaosu, któremu jeszcze daleko do ładu.
Zderzają mi się miękkie marzenia z twardą rzeczywistością, a to boli, naprawdę boli.
Czuję się jak bezbronna ofiara przemocy, znikąd pomocy, mam smutną świadomość, że mogę liczyć tylko na siebie. Nikogo więc o nic nie proszę, tylko twardnieję w środku coraz bardziej.
A co na to Lec?
Czasem przestaję wierzyć w błękit, zdaje mi się, że to przestrzeń idealnie pokryta sińcami.
Dam sobie radę, jak zawsze.
Ja przecież nigdy się nie poddaję, a upadam tylko po to, by przyjrzeć się mrówkom. :)
Li.

Urodziny i pogrzeb, czyli codzienne życie.

14 kwietnia, 2010
Kiedyś była mała, z loczkami blond, bezbronna, słodka i zabawna.
Dziś ma 170 centymetrów, włosy jej pociemniały, choć w dalszym ciągu jest blondynką, ma swoje zdanie z reguły odmienne od mojego, ale dalej jest słodka, kochana, śliczna i jest jedną z moich dwóch największych życiowych radości.
(W takich chwilach zapominam, że jest również powodem moich największych życiowych irytacji i złości…)
Moja młodsza córka skończyła wczoraj 11 lat i uroczyste obchodzenie dnia jej urodzin zdominowało mój dzień.
Wszystko inne zeszło na drugi plan, a zwłaszcza spory co do miejsca pochówku prezydenckiej pary, choć nie rozumiem decyzji o pochówku na Wawelu.
Uważam jednak, że należy przyjąć ją do wiadomości, bo wszelkie spory i kontrowersje w tym temacie są bardzo niewłaściwe, pogrzeby są zawsze dla żywych, zmarłym na pewno jest wszystko jedno, ale zasługują na spokój i szacunek. A tu zaczyna się nowa wojna, jak to napisał
Adam Szostakiewicz: „jeszcze trwa żałoba narodowa, a już zaczyna się jakże polska wojna trumienno-grobowcowa”.
Po śmierci nie można być bezdomnym, gdzieś w jedno miejsce trzeba złożyć pamięć o sobie
i zaufać żywym, że tego dokonają.
Nie rozumiem tej decyzji, uważam ją za konsekwencję wpadnięcia w wielki histeryczny patos na tle tragicznych okoliczności śmierci prezydenta, widzę w niej niestety wielki podtekst polityczny, ale staram się ją szanować i nie będę protestować, causa finita.
Ciekawa jestem tylko, czy warszawiakowi z krwi i kości podobałaby się wieczna wyprowadzka z Warszawy i to do Krakowa.
Wawel oblige, to nie będzie cmentarz gdzie przy okazji odwiedzając swoje groby wpadnie sąsiadka z kamienicy i zapali znicz, Wawel jest oficjalny i daleko od ludzi.
Będą przychodzić wycieczki, ale ja osobiście wolałabym jedną pamiętającą człowieka sąsiadkę niż bezimienny tłum, ech… żywi nie dają umarłym wyboru…
Lech Kaczyński leżący obok Józefa Piłsudskiego?
Myślę, że tematów do rozmów nie zabraknie im do końca świata.
Li.

Przelotem, bo ciągle smutno…

13 kwietnia, 2010
Słucham sączących się z ekranu wiadomości i uszom nie wierzę.
Stare powiedzenie, że o umarłych mówi się tylko dobrze albo wcale, w przypadku sobotniej tragedii przybrało rozmiary karykaturalne i tak obłudne, że moja wrażliwość wysiada.
Ja nie uważam, że Kaczyński był dobrym prezydentem, nie uważam że był wybitnym mężem stanu, nie uważam w katastrofie zginął kwiat polskiej inteligencji, choć Jarugi-Nowackiej, Szymanek-Deresz, Agackiej-Indeckiej, Krystyny Bochenek i Marii Kaczyńskiej nie mogę odżałować, to były wspaniałe kobiety.
Zapłakałam i dalej płaczę nad ich losem, bo nikt nie zasługuje na taką straszną śmierć, a tamta ziemia chyba naprawdę nosi w sobie przekleństwo dla Polaków.
Mierzi mnie jednak wizja prawie beatyfikacyjnego procesu Lecha Kaczyńskiego.
Obawiam się również sytuacji, w której do wyborów prezydenckich stanie Jarosław Kaczyński
i wygra je bez trudu na fali uwielbienia i uświęcenia osoby brata, który zginął za ojczyznę.
Polacy to naród o okazjonalnie wielkim sercu i z reguły o małym rozumku.
Li.


(..)

10 kwietnia, 2010

Taką smutną sobotę i jej porażającą symbolikę zapamiętam do końca życia.
Niech pokój będzie z Nimi.
Li.


Nie mam czasu dla nikogo, jeno dla ciebie niebogo :)

8 kwietnia, 2010
Nie potrafię opisać emocji na widok moich własnych, najwłaśniejszych schodów!
I choć to dopiero nieśmiała zajawka tego co będzie, zaledwie schodowy kręgosłup, ja nie muszę już zamykać oczu, by zobaczyć je takimi jakimi będą za kilka tygodni- z solidnymi, dębowymi stopniami, z cudnej urody kutą balustradą obejmującą je swoimi ramionami,… ech, jak ja kocham ten dom!
Mogę być tam kilka razy w ciągu dnia i za każdym razem jest inaczej, bo inaczej wpada słońce przez okna, inne cienie wygodnie leżą na tarasie, inny kawałek ściany zyskuje pożądaną gładkość, jestem wciąż i wciąż nienasycona i stęskniona końca, będącego przecież początkiem.
W weekend przyjeżdża do mnie kowal o wdzięcznym nazwisku Żelazny, mam do niego kute interesy, potrzebuję balustrady na taras, fantazyjnych kwietników na okna, nie są to może najpotrzebniejsze rzeczy, ale wraz z wiosną zbliża się dzień, w którym w każdym szanującym się domu powinny za oknem wylądować kwiaty i upiększyć szare miasto, bo nie ma to jak krzycząca na deszcz czerwień pelargonii.
Wszystko (nie)spokojnie idzie w dobrym kierunku, choć ciągle jeszcze nie mam pojęcia, jakim kolorem obdarzyć kuchnię, mam w stosunku do niej spore wymagania: ma być klasyczna, ale nie nudna, ma być ciepła, ale nie rustykalna, ma być przyjemna kolorystycznie, ale nie dominująca, ma być funkcjonalna, ale nie kosmiczna, no i ma być taka jakiej nikt jeszcze nie ma, to ostatnie biorąc pod uwagę moją fantazję, wydaje mi się najprostsze!
Jeszcze trochę, jeszcze trochę, zaprawdę już zupełnie niedługo, pierwszego dnia lipca w piżamie wypiję rano kawę na moim tarasie, założymy się?
:))
Li.

Wrócił wtorek-potworek, potrzebne antidotum!

6 kwietnia, 2010
Wstanie rano i przeczytanie pozostawionej zapobiegawczo wczoraj samej sobie karteczki z napisem: „we wtorek mam dobry humor i nie ma od tego odwołania” wcale w ten dobry humor mnie nie wpędza, a wręcz przeciwnie- czuję rosnącą niechęć do zaczynania dnia, co dobitnie pokazuje siłę przekazu postanowień dawanych samej sobie, dokładając tym samym jeszcze poczucie winy z powodu jakże rażącego braku jakiejkolwiek doskonałości.
Triumfuje wtorek-potworek i nawet nie chce mi się nic na to radzić.
Dzieci wróciły wczoraj poprzeziębiane i z gorączką, tym samym tradycji lanego poniedziałku i bitwy na „bomby wodne” z małoletnimi sąsiadami babci stało się zadość.
Wróciły również trochę rozczarowane, bo Święta z tatą raczyły zacząć się dopiero późnym niedzielnym popołudniem, kiedy ojciec spuszczony ze smyczy stawił się u babci, przerywając tym samym ustaloną od lat tradycję wspólnego święcenia koszyczków i niedzielnego świątecznego śniadania.
Starsza obliczyła skrupulatnie, że spędziły z tatą 25 godzin, w tym zawarła się przerwa na sen
i czas podróży w obie strony.
O rety, doprawdy, cała doba wraz z jedną nadgodziną musiała wyczerpać ojca do cna, pewnie to wyczerpane męskie biedactwo nie pokaże się dzieciom do przyszłego tygodnia, a to wszystko oczywiście w ramach spełniania obowiązków rodzicielskich i hartowania przyszłych pokoleń- niech wiedzą, że życie jest ciężkie.
Jasne, jasne-piszę w rozżaleniu, ale jak nie być rozżaloną?
W okresie świątecznym wciskam sobie uparcie jedynie obowiązującą wersję, że uwielbiam spędzać święta bez dzieci, że sen, że imprezy, że samo dolce far niente, a wszystko po to, by nie zabierać im budowanej przecież od wczesnego dzieciństwa corocznej tradycji- czterech koszyczków przygotowywanych przez babcię po mieczu dla czwórki wnuków, pójścia przez pół Chrzanowa do kościoła z tatą, ciocią, wujkiem i kuzynami, bizantyjskiego wielkanocnego śniadania, bo babcia tu zawsze szaleje, nieograniczonego lania się w ogrodzie z sąsiadami na śmigusa-dyngusa, powtarzanego od ich urodzenia świątecznego rytuału, budzącego poczucie bezpieczeństwa swoją niezmiennością.
Jasne, jasne- piszę w rozżaleniu, ale jest mi tak bardzo szkoda dzieci liczących każdą godzinę spędzoną z ojcem, a przecież powinny być to noce i dni…
Ostatni raz zgodziłam się na samotne spędzenie Świąt, jak mi mój dobry humor miły!
Od przyszłego roku zaczynamy budować własną świąteczną tradycję, budowanie mam przecież we krwi!
Principiis obsta, sero medicina paratur.
Li.

Życie, życie jest nowelą…

3 kwietnia, 2010

Życie pisze swoje historie, czasem są to prawdziwe wyciskacze łez, emocjonalne bomby rujnujące pozorny spokój, ale za to umożliwiające budowę nowych uczuć, nowych emocji, nowego stanu ducha.

Dzisiejsza i właściwie banalna historia doprowadziła mnie do łez, płakałam w słuchawkę telefonu razem z Mamą Ilonki, ale kończąc rozmowę byłam już spokojna i szczęśliwa, czułam jakby Ilonka z niebytu dała mi znak, a pewna prześladująca mnie historia znalazła swoje zakończenie:

Czterdziestoletnia Agata, matka czwórki dzieci, z których najmłodsze miało dopiero dwa lata leżała w szpitalnej sali razem z Ilonką. Guz w jej brzuchu miał wielkość małego arbuza. Była przerażona, załamana, w ciężkiej depresji, a Ilonka- sama ledwo żywa po operacji -podtrzymywała ją na duchu, wzmacniała i dodawała sił do walki z Obcym. Po śmierci Ilonki czasem myślałam o tej Agacie, miała mięsaka o mniejszym stopniu złośliwości, ale z tego co mówiła Ilona-lekarze nie dawali jej większych szans na przeżycie. Do szpitala przyjeżdżał do niej mąż- ale nie codziennie, bo trudno mu było wyrwać się z domu pełnego dzieci gdzieś na wsi pod Oświęcimiem, ja widziałam go chyba tylko jeden raz i zapamiętałam go jako prostego, zafrasowanego, pochylonego nieszczęściem mężczyznę, niezdarnie próbującego poprawić żonie poduszkę.

Gdy wieczorami nielegalnie wdzierałam się na szpitalny oddział, a cudowne pracujące tam pielęgniarki udawały, że mnie nie widzą, gadałyśmy sobie wszystkie trzy, nasze rozmowy toczyły się wokół absolutnych bzdur, babskich mało ważnych spraw, w obliczu ciężkiej choroby jednak te sprawy nabierały niebywałej ważności, bo były nierozerwalnie związane ze zwykłym, codziennym życiem, a każda z nich chciała żyć. Pamiętam wieczór, gdy nałożyłam im obu nawilżającą maseczkę na twarz, a Agata przyznała, że nie ma nawet kremu, bo swoje potrzeby w licznej rodzinie zawsze ustawia na koniec kolejki. Ilonka wtedy oznajmiła, że jest to sytuacja skandaliczna, a ja dyskretnie otrzymałam polecenie dokonania zakupu kilku kosmetyków…

Po śmierci Ilonki nie wiedziałam co dalej działo się z Agatą. Czasem o niej myślałam, zawsze ze smutkiem, byłam prawie pewna że nie dała rady Obcemu, prześladowało mnie zdjęcie jej małego synka.

Kilka dni temu, późnym popołudniem Mama Ilonki wraz ze swoim szkolnym kolegą, który przyjechał ją odwiedzić po czterdziestu latach niewidzenia się, poszła na pszczyński cmentarz. Zapadał lekki zmierzch, było ciepło, na wielu grobach paliły się znicze, cmentarze ze swoim powietrzem ciężkim od smutku mają jednak w sobie urokliwe piękno.

Po drodze, na cmentarnej alei minęli wolno idącą parę, ludzie ci sprawiali wrażenie jakby szukali jakiegoś grobu. Mama Ilonki nie mogła zauważyć, że za nimi para przystanęła, a mężczyzna powiedział do kobiety: „mam przeczucie, że to jest matka Ilony”. Nigdy jej nie widział na oczy, mijali się podczas odwiedzin, nie mógł wiedzieć jak wygląda. Zawrócili, poszli ich śladem i oto nareszcie po paru tygodniach poszukiwań Agata odnalazła grób Ilonki. Płakała tam bezładnie przez godzinę, opowiadała jak kolejną niedzielę przyjeżdżała do Pszczyny na poszukiwania grobu, jak już dziś zrozpaczona i zdeterminowana zdecydowała że musi iść do parafii po informacje, jak Ilonka dała jej siłę do życia, jak przetrwała operację, chemio-i radioterapię, jak otrzymała wiadomość, że nie ma w niej komórek rakowych, jak ciągle o Ilonce myśli, jak nie może o niej zapomnieć, jak bardzo była zrozpaczona po jej śmierci, jak bardzo pragnęła odnaleźć grób- Mama Ilonki powiedziała mi, że godzinę tam stały, płakały, śmiały się, niesamowite emocje i wzruszenie…

Dobry człowiek po śmierci w ludzkiej pamięci prowadzi dalsze życie, bo odcisnął na innych piętno, wrył się w ludzką pamięć mocno, głęboko i tak twórczo, że nie można go zapomnieć. Ilonka śmiałaby się z tego pomnika jaki zostawiła w naszej pamięci- nie była przecież święta, miała wady, jak każdy z nas. Ale ostatni rok jej życia wydobył z niej takie piękno, taką siłę, taką pogodę ducha, taką odwagę w ukazywaniu słabości, że myśli o niej poza smutkiem i brakiem akceptacji dla jej śmierci zawsze są ciepłe, ogrzewają i dają siłę

Bardzo za Tobą tęsknię moja Kochana, bardzo!

Li.


Uśmiechnięty piątek.

2 kwietnia, 2010
Po wczorajszej primaaprilisowej katastrofie budowlanej nie ma śladu, elewacja wygląda nieskazitelnie, a żadna rysa nie ma odwagi na niej zaistnieć i niech tak zostanie na wieki.
Biegnący za mną od kilku dni święty spokój dziś nareszcie złapał mnie w swoje ramiona, poddaję mu się z radością, wtulam się w niego i tak chcę zostać przez kilka najbliższych dni.
Mam za sobą poranny relaksujący seans u kosmetyczki, a przed sobą wolność od matczynych obowiązków, bo moje kochane córki wyjechały do babci po mieczu i aż do wtorku nareszcie jestem sama!
Uwolnię się więc od myśli, w których mam ochotę związać własne dzieci, zakneblować i wrzucić do ciemnej piwnicy, pozwolę sobie na luksus maleńkiej tęsknoty i zajmę się rozpieszczaniem siebie, bo ostatnio o sobie zapomniałam, a przecież każda matka ma prawo do bycia zadowolonym z życia człowiekiem.
Będę mieć spokojne Święta, pełne snu, spotkań z przyjaciółmi i ze świątecznym śniadaniem u Rodziców.
Hedonizm w połączeniu z pełnym mruczenia sybaryczeniem, o!
Życzę Wam wszystkim tego, by było Wam jeszcze lepiej niż mnie!
Li.

Dlaczego tak długo nie pisałam?

1 kwietnia, 2010
Stało się to, czego obawiałam się w najgorszych snach- fundamenty nie wytrzymały nadbudowy i pękają. Przedwczoraj, nagle, wraz z ponuro i przerażająco brzmiącym stęknięciem, na kamienicy pojawiła się rysa od parteru do czwartego piętra, jak świeża blizna oszpeciła fasadę, a mnie wbiła się prosto w serce, zabijając moje marzenia.
Inspekcja Nadzoru Budowlanego zaleciła wbicie kotwii i wstrzymanie prac budowlanych. Prawdopodobnie mieszkańcy będą musieli opuścić kamienicę, bo istnieje zagrożenie dla ich życia.
Wykonawca w stanie przedzawałowym znalazł się w szpitalu.
Nie wiem co będzie dalej, nie jestem w stanie pisać- wybaczcie. Jestem zrozpaczona, od kilku dni płaczę, nie mam pojęcia co robić… i właśnie przeczytałam w dzisiejszej gazecie o własnej katastrofie budowlanej!
Li.

Jak mie sobie wzion, to mie sobie mo!

26 marca, 2010
Dwadzieścia pięć lata temu pewien góralski sześćdziesięciotrzyletni kawaler zapragnął się „łozenic” i uderzył w konkury do trzydziestopięcioletniej panny z dzieckiem z nieprawego łoża. „Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość”, był ślub, weselicho i adopcja syna na swojego. Zgodnie żyli, nie pił, nie bił, aż nagle w wieku osiemdziesięciu lat „łodbiło mu” i zakochał się w pięćdziesięcioletniej wdowie z sąsiedniego przysiółka.
Dziadziuś krzepki jeszcze-potrafił swoją miłość okazać w iście męski sposób- rąbał wdowie drzewo, nosił węgiel, oporządzał wdowie gospodarstwo, słowem- robił dla niej wszystko to, co przestał robić dla żony.
Pierwszy pozew o rozwód złożył osiem lat temu, ale na tej góralskiej bogobojnej wsi podniósł się taki wrzask, sąsiadki-baby go zagryzały, „z chałpy ni móg wyść”, że pozew cofnął na rozprawie, pod namową Sądu, niewiele zresztą rozumiejąc, bo „głuchawy letko jest”.
Drugi pozew złożył dwa lata później i tu już był konsekwentny, popierał powództwo i dowodził przed Sądem rozkładu pożycia, ale za babcią stanęła cała wieś barwnie i ze szczegółami opowiadająca o niewiernym dziadziusiu, podłej wdowie i biednej babci, która po rozwodzie nie będzie mieć gdzie mieszkać, bo w tak zwanym międzyczasie dziadziuś sprzedał wdowie swój pikny góralski dom za parę groszy i wdowa zaczęła do babci słać listy wzywające do opuszczenia jej własności.
Dziadziuś rozwodu nie dostał, ze względu na zasady współżycia społecznego.
Ten uparty góral w wieku osiemdziesięciu sześciu lat złożył kolejny pozew, ale tym razem posłuchał rady kogoś hm… moim zdaniem nie za mądrego i postanowił doprowadzić do sytuacji, że to babcia będzie chciała się z nim rozwieść-oto zaczął nagle babcię lać i wyzywać od, tu cytat” kurew, szmat, powsinóg, łajz i złodziejek”. Babcia, która przez trzydzieści lat małżeństwa nigdy od dziadziusia nie doznała przemocy ni wyzwisk, nagle w wieku siedemdziesięciu lat zaczęła chodzić posiniaczona i w potarganych włosach. Sprawa o znęcanie się dziadziusia nad babcią była niezwykle szybka i obyła się bez słuchania świadków, ponieważ dziadziuś oświadczył Sądowi, że do wszystkiego się przyznaje i że chce wyrok, ale babcię dalej łoić będzie „co by łobzydzic jej zycie we wspólnej chałpie”.
Jakież jednak było wielkie rozczarowanie dziadziusia, gdy okazało się, że wyrok w sprawie karnej o jego znęcanie się nad babcią, wzmocnił w sprawie rozwodowej procesową pozycję babci- teraz to bez żadnych wątpliwości, dziadziuś został uznany za wyłącznie winnego rozkładu pożycia, a skoro strona wyłącznie winna rozkładu domaga się rozwodu, a druga niewinna strona na to się nie zgadza, Sąd rozwodu nie da. I nie dał!
I na tym właśnie etapie, po wyroku Sądu I instancji, sprawa trafiła do mnie, na skutek prośby znajomego, pod tytułem „zrób coś z tym, bo tam dojdzie do tragedii”.
Nie chciałam nic robić, przeczytałam uzasadnienie wyroku i uznałam, że nie ma szans na sensowną apelację. Dziadziuś jednak bardzo nalegał, znajomy nalegał na mnie, ech- postanowiłam spróbować przekonać Sąd, że trwały i zupełny rozkład pożycia, jaki jest pomiędzy dziadziusiem a babcią-a co ustalił bez żadnych wątpliwości Sąd I Instancji -jest jakby mocniejszą przesłanką do rozwodu, niż nieudzielenie go ze względu na zasady współżycia społecznego i brak zgody babci.
Napisałam sążnistą i jakże kwiecistą apelację i właśnie wczoraj po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy swojego klienta i jego żonę, bo oczywiście i dziadziuś i babcia przyjechali z samiuśkiego Podhala na rozprawę przed Sądem Apelacyjnym.
Sąd z trudem utrzymywał powagę, ja niestety też.
Malutki, pokurczony dziadziuś przyjechał z postawną sześćdziesięcioletnią wdową, całą w koralach i z piękną góralską chustą. Siwiuteńka, bezzębna babcia ubrana na czarno, przyjechała z synem.
Na sali rozpraw babcia ciągle płakała, „głuchawy letko” dziadziuś okazał się głuchy jak pień i nic nie słyszał, w związku z czym przykładał do ucha dłoń zwiniętą w trąbkę i w trakcie referatu sędziego ciągle mnie pytał ” co gadajo”.
Po wygłoszeniu przeze mnie apelacji Sąd zapytał babcię o stanowisko procesowe, babcia z trudem wstała, łzy jej przestały płynąć, oczy zalśniły, spojrzenie stwardniało, a z ust -wbijając nas wszystkich przytomnych w wielkie zadziwienie -wydarł się niezwykle gromki głos mówiący: „nie dom rozwodu! Jak sobie mie wzion, to mie sobie mo”!
Wyrok Sądu I Instancji Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy, ja poniosłam pierwszą w swoim życiu porażkę w sprawie rozwodowej, ale nie przejęłam się tym bo wdowa zachwycona iście „harlequinową” treścią mojej apelacji postanowiła mnie wynająć do sprawy rozwodowej numer cztery, którą oczywiście niezwłocznie trzeba założyć, bo dziadziuś przed śmiercią chce być wolny.
Ech… choć kusił mnie folklor tej sprawy, odmówiłam stanowczo, jednak drugiej porażki „nie zniesę”. Dziadziuś rozwodu nigdy nie dostanie, przy tym stanie rzeczy jestem tego pewna.
Ot, historyjka z życia wzięta.
Li.

Jestem na dnie.

22 marca, 2010

Boli mnie gardło i cała reszta. Przez japonki, w których wyskoczyłam do sklepu. Albo przez jazdę autem przy otwartym oknie. Albo ze starości. Nos mam jak bania, głos jak zardzewiała furtka na jednym zawiasie, jestem jedną siedzącą nieszczęśliwością, a zaraz będę leżącym workiem.
Nie cierpię być przeziębiona.
Zaraz podam sobie sama herbatkę do łóżka i oddam się cierpieniu.
Błąkam się w okolicy samopoczuciowego dnia i nic, nic nie jest w stanie mnie ukoić.
Idę spać,
Li.


Spowiedź dziecięcia wieku konsumpcji.

19 marca, 2010
Osiemnasty dzień marca 2010-go roku zapamiętam jako dzień, w którym wrócił mi rozum, a nawet trochę rozsądku. Zapamiętam go też jako dzień zwycięstwa nad swoimi konsumpcyjnymi żądzami i wyzwoleniem się z kredytowej niewoli i dyktatu mojego architekta.
Wczoraj nagle zrozumiałam, że jak głupia i naiwna panienka dałam się porwać trendom i naciskom, złudom z wnętrzarskich gazet, blichtrowi i rozdętemu ego, tracąc z pola widzenia to co jest przecież najważniejsze- jakość mojego przyszłego życia.
A nie chcę go marnotrawić na konieczności zarabiania pieniędzy na spłatę dużego kredytu, na zamianę fantastycznych wakacji na ametysty na ścianie, na czynienie oszczędności, nie daj Panie Boże na kosmetyczce i przyjemnościach, o nie!
Rezygnuję więc bez żalu z pięknych (och jak psiakostka pięknych!) dębowych, olejowanych dech za 40 tysięcy stąd, z cudnej urody włoskich płytek do łazienki za 30 tysięcy stąd, z kabiny prysznicowej, a właściwie kawałka zakrzywionego szkła za 4 tysiące, z zapierającej dech mozaiki ametystowej , z tego i z tego też.
Postanawiam kupić tylko polskie płytki, tylko polską ceramikę i armaturę, zwykłe podłogi na których będą widoczne ślady szpilek moich koleżanek, a mnie będzie cieszyć ruch w domu.
Mam przyjaciół K.i P. z domem pod Krakowem.
Uwielbiam tam jeździć, bo tych ludzi kocham, a ich dom ma piękną duszę. Na podłodze leżą tanie panele i zwykły dębowy parkiet, ale za to na ścianach wisi siedemnastowieczne malarstwo holenderskie, K. i P. są kolekcjonerami rzeczy pięknych i śmiesznych, przedwojenne figurki baranków wielkanocnych są naprawdę rozczulające. W ogromnej kuchni panuje swojski rozgardiasz, a herbatkę przy kuchennym stole można pić godzinami.
„Parapetówa” była w stylu lat siedemdziesiątych, gospodarze nie przejmowali się podłogą, tańce były szalone!
Mam innych dobrych znajomych, którzy niedawno wykończyli nowe mieszkanie. Za podłogę zapłacili ponad czterdzieści tysięcy, w związku z powyższym zapraszając na „parapetówę” zastrzegli konieczność ściągnięcia butów.
Ja przyszłam w japonkach, moi przyjaciele K. i P. zbuntowali się i butów nie ściągnęli, byliśmy jak powstańcy w tłumie zdominowanych przez podłogę bosych gości. Impreza była drętwa, jaskrawe światło z designerskich lamp zabierało chęć do szaleństw, muzyka sączyła się gdzieś tam daleko z ukrytych głośników, gości snuli się z kieliszkami w rękach, zupełnie jakoś nie zintegrowani.
To jest ładne mieszkanie, jak z katalogu, nie ma duszy, nie jest w nim zaznaczony rys indywidualności, osobowości, kuchnia za 70 tysięcy zniewala funkcjonalizmem, ale onieśmiela brakiem ciepła i kuchenności.
Dla mnie dom musi być domem, tu sobie cenię tradycyjne wartości, jak ja z moimi córkami będę w nim będę szczęśliwa, to uszczęśliwię swoich gości. Przedmioty muszą mieć swoją historię, meble mają być wygodne, kuchnia przytulna, a łazienki ciepłe.
Nic na pokaz, nic dla zrobienia wrażenia i nic na co mnie nie stać.
Trzy razy N, to jest moja filozofia na najbliższe dwa wykończeniowe miesiące.
Poczułam ulgę, no! Przez chwilę zwariowałam, ale na szczęście wróciłam do siebie.
Li.

Notka wpadkowa, bezznaczeniowa.

16 marca, 2010
Życie ciągle zaskakuje mnie swoją nieprzewidywalnością.
Teraz trwam w stanie zaskoczenia nagłą bezsennością, wygoniła mnie z łóżka na tułaczkę po mieszkaniu, skazuje na nocną samotność i ranne podkrążone oczy.
W dzbanku parzy się melisa z pomarańczą, jak ona nie da mi ukojenia, to zacznę czytać drugi tom „Domu nad rozlewiskiem”, po kilku stronach na pewno zasnę, tom pierwszy jakoś zmęczyłam, drugi nudzi mnie od kilkunastu miesięcy, nie mogę przez niego przebrnąć, leży na widoku jak wyrzut sumienia, przecież nie zostawia się nie przeczytanych książek, bo wpadają w czarną rozpacz i stają się wydawniczym dramatem.
Nie jestem w stanie zrozumieć sukcesu tej książki, ale pewnie przemawia przeze mnie zazdrość niespełnionej autorki wydawniczego hitu, którego ciągle jeszcze nie napisałam, ale na pewno napiszę. Kiedyś.
Zabieram się do czytania. Na sam widok okładki ziewam roooozdzierającoooo…, choć rośnie mi ciśnienie, gdy czytam z niej że ma być to polski „Rok w Prowansji”. Znaczy się podróbka, jak chińska Chanel noszona przez posłankę Szczypińską, ale na torebce podobne były przynajmniej litery, a tu podobieństwa brak. „Rok w Prowansji” to jedna z moich najulubieńszych książek, smakowita, barwna, ciepła jak świeża bagietka, chrupiąca humorem, często ją sobie poczytuję, zawsze mam wtedy ochotę na jedzenie, na wino, oliwki, sery i suszone pomidory.
A tu nie mam ochoty na przeczytanie następnej strony. Zakładam jednak możliwość, że się nie znam, starzeję, marudzę i wybrzydzam.
A co na to Lec?
Myśleli, że dzieło to czytałem z wypiekami na twarzy. A to były rumieńce wstydu.
Li.

Zaczynam wspominać, chyba się starzeję :)

14 marca, 2010
O północy przywiozłam moje starsze dziecko z lotniska. Wykończone i spalone na Mulatkę z bardzo wyraźnymi białymi „okularami”. Oczywiście w kwestii kremów z wysokim filtrem nie słuchała matki i teraz ma dwukolorową twarz.
Starsza leciała z Monachium w niezłym towarzystwie- kardynała Macharskiego, jego świty i całej ekipy skoczków narciarskich z Małyszem na czele. Znaczy się opieka boska nad samolotem była szczególnie wzmocniona.
Cieszę się, że jest zadowolona i wypoczęta, a najbardziej cieszę się, że była z moim bratem- widzę, że jest jej potrzebny męski punkt widzenia na pewne sprawy, a na swojego ojca liczyć przecież nie może.
Nie cieszę się za to z tego, że coraz częściej będzie podróżować beze mnie- w czerwcu leci do Niemiec na tydzień na szkolną wymianę, a pod koniec czerwca do Anglii na dwa tygodnie do mojej starej znajomej.
A historia tej starej znajomości miała swój początek na Rynku w Krakowie, dwadzieścia lat temu,
podczas II Festiwalu Kultury Żydowskiej, gdy zostałam zaczepiona przez pewną parę- rudego brodacza i śliczną brunetkę. To byli Anglicy, przyjechali na festiwal, gubili się trochę w Krakowie, szukali jakiegoś noclegu. Rudy miał na imię Barney, a dziewczyna Ruth i była z pochodzenia Niemką.
Ależ to było fascynujące towarzystwo! Razem tworzyli duet Rubato, Barney grał na akordeonie, a Ruth śpiewała i grała na gitarze. Zamieszkali u mnie i spędziliśmy razem kilka dni. Przytrafiały nam się niezłe przygody, gdy niespodziewanie znajdowaliśmy się w niespodziewanych miejscach, szalone to były czasy! Poznałam ich z Leszkiem Długoszem, który autorytatywnie stwierdził że Barney jest najgenialniejszym akordeonistą jakiego zna, potem (już nie pamiętam jak to się stało, chyba właśnie przez Leszka) Barney który był również stroicielem fortepianów, nastroił fortepian w kinie „Kijów”, gdzie miał się odbyć koncert finałowy festiwalu, bilety oczywiście były nie do dostania, a dla nas załatwił wejściówki jako honorarium za swoją pracę.
Jedynym zgrzytem tych kilku dni było włamanie do auta Barneya, gdzie beztrosko zostawił niezwykle cenną rzecz- schowane w starym, stylowym futerale instrumenty do strojenia fortepianów z końca XIX wieku, wraz z równie starą książką o wszystkich ówczesnych typach i wytwórniach fortepianów i pianin. Bardzo mi było przykro, stało się to pod moim domem, głupi złodziej myślał pewnie, że kradnie coś cennego, a przecież to była rzecz niesprzedawalna. Barney rozpaczał, dla niego był to wielki cios, te instrumenty należały jeszcze do jego pradziadka. I oczywiście, że się nie znalazły, postępowanie przez Policję zostało umorzone wobec niewykrycia sprawcy.
Nie wpłynęło to jednak na naszą znajomość, a wręcz przeciwnie- Barney zakochał się we mnie miłością beznadziejną i zaczął przyjeżdżać do Polski bez Ruth, co było trochę kłopotliwe, ale do opanowania. Ruth przyjechała do mnie jeszcze dwukrotnie, a potem niestety w 1994 roku wyszłam za mąż i wcale zaraz nie wróciłam, za to na dziesięć długich lat skończyło się moje ciekawe życie, byłam tylko żoną, matką i czasem kochanką, jak to klasyczna cura domestica.
Na początku 2000-go roku dostałam od Ruth list, w którym napisała mi, że kupiła w Devon dom, że urodziła dwie córki i że przyjmuje na wakacje osoby zainteresowane nauką angielskiego, jakby kogoś z moich znajomych to interesowało, to… itd.
Przez ostatnie dziesięć lat nasza znajomość odeszła sobie spokojnie w przeszłość, jak wiele innych miłych znajomości umierających naturalnie z powodu braku kontaktu i zmiany okoliczności.
Nie miałam pojęcia co się z nią dzieje, nie wiedziałam jak ułożył sobie życie Barney, ale gdzieś tam jeszcze tłukło się we mnie wspomnienie ich twarzy, a już zawsze gdy po raz kolejny czytałam „Władcę Pierścieni”- dziadek Barneya był pierwszym wydawcą Tolkiena.
I gdy moja Starsza powiedziała mi, że bardzo chce jechać na wakacje do Anglii na obóz językowy, pomyślałam wtedy o Ruth, pomyślałam również, że taka nietuzinkowa osoba na pewno złapana jest w sieć wyszukiwarek, wbiłam jej arystokratyczne niemieckie nazwisko w Google i z prawdziwym wzruszeniem obejrzałam sobie jej zdjęcia w pewnym artykule o prowadzonej przez nią szkole tanga. Dużo jest Ruth w internecie i co najważniejsze- dalej jest taką pogodną osobą jak kiedyś. Wymieniłyśmy kilkanaście maili, czym jest dziesięć lat bez kontaktu wobec całego życia?
Skutkiem maili Starsza jedzie do niej w celach naukowych na dwa tygodnie.
Ruth mieszka w ślicznym miasteczku niedaleko wybrzeża, ma córkę w wieku mojej córki, myślę że dla Starszej- fanatyczki języka angielskiego- będą to świetne wakacje.
Muszę tylko zagryźć swoje ciągle własne zęby i nie histeryzować z powodu jej samotnej podróży- samolotem do Bristolu, a potem pociągiem.
Dziecko twierdzi, że to dla niej będzie pestka.
Hm…
Lubię, gdy niespodziewanie z przeszłości w moją teraźniejszość znowu wchodzą ludzie kiedyś mi bliscy.
Li.

Potrzebne ciepłe myśli do ogrzania zmarzniętej ziemi.

12 marca, 2010
Dziś po północy minęło pół roku od śmierci Ilonki.
Nie ma dnia bym o Niej nie myślała.
Codziennie malując oczy przesyłam Jej uśmiech i całuska, zdjęcie wetknięte w ramę mojego lustra pokazuje Ją taką, jaką chcę Ją pamiętać- piękną i uśmiechniętą.
Dzisiejszej nocy wypiłam z Nią wino, popłakałam sobie i choć łzy były ciepłe jak czuły dotyk, czułam się bardzo samotna, przytuliłam się do psa i skuliłam w kącie kanapy, czując się tak bardzo bezradna wobec nieodwracalności Jej zniknięcia z mojego życia.
Tęsknię, a ta tęsknota jest nie do wyleczenia, to przewlekła choroba do końca życia.
Proszę życzliwych Jej pamięci choć o jedną ciepłą o Niej myśl.
Ta zima taka długa w tym roku, a mnie ciągle prześladuje myśl, że Ilonka na tym cmentarzu strasznie marznie.
Li.

Opowieść o D.

10 marca, 2010
Gdy w środku tygodnia na niczego złego nie spodziewającego się człowieka spadnie taka szewska środa, to trzeba się ratować. Bardzo, bardzo zły miałam dzień…
Pod wieczór więc, w celach ratunkowych pojechałam do mojej przyjaciółki D., w dzień prowadzącej życie poważnej i odpowiedzialnej Pani Dyrektor w dużej angielskiej firmie, a w nocy przemieniającej się w kociego łowcę.
D. niedawno zakupiła „zestaw do bezstresowego łowienia kotów” w postaci wielkiej klatki ze sprytną zapadką i oto co wieczór na Woli Justowskiej, w najnobliwszej dzielnicy Krakowa zastawia pułapkę na bezdomne koty, których tam jest bez liku. D. ma misję- jak najwięcej kotów złowić, wysterylizować, wykastrować, przez kilka dni doprowadzać do porządku we własnej łazience (gdzie metr kwadratowy pięknej szklanej mozaiki kosztował…hm…), wypuszczać, albo szukać domów, dokarmiać, dbać i generalnie prowadzić życie prawdziwej kociary.
D. ma fajnego faceta, niejakiego B. Mawia o nim, że jego jedyną zaletą jest tolerowanie kotów na stole (a ma ich piątkę, albo i więcej), ale to tylko takie gadanie, B. jest ciepłym, miłym, dowcipnym i niezwykle cierpliwym mężczyzną.
Kociarzem stał się niejako przy okazji pożycia z D., zdaje się zresztą że nie miał innego wyjścia.
D. ma wieczne z kotami przygody, moja ulubiona dotyczy historii z pewnym pięknym, acz lekko skołtunionym kocurem, który włóczył się wokół domu D., pewnego dnia wpadł w jej ręce, stracił męskość i gdy dochodził do siebie w jej pięknej łazience, w okolicy pojawiły się ogłoszenia zrozpaczonych właścicieli proszących o informację o ich ukochanym kocurze, w dodatku cennym reproduktorze. No cóż… D. podrzuciła kota pod wskazany adres, licząc na to, że jego gęste, rodowodowe futro przykryje ślady strasznej zbrodni. Pewne jest tylko to, że jego kariera jako reproduktora bezpowrotnie się skończyła.
Inna historia dotyczy wakacji, gdy D. poleciała na Kubę, a B. miał za zadanie opiekować się kotami. Na kilka dni przed jej powrotem, B. wysłał jej sms-a, że przed domem siedzi ciągle jakiś kot, chyba ma zwichniętą łapkę i że B.-prawdziwy bohater i odpowiedzialny mężczyzna, dokarmia go w oczekiwaniu na powrót D. Jakież było zdziwienie i wściekłość D. gdy okazało się, że tym niby bezdomnym kotem jest jej bura Grubcia, na co dzień nie wychodząca na zewnątrz. Musiała wypaść przez okno i przez kilka dni błagalnym wzrokiem wpatrywała się B., by wpuścił ją do domu, rzeczywiście miała zwichniętą łapkę, ech… ale była awantura, że B. nie poznał Grubci, na usprawiedliwienie podam, że B. odróżnia czarnego od rudego, ale burych od siebie już nie.
D. oswaja bezdomne koty i szuka im dobrych domów. Pomimo towarzyskiej natury cierpi na brak „bezkocich” znajomych, nawet ja mam kota od niej, moją piękną Saszę.
Uwielbiam tę kobietę, ma szerokie horyzonty i wielkie serce. Ma też najlepszą na świecie zdolność zorganizowania cudownych wakacji, to z nią byłam w Hongkongu, Singapurze i Indonezji i nie musiałam kiwnąć palcem, a już bilety lotnicze miałam przed oczami.
Ad rem: dziś wieczorem poszłam razem z nią na łowy, postawiłyśmy klatkę w trawie niedaleko „kocich miejsc”, schowałyśmy się w aucie i czekałyśmy na efekt.
A efekt był, a jakże i to zaledwie po pół godzinie czekania! Zwabiony na wołowinkę wpadł do klatki szaro-bury kot. Niestety, wielkie było rozczarowanie D., gdy okazało się, że jest to kotka, którą dwa dni temu złowiła, zawiozła do sterylizacji, a ona okazała się kocurem i to w dodatku już wcześniej wykastrowanym.
Przedstawiłam D. moją ponurą wizję- pozbawiła płodności wszystkie koty w okolicy, albo też wszystkie koty już wiedzą o jej zbrodniczej działalności i omijają okolicę szerokim łukiem.
D. jednak nie traci ducha i nadziei, gdy ją opuszczałam wsadzała do klatki świeży kawałek mięsa.
Wracałam od niej uśmiechnięta i z ogrzanym środkiem.
Li.

Napisałam to dwa lata temu i ciągle myślę tak samo.

10 marca, 2010
Czasem zastanawiam się na ile istnieję?
Są dni, gdy lubię nie istnieć dla świata- wydaje mi się, że jak wyłączę telefon i zamknę się w domu, to już mnie nie ma. A tu figa z makiem- jestem tylko niedostępna.
Jak zakrywam się kołdrą po uszy, chcąc poczuć się bezpiecznie jak w kokonie, też jestem, tylko pod kołdrą.
Gdy wyjeżdżam, to tu mnie nie ma, ale jestem tam.
Wszędzie zostawiam ślady elektroniczne- płacę kartą, podaję NIP do faktury, lokalizują mnie przekaźniki GSM, czasem fotoradary…
Ja siebie w lustrze zauważam, ale dzieci zauważają mnie głównie wtedy gdy mnie nie ma, jestem taką stałą wartością w ich życiu jak powietrze, a czy zauważa się powietrze?
Tylko wtedy, gdy zaczyna go brakować.
Fajny paradoks- zauważyć, gdy nie ma.
Istnieję, istnieję jak cholera, tu i teraz i we wspomnieniach, ze swoimi wszystkimi wadami,
z odrobiną zalet, ale niewielu obchodzi moje istnienie.
To takie małe istnienie- ledwo zauważalne.
Bardzo łatwo można przestać istnieć w cudzym życiu, wyjść z niego bez dania sobie samemu prawa powrotu, zamknąć oczy dotychczas wpatrzone, zerwać więzy nierozerwalne.
A co na to Lec?
Należy żyć przez kalkę, by w razie zniknięcia mieć dowód istnienia.
Li.

O Dniu Kobiet i czymś tam jeszcze…

8 marca, 2010
W Dzień Kobiet, którego nie obchodzę dostałam życzenia i kwiaty.
Największym zaskoczeniem był mój Wykonawca, który rano przyniósł mi prawdziwego i jednego goździka. Goździk jest śliczny i przypomina jako żywo czasy mojej wczesnej młodości (szczęśliwie wystąpił bez obowiązkowych w tamtych czasach rajstop w kolorze cielistym), nie podejrzewałam Pana Zenka o takie subtelne poczucie humoru.
Do pracy przyniesiono mi bukiet róż, ale bez wizytówki co uruchomiło moją wyobraźnię niekoniecznie w pożądanym przez ofiarodawcę kierunku.
Z reguły dostaje się coś od kogoś, od kogo tego czegoś się nie chce, a nic nie dostaje się od kogoś, od kogo pragnie się dostać cokolwiek, odwieczny (nie)porządek świata wprowadzający tylko chaos w emocjach… Ale róże są piękne, stoją w poczekalni, nomen omen… niech czekają… może się doczekają… a może będzie to tylko jego i róż niedoczekanie?
W firmie, gdzie zgodnie z umową mam stawiać się raz w tygodniu na dwie godziny dostałam po tulipanie od każdego pracującego tam mężczyzny, co dało okrągłą liczbę sześciu tu-Li-panów, stoją na biurku i cieszą oko. Odebrałam kilka telefonów z życzeniami, kilka sms-ów, ale nie czuję się jakoś szczególnie wyróżniona jako kobieta, bo jestem nią przecież codziennie.
Najpiękniejszy prezent dał mi elektryk Andrzej- od kilku dni pracował bez wytchnienia, naprawiał szkody po Panu Romku-Prawdziwym- Dzwonku, godzinę temu zameldował mi koniec prac na poddaszu, jutro zabiera się za salon i sypialnię, planuje pracować do końca tygodnia, kable go słuchają, układają się pięknie- internetowe, elektryczne, telefoniczne, będą prowadzić w ścianach poukładane życie, bez nałogów i zbaczania w najmniej spodziewane kierunki.
Znaczy się- idę do przodu.
A moja Starsza przeżywa swoje przygody, linie lotnicze zgubiły jej narty (a właściwie to moje, piękne zielono-złote Atomiki, kupione w tamtym roku!!! Wydarłam je sobie spod serca..), jeździ na wypożyczonych, mój brat nie ma nad nią litości, zmusza do czarnych tras, dziecko płacze, na dole po zjeździe jest z siebie bardzo zadowolone, ale jeszcze nie wie, czy jest super.
Nie sposób w tym życiu się nudzić, tyle ciekawych spraw i sprawek, za mało dnia by wszystko ogarnąć, za mało czasu by dotknąć i posmakować, ale wystarczająco dużo by zjeść cały pojemnik fantastycznych, zielonych jak niedojrzałe śliwki oliwek z Kleparza (druga budka po lewej stronie od wejścia, za kwiaciarnią, oliwki na wagę, takich zielonych i tak dobrych nie jadłam jeszcze nigdy w życiu, już się uzależniłam, Echoes to wiadomość specjalnie dla Ciebie!)
Czeka mnie spokojny wieczór w wynajętym mieszkaniu, do mojego domu mam tylko dwa piętra i jakieś trzy miesiące.
Li.

Gdy dziecko jest w samolocie, we mnie budzą się demony.

7 marca, 2010
Telefon nareszcie mógł z ulgą odetchnąć po przyjęciu w siebie wiadomości o szczęśliwym lądowaniu samolotu w Turynie. Moje starsze dziecko jak zwykle cedzi słowa: dwie godziny temu był „Frankfurt”, teraz zaledwie „Turyn”. Gdy smarkuli odpisałam z nutką matczynej egzaltacji, że „mogę nareszcie spokojnie iść spać”, to w odpowiedzi napisała mi, że „nie wie o co mi chodzi, bo przecież nie jest z babcią i na innym kontynencie”. No tak, ale to właśnie fakt, że nie jest z babcią budzi mój największy niepokój, haha…
Oczywiście wiem, że wróci do domu zachwycona, narciarsko wyjeżdżona i wypoczęta, ale co się namartwię to moje. Przerażająco w tym martwieniu robię się podobna do własnej matki, a przecież nic mnie tak nie złości jak jej wieczne czarne przepowiednie!

Nalałam sobie czerwonego wina i uzbrojona w winny oręż będę walczyć z własną nadopiekuńczością i złudnym przekonaniem, że tylko w mojej obecności dzieciom nic złego się nie stanie. I czasem z lękiem myślę o tym, że moja miłość do nich tak bardzo determinuje moje życie, że nie daję sobie miejsca na nic innego, pocieszam się jednak, że gdyby to „coś innego ” będzie miało być czymś dla mnie ważnym, to wywalczy sobie należne mu miejsce, tak by inne uczucia poczuły respekcik i szacuneczek.
A co na to Lec?
Czy mam złudzenia? A jakże. To są produkty uboczne nieubłaganego racjonalizmu.
Ech… no tak…
Pozostanę w swoich złudzeniach, bo mi w nich dobrze. I dobre jest to wino!
A za Starszą cudownie sobie potęsknię, nawet trochę ją poidealizuję.
Jak wróci to przynajmniej przez dwa pierwsze dni nie wkurzy mnie do granic wytrzymałości.
Są przecież takie dni, gdy moja matczyna miłość jest moim własnym wrogiem, gdy z bezsilności
i złości na jej absurdalne nastoletnie histerie mam ochotę popełnić zabójstwo i to ze szczególnym okrucieństwem. Ale te chwile mijają, a zawsze zostaje mnóstwo czułości. I radość. I duma.
Cieszę się, że jestem matką.
To trudne zadanie, często jestem matką beznadziejną i niekonsekwentną, ale miłość do dzieci to najczystsze i najcieplejsze uczucie jakie jest mi dane w życiu.
Idę przytulić się do Młodszej.
Li.

A Ty, czy masz ważne dokumenty?

6 marca, 2010
Wczorajszy wieczór wzniósł się na apogeum wydarzeń całego tygodnia pełnego wszystkiego, a już najwięcej pośpiechu.
Jedyną przyjemnością była wieczorowa środa, gdy spotkałam się na kolacji we włoskiej knajpce z tą niezwykłą kobietą, szczęśliwie co jakiś czas bywającą w Krakowie.
W czwartek byłam w Opolu, gdzie nareszcie i zwycięstwem zakończyłam sprawę, o której pisałam rok temu tutaj.
Sprawiedliwość jak zawsze jest nierychliwa, długo trzeba było czekać na taki wyrok Sądu, jeszcze tylko musimy znaleźć spokojny sposób egzekucji wyroku i odebrania psychopatycznej matce dziecka bez użycia siły, scen i telewizji.
Najważniejsze, że siostry znowu będą razem, a mój kolega odzyska spokój i przestaną dręczyć go demony. Z nowego związku urodziła mu się trzecia córka, będzie miał co robić. Jego obecna partnerka to miła i ciepła kobieta, wiele z nim przeszła i co najważniejsze absolutnie akceptuje fakt wychowywania z nim dwóch córek z pierwszego małżeństwa, a jak wyrok rozwodowy się uprawomocni, to jadę na ich ślub!
Z Opola wracałam jak na skrzydłach, Sądy nareszcie zaczynają dostrzegać w ojcach równoprawnych rodziców, a doktryna której podstawą było przekonanie, że „lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec” powoli odchodzi w niebyt.
A wczoraj wieczorem, wracając do domu po odwiezieniu Pani Jadzi, mając przed sobą weekend, perspektywę sobotnich nart, wylot Starszej do Turynu, sen i święty spokój, niebacznie przejechałam skrzyżowanie na „późnym” zielonym, stałam się obiektem pościgu policyjnego (no jasne, że w lusterku wstecznym widziałam radiowóz na sygnale, ale żeby to na mnie ???), zostałam poproszona o dokumenty, oczywiście podałam, oczywiście uśmiechnięta przeklinając w myślach nietwarzowy dresik, buty Emu mojej córki i włosy byle jak związane na czubku głowy, ech i tak braki w urodzie zeszły na dalszy plan w obliczu braku ważnych badań technicznych. Badania skończyły mi się wraz z gwarancją auta w styczniu, co za niefart, mnie przecież nawet nie przyszło do głowy, by do dowodu rejestracyjnego zaglądać…
Skończyło się ostatecznie tak, jak każda bajka kończyć się powinna- dobrze i bez przerażającego ciągu dalszego w postaci zatrzymania dowodu rejestracyjnego, mandatu i punktów.
Kończę kawę i jadę do stacji diagnostycznej. I to zaraz, wszak potem jedziemy na narty.
Jestem niezwykle wdzięczna tym miłym, cudownym, wyrozumiałym mężczyznom- gdyby mnie nie zatrzymali jeździłabym dalej w błogiej nieświadomości, aż do czasu jakiejkolwiek kolizji czy wypadku- bez badań technicznych nie ma ochrony ubezpieczenia.
Posprawdzajcie więc swoje dokumenty, a ja znikam na caluśką sobotę, miłego dnia dla Was!
Li.

A takie tam, przed snem…

2 marca, 2010
Wygooglałam satelitarne zdjęcia kamienicy!
Zdjęcia są sprzed pół roku, widać rusztowanie z zieloną siatką, no i nie ma już starego dachu.
Ale historia, z Kosmosu widać Wielki Mur i Wielką Nadbudowę … :D
Znalazłam sobie również i elektryka, choć nie przez Google, a przez stosunki międzyludzkie.
Na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka elektryk wygląda bardzo porządnie, szczęśliwie nie widzę w nim ani grama fantazji, co po przejściach z Panem Romeczkiem uważam za zaletę i conditio sine qua non naszej współpracy.
Rety, jaka jestem zmęczona, straciłam dziś sporo złudzeń, ale i mam jakby więcej nadziei na bliski już koniec mojej budowlanej odysei.
No i będę mieć w kablach uporządkowany ruch elektronów swobodnych, znaczy się -prąd.
To jedyna definicja jaką pamiętam z fizyki!
Li.

Dzień Niepodległości.

2 marca, 2010
No i stało się, co się stać musiało- wywaliłam elektryka.
W związku z powyższym najpierw sobie popłaczę, a potem poszukam innego, wszak nikt nie jest niezastąpiony, a co dopiero taka elektryczna, niesłowna łajza.
Nie wytrzymałam, naprawdę nie wytrzymałam, a zniosłam przecież i hazard i rekina i wieczną niesłowność!
Wczoraj w samo południe wyszedł na godzinę „coś zjeść”. Zadzwoniłam o czwartej, ciągle jadł ale obiecał, że będzie na ósmą wieczorem i będzie „pracować całą noc”.
Widocznie jadł bardzo długie spaghetti, bo oczywiście nie przyszedł i nie odbierał telefonu.
Rano za to przyszli robotnicy i znowu mnie zapytali z dużą dozą złośliwości, kiedy przyjdzie elektryk. Nigdy!
Nigdy, nigdy, nigdy, nie chcę go już widzieć, nagrałam mu się na pocztę, zaraz zadzwonię do mojego kolegi, niech go sobie zabiera i rzuci rekinom na pożarcie.
Kłopoty to przecież moja specjalność, dam sobie radę, tylko jeszcze trochę sobie popłaczę nad swoją naiwnością i wieczną wiarą w ludzi i elektryków.
A w pokoju młodszej córki są wywalone w ścianie dwa otwory wentylacyjne, za to w pokoju starszej córki nie ma ani jednego.
Pomyliło się coś chłopakom, wszyscy oni to jedna wielka rodzina z kuzynem elektrykiem.
Będę szczęśliwa jak nareszcie się od nich wszystkich wyzwolę.
Li.

Chwilowo życie bywa znośne.

1 marca, 2010
Życie cudem jest- zwłaszcza w taki poniedziałek jak dziś, gdy pierwszym odebranym telefonem jest telefon od elektryka i to z budowy.
Pan Romeczek wrócił z nadmorskiej wyprawy i zajął się moimi kablami. Hura!
I od razu odpukuję w nieumalowaną swoją główkę, a kysz, kysz pechu i siło niefartu nieczysta. Całkiem spokojnie wypijam więc drugą kawę i zaraz idę na inspekcję.
Odpoczęłam na wysokościach, górskie powietrze wywietrzyło mi z głowy myśli niespokojne, inne leżą gdzieś w zakamarkach umysłu przywalone przyjemnościami, wyjazdy z domu są konieczne dla zmiany widoków, szczególnie tych na przyszłość.
A przyszłość swą widzę świetlaną, będę mieć dom, a reszta jakoś się ułoży, jeszcze tak nie było, żeby nie było.
A co na to Lec?
„Nie ma tego złego, co by… Gdy Ikar z Dedalem spadli, stali się aniołami, wyrosły im własne skrzydełka i mogli potem fruwać, ile ich dusze zapragnęły”.
Najważniejsze, by w każdej złej, beznadziejnej, fatalnej, przygniatającej nas życiowej sytuacji znaleźć jaśniejszą stronę.
Zawsze jest taka jedna wolna od cienia, to bezcień.
Trzeba w niego wejść i kurczowo trzymając się nadziei na dobre życie, nie dać się z niego wyrzucić.
Li.

Wiadomości z pierwszej ręki.

26 lutego, 2010
Za tydzień mój ukochany brat zabiera na narty w Alpy moją starszą córkę. Na cały tydzień!
W tej cudownej sytuacji widzę tylko jeden minus- szkoda, że nie zabiera mi dwóch córek.
Ale co tam- zawsze to o jedno śniadanie do robienia mniej, będę mogła rano spać pięć minut dłużej. Łaknę snu, a ciągle siedzę nocami w bezsenności, bo mi szkoda czasu na sen, ech- kto zrozumie kobietę…?
Moje włoskie narty w marcu odwołane, nie mogę jechać, umarłabym z tęsknoty- nie zostawię mojej budowy samotnej, bo kto dopilnuje montażu schodów, kto pokrzyczy na robotników, że palą w moim salonie, wszak nawet na tarasie jest zakaz palenia, kto wymyśli kolor ścian na klatce schodowej kamienicy, kto będzie robił Wykonawcy poranną kawę z mlekiem i z syropem z agawy, kto wreszcie dopadnie elektryka, który dwa dni temu uciekł mi aż nad morze (czyta mnie ktoś z Mielna? Potrzebuję kogoś zabić!).
Tym razem jednak powód jaki mi podał telefonicznie celem usprawiedliwienia swojej nieobecności jest very poważny: otóż podobno w Mielnie, w tzw. mini-oceanarium zdechł pewien rekin i w związku z powyższym obecność mojego elektryka jest tam niezbędna. Rekin zdechł z powodu awarii instalacji elektrycznej i tylko mój, tylko mój kurwa elektryk jest w stanie tę instalację naprawić, choć rekinowi życia nie wróci.
Doprawdy, aż dziw że nie rozpiera mnie duma z powodu „mienia” TAKIEGO kurwa elektryka.
Mam poważne obawy, że wcześniej zelektryfikują cały Gabon niż mój dom.
Nie mogę sobie wybaczyć, że po aferze hazardowej dałam mu szansę rehabilitacji, odpłaca mi się cudownie- ciągle nie mam prądu, więc nie mam gazu, więc… i oczywiście żaden inny elektryk nie tknie rozgrzebanej roboty po tym draniu.
Kurwa, a nie elektryk i zdania nie zmienię.
Li.

Niepożądana codzienność.

25 lutego, 2010
Czwartek-od-rana-nic-nie -wartek, bo, albowiem, ponieważ:
1. kominiarze sobie nie przyszli na odbiór kominów, wentylacji i kto ich tam wie czego jeszcze.
2. elektryk sobie nie przyszedł na dokończenie tablicy rozdzielczej.
3. przyszła za to sobie po raz kolejny Straż Miejska i po raz kolejny nie przyjęliśmy mandatu.
Tym razem za rozładowywanie o siódmej rano materiałów budowlanych pod kamienicą „jeden metr od przejścia dla pieszych”, na którym nota bene rzadko widać jakiegoś pieszego.
Czysta, żywa złośliwość instytucji głównie najwyraźniej powołanej do ściągania pieniędzy do budżetu miasta. Taka sobie Straż Windykacyjna. Uhhh… aż się gotuję! Idę na rozmowę z Komendantem Straży, przepis przepisem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie, wszak nie ma innej możliwości rozładowania materiałów i załadowania odpadów, mam nadzieję że to mu jasno wyłożę.
No i jak mam bujać w obłokach, pisać lekkie i błyskotliwe notki, jak tu rzeczywistość skrzeczy mi za uchem, problemy pchają się bez kolejki, a telefon nie milknie od złych wiadomości?
Apage satanas, ja marzę, marzę o tej chwili, gdy-już-będzie-po-wszystkim, gdy w ciepły, letni poranek nie będę musiała nigdzie się spieszyć, nie będę musiała słuchać budowlanych odgłosów, tylko skupię się na podlewaniu kwiatów na tarasie i kubku z kawą. Z poranną gazetą w tle.
Już niedługo będę w raju, gdzie wszystko będzie działać jak trzeba.
Szkoda tylko, że droga do raju musi przejść przez piekło, hehe :)
W sobotę jedziemy na narty, aż do samiuśkiej niedzieli, hej!
No i oczywiście nie omieszkam wymoczyć swego udręczonego ducha w gorących źródłach, należy mi się jak nie wiem co!
Li.

Wcale mi się nie chce, ale muszę.

23 lutego, 2010
W celu realizacji moich szaleńczych wykończeniowych pomysłów musiałam wystąpić o kredyt.
Tym samym nagle stałam się dla banku jednostką podejrzaną i wymagającą przeprowadzenia procesu lustracyjnego, do granic absurdu włącznie.
Ilość niezbędnych dokumentów, oświadczeń, zaświadczeń i innych dawno przekroczyła moją zdolność percepcji. Zamieniam się więc w automat do przynoszenia tego i tego i przestaję dziwić się zaiste idiotycznym zasadom liczenia zdolności kredytowej, a już na pewno kosztów utrzymania.
Przestaję dziwić się panience w banku bardzo zdziwionej, że nie pracuję na etacie (no jak to? Przecież każdy powinien mieć jakiś etat!).
Przestaję zastanawiać się nad meandrami (nie)polityki bankowej, która działa na tyle zniechęcająco, że zaczynam tęsknić do instytucji zwykłej skarpety. Nie cierpię tłumaczenia, wykazywania, udowadniania i czekania.
Ale najbardziej nie cierpię tego, że nie potrafię oszczędzać i że przez swój rozrzutny tryb życia znalazłam się oto w piekle formalności kredytowych.
Od dziś wprowadzam nowe zasady- i gdy usłyszę tylko „Mami, daj kasę”, to zabiję.
Tym samym wzrośnie mi zdolność kredytowa, bo przynajmniej jedno forsożerne stworzenie zniknie z rubryczek formularza. Co ciekawe, bank nie bierze pod uwagę alimentów, które przecież idą na utrzymanie dzieci, w całości obciążając mnie kosztami ich utrzymania.
Czyli te alimenty, to co? Na waciki?
Li.

O tym, że prawda zawsze zwycięży i że nie należy ufać "śniegołapom".

20 lutego, 2010
Wczoraj przed południem wybiegłam z domu, bardzo spiesząc się na służbowe spotkanie.
Przed kamienicą wpadłam w sam środek afery śniegowej- z naszego spadzistego dachu, mimo „śniegołapów” zsunęła się potężna połać zmrożonego śniegu i spadła na bogu ducha winnego przechodnia.
Afera, otrzepywanie, ugłaskiwanie, dawanie wizytówki, oglądanie nieistniejących ran, wysłuchiwanie o „długofalowych skutkach uszkodzenia mózgu”, ufff.. trochę to trwało, na spotkanie wpadłam spóźniona usprawiedliwiając się opisem sytuacji. Widziałam jednak w czekających na mnie męskich oczach pewną nutę podejrzliwości i niedowierzania, no cóż- nie każdy bez zastrzeżeń wierzy kobiecie.
Dziś w południe te same oczy przywiozły mi do domu ważne dokumenty.
Zaparkowały te oczy pod kamienicą (notabene na zakazie) i nie zdążyły wysiąść, gdy kolejna połać śniegu spadła prosto na dach ocznego auta. Usłyszałam huk, wybiegłam przed dom, a tam kolejna afera, skądinąd słuszna, aczkolwiek nie rozumiem wobec tego jaką rolę na dachu mają odgrywać te nieszczęsne „śniegołapy”?
Skutek jest taki, że oczy uwierzyły mi jednak w przyczynę piątkowego spóźnienia, zaalarmowana administratorka przysłała na ratunek syna, sama stojąc na straży na dole, a ja z rzeczonym synem i przybyłym do mnie kolegą T. zrzucałam śnieg z okien na poddaszu, z dziką zawziętością traktując go miotłą.
A teraz czekam na powrót Młodszej z basenu i jedziemy na wieś za miasto do moich przyjaciół, muszę nareszcie zażyć trochę sobotniego spokoju…
Li.

Piątek jest przeważnie zmęczony.

19 lutego, 2010
W piątki rozum zaczyna wcześniejszy weekend i tylko zalanie kawą zmusza go do minimum aktywności.
Wczorajsze słońce porzuciło miasto łamiąc mu serce mgłą, brudnym śniegiem i koniecznością pracy. Dostaję od tego naocznej niestrawności, zamykam się więc na zaokienne (nie)widoki i pijąc kolejną kawę z żółtego, słonecznego kubka w białe kropki trwam w bezmyślności, udając że jestem w pogodzie ducha i dobrym humorze.
A co na to Lec?
Czasem trzeba przestać myśleć, aby zorientować się w sytuacji.
:)
Li.

Zwierzenia z wiosną w tle.

18 lutego, 2010
Nareszcie udało się spędzić współwłaścicieli kamienicy w jedno notarialne miejsce i uporządkować bałagan w stanie udziałów, piwnic i nadbudowy. Nie ma to jak porządek prawny, a ja jestem nareszcie samodzielnym paniskiem, Pani Na Nadbudowie hehe… Cieszę się, bo to kolejny krok, nieważny dla ludzkości, ale za to jaki ważny dla mnie!
Pogoda też poczuła, że rzecz jest warta uczczenia i śnieg z nadmiaru emocji topnieje w oczach. Jestem bardzo zmęczona, zasypiam na fotelu u ulubionego dentysty, robię śmieszne błędy, suszę włosy nie włączoną do prądu suszarką, ciągle coś gubię, zapominam, błądzę, ale przy aktywnym życiu utrzymuje mnie myśl, że jeszcze tylko kilka miesięcy i będę mieszkać w swoim własnym domu. Dość mam już tej wynajętej bezdomności, dość zimnej kuchni, dość urywanej ciągle klamki od drzwi wejściowych, dość, dość, dość!!!
A wiosną, po zimnej Zośce posadzę na moim pięknym dużym tarasie morze kwiatów, usiądę sobie na najwygodniejszej tarasowej kanapie, jaką tylko będę mogła kupić, postawię na stoliku z widokiem na dachy Krakowa kubek z cafe latte i będę mieć zuchwałe przekonanie, że los może mnie pocałować prosto w nos. O!
No! Rany boskie, nawet nie macie pojęcia jaką radością jest dla mnie każda cegła, każda ściana, każda rura, nawet na byle druty sterczące ze ściany patrzę z miłością. Już kocham ten dom, kocham go z każdym dniem coraz bardziej. Czuję w nim taką dobrą energię, bijące ciepło i zapach lawendy w szafie z butami. Czuję poczucie bezpieczeństwa i silnej rodzinnej więzi. Znowu będę mogła wrócić do cudownego zwyczaju zapraszania gości na kolacje i gadania przy winie do białego rana. Znów będę mogła kupować obrazy, łososiowe szkło i wszystko to na co mam ochotę, a na co teraz nie mam miejsca.
A w sypialni będę mieć baldachim, jak królować to na całego.
:)
Li.