Obchodzi mnie życie, nie mam czasu na nic innego.

14 stycznia, 2010
Przeklinając głośno swoją nadzwyczajną umiejętność braku organizacji i zostawiania ważnych spraw na ostatnią chwilę, snuję się smętnie pomiędzy laptopem z otwartym pozwem do napisania „na dziś”, a trzema walizkami, które również dziś ze mną i córkami za jakieś dwanaście godzin mają znaleźć się w samolocie.
Optymistycznie rzecz ujmując mam jeszcze sporo czasu, bo spać nie zamierzam, wolę snem kamiennym przespać lot, wolna wtedy od natrętnych myśli o tajemniczych prawach fizyki unoszących samolot do góry.
Ech, kupiłam dziś funty i zaczęłam się cieszyć.
Dwa tygodnie oddechu podrasowanego londyńskim smogiem, beztroskiego dolce far niente, snucia się pomiędzy różnistymi naocznymi pięknotami, poszukiwania figurki londyńskiego kota, bo z Londynu kota jeszcze nie mam, niech to będzie czas cudownie marnotrawiony!
Smutna już byłam od zmęczenia i pracy, a im jestem starsza tym bardziej jestem przekonana, że nie do ciężkiej pracy zostałam stworzona, choć niestety mam również niezbitą pewność, że do lekkiej też nie…
Daleka ostatnio od spraw blogosfery nie mogę jednak nie zauważyć konkursu na Bloga Roku.
Po ubiegłorocznej molekulkowej hecy mnie się już nie chciało startować, choć za każdym razem dzięki Waszym głosom dochodziłam do finału. To są jednak dawne czasy- teraz mam poczucie, że piszę beznadziejnie, gdzie mi tam do dawnej Licencji.
Ale za to w konkursie walczą moi czytelnicy i znajomi.
Proszę- wyślijcie sms-a na bloga Di– ona robi najpiękniejsze kolczyki w całej blogosferze :)
Jeden sms to koszt 1,22. Dochód tradycyjnie przekazany jest na cele charytatywne.
Numer Di to: H00020 (to są zera), na numer 7144.
Klaudia Maksa, czyli anne-marie walczy w tej samej kategorii co Di: numer H00813.
To są dwie bardzo fajne kobiety, same nie poproszą, ale proszę ja. Zasługują na uwagę!
A teraz moi drodzy, żegnam się ciepło, bądźcie niegrzeczni najbardziej jak się da!
Odezwę się z Londynu,
miłego dla Was
Li.

Nowy poniedziałek.

4 stycznia, 2010
Pierwszy poniedziałek nowego roku zaczęłam zabójstwem budzika, walnięty moją subtelną i pełną czułego dotyku dłonią zamilkł z wrażenia na wieki.
Przeciągam się mocno i wyciągam za uszy z ubiegłorocznego lenistwa, ostatnie dwa tygodnie roku zakończone łagodnym sylwestrem przy kominku w domu na wsi u moich przyjaciół skutecznie pozbawiły mnie chęci do zawodowej aktywności na rzecz sybaryczenia i konsekwentnego hedonizmu.
A tu roboty huk, do wyjazdu na ferie do Londynu zostało mi tylko jedenaście dni!
– Mami, będziemy zwiedzać w Londynie te wszystkie muzea? zapytała moja starsza córka, a ja prawie pękłam z dumy, że mam takie intelektualnie do rzeczywistości nastawione dziecko
– No jasne, pójdziemy do British Museum i Galerii Narodowej, do Tate Modern, mamy mnóstwo pięknych rzeczy do zobaczenia!
-Eeee nieeee, no co Ty Mama, ja myślałam tylko o figurach woskowych i London Eye!
To by było na tyle, jeżeli chodzi o muzealny entuzjazm mojej córki.
Ha! Ale i tak im nie podaruję!
Piję sobie łagodną kawę, słucham jak za oknem szurają robotnicy, koty śpią obok mnie, pies śpi pod moimi stopami, grzeje mnie jak piecyk, a ja wstaję do życia z poczuciem, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, minęła nareszcie żmija numer 2009, niby niepozorna kombinacja cyfr, a niosąca w sobie tyle skumulowanych nieszczęść, problemów i zawodów.
Przeżyłam i teraz czas na nagrodę, jak po burzy słońce, tak po złym roku dobry rok, to odwieczne prawo przyrody, nie do obalenia.
Li.

Wiecie co? Idzie zmiana!

31 grudnia, 2009
Wstałam w środku nocy budząc koty i gwałcąc uśpioną ścianę kamienicy zapalonym prostokątem światła.
Postałam w jasnym oknie z kubkiem herbaty patrząc na zaokienny kawałek świata-podobno pantha rei, a widok za oknem uparcie stoi w miejscu.
Zawsze wolna od postanowień i noworocznych deklaracji, corocznie lekceważąca noworoczne oczekiwania, dziś jednak pragnę, by ten najgorszy rok odszedł ze swoim nadbagażem i nigdy już nie trafił do mnie z powrotem.
Weszłam w swoje głęboko ukryte pragnienia i rozpaliłam w nich nadzieję, dokładam im myśli i marzeń, niech buzują, niech znowu zrobi się ciepło i jasno w moim świecie, niech w tej jasności znowu zaiskrzą jak ulubiony złoty puder niegdysiejsze cieszące mnie drobiazgi, niech znowu chce mi się szukać radości, przypiąć do płaszcza czerwoną różę, niech wróci do mnie żelazna konsekwencja w szukaniu życiowych przyjemności, niech…
To naprawdę był fatalny rok. nie chcę więcej takich dni.
Nieistotne, że zbudowałam dom.
Kupa cegieł i betonu nie zrównoważy niedwracalnych strat w ludziach, emocjach i przyjaźni.
To nie był dobry rok, bo po raz pierwszy w moim życiu miałam dni, których nie chciało mi się przeżyć, nie znane mi nigdy wcześniej stany depresyjne, jakieś cholerne zniechęcenia, jakiś brak radości i najgorsze z najgorszych- dni, w których traciłam wiarę w człowieka.
Tyle było smutku u bliskich mi ludzi, zalewały mnie jego fala, a ja przecież kiepsko pływam, czułam że idę na dno, od płaczu traciłam oddech, powoli umierałam na życie…
Ale wiecie co?
Jestem pod moim pancerzykiem skorpiona mięciutka i wrażliwa na bodźce, nawet te które dopiero się rodzą, przeczuwam stany, które dopiero kiełkują, i dziś jak nigdy czuję zmiany, wielkie zmiany!
Nie tylko dla mnie to był fatalny rok i siła ludzkich zawiedzionych nadziei i oczekiwań wyzwoliła nieznane siły przyrody, podgrzane przez kosmiczne promieniowanie z gwiazdek z nieba płyną do nas falą ciepła, energii, chęci, jasności i radości!
Niech to będą choćby tylko stare podgrzane miłości, nowe twórcze zauroczenia, ciepłe spojrzenia, kosmiczne pomysły z ziemskim wykonaniem, czuły dotyk, uśmiech, śmiech, poranna kawa w łóżku, wieczorny masaż, ech!
Idzie zmiana, wyczuwam ją swoim radarem, a gdyby zatrzymała się gdzieś po drodze, to sięgam po broń ostateczną- czary-mary i odczaruję cię zły losie, mam jeszcze w sobie trochę siły, nie złamałeś mnie do końca, jeszcze potrafię ci się przeciwstawić, dość już tego poniewierania mną w codzienności!
Odczaruję cię zły losie i pójdę kupić sobie czerwone szpilki, mój fetysz przeciwko szarości.
Czary-mary, chcę znowu żyć!
Li.

Jestem, bo gdzie mam być, jak nie tu i tu?

28 grudnia, 2009
No!
Jestem, wróciłam stamtąd, dziękuję- było cudownie.
Od pewnego czasu chciało mi się nic, więc oddawałam się nic-nie-robieniu z ochotą, instynktownie czując, że jest mi to potrzebne do odnowienia zasobów energii, bo czułam już swąd samospalania się, zabijał woń moich perfum.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki: jeden naprzód, drugi wstecz.
Spałam więc pół doby, pracowałam jeno dla podtrzymania mitu kobiety pracującej, przepuszczałam wielkie pieniądze na kosmetyczkę i jej kojący dotyk pełen dobroci dla mojej skóry, dużo czytałam, oglądałam stare filmy i nareszcie zaczęłam znowu wychodzić wieczorami z domu.
A co na to Lec?
Nienawidzę samotności, bo zaczynam w niej tęsknić do tłumu.

Dziś mam w sobie prężnie działającą elektrownię jądrową, chce mi się wszystko, a najbardziej żyć i z życia korzystać.
Mam nadzieję, że uporałam się ze smutkiem i żałobą, schowałam Ilonkę w wygodnym miejscu w mojej głowie, niech ze mną żyje, tańczy, wykańcza dom, starzeje się, była prawdziwą przyjaciółką, takiej przyjaźni nie odstawia się w niebyt niepamięci.
A co na to Lec?
Jestem realistą, nie mogę zamykać oczu na surrealizm życia.
Byłam wczoraj wieczorem w kinie na „Millennium”, gnana ciekawością co można zrobić z książki, która przykuła mnie do siebie na trzy noce. No i można, choć liczne w książce wątki zostały pocięte jak karp na dzwonka i chyba trudniej ogląda się ten film komuś, kto książki nie czytał.
Dobrze też, że nakręcili go Szwedzi, są szwedzkie krajobrazy, w których odbija się echo Bergmana, a nie ma amerykańskiej sensacji i zmieniających się szybko kadrów.

Wczoraj moja córka uświadomiła mi, że za niecałe trzy tygodnie lecimy do Londynu, o rety! Dla spokoju ducha muszę więc nadrobić zawodowe zaległości, każde moje lenistwo ma swój ogon, wlokący się potem przez noce i dni.

A mój przyjaciel H. z Warszawy zaprosił mnie na narty w marcu do Włoch, już postanowiłam, że jadę i niech się dzieje co chce, a najlepiej by z tego powodu nie działo się nic. Córki wyraziły zgodę, Pani Ewa dała się zaklepać do tygodniowej opieki nad nimi, plan jest, teraz tylko trzeba się go trzymać i pochodzić na siłownię celem przypomnienia sobie, że ma się gdzieś tam ( jeszcze głęboko ukryte) mięśnie ud!
No i niech wtedy drżą alpejskie niebieskie szlaki, bo to właśnie piękny kolor niebieski trasy preferuję podczas moich szaleńczych zjazdów.
Budowa stoi i schnie.
Ech… jest jak jest.
No!
Li.


Spokojnych Świąt.

24 grudnia, 2009
Czasem marnotrawiłam swój czas, gdy przepływał mi pomiędzy palcami w niezauważeniu, zlekceważony mścił się swoim brakiem na sprawy ważne.
Mój czas teraz pędzi, lawirując pomiędzy sprawami i o ostre kanty problemów obija moje kolana, a gdy dostaję od niego luksus wolnej godziny, zasypiam jak dziecko.
Dziś czterdzieści, jutro pięćdziesiąt- mam tylko pewność, że liczba moich dni nigdy nie będzie mniejsza niż chwilę temu.
Ale tego ostatniego roku mojego życia nie żałuję, były tam dni tak smutne, że nie chcę ich pamiętać i żałować.
Dziś Wigilia, spędzamy ją razem z Rodzicami Ilonki, pewnie popłaczemy z tęsknoty, pewnie porozdrapują się rany, w naszej pamięci Ilona prowadzi swoje życie, przecież widzę jak uśmiecha się do mnie w mojej głowie, czuję że mnie pilnuje ten mój kochany Anioł Stróż, mam teraz osobistą ochronę, taką która nigdy mnie nie zostawi.
Nic nie jest tak samo, ale jest inaczej.
I wiem, że będzie dobrze bo nie może przecież być inaczej.
Życzę Wam szczęścia, nawet jeżeli tym szczęściem miałby być tylko jakże niedoceniany brak nieszczęścia.
Wszystkiego dobrego,
Li.

Kocham Li i Leca.

16 grudnia, 2009
Przerwa jest konieczna, gdy ciągle się biegnie i z braku kondycji brakuje oddechu.
Albo gdy trzeba być w kilku miejscach w tym samym czasie, a dysponuje się tylko jedną swoją osobą.
Albo gdy z pośpiechu maluje się tylko jedno oko i wyraźnie widzi się to dopiero w lusterku samochodowym na kilka minut przed ważnym spotkaniem.
Albo gdy zapomina się o czymś, o czym miało się pamiętać i nie zapomnieć.

Potrzebowałam przerwy od życia, ale jego bez niedwracalnych konsekwencji przerwać się nie da, zrobiłam więc sobie przerwę od pisania bloga, bo w tym wirtualnym życiu mogę umrzeć i zmartwychwstać piękna i pełna sił.

Żyjąca we mnie Li pobudza mnie do życia, despotycznie rządząc się w moim środku i drapiąc prosto w najbardziej wrażliwe miejsca- ona nie wie jakie to uczucie, gdy nie chce wstać się z łóżka w zaokiennych szarościach, gdy ciepła kołdra w tych niebezpiecznych czasach daje takie poczucie bezpieczeństwa, że chce się spędzić w jej otuleniu cały dzień.
Li nie wie, jak boli głowa, gdy tłuką się w niej myśli niewesołe.
Li wyśmiewa moje obawy i lęki, jest bezlitosna w kpinach, aż w końcu doprowadza mnie do łez ze śmiechu z powodu mojej „żałosnej życiowej sytuacji”, wysyłając na budowę, gdzie zaczynam pękać z dumy, że „jam to nie chwaląc się uczynił”, a wtedy zapominam o kredycie i takich tam innych stresujących sprawkach…
Li zawsze lecpamięta, że wszystko mija nawet najdłuższa żmija, że nawet gdy się poluje na słonie, trzeba czasem zabić pchłę, że życie zmierza tam, gdzie ty, dopóki idziesz.

Moja kochana Li!
Zmusiła mnie do całoniedzielnego pławienia się w basenach termalnych, do zafundowania sobie pachnącego pomarańczami masażu, do wizyty u kosmetyczki, do zakupu pięknych wysokich butów, do wizyty na siłowni, do życia.
Moja kochana Li!
Wyśmiała moje ponurości, przygnębki, smuty-druty, snubrakowacze, wiarybraki, życianiechciaki- wyśmiała, bo to pójście na łatwiznę, poddanie się aurze, szaremu niebu, mrozowi i grypie.
Trzeba żyć, nie ma innego sposobu na życie.
A co na to Lec?
Czyny nie zaistniałe wywołują często katastrofalny brak następstw.
O!
Trzeba żyć i iść, bo kto wie co za rogiem…
Lec twierdzi, że za rogiem jest zawsze kilka nowych kierunków, a ja mu wierzę.
Li.

Żale kobiety budującej dom.

8 grudnia, 2009
Nie mam najlepszego humoru, ale kto by miał w mojej sytuacji?
Zamknęłam się w pokoju, ale nie chroni mnie to przed hałasem i pyłem wciskającym się z przedpokoju.
Koszmar wymiany starej rury kanalizacyjnej od strony mieszkania właśnie się ziszcza.
Dzwonek od rana stracił dech z przepracowania, natłok chętnych do rozmowy ze mną i „czegoś ode mnie chcenia” Panów Zenków, Stasiów, Jacków i Piotrusiów wyjątkowo dziś mnie rozdrażnił.
No bo skąd mam wiedzieć kiedy przyjdzie elektryk? Jak wiatr zawieje to przyjdzie…
Albo kiedy L. zadecyduje, gdzie ostatecznie chce grzejniki? Czy ja jestem L.?
Budowa wkracza w fazę pośpiechu, nerwów i wyścigu z czasem.
To już nie jest to spokojne układanie cegieł w gorący, sierpniowy dzień, a naczynie połączone z kolejnym naczyniem, bez opróżnienia jednego, nie można napełnić drugiego.
I tak:
Dopóki L. nie zdecyduje, gdzie chce grzejniki, dopóty nie będzie u niej wylewki.
Jak nie będzie u niej wylewki, to nie będzie skończona elewacja od podwórka, bo nie będzie można zdjąć windy, którą transportuje się materiały budowlane na trzecie piętro.
Jak nie będzie ściągnięta winda, to nie będzie u mnie wprawione okno w sypialni, stanowiące obecnie wejście do windy. I tak dalej!
Wisienkę na torcie stanowi mały, biały kot Bobcio, który wpadł w sam środek pyłu i sadzy i jest teraz szary. A Szarego już mam.
I zostanę sobie taka wściekła conajmniej do południa, a co!
Gdyby tylko los zesłał mi kogoś na kim mogłabym się wyładować, uch!
;-)
Li.

Prezentologia.

6 grudnia, 2009
Prezenty rozdane.
Starsza nie ma już złudzeń co do osoby Mikołaja i list przysłała mi mailem.
Młodsza miota się jeszcze między dziecięcymi złudzeniami i podejrzliwą pewnością, ale na wszelki wypadek napisała tradycyjny list do Mikołaja i położyła go na parapecie. Rozczulił mnie zdaniem na końcu długiej listy- „Kochany Mikołaju, jak nie dasz rady przynieść mi wszystkiego co chcę, to powiedz Gwiazdce”. No to Gwiazdka już wie.
A ja kupiłam sobie piękną, dużą, czarną torebkę, kilka płyt i książek, mikołajowa okazja do zakupów uwalnia mnie od poczucia winy i myślenia o wydatkach budowlanych, jedna torebka to dwa grzejniki, taki przelicznik natychmiast uruchamia niepraktyczną stronę mojej natury i wybór jest jasny!
Chciałabym wierzyć, że przede mną wiele jeszcze torebek, płyt i książek, chciałabym wierzyć, że panuję nad swoim życiem i potrafię nim spokojnie sterować, chciałabym wierzyć, że jeszcze się zakocham, chciałabym wierzyć, że będę przy moich córkach jak najdłużej, że poznam ich rodziny, że sprawdzę jak to jest mieć sto lat, ale ostatnie przygnębiające wydarzenia i ciągle dochodzące do mnie wieści o nagłych, ciężkich, nowotworowych chorobach znajomych, budzą we mnie lęk, że TO może dotyczyć i mnie.
Bo dlaczego nie? Jaką mam pewność, że los będzie chciał długo, rok po roku prezentować mi kolejne lata?
Smutne myśli są ciężkie od problemów i przyduszają sobą radość życia. Czasem potrzebuje ona bodźców, by się spod nich wygrzebać i poszybować do oczu, by nadać im blasku, czasu by zejść do ust i wygiąć je w uśmiech, to małe radości budują życie.
Będę więc w samoratunkowym celu nierozsądnie wydawać pieniądze na rzeczy mi niepotrzebne, dla życiowej i babskiej radości, dla chwilowej beztroski, bo trzeba szukać radości gdzie się da, czasem nawet i w sklepie z torebkami.
Li.

O tym samym.

4 grudnia, 2009
Zmęczona jestem.
Chcę zdobywać świat, ale świat wcale nie chce być zdobywany i stawia zbrojny opór strzelając do mnie jak do tarczy postawionej samotnie w polu.
Całe moje obecne życie podporządkowane dzieciom, budowie i pracy (kolejność przypadkowa) kosztuje mnie takie megawaty energii, że wieczorami wyłączam telefon i pogrążam się w letargu z herbatą z melisy w tle.
Nie zauważyłam Andrzejek, nie zauważę pewnie Sylwestra, albo się starzeję nagle i bez ostrzeżenia, albo taka karma i jeszcze trochę muszę przetrwać.
Czytam, bardzo dużo czytam. Czasem do rana, nie mogąc oderwać się od książki, w związku z czym jestem potem zmęczona, w związku z czym marudzę, ech…
Trzy ostatnie noce poświęciłam na trylogię „Millennium” Stiega Larssona, nie mogłam od niej odejść, to mroczna, fascynująca i świetnie napisana książka. Tomiska są obiecująco grube, każde ma ponad sześćset stron, połyka się je nie czując nasycenia.
A na budowie totalny bałagan, plątanina rur, kabli i miotających się pomiędzy nimi facetów w strojach roboczych, nic ciekawego, zaglądam tam bez zapału raz dziennie, rejestruję wylewkę na tarasie i wychodzę bez emocji. W końcu kiedyś ten bajzel się skończy.
Zabieram się do pracy, jedyny pożytek z piątku jest taki, że jest przed sobotą.
I tak sobie myślę, że to ten snujący się od śmierci Ilonki smutek, cienki ale mocny jak pajęcza nić, oplątujący noce i dni, oblepiający myśli o niej, nie dający o niej zapomnieć, przesyłający całusa w stronę jej zdjęcia, ściągnął mnie na ziemię i obciął mi skrzydła. Żebym pamiętała, że jestem tylko i li człowiekiem, istotą kruchą i marną.
Tak musi być, tak musi być- na razie.
Li.

Finansowe i estetyczne skutki pewnego lenistwa.

30 listopada, 2009
Kawa pita samotnie w poniedziałkowy ranek, gdy spieszyć się nie muszę, dzieci jeszcze śpią, a za oknem snuje się jeszcze przytulna ciemność- relaksuje.
Niepożądany ruch zacznie się o siódmej rano, gdy robotnicy stawią się do pracy, a moje córki postawią się do pionu. Póki co-chwilo trwaj!
Czytam wiadomości, gadam miłośnie do rozespanych kotów i staram się nie patrzyć na dwie pary butów dumnie stojących na podłodze, choć nazwanie tego paskudztwa butami jest dla nich zbyt pochlebne….
Paskudztwa są wynikiem mojego niedzielnego lenistwa, niechęci do galerii handlowych i teorii o konieczności usamodzielniania dzieci, przez co obdarowałam moją starszą córkę kwotą 400-tu złotych, kartą do bankomatu (wyłącznie na wszelki najwyższy wypadek) i przykazaniem kupna sobie dżinsów, butów zimowych i nakrycia głowy.
Dziecko grzecznie wypełniło polecenie, przekroczyło limit o zaledwie 120 złotych (a spodziewałam się większych strat) i przyniosło do domu dżinsy, berecik, dwie pary rękawiczek, wisiorek i te straszne buty, na widok których zgrzytają mi zęby, a ręce zaczynają drżeć z chęci podarcia ich na strzępy…
Spróbuję opisać to paskudztwo, mogą stanowić rozkosz dla oczu turpisty, moje oczy jednak gwałcą i ranią, ech- ciężkie jest życie wrażliwej na piękno matki nastolatki!
Buty numer jeden to tzw. emu, niezrozumiała dla mnie niekształtna forma, stworzona podobno w Australii, by ogrzewać zmarznięte stopy surferów, w związku z czym są to najwidoczniej idealne buty dla nastolatki w Krakowie!
Fakt, że są w panterkę pominę tylko dla swojego samopoczucia, staram się zamykać oczy, by na nie nie patrzeć i niech będzie, że ta panterka tylko mi się wydaje…
Buty numer dwa może nie byłyby takie złe, gdyby nie ich zadziwiająca podeszwa, której nie ma. Ja jej w każdym razie nie widzę, a to coś co widzę, ma grubość kartki papieru.
Doprawdy, są to buty stworzone wprost na krakowskie zimy i śnieżną breję na chodnikach.
Starsza jest niezwykle dumna ze swoich zakupów, ja podobno się nie znam, w portfelu ubyło mi 520 złotych, a dziecko dalej nie ma butów na zimę.
Taki jest koszt mojego niedzielnego lenistwa.
Ale gdy tak sobie myślę, ile przeczytałam zaległych gazet, ile nałożyłam na twarz maseczek, ile nadrobiłam zaniedbanych przyjemności, ile pogrzałam się w domowym ciepełku z cudnym nic nie robieniem, to bilans i tak mi wychodzi in plus.
No i nie musiałam iść na zakupy, nie cierpię galeryjnego tłumu, szału zakupów w rzekomo przeświątecznym nastroju, sztucznych choinek i Mikołajów.
Gdy Starszej zmarzną stopy, będzie pole do negocjacji i wtedy wkroczę.
I co tam, nastolatką zachwycającą się butami w panterkę jest się niestety tylko przez parę lat w życiu, niech ma!
:)
Li.

(Nie)usprawiedliwienie.

24 listopada, 2009
Zwyczajnie brak mi czasu na pisanie, no bo skąd mam wziąć ten czas?
Kiedyś go miałam w nadmiarze, teraz gdy go mam to muszę kupować drzwi albo prowadzić rozmowy na temat pieca do gazu, a doprawdy trudno rozmawiać o czymś na czym się kompletnie nie znam, ale w tym nieznaniu się doszłam do wniosku, że kupuję piec kondensacyjny.
Sprawy budowlane pochłaniają mnie bez reszty, dwie leżące i kaszlące córki dopełniają dzieła absorbcji, praca i klienci też ciągle coś ode mnie chcą, a moje niegdyś magiczne wieczory z dobrym winem, lampą i laptopem bez żalu zamieniłam na kamienny sen do rana.
Brakuje mi oddechu, ale rekordzista podobno potrafi go wstrzymać na kilkanaście minut, dam radę i ja!
Z budowlanego bałaganu i chaosu zaczyna wyłaniać się piękny ład z gładziutkimi jak pupcia po peelingu ścianami, z orurowaniem godnym podziwu, z kuszącymi moje zmysły dekoratorskie kształtami… och, ze śpiewem na ustach idę sobie kilka razy dziennie na budowę i ciągle, ciągle nie mogę się nacieszyć i napatrzeć!
I dlatego mnie tu nie ma, ale wrócę!
No!
Li.

Nie mam czasu na pisanie, ale mogę chwilę pogadać…

18 listopada, 2009
-Mami, ale jak będę mieć swój pokój to będziesz do mnie przychodzić i nie będę tam sama siedzieć?-takie oto pełne niepokoju pytanie zadała mi moja młodsza córka.
I staraj się tu matko o komfort mieszkania dla swoich dzieci!
Ciekawe czy będą spać u siebie i uda mi się nareszcie wyrzucić je z łóżka, o kotach i psie nie wspomnę…
Wczoraj był u nich z wizytą ojciec.
Dowiedziały się, że niepotrzebny jest im dodatkowy angielski, korepetycje z chemii i fizyki, niemiecki dla Młodszej, basen dwa razy w tygodniu i takie tam inne kompletnie niepotrzebne wydatki, bo z dalszej części wypowiedzi wynikało, że uzasadnionym wydatkiem na dzieci jest tylko chleb i woda.
I to wszystko mówi doktor habilitowany z szansą na szybką profesurę, ech…, tak szybko zapomniał o naszych rozwodowych ustaleniach, o swoich obietnicach, o priorytetach i o tym, że jest tatą.
Usprawiedliwia go szok, do niedawna z wielką pewnością siebie mówił dzieciom, że budowa na strychu to są tylko moje mrzonki.
A teraz pewnie tkwi w przekonaniu, że buduję za jego alimenty na dzieci.
Jakoś jest mi go szkoda, co tylko oznacza, że czasami bywam idiotką.
Nota bene nie przestają dziwić mnie porozwodowi ojcowie, którzy nagle tracą z pola widzenia dobro swoich dzieci, skupiając się wylącznie na materialnym wymiarze ojcostwa, dbając głównie o jego zmiejszenie.
W czerwcu zmienił się kodeks rodzinny na korzyść strony (bo przeciez może to być i matka i ojciec) wychowującej samotnie dzieci- teraz sąd przy orzekaniu alimentów może uznać, że jedna strona przez sam fakt codziennej staranności i wychowania dzieci je alimentuje, więc drugą można obciążyć kosztami utrzymania dzieci w całości! Drżyjcie niedopowiedzialni rodzice!
A Wy drogie baby, składajcie pozwy o podwyższenie alimentów, takie na maksa!
Zbierajcie rachunki, liczcie nawet koszty drugiego śniadania, soku do picia i biletów tramwajowych.
Li.

Hej ho, hej ho, po kredyt by się szło :-(

16 listopada, 2009
Przychodzi klient do banku po kredyt hipoteczny i dyrektor banku mówi do niego tak:
nie masz Pan zdolności kredytowej, ale jeżeli zgadniesz Pan które oko mam szklane, dostaniesz Pan kredyt.
Klient patrzy w niebieskie oczy dyrektora i mówi: prawe.
– Skąd Pan wiesz? To prawda!
– Bo to oko patrzy bardziej po ludzku.
Hehe, moja ulubiona koleżanka aurora_vulgaris zadzwoniła dziś do mnie z tym kawałem, ale jako że czeka mnie konieczność wzięcia kredytu i wątpliwa przyjemność udowodniania bankowi, że mam zdolność kredytową, to pośmiałam się jakby półgębkiem…;-)
Budowa powoli wychodzi z kokonu, przepoczwarzając się w pięknego motyla.
Tynki są już skończone, centralne ogrzewania też, rodzi się woda i gaz, a po nich przyjdzie fala wylewki… ech, będę tęsknić! Od kilku miesięcy jestem zakochana po uszy w tym siermiężnym, pylącym, głośnym, absorbującym dziele stworzenia…
A kamienica jest już cała pomalowana i jak tylko granit obejmie cokół w mocnym i wiernym uścisku na lata, to pokażę zdjęcia.
Na szczęście dla nas, współwłaściciele poza jedną starszą parą i mną, nie mieszkają w kamienicy. Tym samym cedują decyzyjność, dając sporo wolnej ręki. A jako, że efektem kolorystycznym elewacji są zachwyceni, to mam nadzieję że na tej fali zachwytu pozwolą na szaleństwa remontowo-kolorystyczne klatki schodowej-na tych łukach, półcieniach i zakątkach.
Pomysł już mam! Klatka schodowa jest w stanie tragicznym, niemalowana od wojny, ze schodami wysokiego ryzyka…, ale z wielkimi aranżacyjnymi możliwościami!
Wszystko mnie cieszy, ale najbardziej chyba to, że moja Mama powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Po raz pierwszy w życiu.
W dodatku niczego nie krytykuje i wszystko jej się podoba!
Kurczę, taka jestem stara, a tak mnie cieszy uznanie własnej rodzicielki.
Nie przywykłam do niego, jako że z reguły robiłam za zakałę rodziny, rozwiedziona i takie tam inne, a tu proszę- własnym starym taką zrobiłam niespodziankę!
Li

Kolejny poniedziałek na drodze do wieczności.

16 listopada, 2009
Budzik wrzeszczał mi do ucha od szóstej rano i choć ciemność za oknem działała wyjątkowo łóżkolubnie, nolens volens wstałam… i jestem w porannej nieszczęśliwości.
Straszne jest to życie dorosłego, trzeba wcześnie wstawać, pracować, stresować się i jeszcze być odpowiedzialnym.
Taka jestem zmęczona dorosłym życiem, przecież w sobie ciągle jestem młoda i niedojrzała, ciągle mam ochotę na szaleństwa, na taniec i flirty, ciągle chcę się uśmiechać i niczego nie traktować poważnie. A los cynicznie zmusza mnie do bycia dorosłą, gdy ja dorosnąć nie chcę, do zarabiania pieniędzy, gdy ja nie chcę pracować, do wychowywania dzieci, gdy ja sama nie czuję się wychowana, do podejmowania codziennej walki o byt, gdy ja- taka pokojowo nastawiona, chcę być tylko beztroska.
Dorosłość jest kpiną z młodzieńczych marzeń, obozem przetrwania, to taki survival dla romantycznych panienek, dla marzycielek, dla mieszkanek obłoków bujających, dla mnie.
Za chwilę, mgnienie oka, nie będę już dorosła, tylko stara.
Będę staruszką, to myśl, która mnie naprawdę przeraża.
Będę staruszką- ja!
Co za absurdalnie prawdziwa perspektywa.
Wysoka nagroda za antidotum na poniedziałkowe zniechęcenie!
Li.

Czasem warto zacząć od końca.

15 listopada, 2009
Zobaczyłam je wczoraj i oszalałam.
Były dokładnie takie, jakie je widziałam w mojej wyobraźni- delikatnie lśniące, z grubego mięsistego materiału w kolorze bakłażana z nutą fioletu, miękkie, wygodne, przytulne, duże i z miejscem na poduszki z Almi Decor, w które można się wtulać (i wciąż i wciąż układać…).
Los podziałał nęcąco ceną- z siedmiu tysięcy przecenione na cztery z kawałkiem wydały mi się okazją nie do zmarnowania! Och, dawno niczego tak nie pożądałam!
Kupiłam, ale jeszcze nie odebrałam, bo mam teraz problem nie lada- gdzie je u licha przechowam? Trzyosobowa kanapa, dwuosobowa sofa i ogromny fotel.
Idealne do mojego salonu, którego jeszcze nie mam, może zapakowane postawię je na budowie, niech się integrują ze ścianami, niech się udomowiają, bo nie ma to jak domowa, wysiedziana, przytulna kanapa z wielką ilością poduszek…
I ten nieszablonowy kolor-marzenie! Będą z nim pięknie współżyć gorzkie brązy, czerwone wino i łososiowe szkło.
Kocham w sobie ten brak praktycyzmu, pozwala mi na szaleństwo zakupów, a co z nimi ostatecznie zrobię, pomyślę jutro!
Dziś cieszę się niedzielą, zaraz przychodzą do mnie goście na obiad, powymyślałam pyszne przystawki i piję sobie czerwone wino.
;-)
Li.

Skąd wzięła się Mohira?

12 listopada, 2009
Ostatnie urodziny zaowocowały dla mnie nową rodzinną ksywką- Mohira.
Moje córki rzadko nazywają mnie „Mamusią”.
Z reguły jestem Mimi, Mami, Mamut, Mamutek ewentualnie w chwilach największej czułości Mimiś, a teraz ta Mohira!
A było to tak:
młodsza córka na urodziny postanowiła sprawić mi przepiękny naszyjnik, złożony z nanizanych na nitkę srebrnych liter tworzących imię „Monika”.
Na jej nieszczęście w sklepiku z tą „uroczą” biżuterią brakowało literek „n” i „k”. Dziecko w panice, bo hm… kupowało się prezent dla matki w ostatniej chwili, wymyśliło że zamiast n moze być h, a zamiast k może być r i tak nagle narodziła się Mohira, które to imię jakoś natrętnie kojarzy mi się z moherem, ale mam nadzieję, że to czysty przypadek.
Za każdym razem jednak, gdy słyszę od nich tę Mohirę, to pękam ze śmiechu:)
Li.

Jestem między, a między.

11 listopada, 2009
Kolejna szaro-ciemno-mokra jesień usiłuje ryć w duszy korytarze smutku, siać przygnębienie
i depresyjnie przyduszać do ziemi.
Zaplotłam sobie warkoczyka, związałam go różową gumką recepturką i uzbrojona w atrybut małej dziewczynki nie poddaję się dorosłym lękom.
Moje życie tej jesieni zwariowało i z szybkością światła podrzuca mi kolejne zadania do realizacji, nie dając w zamian czasu, bo doba ciągle ma tylko dwadzieścia cztery godziny.
Będzie tak przez kilka najbliższych miesięcy, a potem położę się na kanapie na tarasie pod gwiazdami, z butelką wina, świecami i przyjaciółmi i znowu oddam się uciechom robienia nic
i życiowym przyjemnościom.
Zarezerwowałam wczoraj serię masaży, potrzebuję siły i aury mojego masażysty Mongoła, nie byłam u niego od dziesięciu miesięcy, grzeszę okrutnie niepamięcią o ważności siebie, łamiąc daną kiedyś obietnicę nigdy-o-sobie-nie-zapominania.
W celu grzechów odpuszczenia zadaję samej sobie okrutnie cudowną pokutę i w sobotę idę na seans do kosmetyczki, położę się przed nią na trzy długie godziny relaksu, mhmmmm…. uwielbiam dotyk… mhm…. jak nic innego…
A gdy już będę wolna od grzechów i nastanie w okolicy mojej duszy i ciała upragniony spokój, znowu będę mieć czas, by pisać z radością i bez myśli przewodniej.
Życie poszatkowane na etapy ciągle stawia mnie przed nowymi wyzwaniami, teraz jestem na etapie braku czasu na bloga i dla siebie, ale za to będę mieć ogromną nagrodę już niedługo, gdy wejdę z bezdomności w nowy etap -w cudowną, wspaniałą, pachnącą nowością, z szerokimi możliwościami upiększania, z pięknym widokiem na dalsze życie-domność!
Bardzo cieszę się, że pada deszcz, bo trzeba przetestować nowy dach!
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym
Ech…:)
Li.

Samoużalanie się z nutką ekscytacji bliskim końcem.

7 listopada, 2009
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe, dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne. Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania- czasem głupie są to pytania, ale co zrobić, gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie, a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym i bezsennym i nie śnię, by we śnie nie musieć być aktywną, łaknę spokoju i lenistwa, takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne, bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia, tratując się wzajemnie, a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż, służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam, że przecież miałam już męża w charakterze trzeciego dziecka i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy, dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy, plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty, który-ciągle-nie-skończył, Wykonawcy-który- jest- wykończony, męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami, smutnej walki z kolejnymi donosami, szukania domu dla pięknego, porzuconego kota (dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce, ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ- to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.


Samożyczenia!

4 listopada, 2009
Różne stany umysłu i tak nie usuną z mojego pola widzenia upływu czasu, konsekwentnie raz
w roku, w tym właśnie dniu zmieniającego cyferki mojego wieku.
No dobra, mam od dziś konfigurację 42, ale urodzona w nocy z 3-go na 4-go listopada 1967 roku wcale nie czuję się starsza niż rok temu, ba!- niż dziesięć lat temu, czuję się tylko trochę mądrzejsza.
Od życiowej mądrości jednak nie robią się zmarszczki, więc niech mi jej przybywa jak najwięcej,
a to czego sobie dziś życzę wypowiem w sobie cicho, acz dobitnie, zdradzając, że są to życzenia bujne, bogate i szalone!
Niech los bierze się do roboty, tak bardzo jestem spragniona szczęścia!
Otworzyłam na chybił-trafił Leca i co na to Lec?
Nie żądać od życia niemożliwego? Dlaczego?
Możliwości jego są przecież ograniczone.
Życząc więc sobie niemożliwości pozdrawiam Was ciepło i z uśmiechem w dniu moich czterdziestych drugich urodzin!
Li.

Żal musi się wyżalić.

3 listopada, 2009
Ilość zapisanych w moim kalendarzu czynności, koniecznych do wykonania dzisiejszego dnia wyrzuciła mnie z ciepłego łóżka o szóstej rano. Ale jakoś brak mi zapału do natychmiastowego działania, wolę całkiem spokojnie i w towarzystwie zaspanych kotów wypić drugą kawę i nacieszyć się chwilowym spokojem.
Smutna była ta ostatnia niedziela, zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej I., zrobione na godzinę przed ślubem, a teraz wkomponowane w czarny granit nagrobka oddawało strzał emocji prosto w serce.
Absurdalna z punktu widzenia zmarłych, a jednak taka niezbędna dla żywych jest chęć przystrojenia grobu jak najpiękniejszymi kwiatami i jak najdłużej palącymi się zniczami, tak jakby piękno płynące z chryzantemowych wariacji miało pomóc złagodzić smutek i żal.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Mimo wszystko- miłego dla Was! Dziś wtorek-potworek, ostrożność wskazana!
Li.

Narodziny gwiazdy :)

31 października, 2009
Do niedawna patrzyłam na nią oczami wyobraźni, a piękno jest przecież w oczach patrzącego. Tworzyłam w głowie jej nowy wygląd i znosiłam wątpliwości licznych niedowiarków, pukających się w głowę i kpiących sobie z moich marzeń.
A ja zawsze wierzyłam, że TO mi się uda.
Nie można w życiu iść za długo pod górę, nie można ciągle targać ciężkiej walizki pełnej porażek.
Jestem trochę zmęczona, ale staram się wierzyć, że wszystko co mnie spotyka-złe, smutne i rozczarowujące ma jakiś sens.
Ciągle mam w głowie Leca i gdy dochodzę do ściany, gdy wydaje mi się, że już nie mam żadnej możliwości ruchu, odwracam się i znowu idę do przodu.
Tyle emocji, teraz czas na konkrety!
Na pewno ten widok kamienicy poniżej przeszedł już do historii ulicy.
Żegnam się z nią bez cienia żalu- nie do zobaczenia paskudo!
Tu dziś rano jeszcze ubrana w rusztowania…

Do pomalowania zostały jaskółki i dół kamienicy.
To jednak można zrobić już bez rusztowań, bo opłaty za zajęcie chodnika na rusztowania są zdecydowanie za wysokie.
Tu jest już prawie doskonała, jeszcze tylko trochę makijażu i będzie prawdziwą uliczną gwiazdą.


Trzecie i czwarte piętro , powyżej linii gzymsu to nasza nadbudowa, moja i L.

Konserwator zalecił nam pozostawienie linii malutkich okienek strychowych, a niech sobie będą.
Są świadectwem ogromu pracy.
Kobiety potrafią!
No!
:))))))))))))))
Li.

Zaniedbany ostatnio dziennik budowy.

30 października, 2009
Jutro będzie wielki dzień, gdy brzydka żaba codziennie od maja całowana przez dwie królewny zrzuci do końca żabią skórę i objawi światu swoją urodę. Już dziś widać jaka jest śliczna!
Do listy ulubionych zajęć ostatnio dorzuciłam stanie na chodniku po drugiej stronie ulicy naprżeciwko kamienicy i podziwianie nadbudowy i elewacji.
Sprawia mi to nieustanną przyjemność. Wybrany przeze mnie i L. kolor, będący jakby nie było samowolą budowlaną wyszedł tak pięknie i stylowo, że konserwator zabytków musi paść z zachwytu i wydać stosowną decyzję o zatwierdzeniu naszych samowolnych poczynań.
A jak nie, to uzbrojone w estetyczne działa wytoczymy wojnę i wtedy zobaczy się kto tu jest wrażliwy na piękno, walkę mam przecież w skorpionowskiej krwi, a w walce o słuszną sprawę rosną mi husarskie skrzydła.
Prace budowlane nie mają już tego początkowego rozmachu, gdy widać było jak mury pną się do góry.
Ale cieszą dalej- oczywiście jest piękny dach, są śliczne okna, jeszcze tylko odrobina elektryka, sporo hydraulika, gazownika, tynki i wylewki i na koniec listopada najważniejszy etap będę mieć już za sobą, pozostaną mi tylko same przyjemności wykończenia,
powiązane niewątpliwie z wykończeniem się (a propos, umywalki do łazienek będą tylko stąd: http://www.kolorymeksyku.pl/, a najbardziej podobają mi się miedziane i ta niklowana na samym końcu, piękna! )
Nie będę się spieszyć, podobno wszystko ma schnąć, ulatniać mają się opary, nie wprowadzę się na Wigilię, to wprowadzę się na Wielkanoc, najważniejsze że zbudowałam sobie sobie i dzieciom dom, o psie i kotach nie wspomnę.
A jutro po ściągnięciu rusztowań zrobię zdjęcia i Wam je pokażę, bo będą najlepszym świadectwem, że warto, warto marzyć!
Warto i trzeba!
Kocham moje marzenia, pieszczę je codziennie, tulę do piersi, myślę o nich, daję im szansę na życie i one mi się odwdzięczają!
Li.

Trochę prywaty na specjalne życzenie dla jajożercy :)

29 października, 2009
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania.
Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja drobno siekam, a najlepiej to miksuję na gładką masę. Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry,
a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li

Czasem trzeba zamilknąć, żeby zostać wysłuchanym (Lec)

28 października, 2009
Sen jak wierny rycerz chronił mnie przed problemami, wykorzystywałam go nadmiernie, nie płacąc za nadgodziny. Otulona bezpieczeństwem kołdry, na dziesięć długich godzin wyłączałam się z obecności na zajęciach obowiązkowych z życia codziennego.
Dziś wyeksploatowany i zmęczony porzucił pracę, zmuszając mnie do porannej aktywności już od piątej rano.
Siedzę więc sobie na kanapie z widokiem na zdjęcie Ilonki, całkiem spokojnie wypijam z nią drugą kawę, uśmiechamy się do siebie, a zaokienna ciemność włazi bez pukania i miasto budzi się tramwajami ze snu.
Ostatni tydzień naznaczony jest wielkimi zmianami, w dobrym idą kierunku, a ja idę sobie razem z nimi. I mam ochotę na długi spacer, iść, iść, ciągle iść- w stronę słońca.
Myślę, że chwila w której zabraknie mi optymizmu będzie moją chwilą ostatnią.
Póki co, na kilka dni przed czterdziestymi drugimi urodzinami jeszcze ciągle chce mi się tego i tego, tego też, mhmmmm…. i teeeego, och i TEGO jak najwięcej, tego, tego, tego i tego!
Miłego dla Was!
:)
Li.

Żmija i siedem dni tygodnia.

21 października, 2009
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Mija mnie żmija,
jest wyjątkowo długa, widocznie to nowy gatunek, endemiczny bo we mnie tylko żyjący.
Pełznie przez moje noce i dni, ale ja już nareszcie mam surowicę na jej jad i przestałam bać się nie wiadomo czego i nie wiadomo kogo, bo niedawne odkrycie że najbardziej boję się samego strachu, tej niespersonalizowanej materii oblepiającej rozum, mrożącej myśli i dławiącej logikę uzbroiło mnie w antidotum na jad pełen braku wiary we własne możliwości.
Jest prawie dobrze.
A co na to Lec?
Niektórym wyrastają skrzydła z garbu.
Lokal na firmę już mam, bardzo blisko domu, za dwoma rogami, pięcioma chodnikami i z widokiem, co jakoś ma dla mnie znaczenie, bo czasem muszę stanąć w oknie i popatrzeć w kierunku swoich myśli, z szerokim horyzontem, polem dla wyobraźni i placem manewrowym dla nagłej zmiany planu na życie.
Dobrze, że los zepchnął mnie z wygodnej i nudnej drogi stabilizacji i zasiedzenia.
I choć tłukę się teraz na wybojach i wpadam w dziury boleśnie obijając sobie tyłek, to czuję się jak zdobywca!
Kładę na szalę przemijania moje emocje, rzadkie ostatnio radości, dorzucam wszędobylskiego smutku, kropię zawodowym sukcesem, dosypuję budowlanego piachu i ciągle wychodzi mi ciekawe życie.
A co na to Lec?
Biedny, kto gwiazd nie widzi bez uderzenia w zęby.
Będzie dobrze, nie może przecież być inaczej.
:)
Li.

Spowiedź kobiety ostatnio milczącej.

18 października, 2009
Gdy na długo milknie kobieta, której na co dzień nie zamykają się usta od gadania i od śmiechu, gdy traci ochotę na werbalizowanie myśli, gdy nie pisze, nie dzwoni, nie kocha, to znaczy że nie ma czasu!
I nie znaczy to nic innego, a kto sądzi inaczej niech zamilknie na wieki.
W straszliwą ostatnio popadłam zajętość, taką zajętość do granicy wyczerpania od miotania się pomiędzy poszukiwaniem nowego lokalu na firmę, bo nagle urodziła się taka potrzeba, a na poród nie ma przecież innej rady poza jego przyjęciem, a poszukiwaniem grzejników do salonu (chcę takie).
Po drodze muszę pilnować niesfornego elektryka-hazardzistę, dyskutować z Wykonawcą o setkach problemów, bo bezproblemowa do tej pory budowa stała się wielce problemowa, pracować na przedmiot tej dyskusji i robić zielnik dla Starszej, to ostatnie zwłaszcza uważam za rodzinny skandal, powinnam pozwolić na to by za swoją beztroskę moja starsza córka dostała jedynkę, o konieczności zrobienia zielnika na lekcję biologii wiedziała od września.
Tkwiące jednak we mnie litościwe serce matki nie pozwoliło na takie okrucieństwo i czwartkowe popołudnie spędziłam w Ogrodzie Botanicznym zbierając egzotyczne liście, przy temperaturze powietrza bliskiej zeru, co niewątpliwie było bezpośrednią przyczyną mojego kataru.
Wieczór spędzony na prasowaniu liści celem ich błyskawicznego ususzenia był tylko konsekwencją popołudnia, a szóstka jest murowana, szóstka za pracę mamusi… wiem, wiem to moja rodzicielska porażka, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie złamał się pod naporem córeczkowej wielce udawanej rozpaczy.
Ech, tyle spraw stanęło mi na głowie, od pięciu lat po kolei z hukiem upadają wszystkie filary podtrzymujące moje życie, bo przecież w drgawkach zdechło moje małżeństwo, doprowadziłam się do bezdomności sprzedając mieszkanie, a teraz straciłam ostatni bastion bezpieczeństwa- lokal w którym miałam firmę, a to wydawało mi się najtrwalszą rzeczą w moim życiu.
No i tak uwięziłam się chwilowo w rozpaczy, szarugi za oknem spotęgowały to przerażające poczucie opuszczenia mnie przez życiowe szczęście, ludzi i boga, porozczulałam się nad swoim losem, a potem i tak doszłam do tego samego wniosku co zwykle- liczyć tylko na siebie i zabierać się do roboty.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Trudno mi się ostatnio żyje, ale przecież nigdy nie dostałam gwarancji, że będzie mi lekko.
Z czystego lenistwa nie chce mi się iść pod górę, ale jak mus to mus!
Li.

Marudzenie jest balsamem dla duszy.

13 października, 2009
Szaleństwo wokół mnie zwalczać trzeba szaleństwem i właśnie parę minut temu kupiłam pięć lotniczych biletów do Londynu. Lecimy na dwa tygodnie ferii, pięć kobiet z czego dwie to moje córki-Młodsza za nic nie dała wyeliminować się z tego babskiego wyjazdu, żadna próba przekupstwa nie miała szans przy wizji Big Bena na żywo.
Nosi mnie, oj nosi, dość mam już tych krajowych problemów, przemycę je za granicę i tam porzucę. I kupię sobie COŚ.
Kota z Londynu też jeszcze nie mam…
Bo trochę tego wszystkiego za dużo, do jasnej ciasnej cholery!
Budowa domu na której się nie znam, praca której jest za dużo, elektryk-hazardzista, wymiana opon na zimowe co gwarantuje upały, złodziej w piwnicy, który mógł mnie zabić, dzieci które ciągle coś ode mnie chcą, zmiany mniej lub bardziej pożądane, szukanie kredytu, zgubienie ulubionych korali, szukanie wanny, szukanie schodów, szukanie dziury w całym, o rety jak dobrze, że mam tego bloga, nie ma to jak porządne, długie, jęczące, roztkliwiające się nad sobą, nudne jak programy wyborcze notki.
Od razu lepiej!
A Londyn zimą jest pewnie paskudny, ale co tam- będziemy dobrze się bawić, nie może być inaczej.
Li.

O tym co jest i o tym co będzie.

12 października, 2009
Budowa własnego domu jest jednak niezwykle absorbująca.
Absorbuje mnie zwłaszcza przyjmowanie gości, a ilość znajomych pragnących obejrzeć budowę od środka wzrasta lawinowo z każdym tygodniem. A wiadomo, że trzeba wtedy wypić kawę w salonie, pogadać na tarasie, pooglądać zaookienne widoki- i tak przez kilka godzin dziennie. Uwielbiam to!
Teraz ciągle na coś czekamy, 20-go października mają być okna, to pozwoli zakończyć prace elewacyjne, 25-go października zacznie pracę hydraulik, co pozwoli zakończyć prace tynkarskie, itd… Oby tylko do przodu, powtarzam sobie to jak pobożne życzenie.
Skupiam się na budowie, na dzieciach i na pracy, nie mam czasu na nic innego, na pisanie też czasu nie mam, a może tylko nie mam ochoty, zmuszać się nie zamierzam.
Pozamykałam szuflady swojej duszy, nie marzę, nie śnię, tylko realizuję plan.
Gdy wybuduję sobie dom, gdy wejdę do łóżka w swojej sypialni, gdy zrobię zupę z dyni w swojej kuchni, gdy spędzę wieczór w swojej wannie w pachnącej pianie wśród zapalonych świec, gdy nareszcie będę mogła znowu powiększać swoje zbiory szkła, gdy będę mogła powiesić obrazy od ponad dwóch lat uwięzione w kartonach, gdy wydobędę z kartonów książki, gdy poczuję się bezpiecznie, to zacznę na nowo żyć. I niech będzie to kolejny początek starego życia, najważniejsze by był twórczy, by mi się znowu zachciało chcieć dobiec z ciekawością do rogu, za którym jest przecież zawsze kilka nowych kierunków.
Teraz tkwię w chaosie i szukam z niego wyjścia oraz punktów oparcia.
Niewiele ich jest.
Ale szaro za oknem, chyba pomaluję sobie usta na czerwono.
Li.

Wątek kryminalny z dramatem w tle.

8 października, 2009
Kłopoty mnie kochają, to fakt notoryjny.
Dziś w nocy wyrwał mnie ze snu jazgot Kary Boskiej, mojego w dzień ukochanego psa, zamieniającego się na noc w szczekającego potwora. W korytarzu na parterze stały płyty gipsowe więc w trosce o ich los wyszłam na klatkę, zapaliłam światło, a pies pognał na podwórko, dalej szczekając. Drzwi do piwnicy były otwarte (no dobra, bałam się, cholernie się bałam), szybko je zamknęłam i zaczepiłam kłódką nie zauważając z tego strachu, że kłódka była przecięta. Płyty stały nietknięte, pies wrócił i patrzył na mnie znacząco, obwąchując drzwi do piwnicy, ale skąd mogłam wiedzieć, że KTOŚ tam może być? Na całe szczęście zresztą tego nie wiedziałam.
Wróciłam do domu, a rano alarm wszczęli robotnicy, okazało się, że drzwi do piwnicy były otwarte, ten KTOŚ od środka musiał podważyć skobel, bo ja go przecież zamknęłam, a piły i inny sprzęt w sumie o wartości czterech tysięcy złotych zniknął. Znaczy się, skok na piwnicę draniowi się udał. Musiał też drań działać w pojedynkę, bo zabrał tyle ile mógł udźwignąć, zostawiając sporo innych wartościowych rzeczy.
Na miejsce zbrodni wrócił dziś inny przestępca, przywleczony siłą przez mojego kolegę Krzysia. Krzyś czuje się paskudnie, bo to on ‚dał mi w prezencie” pracę tego elektryka, nie mając pojęcia, że Pan Romek w czasie wolnym od pracy próbuje zdobyć majątek na „na automatach”. Ewidentnie uzależniony i skruszony przyznał mi się do grzechu przepuszczenia mojej kasy i w dodatku do wygrania niczego.
Ustaliliśmy, że dajemy mu szansę odpracowania długu, do ręki nie dostanie już żadnych pieniędzy, a materiał na jego pisemne zlecenie kupi mi Krzyś. No cóż, nigdy nikogo nie przekreślam, staram się zrozumieć tego biedaka, w gruncie rzeczy porządnego faceta, uzależnienie w każdej postaci to ludzki dramat, trzeba mieć w sobie wiele siły, by mu sprostać.
A poza tym rozpaczliwie potrzebuję elektryka, a to podobno prawdziwy mistrz, więc jakby łatwiej przyszło mi wybaczenie, choć zaufania do niego już nie odbuduję.
W każdym razie majster ma mieć na niego oko, a cała elektryczna robota ma być zakończona w poniedziałek.
Idę do pracy, z niejaką ulgą, bo może tam znajdę upragniony spokój.
;-)
Li.

Dziennik budowy

7 października, 2009
Elektryk uciekł.
Prawdopodobnie poczuł, że musi zmienić swoje życie i zaopatrzony w pieniądze, które dostał na materiały spędza teraz upojny tydzień gdzieś w Nowej Hucie. Na lepsze miejsce by mu nie starczyło. Jego telefon od wczorajszego ranka milczy, w domu są tylko ciemne okna, a na budowie tynkarze rozkładają bezradnie ręce- nie mogą tynkować bez skończenia prac elektrycznych. Nareszcie więc przydarzyło mi się to, przed czym byłam tak często przestrzegana- nie dawać pieniędzy przez robotą i samej kupować materiał. Samej? Materiał? Kable i takie tam? Ja?
Podobno wróci, tacy zawsze wracają. Wróci i wpadnie w moje ręce. Uch! Marny będzie jego los.
Smutna wiadomość to taka, że nie dam rady skończyć wszystkiego w tym roku. Terminy wykonawców w naszym dotkniętym kryzysem kraju są niezwykle odległe, na przykład schody mają mi się urodzić dopiero w lutym. Moja góralska znajoma w niedzielę przysyła mi dwóch prawdziwych górali, co do podobno robią piknie, może im uda się wcześniejszy poród.
Ręce opadają, a wraz z nimi marzenia o Wigilii już u siebie.
Trzeba będzie zacząć marzyć o Wielkanocy :)
Miłego dla Was!
Li.

Czas nas uczy pogody

6 października, 2009
Byłam u Ilonki.
Nie jestem w stanie napisać, że byłam na jej grobie.
Po prostu- byłam u Ilonki, pogłaskałam krzyż i powiedziałam cicho:”Cześć stara, tęsknię za Tobą”.
Potem była piękna niedziela z odpustem pod pszczyńskim kościele, bo przecież świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne. (Lec)
Ilonka niestety wiedziała, że odchodzi, na trzy dni przed śmiercią w jednej z krótkich chwil świadomości powiedziała do męża i rodziców: „Mamy pecha”.
A ja nie mogę uwolnić się od natrętnych myśli o tym co działo się w jej głowie, o tym jaka musiała być zrozpaczona, pełna buntu i niezrozumienia, bo na pewno się na to nie godziła- ona taka walcząca i dzielna.
Bardzo boli mnie jej samotność, pomimo naszej przy niej obecności, w obliczu nieuchronności śmierci każdy jest samotny, na ostatnie dni przed odejściem nie mogła już nic mówić, nie widziała świata, mogła mówić tylko do siebie i patrzeć tylko w głąb siebie…
A co na to Lec?
Najstraszniejsze jest, kiedy jest się samotnym we własnym wnętrzu.
W dziwnym jestem stanie, tak jakby moje życie płynęło dwoma torami.
W jednym bez przeszkód szybko płynę życiem zawodowym i budowlanym, a w drugim siedzę w łodzi na stojącej wodzie, bez wioseł, nie płynę ani w przód, ani w tył, chcę tak sobie trochę postać w miejscu, podumać, pobyć w żałobie, teraz rozumiem jej głęboki sens, żałoba jest konieczna, trzeba ją przeżyć, by potem żyć, by dobić do brzegu i znowu zacząć iść do przodu.
Gdy przyjdzie na to czas.
Miłego dla Was!
Li.

Czas wracać do życia.

2 października, 2009
Lekko ostatnio zaniedbana budowa dziś zagrała mi na nosie ścianką działową ślicznie wypadającą na środku drzwi do pokoju Starszej. O rety, ale rano popiekliłam się na majstra Jacka, co za kompletna budowlana bezmyślność, oto są skutki ścisłego trzymania się planu bez używania rozumu. Przecież rzadko zdarza się plan doskonały, a już plany sporządzone przez naszych- pożal się boże- architektów na pewno do takich nie należą i przy ich realizacji ostrożność jest bardzo wskazana.
W związku z opieprzeniem z samego rano jakiegoś mężczyzny humor mam doskonały;-))
Mobilizuję do działania swojego lenia, cały piątek przede mną, a ja lubię piątki za soboty.
Za oknem pada deszcz starego tynku, nareszcie skuwana jest elewacja, kamienica powoli odsłania swoje nagie ceglane wdzięki.
Jesteśmy z L. w konflikcie z urzędem konserwatora zabytków, bo nasza wizja kolorystyczna kamienicy mija się niestety z wizją konserwatora, koszmarną wizją-dla nas nie do przyjęcia.
W związku z powyższym, po ustaleniu co nam grozi za niesubordynację i brak uzgodnienia konserwatorskiego co do koloru elewacji, podjęłyśmy ryzyko kar wszelakich i malujemy kamienicę zgodnie z naszymi marzeniami o kolorze zgaszonej cegły z kremowymi dekorami. Zaproponowany przez konserwatora w postaci próbki na ścianie kolor musztardowy z dodatkiem żółto-zielonkawej oliwki, przypominający jako żywo skutki kociej niestrawności, spowodował u nas tak wielki szok estetyczny, że nasze bezprawne działanie wbrew jego decyzji można podciągnąć pod czyn popełniony pod wpływem afektu z powodu szoku.
Wybronimy się! Wytoczymy estetyczne działa! Ma być pięknie i już.
A co na to Lec?
Bronić sztuki? Nie, zmusić ją do ataku.
;-)
Miłego dla Was!
Li.

Ech…

30 września, 2009
Chodzę po świecie z dziurą w sercu. Wkładam w nią moje noce i dni, ale czas nie przynosi mi ukojenia, a palec zatrzymuje się bezradnie nad numerem telefonu ciągle jeszcze nie wykasowanym.
Tęsknię na smutno, bo smutkiem dotknięta jest tęsknota której los zabrał święte prawo do jej zakończenia, do zmiany scenariusza w ostatniej chwili z dramatu na happy end, smutna jest i zmęczona wieczną tułaczką po myślach i w niezaspokojeniu.
Może za tydzień, za miesiąc, za rok, kiedyś tam, z biegiem nocy i dni, coraz starsza -osłabnie, nie będzie już taka natrętna, wtopi się w emocje, wyblaknie…
Ech, na razie daję sobie do niej prawo, w niedzielę jadę do Ilonki, pogadam sobie z nią, pójdę na kawę na pszczyński Rynek z jej Rodzicami, staram się, naprawdę staram znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
Dziś miała być operacja.
Li.

Mój Lwów.

29 września, 2009

W tej cerkwi zapaliłam
świece za Ilonkę.

Idąc cmentarną aleją

zobaczyłam Domek Zosieńki

Pod Operą weszłam w tęczę na szczęście

Buty lwowskie w kolorze szalonej śliwki

A te są w kolorze czerwonego wina, mam już całą piwniczkę butów w kolorze wina, nie wiadomo po co, ale mam ;-)


Kolega po fachu ma fajną rączkę na szyldzie. I taką zdecydowaną!


To była sobota, na tej ulicy jest chyba hurtownia nowożeńców, to była dziesiąta para


Może ma to związek z tym, że jest na niej drabina do nieba?


Lwów to Lwów.
Szkoda, że jest granica.
Miłego dla Was!
Li.

Przelotem

28 września, 2009
No i zdumiał mnie ten Lwów!
Pękam od wrażeń, muszę dać im ochłonąć, bo jednak emocje wzięły górę- nie da się nie myśleć, że to przepiękne, pełne rozmachu i uroku miasto było kiedyś polskie. Ta polskość wyłazi każdym kątem spod starych tynków polskimi napisami i zaczepianiem w tramwajach przez staruszki Polki słyszące rozmowę po polsku.
Czy Kraków piękniejszy? Na pewno jest inny, dużo niestety skromniejszy, budowany bez tego zachwycającego w architekturze kamienic przepychu.
Hotel George w którym często zatrzymywał się Wańkowicz rozczulił mnie do łez, znowu sobie sięgnę po „Tędy i Owędy”.
Cmentarz Łyczakowski poruszył i zasmucił, zachwyciły uliczki, zaułki, kościoły, jedzenie w knajpkach, zakupiona na pchlim targu figurka kota.
A największa niespodzianka, to buty na nogach lwowianek- chodzą w niebotycznie wysokich szpilkach, nie straszny im przedwojenny lwowski bruk, patrzyłam na to z największym podziwem.
We Lwowie są piękne buty, proszę drogich Pań, zakupiłam dwie pary, nie sposób było się oprzeć, cóż począć. :)
Zdjęcia i reszta wrażeń potem, może nawet dziś wieczorem, teraz już biegnę na budowę, umieram z ciekawości co tam się podczas mojej nieobecności zmieniło.
Potem wypada zająć się trochę pracą, niestety…
Miłego dnia!
Li.

No to jadę.

23 września, 2009
Czasy się zmieniają, córki dorastają i zaczynają dawać matce kieszonkowe:
Wczoraj Starsza z ważną miną wręczyła mi kopertę z napisem”” Mama -na Lwów”, a w środku było 150 euro i 280 hrywien. Naprawdę byłam pod wrażeniem, bo dziecko z chęci pozbycia się mnie na weekend posunęło się nawet do wizyty w kantorze i wymiany drobnych euro na hrywny, hehe… O wzmiance na kopercie napisanej drukowanymi literami „Hrywny- waluta na Ukrainie” nawet nie wspomnę…
150 Euro to miła niespodzianka pozostałości po wyjazdach, Starsza jako rodzinny, wyjazdowy bankier skrzętnie je chowała i oto są! Na drobne przyjemności!
Za hotel i utrzymanie nie płacę, mogę szastać forsą do pustki w porfelu.
Rany boskie malarstwo włoskie, jak to możliwe że mam już taką dużą córkę?
I jednak nieśmiało, trochę z nieuzasadnionym poczuciem winy, a jednak, jednak cieszę się na ten Lwów!
Li.

Jakoś tak- nijak.

22 września, 2009
Bujam się na koleinach życia, a od tego bujania boli mnie głowa.
W celach więc samoratunkowych przyjęłam pewną kuszącą propozycję i od czwartku do niedzieli bujać się będę we Lwowie.
Jadę sprawdzić co tam Panie słychać za wschodnią granicą. I podobno pójdę do lwowskiej opery.
Zostawiam moje dziewczyny wcale faktem mojego wyjazdu nie zmartwione. Starsza planuje „bewu”, czyli babski wieczór, a Młodszej szykuje się „wuzetbe”, czyli wieczór z babcią. Pani Ewa zaklepana, zakupy zrobi się jutro, chyba się cieszę…, tak-cieszę się!
I popatrzę sobie na inne niebo, to zawsze mnie koi. Może nawet znajdę jakiegoś lwowskiego kota do mojej kolekcji kocich figurek?
No i ten Lwów, ufff!
Li.

Słowo na poniedziałek.

21 września, 2009
Brakuje mi słów, by opisać uroczystość kremacji i pogrzebu.
Serce rwało się na kawałki, a oczom brakowało łez.
Pomilczę więc sobie trochę, bo to jest taki smutek małomówny, smutek który nie potrzebuje słów i publiki, musi się wysmucić sam, musi sam ułożyć się wygodnie do wiecznego snu.
Dziś świeci słońce zapowiadając piękną jesień.
Miłego dnia Wam wszystkim
Li.

Prepiątkowo.

16 września, 2009
Nie będę lubiła tego tygodnia, w moich wspomnieniach niech się zamaże i nigdy później do mnie nie wraca. Ból głowy, ból serca, ból myśli, miotam się między granicami rozpiętych emocji, sama już nie wiem, co mi może przynieść ukojenie.
Sen odszedł ode mnie i nie chce wrócić, bezsenność igra sobie ze mną co noc, a podkrążone oczy nie dają się mocy najlepszego korektora.
Tkwię po uszy w nieszczęśliwości i niech sobie tam zostanę, dopóki sama nie wyciagnę się za uszy i nie trzasnę za sobą drzwiami z napisem „Powrotu nie ma”.
Potem pogadam z Ilonką, pożegnam się z nią na chwilę zwaną życiem i będę znowu iść do przodu, bo dopóki idę to żyję.
Przede mną problemy do pokonania i zadania do wykonania.
Nie wiem co się zmieni, nie znam swojej przyszłości, nie sądzę jednak by odejście Ilonki zmieniło moje życie. Będzie w nim tylko występować stały brak jednego jego elementu, unikatu nie do podrobienia, bo egzemplarz made in Ilonka był tylko jeden.
Li.

Samo(po)czucie.

15 września, 2009
Czuję się jak pusta butelka. Mam kształt, ale nie mam środka.
Jestem bardzo zmęczona, a szukanie przyjemniejszych pól myślowej eksploracji z góry skazane jest na niepowodzenie.
Budowa- ble, ble… dach- ble, ble…, elektryk- ble, ble…
Dominuje jeden Ilonkowy temat i wszystkie tej dominacji konsekwencje.
Niby jest normalnie- żyję, pracuję, buduję dom, spotykam się z ludźmi, śmieję się jak zawsze często, bo okazji do śmiechu nigdy mi nie brakuje, zaprzątają mi głowę dzieci, ich zajęcia szkolne i pozaszkolne, wymiana klocków hamulcowych i wybór drzewa na podłogę, a jednak jest inaczej- nagle wpadła mi w życie wielka okazja, taka której nie da się przepuścić, to okazja do płaczu w pełnej rozpiętości od łez zaledwie szklących oko do płynących strumyczków rujnujących makijaż… to okazja z samego nieba, bo przecież nie żaden inny, a tylko boski wyrok skazał Ilonkę na los w postaci braku dalszego losu.
Niby jest normalnie, a jednak dzień siekany jest telefonami, pytaniami, dotykaniami w samą ranę, współczuciem, żalem i straszną, nie do objęcia rozumem rozpaczą Rodziców Ilony.
Niby jest normalnie, a jednak w piątek będę na Jej pogrzebie.
Zgodnie z życzeniem mojego brata i Rodziców Ilonki ceremonia ma mieć ściśle prywatny i rodzinny charakter.
Nie chcę się zastanawiać nad tym, czy to dobrze, czy to źle.
Na Jej ślubie było ponad dwieście osób, na pogrzeb przyszłoby pewnie tyle samo.
I ślub i pogrzeb jest dla żywych, między gratulacjami a kondolencjami jest jednak zasadnicza różnica.
Myślę, że mój brat zwyczajnie już nie ma na to siły.
Li.

Są sprawy, które dzieją się pomimo…

14 września, 2009
-Chyba oszalałaś kobieto-powiedział do mnie kolega Krzyś po przeczytaniu podobno „bandyckiego” i „nie do przyjęcia” kosztorysu na prace elektryczne.
Zacny ten mężczyzna pooglądał fachowym okiem budowę, pochwalił, pozachwycał się (tu jakby nie miał innego wyjścia, bo ja poza zachwytem niczego innego nie przyjmuję) i wziął sprawy elektryczne w swoje ręce, obiecując przysłać mi swojego pracownika, geniusza napięcia i prawdziwego maestro instalacji elektrycznych.
Geniusz ten był akustykiem u Marka Grechuty, już to samo nastraja mnie do niego entuzjastycznie. Ma podobno wizje i pomysły. I zrobi mi czary-mary na tarasie, bo chcę tam mieć głośniki, z sączącą się muzyką w ciepłą letnią noc.
I podświetli mi schody tak jak chcę.
I nie będzie marudził z powodu mojej chęci posiadania w salonie czterech wiszących lamp, a ani jednej z nich na środku pokoju.
I zrozumie, że w łazience potrzeba mi naprawdę dużo kontaktów.
A już na pewno zrozumie, że ja nie muszę znać się na elektryczności, by wiedzieć jakiego światła pragnę w sypialni, a jakiego w kuchni.
I tym sposobem grzecznie rozstałam się dziś z dotychczasowym elektrykiem, który zirytował mnie w samo południe kręcąc swoim nosem w kształcie żarówki na wszystkie moje sugestie, traktując mnie lekceważąco z pozycji elektrycznego macho, podkreślając, że nie znam się na elektryce, a ja przecież do dziś pamiętam, że prąd elektryczny to uporządkowany ruch elektronów swobodnych.
Cena, a raczej honorarium za usługi maestro ma być czterokrotnie mniejsza, co jest przyjemnym dodatkiem, ostatecznie oszczędzanie jest ze wszech miar wskazane.
A z innych plotek donoszę, że jutro od rana dach będzie ubierał się w piękną blachodachówkę w kolorze gorzkiej czekolady.
Życie…
Ech, to życie… okrutne, piękne, szczęśliwe, bezwzględne… pomimo wszystko-życie.
Li.

Snucie…

14 września, 2009
Jak koty osowiałe w deszczowy dzień, snują mi się po głowie smutne myśli.
I niech tak zostanie, bo smutek musi się wysmucić, by potem skrystalizować się w stałej postaci nigdy nie zaspokojonej tęsknoty, złożonej w sercu na przechowanie do końca życia.
Będę w sobie pielęgnować tęsknotę za Ilonką, nigdy tak blisko nie dotknęła mnie śmierć, nigdy tak blisko nie szepnęła mi wprost do ucha: „Memento mori”, nigdy nie byłam zmuszona zmierzyć się bezpośrednio z beznamiętną i prostą prawdą, że w obliczu śmierci jesteśmy niewiele znaczącym pyłem, a dobra jakie mamy na ziemi nie znaczą nic.
Ilonka powiedziała parę miesięcy temu: „Mam wszystko i nie mam nic, bo mam raka”, przywołuję sobie te słowa właśnie dziś, gdy przede mną są poważne decyzje finansowe, gdy zastanawiam się nad wysokością kredytu na wykończenie domu, a ja przecież nigdy nie byłam minimalistką. I chcę powalczyć sama ze sobą, bo czy naprawdę będzie miała wpływ na moje życie droga wanna Villeroy&Boch?
A parę minut temu zadzwonił mój brat i powiedział, że odebrał Ilonkę, była lekko uśmiechnięta, a na jej twarzy malował się spokój…
Powiedział mi: wyglądała ładnie- jak zwykle.
Li.

Historia jagodowych szpilek.

13 września, 2009

Te buty w sierpniu ubiegłego roku oglądałam w Hego’s, i właściwie to do dziś nie wiem, dlaczego nie kupiłam ich od razu, tylko poprosiłam o odłożenie mi jednej pary do wieczora. Miałam zamiar po pracy wpaść do Galerii Krakowskiej i przymierzyć je jeszcze raz, ale oczywiście sobie zapomniałam.
Gdy przyszłam po nie następnego dnia okazało się, że zostały sprzedane, a była to ostatnia para w moim rozmiarze 38.
(Na zdjęciu wyszedł kolor jaśniejszy, w rzeczywistości są ciemniejsze, w soczystym kolorze przekrojonej leśnej jagody).

A potem był wieczór panieński Ilonki i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to Ilonka gwizdnęła mi te cudne szpilki sprzed nosa. Pośmiałyśmy się z tego, dobrze pamiętam ten dzień pełen śmiechu dla gości, ale dla Ilony pełen skrywanego bólu, bo właśnie w tę pamiętną sobotę dziewiątego sierpnia 2008 roku Obcy przypuścił pierwszy atak, mylnie wtedy przez lekarzy uznany za wypadnięcie dysku.
W TYM dniu TE szpilki miała na sobie pierwszy i ostatni raz.
Przygnębiające jest porządkowanie rzeczy zostawionych przez naszych bliskich na tym świecie.
Ze smutkiem odkrywa się prawdę dawno odkrytą, że po odejściu kochanej osoby życie nawet nie przystaje w zadumie, tylko nie oglądając się za siebie idzie dalej.
Żyjącym zostaje szafa pełna niepotrzebnych już ubrań, torebek, butów, łazienka pełna kosmetyków, ulubione perfumy, drobiazgi dzienne i nocne, wszystko w co ubiera się codzienność.
Te buty zabrałam dla siebie, będę je wkładać na szczególne okazje, będę o nie dbać, nigdy ich się nie pozbędę.
I choć nie muszę mieć takich symboli, by pamiętać o Ilonce, to będą one dla mnie wieczną przypominajką o przewrotności losu i o koniecznej wobec tego losu pokorze.
Wszystko to marność nad marnościami.
Li.


(*) (*) (*)…

11 września, 2009

Ilonka odeszła dzisiejszej nocy.
Wcale nie czuję ulgi, tylko wielki żal.


List do I. z prośbą do Anioła o jak najszybsze przekazanie.

10 września, 2009
Kochana Ilonko,
dziś nie potrafię już o Tobie pisać, nie mogę, wyrywam sobie sama serce, nic nie da szukanie najpiękniejszych słów, wszystko co napiszę nawet otulone w miłość i ogromny smutek jest niczym wobec Twojego pełnego cierpienia odchodzenia, Twojej własnej, samotnej walki o każdy oddech, rurek z tlenem w Twoim nosie, rurek w Twoich żyłach, tych uporczywie piszczących od skaczących wskaźników monitorów.
Kochana Ilonko,
z całego serca życzę Ci spełnienia naszych marzeń najskrytszych i jak najszybszego końca Twojej ziemskiej drogi, dojdź nareszcie do kresu, podejmij jeszcze ten jeden wysiłek i doczołgaj się do granicy między światłem, a wiecznym cieniem, zwolnij swoje serce z pracy ze skutkiem natychmiastowym, niech przestanie nareszcie bić.
Kochana Ilonko,
my już po prostu nie możemy wytrzymać Twojego cierpienia, nie potrafimy Ci pomóc, tak Cię proszę, nie walcz już.
Kochana Ilonko,
gdy dziś trzymałam Twoją dłoń, poczułam lekkie jak puch ściśnięcie moich palców, jestem tego pewna, że dałaś mi znak, że wiesz że jestem przy Tobie.
Kochana Ilonko,
wiesz… od tego płaczu ciągle boli mnie głowa i skacze ciśnienie, zapominam brać te cholerne leki…
Proszę Cię, pozwól mi Cię opłakiwać bez tej przygniatającej świadomości, że cierpisz.
Li.

Jeden telefon z głupim dowcipem…

10 września, 2009
Wieczorem byłam u Ilonki i wylałam rzekę łez. Jest bardzo źle, bardzo.
Dostała wieczorem ogromną dawkę morfiny, bo cierpi strasznie, na noc została sama, jest nieświadoma, otumaniona narkotykami, niestety nie można z Nią być na Oddziale Intensywnej Terapii na noc, i tak dzięki naszemu koledze rodzina może być przy niej przez większość doby.
A dziś rano, gdy mój brat z rodzicami I. przyjechał do szpitala, okazało się, że szpital otoczony jest przez Policję, bo podobno podłożono w nim bombę. Nikt nie może wejść, Mama Ilony płaczem i łzami ubłagała, by jej wejść pozwolono i szczęśliwie trafiła na wrażliwego człowieka.
Tacie I. i mężowi wejść już się nie udało.
Stoją bezsilnie pod szpitalem, gdzie trwa akcja poszukiwania bomby, której na pewno nie ma, ale przecież sprawdzić to trzeba.
Nawet to nie zostało im oszczędzone w ostatnich godzinach życia Ilonki, rzucam klątwę na tego „dowcipnisia”, niech go piekło pochłonie!
Li.

Środa urody życiu doda.

9 września, 2009
Będę dziś dla siebie dobra i dam sobie wolny dzień, choć wizja wizyty u dentysty w samo południe skutecznie psuje mi humor. Niby nic nie boli, ale zawsze to dentysta, banie się go jest jednym z moich najstarszych lęków, do dziś pamiętam koszmar przypinania mnie pasami w celu usunięcia zęba mlecznego. Moje dzieci wolne są od tej traumy i chwała bogu.
A teraz spokojnie piję sobie kawę, patrzę na szalejące koty, Młodsza już w szkole, Starsza jeszcze śpi, bo może, robię sobie plan dnia, którego na bank nie będę się trzymać, słońce za oknem, stuki na budowie, za parę minut na poranną rozmowę przyjdzie Wykonawca, odganiam od siebie myśli o konieczności wizyty w serwisie z autem, bo coś mi stuka w tylnym kole, może przestanie, dzień zapowiada się spokojnie i pogodnie, bez nagłych burz i wyładowań, a pod wieczór wpadnę do I.
I dla mojego smutku i mojej za Nią tęsknoty nie ma najmniejszego znaczenia fakt, czy będę na zewnątrz smutna, zapłakana, nieumalowana, czy zrezygnuję ze swoich marzeń, czy nie będę robić sobie przyjemności, czy nie będę cieszyć się budową, czy będę widowiskowo rozpaczać i zmieniać swoje przyzwyczajenia.
I. odchodzi, ale moje życie trwa.
Tragedią jest odchodzenie I., szczęściem jest moje życie.
Nie muszę tego godzić, dopasowywać jednego do drugiego.
Wystarczy, że za nią bardzo tęsknię, choć przecież nie moja tęsknota jest tu najważniejsza, I. zostawia za sobą wielkie dziury w sercach wielu ludzi, jest to najpiękniejszy dowód dla sensu Jej istnienia, jest najważniejszym dowodem życia na wypadek śmierci, I. kocha i jest kochana, nie odchodzi samotnie.
Piszę to dla tych, którzy zarzucają mi brak uszanowania „majestatu śmierci”.
O tych, którzy zarzucają mi, że piszę „medycznego harlequina” i że wszystko wymyślam dla poklasku, przez litość nie wspomnę.
A po jej śmierci pójdę do kosmetyczki, zażyczę sobie masażu twarzy i będę myśleć o I.
Uwielbiała to i jestem pewna, że będzie wtedy ze mną.
Li.

U Ilonki bez zmian.

8 września, 2009
Ilonka dziś nie odzyskała świadomości.
Jej brat przywiózł z Warszawy lek o nazwie Selol, nie jest jeszcze dopuszczony do obrotu, nie przeszedł nawet badań klinicznych, jego skład został wynaleziony przez lekarzy z Wojskowej Akademii Medycznej, ma w sobie potężną dawkę selenu, podobno w chorobach nowotworowych potrafi zdziałać cuda. Dostać go można za darmo na Akademii, lekarze chętnie go udzielają ciekawi efektów…
Jak słusznie zauważyli lekarze Ilonki, na pewno jej nie zaszkodzi, a może pomóc.
Podaje się go dwa razy dziennie, jest w formie oleistej zawiesiny.
Wtorek-potworek znowu nie zawiódł.
Pozłościł mnie, pokonfliktował z czasem, wysłał na drugą w tym tygodniu wywiadówkę, a kto by tam lubił chodzić na wywiadówki dzieci, skoro jeszcze tak niedawno człowiek z drżeniem serca czekał na powroty z wywiadówek własnej matki, która niestety z reguły musiała sporo nasłuchać się na temat takiego „zdolnego lenia” jak ja. No i potem wyciągała bolesne konsekwencje…
Na razie mam do rozwiązania problem z gwałtownie ujawniającą się co rano nagłą niechęcią Młodszej do szkoły. Dziecko zaczyna boleć brzuch, nie chce jeść śniadania i idzie do szkoly wyjątkowo nieszczęśliwa. Podpytana na tę okoliczność zeznała, że bardzo się boi, postraszona przez nauczycieli, że „czwarta klasa to wielki przełom, że już nie będzie im tak łatwo jak w trzeciej, że są większe wymagania, że jak ktoś nie da rady, to będzie powtarzał klasę”… itd., o rety, moje biedne, przerażone dziecko przez trzy lata z rzędu wpisywane do złotej księgi uczniów ma nagle wizję szkoły jako miejsca kaźni.
Poszłam więc na wywiadówkę wyjaśnić sytuację, bo przecież nie ścieżką strachu ma prowadzić droga do wiedzy oświetlana przez kaganek oświaty.
Niestety nowa wychowawczyni mojej córki to klasyczny nauczycielski beton, jaka szkoda! Poprzednia była cudowną, ciepłą i bardzo inteligentną kobietą.
W charakterze terapii zapowiedziałam więc Młodszej, że życzę sobie, aby dostała pałę z każdego przedmiotu. Nadmierne ambicje posiadania samych piątek i szóstek należy tępić w zarodku, od czasów szkolnych nie cierpię prymusów.
Ale ten niedobry wtorek-potworek przyniósł mi dziś też radość z łażenia pod własnym dachem, są już zamontowane wszystkie krokwie i są jaskółki!
Olbrzymie! I mają swój własny przepiękny widok!
Górują nad okolicą, czy nie pisałam niedawno, że będzie to najładniejsza kamienica na ulicy? Teraz jestem absolutnie przekonana, że w całej okolicy!
Dach robią prawdziwi cieśle, górale z poczuciem humoru.
Ta bardzo lubię snuć się po budowie podpatrując i podsłuchując, śmiejąc się z ich świńskich dowcipów, smakując zapach ciętego drzewa, brodząc w trocinach, ech… wybuduję sobie dom i będę go mieć. Lubię mieć dom.
Dom dodaje pewności siebie.
Wiem to tak dokładnie, bo odkąd sprzedałam mieszkanie, to straciłam grunt pod nogami i teraz ciągle muszę brnąć do brzegu.
Ale jest już niedaleko.
Li.

A takie tam…

8 września, 2009
Osadzona w życiu mam swoje codzienne sprawy, mam też sprawy nadzwyczajne powodujące wybuchy radości i wzruszeń, mam przyjaciół i znajomych, mam rodzinę, koty i psa i idę sobie albo lekkim krokiem, albo powłócząc nogami do swoich celów, czasem oberwę po nosie, czasem dostanę skrzydeł, ale żyję, ciągle żyję, intensywnie żyję, to moje codzienne życie jest moją szansą na dalsze życie.
Planuję przyszłość z właściwym mi rozmachem, planuję nareszcie porządnie nauczyć się włoskiego, planuję kiedyś sprzedać strych i wybudować dom pod miastem, planuję za rok wakacje na Sardynii z moją koleżanką Jędzą, ciągle przecież nie poznałam Sardynii od pasa w dół, a podróżowanie autem po Europie, z namiotem i z dziećmi ma urok nie do odparcia.
Plany, plany, plany- jak nie wychodzą, to można je zastąpić innymi, bo plany są zastępowalne.
Tylko ludzi w sercu nie można zastąpić, gdy ktoś odchodzi to zawsze przez boleśnie w nim wyrwaną dziurę, taką nie do załatania, ciągle krwawiącą, mam w sercu kilka takich dziur po osobach mi niegdyś bliskich, ale jeszcze nigdy nikt mnie nie opuszczał bez możliwości powrotu wybaczeniem, tak ostatecznie, tak już bardzo tęskniąco, tak już bardzo brakująco, tak okrutnie niepotrzebnie.
A stan I. powoli, nieubłaganie, zgodnie z przewidywaniami lekarzy pogarsza się z każdym dniem.
W tych rzadkich chwilach świadomości, gdy morfina uwalnia ją ze swoich kajdan, Ilonka pyta co tu robi, rozmawia z mężem o powieszeniu półek na pamiątki z ich dalekich podróży, daje mi całusa prosto w usta i mówi, że czeka na operację we Francji.
A już po chwili od wybudzenia łapie się za głowę i zaczyna jęczeć z bólu.
Śmierć złodziejka- kradnie ludzkie plany, kradnie ludzkie życie.
Li.

Trudno znaleźć tytuł.

6 września, 2009
Napięcia w rodzinie nie da się wyłączyć.
Ani nawet zmniejszyć, bo ono rośnie z godziny na godzinę.
Ilonka powoli idzie w stronę światła.
Maksymalne dawki morfiny i innych środków przeciwbólowych nie pomagają jednak zupełnie uśmierzyć bólu, w rzadkich chwilach przebudzenia Jej twarz ściąga się z powodu cierpienia.
To nas wszystkich boli najbardziej, ta bezradność w walce z bólem.
Największym życzeniem bliskich jest by odeszła jak najszybciej, by już tak niepotrzebnie nie cierpiała.
Scenariusz nakreślony przez lekarzy nie ma happy endu, nie ma nawet cienia nadziei.
I nie ma tu zastosowania cudowna pewność, że cuda się zdarzają.
Jej życie może się skończyć za parę godzin, może za parę dni, a może jej silny organizm da jej więcej czasu. Prawdopodobnie obrzęk mózgu wywoła wylew i zupełnie straci świadomość.
Wczoraj od Jej brata dowiedziałam się, że w Polsce nie udało się przeżyć żadnej kobiecie z mięsakiem i nikomu z mięsakiem na kręgosłupie.
To jest wiedza mi zupełnie niepotrzebna, bo jest tylko dowodem na to co już wiem- nie ma nic bardziej kruchego nad ludzkie życie i nic bardziej niepewnego niż przyszłość.
Muszę to wziąć pod uwagę w moich planach.
Li.