Mokry wtorek-potworek.

23 czerwca, 2009
Wykonawca płacze, bo przez ten niespodziewanie długo padający deszcz plany budowlane mokną i nie dają się realizować. Jakoś tak ucichły stuki i huki, a i robotników jakby mniej snuje się między kroplami. Ech…
Ostatnio tyle się dzieje, że czasem wychodzę z siebie i patrzę z boku, by nie zwariować.
Ale ciągle jeszcze tkwię mocno wśród ludzi i gdybym miała położyć na jedną szalę zawód z powodu człowieka, a na drugą wzruszenie z powodu ludzkiej przyjaźni i życzliwości, ciągle jeszcze ta druga przeważa.
I póki tak będzie, nie stracę wiary w człowieka i serca do kontaktów międzyludzkich.
Dużo czasu spędzam z I.
Po ostatniej silnej chemii jest tak cierpiąca, że wczoraj nie mogąc już na to patrzeć, wzięłam sprawę w swoje ręce i w środę idziemy do Przychodni Leczenia Bólu, kolega umówił mnie z najbardziej kompetentnym człowiekiem w Krakowie, profesorem Wordliczkiem.
I już nie obchodzi mnie to, że lekarz prowadzący przepisał jej plastry z silnym środkiem przeciwbólowym, skoro nic nie pomagają! Bolą ją nawet opuszki palców…
Mam wrażenie, że lekarze lekceważą problem bólu, a przecież ból jest w stanie złamać największego twardziela. Widzę że I. nie daje już rady, siada psychicznie, a do tego nie można dopuścić! Jest naprawdę dzielna, ale już bardzo wyczerpana, od jedenastu miesięcy z króciutkimi przerwami zmaga się z koszmarnym, przewlekłym bólem.
Środki dotychczas stosowane przestały pomagać, a przy takiej dawce bólu fizycznego czuje się już ból psychiczny, a strach przed bólem potęguje go jeszcze bardziej.
Nie mogę patrzeć na jej twarz ściągniętą cierpieniem, bo nawet gdy się uśmiecha to oczy pozostają smutne.
Ten ból zabiera jej siłę do walki z Obcym, kradnie jej chęć życia i odbiera nadzieję.
Mam nadzieję, że jutro zostanie oddana w dobre ręce, gdy rozmawiałam wczoraj z profesorem miał takie mądre, ciepłe, dobre oczy.
Ech, niech tego Obcego nareszcie trafi szlag!
Li.

Lubię być w tęsknocie, gdy znam jej kres.

22 czerwca, 2009
Padam, padam, padam na nos.
Wczoraj zrobiłam autem 930 kilometrów, wykończyłoby to niejednego twardziela, a ja przecież jestem taka mięciutka…
Dziś nie chce mi się wyjść z łóżka, szarość za oknem przegrywa z ciepłą czerwienią mojej pościeli.
Deszcz w swym natręctwie przekroczył już wszelkie granice wytrzymałości, wciska się wszędzie bez pytania, cieszy się z niego tylko dach, bo ciągle zachowuje życie.
Jutro na obóz taneczny do Zakopanego wyjeżdża Młodsza, zostanę sama i nareszcie, nareszcie będę mogła oddać się z rozkoszą słodkiemu uczuciu tęsknoty za moimi córeczkami, ha!
Li.

Może trzeba kupić kalosze?

20 czerwca, 2009
„To koniec pewnej epoki” powiedziała melancholijnie moja Starsza sprzątając ze mną bagażnik auta z butów narciarskich, parasola plażowego, raclette, karimat, książek i starych gazet.
Został tam tylko parawan plażowy, ostatecznie już w sierpniu wybieram się nad morze.
Jutro zawożę starsze dziecko na wakacje, we wtorek wyjeżdża Młodsza, nareszcie będę wolna!
A tu pada i pada, cegły smętnie mokną na podwórku, przez te łzy z nieba dach ciągle jeszcze zachowuje życie, będzie żył tak długo jak długo będzie padać. Chyba go osobiście zamorduję, bo ileż można żyć! Ma już 112 lat!
I przez niego wszystko stanie. Rury dały się wypatroszyć i wymienić na nowe, fundamenty są już otulone nowym zbrojeniem, wylewka na strychu jest śliczna i gładziutka, podwórko zawalone materiałami nie może oddychać, czas na kolejny krok, a tu pogoda nie sprzyja. Złości mnie to, bo nic nie mogę zrobić.
Z tego zmartwienia kupiłam sobie mnóstwo książek i trzy pary butów.
Dla odczynienia uroku, bo żadne nie nadają się na deszcz, czary-mary!
Miłego dla Was!
Li.

Ten brak czasu tak dolega…

17 czerwca, 2009
Miłym i prawie codziennym rytuałem staje się poranna kawa z Wykonawcą, w mojej kuchni i przy muzyce huku prac budowlanych. Kamienica cierpi, patroszona przez hudraulików- obecnie trwa operacja plastyczna wymiany pionów wodnych i kanalizacyjnych, co niestety nie nastraja do mnie przychylnie sąsiadów, zwłaszcza lokatorów. Tak się złożyło, że poza mną tylko jedni współwłaściciele mieszkają w kamienicy, reszta ma mieszkania zajęte przez lokatorów, a oni oczywiście mają mnóstwo do powiedzenia. Staram się zrozumieć, że nie są zachwyceni bałaganem, hałasem, pyłem i rozwalonymi swoimi łazienkami, ale przecież nie ma innego wyjścia, później będzie tylko lepiej).
(Z ciekawości zajrzałam sobie we wnętrze starych, żeliwnych rur i ten widok będzie mnie prześladował do końca życia, brrrr…)
Inna ekipa odkopuje fundamenty w piwnicy, niby nie wymagały wzmocnienia, ale wolimy z L. dmuchać na zimne, przy ogólnej kwocie wartość tych piwnicznych prac jest znikoma, a jednak daje pewność, że cały ten interes nie runie w widowiskowe i medialne gruzy.
Na strychu miękka wylewka osiągnęła pożądaną twardość i pochodziłam sobie po podłodze mojego salonu, zaglądnęłam do sypialni i podumałam w łazience.
Niesamowite tempo.
Byłoby jeszcze szybciej, gdyby szanowna aura przestała mieć deszczowe humory, bo do zdjęcia dachu potrzebna jest dobra pogoda.
Jestem bardzo zajęta i bardzo się z tego powodu cieszę, choć nie mam czasu na bujanie w obłokach i pisanie.
Jutro idę na uroczystość wpisania Młodszej do Złotej Księgi Uczniów, pewnie poryczę się ze wzruszenia… Starsza też ma świetne świadectwo, jestem dumna z moich córeczek i tym bardziej chce mi się coś dla nich robić. No to robię:)
Mam chytry plan jak najszybszego wprowadzenia się do końca roku, nawet gdy nie wykończę wszystkiego. Ale będę mieszkać już w swoim domu, a świadomość tego dodaje mi skrzydeł.
Te dwa lata spędzone w wynajętym mieszkaniu uświadomiły mi, jak bardzo własny dom dodaje życiowej siły i poczucia bezpieczeństwa.
No!
Li.

Ona chyba jednak istnieje.

12 czerwca, 2009
Jakoś tak niepostrzeżenie umknęła mi piąta rocznica rozstania się z Nemo.
Dziwne, bo pięć lat przede mną wydaje mi się takie odległe, a pięć lat za mną minęło tak szybko! Wszystko przecież jeszcze pamiętam, nawet tę nieszczęsną komedię na którą w tym pamiętnym dniu poszłam razem z L.- „Starsza pani musi zniknąć”, od tego czasu mam alergię na Bena Stillera.
Nie żałuję tego rozstania, ale do takiego wniosku musiałam dojrzeć i nareszcie przejrzeć na oczy. Oczy szeroko zamknięte to specjalność większości kobiet, rozprzestrzenia się jak śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową.
Wolałam nie widzieć, widząc. To taki specyficzny stan, w którym inteligentna kobieta zamienia się w głupią niedowidzącą babę.
Nie mam ochoty na wchodzenie do tej rzeki, choć oczywiście nie umykają mi z pola widzenia mężczyźni, ale bawi mnie tylko flirt i nic poza tym.
Jestem zmęczona, zapracowana i mam dwie córki. Ta kombinacja jest najlepszą antykoncepcją dla myśli i uczynków.
Ale gdy tak patrzę na mojego brata i I. to zazdroszczę im tego niesamowitego porozumienia, oddania, czułych gestów, szaleństw brata w postaci zakupu śliwkowego kabrio dla łysej po chemii I., bo przecież „to najlepsze auto dla kobiety, która nie musi się martwić o fryzurę”, jego tekstów w rodzaju: „kochanie, Ty masz przecież tylko leżeć i pachnieć”, tego wszystkiego co składa się na obraz ogromnej i pięknej miłości. Ciągle zawodowo jestem świadkiem na pogrzebach miłości, na egzekucjach emocji, na wojnach pomiędzy ludźmi, trochę to mi pomieszało widzenie świata, jakoś tak ze strachu przed kolejnym rozczarowaniem, schowałam głęboko w sobie swój głód miłości i czułości. Nie wiem dlaczego właśnie dziś poczułam się tak bardzo głodna…
Może powoli czas otwierać drzwi?
Za parę miesięcy będę mieć już swój dom, nareszcie poczuję się bezpiecznie.
A wtedy uzbroję oko w swój ulubiony błysk i ruszę na podbój… ech, no przecież kiedyś to uwielbiałam… ;-)
Hm… szczerze powiedziawszy- uwielbiam do dziś!
Li.
P.S. Angina zrujnowała mi plany weekendowe. A nie mówiłam, że plany to…

Suplement do poprzedniej

11 czerwca, 2009
W tle obojętne na emocje sprawy toczą się swoimi torami.
Budowa jest już ubrana w wylewkę schnącą sobie przez weekend, a dach trzyma się tylko na słowo honoru kilku mizernych podpórek udających krokwie, mam więc nadzieję że nie nadejdą jakieś szczególnie natrętne nawałnice.
Jutro wyjeżdżam na weekend, rozpaczliwie pragnę zmiany powietrza i widoku innego nieba.
Zabieram dzieci i w sobotę będę w Kotlinie Kłodzkiej, albo może nawet i w Pradze, gdy tylko będzie nam się chciało tam pojechać. Na razie się nie chce, ale z Paczkowa to kusząco blisko, a już tyle razy obiecywałam Starszej…
W ostateczności może zadowolą ją Błędne Skały, wszystko jest lepsze niż ta szarość krakowskiego nieba.
Za dużo tej szarości, a przecież to nie jest kolor sezonu.
Li.

Ech…

11 czerwca, 2009
Od niedzieli nie mogłam porozmawiać z I.
Nowa chemia na Obcego wyssała z niej wszelkie siły, dając jej w zamian tylko torsje i potworny ból całego ciała. Dziś nareszcie jest lepiej, ból zelżał, torsje ustąpiły, po raz pierwszy od niedzieli mogła cokolwiek zjeść, wypić bez kroplówki i powiedzieć parę słów.
To co się z nią dzieje przygnębia mnie tak bardzo, że uśmiechając się czuję ból.
Nie mogę pogodzić się z jej cierpieniem. Nie potrafię pomóc w jej strachu.
Wzrusza mnie jej tata, który godzinami siedzi przy niej i głaszcze ją po ręce.
Dziś płakałyśmy sobie obie, czasem taki wspólny płacz przynosi ulgę, choć ja płakałam tylko ze współczucia, a ona z bólu, wyczerpania i strachu przed kolejną chemią.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się zaledwie dziesięć miesięcy temu, przed ślubem I. i mojego brata, gdy pochyliła się by pomalować sobie lakierem w kolorze czerwonego wina paznokcie u stóp…
O tym, jakie jest Twoje życie wiesz na pewno tylko teraz, w tej chwili, bo co do jutra nie możesz mieć żadnej pewności.
Li.

Sprawozdanie:)

8 czerwca, 2009
Fitness sprawia cuda, zaprawdę powiadam Wam. Mam świetny humor i mnóstwo energii, choć bolą mnie mięśnie, o których nawet nie wiedziałam, że je mam.
Na razie od tygodnia udaje mi się ćwiczyć codziennie, wczoraj spędziłam bardzo aktywne i fajne dwie godziny na siłowni z L.
I stresu jakby mniej, a stres mnie przecież nie oszczędza.
W piątek uderzył z niespodziewanej strony bo przestraszona Starsza doniosła ze Stambułu, że ich samolot ciągle kołuje i nie może wystartować z powodu usterki technicznej.
Wystarczyło to, by uruchomić moją zwyrodniałą wyobraźnię, opóźnienie startu ostatecznie sięgnęło dwóch godzin, w związku z tym spóźnili się na samolot w Warszawie i jak już w końcu odebrałam to moje wymęczone dziecko z lotniska w Krakowie po 12 godzinach podróży, to oczywiście łzy ulgi lały mi się rzęsiste. Pisałam już, że na bardzo mokrym miejscu mam oczy?
Narzuciłam sobie bardzo rygorystyczny plan, kurczowo się go trzymam, jakoś mam takie przekonanie, że to plan ratunkowy, że gdy będę go realizować to będzie dobrze.
Za dwa tygodnie zaczynają się wakacje, porozwożę dzieci i zostanę sama z budową, moją kochanką.
Wrzucę Wam nowe zdjęcia, poza tym dziś wykonawca wystawia pierwszą fakturę, trzeba będzie to uczcić, umówię się z L. na kolację, przecież niecodziennie płaci się za roboty budowlane:)
Skoncentrowana na swoich sprawach zauważam jednak świat zewnętrzny, choć wolałabym nie zauważyć, że wybory do PE w Krakowie wygrał Z. Ziobro, rety co za wstyd!
Znowu wygrał populizm i krzykactwo, ech… czasem moja wiara w ludzki rozum zostaje boleśnie nadwyrężona…
Miłego dla Was!
Li.

Przecież jestem.

5 czerwca, 2009
Wśród przepychających się wokół mnie problemów pisanie ze swoją terapeutyczną mocą nie ma szans.
Stoi na końcu kolejki, bez statusu uprzywilejowania i pokornie czeka na moją ochotę i czas.
Wpadłam w spiralę wielkiej zajętości, narzuciłam sobie przy tym reżim wczesnego chodzenia spać i codziennej siłowni, męczę swoje ciało i umysł, by poczuć się lepiej. I czuję. Odnawiam źródło swojej siły, napełniam je na nowo, by potem z niego czerpać, ciągle jeszcze tryska zbyt wątłym strumieniem, ale wierzę, że stare sposoby mnie nie zawiodą.
Wiele mogę znieść, ale gdy los zaczyna kąsać najbliższe mi osoby, opadają mi skrzydła, staję się niezdarnym nielotem. Muszę więc tego nielota uzbroić w siłę do szybkiego biegania.
Nie jest moim problemem budowa, bo tu wszystko idzie zgodnie z planem, a nawet szybciej. Czuję się bezpiecznie z naszym wykonawcą, polubiłam tego człowieka, bo jest takim poczciwcem rosnącym prosto z korzenia, bez fałszywych odgałęzień.
Wspinam się na strych kilka razy dziennie, tuczę budowę pańskim okiem i cholernie się cieszę z każdych zauważonych moim niedoświadczonym okiem zmian.
Martwię się Iloną, dziś zaczyna nową serię chemii, Obcy w międzyczasie zmienił swoją postać, biologicznie przepoczwarzył się w innego potwora, dziewczyna żyje w nieustannym bólu, z trudem da się go łagodzić, a bardzo podkopuje jej chęć do walki.
To już dziewiąty miesiąc tego koszmaru, kolejna operacja, kolejne wycięcie i znowu czekanie na to, by coś nie nastąpiło.
Wiem, że piszę inaczej niż kiedyś. Czytam czasem starą Li… ech, no właśnie ta sinusoida życia daje mi nadzieję na zmianę. Bo nie może przecież być inaczej.
Miłego dla Was!
Li.

Pomarudzenie sobie.

2 czerwca, 2009
Wyszłam z siebie bez opcji „zaraz wracam”.
Zmęczenie gryzie mnie z każdej strony, opieram mu się tylko w łóżku otulona bezpieczeństwem kołdry. Śpię i śpię.
Budowa i dzieci, a gdzieś w tle praca- to mnie interesuje na dziś.
Starsza z Turcji śle mi zabawne maile, Młodsza wróciła z „zielonej szkoły'” wyjątkowo entuzjastycznie nastawiona do Pienin, zdobyła wszystkie liczące się szczyty i teraz zadręcza mnie pytaniami, na które nie znam odpowiedzi, bo skąd mam wiedzieć, ile lat liczą sobie słynne sosny na Sokolicy ( już wiem, że ponad pięćset).
Moja niewiedza wywołała w niej takie oburzenie, że usłyszałam zarzut: „co z Ciebie za matka, że wysyłasz swoje dziecko w taką nieznaną Ci okolicę”, cha cha…
Próbuję się jakoś ratować przed lepiącym się do mnie marazmem, ale wszystkie znane mi sposoby zawodzą.
Chyba się starzeję czy co?
Za godzinę umówiłam się z M. na siłownię, sama siebie zrobię reanimację, nieswojo mi z tym brakiem chęci do życia, powłóczeniem nogami i jakimś takim zszarzeniem.
A w przeciwieństwie do mnie budowa ma się świetnie, hula aż miło.
Widocznie to jest ta słynna równowaga w przyrodzie;-))
Li.

Brak mi czasu na pisanie.

1 czerwca, 2009
„Pochlebia mi to”, powiedziała mi wczoraj moja Młodsza, gdy nie poszłam wieczorem na imprezę i zostałam z nią w domu.
Bardzo mnie to rozśmieszyło:)
cdn…
Li.

A takie tam, o tym samym…

29 Maj, 2009
Niby to nie ja rozwalam stare mury, nie ja wybieram polepę, nie ja noszę czerwone, robocze spodnie, nie ja pod oknem pieję sobie robotniczo o szóstej rano: ” kurwa, chcesz rozpierdolić tego chuja?!” (co na budowie może być chujem?), ale czuję się tak, jakbym to wszystko robiła.
No, może poza tym chujem.
Dziś w przerwach między pracą dwa razy wdrapałam się na strych, och i ach- jak poraziły mnie pięknie przybite do legarów płyty OSB… ciągle nie wierzę, że TO NAPRAWDĘ SIĘ DZIEJE!!!
Po południu miałam godzinne spotkanie z wykonawcą, ten biedak ciągle doprasza się o umowę, a ja nie mam czasu jej napisać. Pewnie dlatego, że sama sobie za nią nie zapłacę, hehe…
Potem uśmierciłam komórkę, bo gadałam przez godzinę z architektami usiłując uzyskać od nich coś co obiecali, a nie przesłali (mam alergię na słowo architekt).
A teraz siedzę bez sił, bo ile można myśleć;-)
I dziś wyjątkowo nie mogę słuchać zrzędzenia Pani Jadzi, że wszędzie pył, że kurz, że rany boskie
i jezus maryja, jak to Pani Moniczka sobie ze wszystkim poradzi, na pewno nie poradzi i kto jej pomoże biedaczce…, taka bidna ta Pani Moniczka…i męża ni ma… bidna, oj bidna…
Akurat!
Li.
PS. A deszcz pada i pada. Dziury po kominach mokną.

Pokonało mnie zmęczenie.

28 Maj, 2009
Odkryłam, że z Krakowa do Krosna jedzie się trzy godziny i dziesięć minut. A to tylko 168 kilometrów!
Wszystko zrobiłam, by dojechać szybciej- zjechałam z zakorkowanej drogi tarnowskiej, tłukąc się prawie pustymi, acz dziurawymi drogami przez Gdów, Lipnicę, Gromnik i Biecz.
Krajobrazowo było ślicznie i lirycznie, gorzej z jakością jazdy.
Tam gdzie miałam stawić się na ściśle określoną godzinę, trafiłam dokładnie na styk, ale stres myśli o spóźnieniu mnie wykończył.
W drodze powrotnej poczułam tak przemożne zmęczenie, że chciałam tylko spać.
Zasnąć, zasnąć gdziekolwiek i nie pomagała mi do pobudzenia się szarość na niebie, padający deszcz i Red Bull. Chyba wtedy właśnie osiągnęłam ujemny punkt krytyczny własnych możliwości, za Krosnem zjechałam na pobocze i kompletnie nie przejmując się już niczym, poza chęcią natychmiastowego zamknięcia oczu, oddałam kierownicę mojemu pasażerowi.
Gość ruszył na zaciągniętym ręcznym i to była ostatnia myśl jaką zarejestrowałam przed snem.
Droga do Krakowa zajęła nam ponad cztery godziny, o dziewiętnastej byłam już we własnym łóżku i spałam jak zabita do szóstej rano.
Jestem bardzo zmęczona, czuję konieczność spokoju, odpoczynku i ukojenia przez długie wakacje, a mam niestety tylko pewność tego, że wakacji dla mnie nie będzie.
Dzieci wyjeżdżają zaraz po zakończeniu roku szkolnego, kupiłam im po kilka obozów, będą wracać z jednego, by od razu jechać na drugi, muszę je wyeliminować z najbliższego, budowlanego otoczenia.
A ja będę mieć wakacje w Krakowie, pod placem budowy.
Perspektywa mało kusząca, ale w tym roku tylko taki kierunek przewiduje moje wewnętrzne biuro podróży. Choć ciągle jeszcze gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się nadzieja na kilka ostatnich dni sierpnia na Helu. Bałtyk zawsze mnie koi…
Prawda, że życie mnie nie oszczędza?
A co na to Lec?
Prawdziwy męczennik to ten, któremu i tego tytułu odmawiają.
;-)
Li.

Dwa niezwiązane ze sobą fakty.

26 Maj, 2009
1. Moja Mama wybrała się ze znajomymi na tygodniową wycieczkę szlakiem pałaców i kościołów w Wielkopolsce. Wycieczka zorganizowana została przez osobę prywatną, ale bardzo profesjonalnie, towarzystwo ze średnią sześćdziesiątką na karku, sporo osób nie znało się wcześniej, ale przecież autokar i wspólne kolacje sprzyjają integracji.
2. Na budowie, po dzisiejszym spotkaniu wykonawcy z architektami i konstruktorem wyłoniła się pilna konieczność konsultacji dotychczasowych robót ze statykiem-konstruktorem, czyli tym magikiem, który policzył nam obciążenia na fundamenty kamienicy, dające odpowiedź na pytanie, czy fundament wytrzyma nadbudowę dwóch pięter.
L. i ja ze statykiem miałyśmy dotychczas kiepskie doświadczenia, bo to bardzo nieuchwytny człowiek. Rzadko odbiera telefony, czasem można zastać go na uczelni, gdzie wykłada, a już umówienie się z nim na szybki termin graniczy z cudem.
L. po którymś tam razie udało się do niego dodzwonić. Niechętnie ją poinformował, że nie ma go w Krakowie, bo właśnie zwiedza katedrę w Gnieźnie, wraca w niedzielę, mamy próbować łapać go w poniedziałek, ale to przecież tak jakby łapać wiatr.
Ale L., kobieta z bystrym umysłem, skojarzyła że przecież gdzieś tam w Wielkopolsce, coś tam zwiedza moja Mama. Zapytała mnie, czy wiem gdzie jest moja Rodzicielka.
Ano była właśnie w Gnieźnie. Kwestia dowiedzenia się, że nasz statyk jest jej towarzyszem wycieczki kosztowała mnie jeden telefon.
I tym sposobem wiemy, że Mama zwiedziła sobie katedrę w Gnieźnie razem z najbardziej pożądanym przez nas obecnie mężczyzną.
Znając też jej siłę przebicia i determinację do zapewnienia mi dachu nad głową, wiem że nie spuści go z oczu, a może nawet i wydusi z niego obietnicę, że w poniedziałek na pewno się z nami spotka, ech… kto wie do czego jeszcze się posunie…
I ja narzekam, że nie mam szczęścia?
Grzeszę, naprawdę grzeszę…
;-)
Li.

Jakoś to będzie, czy jakość życia?

26 Maj, 2009
Pobudki o szóstej rano przemeblowały moje noce.
Zasypiam przed północą, po drodze zapominam śnić, wstaję półprzytomna, ale za to piję pierwszą kawę w tumanach pyłu jak w confetti spadającym mi na głowę na balu.
Ten bal coraz bardziej mnie cieszy, choć nieodstępujący mnie na krok stres nie daje o sobie zapomnieć, coraz mocniej ściskając mi gardło- boję się, ciągle się boję, właściwie to coraz bardziej się boję, idę w ogień, a jestem przecież taka łatwopalna.
Nie mam z kim pogadać o moich lękach, dla większości są irracjonalne, dla innych histeryczne, jeszcze inni mają poważniejsze problemy, ludzkie problemy zawsze przecież cechuje daleko posunięty egoizm.
A co na to Lec?
Ile piruetów musi człowiek wykonać, by ludzie kręcili się wokół niego!

Kiedyś wydawało mi się, że mnie nic złego spotkać nie może, że szczęście mam wpisane w życiorys jak dzień urodzenia.
Kiedyś byłam obrażona na los za każdą drzazgę rzuconą pod nogi.
Teraz z trudem pokonując wielkie kłody doceniam to, co kiedyś było oczywiste i przez to niezauważalne.
Nabrałam pokory, zajęła ona miejsce ufności i beztroski.
Nie była to wymiana barterowa, czuję że straciłam więcej, że dopłaciłam do tej zamiany swoimi emocjami. Ech… a może to gorzknienie?
A może nareszcie dorosłam?
Bo jeżeli dorosłość to brak zaufania do ludzi, rozczarowania, liczenie tylko na siebie, smutek
i rzadkie chwile radości, to owszem- nareszcie dorosłam.

A co na to Lec?
Na drodze do szczęścia widzimy po obu stronach piękne wille, z ich okien przypatrują się spokojnie lokatorzy bezdomnym, idącym bez przerwy ku szczęściu.
Li, ciągle idąca Li.

Straciłam polot pisania na rzecz pisania budowlanych raportów:)

25 Maj, 2009
Sprzecznie z ideą wzniosłego i pełnego poświęceń macierzyństwa cieszę się wolnością od Młodszej.
Urocza ma córeczka, utrzymana w bezpiecznej i słodkiej odległości rozmowy telefonicznej, buszuje ze swoją klasą po Pieninach i to aż do piątku!
Z kolei w niedzielę Starsza leci na tydzień do Turcji, a w ogóle to jeszcze 27 dni i moje dziedzictwo genetyczne zacznie wakacje z dala od domu, a ja nareszcie zostanę sama- z budową i z większą ilością czasu.
Budowa absorbuje moje myśli, prawie nie ma w nich miejsca na nic i nikogo innego.
Dziś życie straciły kominy, zostały zmuszone do samobójczego skoku w dół, rozbiły się o ziemię, ich ponadstuletnie brzydkie i zmurszałe ciała skończyły żywot pośmiertnie przypudrowane pyłem, jakby ten make-up miał dla nich jakieś znaczenie.
Jutro załadowane na ciężarówkę, pojadą jak karawanem na cmentarzysko-śmietnisko im podobnych, pożałowane tylko przez wrony siadające na ich czubkach.
A ja zamiast żałobnego rapsodu nucę sobie radośnie, po raz kolejny odkurzając wpychający się bez zaproszenia do mieszkania pył, co niewątpliwie jest minusem mieszkania pod placem budowy. Ale za to w ramach jednego, jedynego plusa takiej sytuacji, w każdej chwili mogę iść sobie rzucić pańskim okiem na postępy robót.
Akcja budowlana zmienia się dynamicznie, dziś na strychu została znaleziona przerażająca rzecz, o której napisać nie mogę, ze względu na tzw. dobro śledztwa.
Ale niespodzianka była to istnie wybuchowa :)
A czym mi wybuchnie jutro?
Znowu z ciekawością chce mi się zaglądać za róg.
Li.

Notka sprawozdawcza, czyli pokazanie tego, co mnie ostatnio tak absorbuje :)

23 Maj, 2009
Podwórko straciło na urodzie przywalone stertami desek, ale dla mnie to najpiękniejszy widok. Widać, że dużo się dzieje, choć pierwsze tygodnie przebiegają pod hasłem wywalania ze strychu stert śmieci, drewna i największego koszmaru-polepy, która była podłogą strychu.
Jest jej kilka ton, to taka mieszanka gliny z popiołem i nie wiadomo z czym jeszcze, strasznie się kurzy!

Kamienica wygląda fatalnie, ale wbrew pozorom jest w dobrym stanie technicznym.
Za cztery miesiące będzie mieć dwa piętra więcej i piękną elewację! Marzy mi się taka w kolorze cegły z elementami ecru, jak na włoskim południu :)

Gdy na tyłach kamienicy stanęły pierwsze rusztowania, uwierzyłam że TO dzieje się naprawdę.


Tył jest nijaki, ale dodamy mu kolorytu. I to już ostatnie chwile życia tych małych okienek, znikną wraz ze zwalonym murem…

Ta żółta rura od środka jest czarna od polepy. Przez wykuty otwór zrzucane są dechy i śmieci, pył wiruje w powietrzu…

Robotnicy pracują. To mnie dziwi niezmiernie, ale oni naprawdę zwijają się jak mrówki. Często ich obserwuję. Tak wygląda strych od strony wejścia. Nic z niego nie zostanie, wszystko zostanie rozebrane, będzie nowy strop, nowe mury trzeciego piętra, a nad nimi czwarte piętro-poddasze.


Tak wygląda wybieranie polepy w pyle. Nawet okazał się fotogeniczny, udaje mgłę…W tym miejscu będzie moja sypialnia, a z niej wejście na prawo do łazienki. Leżąc w wannie będę widziała łóżko…


Marzyłam o chwili rozpoczęcia budowy, ciągle oglądałam plany, kupowałam wszystkie możliwe gazety o wnętrzach, a teraz gdy to już się dzieje, stres ściska mnie w pasie tak mocno, że brak mi tchu.

Wiele jest spraw w życiu z których można się wycofać. Ta do nich nie należy.

No to idę do przodu, jak mus to mus!

Li.


Przepuściłam kilka milionów.

21 Maj, 2009
W jednej z moich rzadko noszonych licznych torebek (bo tyle ich mam, a i tak ciągle noszę tę najbardziej ulubioną, ze skóry w kolorze czerwonego wina, szlachetnie sfatygowaną, kupioną na wyprzedaży w Singapurze, ciągle mnie bawi tak lekko rzucany zwrot: wyprzedaż w Singapurze, doprawdy-jakbym bywała tam dwa razy do roku… Tak oto można stać się snobem, albo co najmniej o snobizm być posądzoną. Singapur… ech, jakie to były cudowne wakacje… A torba jest śliczna, pakowna i na razie nie ma konkurencji) znalazłam kupon Dużego Lotka z 31-go stycznia 2009 roku. Zaledwie dwa zakłady na „chybił-trafił”, bo jak mam wygrać, to nie muszę zawierać ich więcej. Nie można przecież drażnić Losu zachłannością dziesięciu zakładów.
Pamiętam okoliczności jego zakupu- gram w totka raz na dwa lata, każdy raz wbija mi się dokładnie w pamięć, przekonaniem, że jak już gram, to po to by wygrać! A że porażek w życiu mi nie brakuje, mam więc nadzieję na rekompensatę od losu w postaci tego właśnie właściwego ciągu liczb. To przecież takie niewielkie wymagania!
Jechałam wtedy ze znajomymi i na stacji benzynowej postanowiliśmy zadbać o nasze szczęście.
Potem wrzuciłam kupon do torebki, poniewierał się gdzieś po dnie i dziś przy okazji generalnego sprzątania torebek, czynionego głównie w celu pozbierania tułających się po nich perfum, znowu się objawił. Zapomniałam o nim wtedy natychmiast, a teraz oglądając go takiego steranego torebkowym życiem myślę sobie, że nie wygląda na posłańca szczęścia.
Wymięty jak alkoholik w trakcie ciągu, wyblakły jak każdy więzień za długo przebywający w izolacji i tajemniczy jak każdy nie otwarty list bez urzędowej pieczątki.
Położyłam go obok laptopa, patrzę na niego, a moja wyobraźnia zaczyna podsuwać mi coraz bardziej fantastyczne obrazy- oto jestem tym nieznanym szczęśliwcem, który na stacji BP trafił „szóstkę” i do dziś nie zgłosił się po wygraną.
Oglądam ten kupon, zwijam go w rulonik, robię z niego „piekło-niebo”, poniewieram moją zapowiedzią szczęścia, aż robię z niego malutki samolocik i wysyłam przez okno w ciemną noc. Nie sprawdziłam liczb, a teraz gdy już nie mogę tego zrobić, zuchwale myślę sobie, że puściłam z wiatrem kilka milionów i taka rozrzutność od razu dobrze mi robi na moją lekko stłamszoną sprawami budowlanymi duszę.
Li.

O tym samym :)

20 Maj, 2009
Zostałam obudzona cudownym pocałunkiem na dzień dobry w postaci huku spadających ze strychu desek. No cóż… jakie pragnienia, taki pocałunek.
Dzisiejszą środę mam wyjątkowo pracowitą, a na pół przecina ją obiad z dziewczynami u Ilony. Zamawiamy sushi i dziś biesiadujemy u niej, bo I. nareszcie stosuje się do zaleceń lekarza i ograniczyła aktywność ruchową.
Ból jej nie opuszcza, choć Obcy po raz trzeci został wycięty i wysłany w kosmos. I doprawdy los mógłby sobie już darować kolejne części, niech to będzie jego ostatnia rola w tym serialu.
Ilona ma teraz na głowie aksamitne futerko, jakby stworzone do głaskania, bo minęło osiem tygodni od ostatniej chemii i natura wzięła się do roboty pobudzając do wzrostu jej włosy.
Trzeba tylko pilnować jej nastroju, nie pozwalając na wpadanie w dołki i będzie dobrze, bo przecież nie może być inaczej.
A teraz biorę sobie kubek z kawą i idę zrobić obchód i zdjęcia.
Przez okno widzę, że na podwórku jest już ogromny stos starych gratów, desek i cegieł zrzuconych ze strychu, rany boskie, TO naprawdę się zaczęło!!!
Ciągle z trudem sobie uświadamiam, że właśnie moje marzenia doszły do kresu swojej drogi, a teraz pozostał tylko drobiazg w postaci ich rea-Li-za-cji.
Miłego dla Was,
ciągle oszołomiona Li.

Raport z budowy.

19 Maj, 2009
Wypiłam sobie kawę z wykonawcą, stojąc na podwórku w hałasie i pyle.
Robota oglądana moim oczami laika z szaleńczą prędkością posuwa się do przodu.
Z liceum obok przyszła zestresowana pani z prośbą o „uciszenie się”, bo trwają matury
i uczniowie nie mogą się skupić. Trudno ciszej stukać młotkiem, ale wykonawca do czternastej wstrzymał wszystkie prace z piłą, a między 11.00 a 11.30 ma zapaść zupełna cisza- uczniowie będą wtedy słuchać tekstu z płyty. Rany boskie! Nasza budowa może mieć wpływ na oceny maturalne… Krzykiem rozhisteryzowanej sąsiadki w kamienicy vis-a-vis nie nikt się nie przejął, wiadomo że budowa jest procesem niezwykle uciążliwym zwłaszcza dla otoczenia, ale straszenie doniesieniem do Nadzoru Budowlanego jest żałosne. Aczkolwiek rozumiem ludzką złość, sama tkwię po uszy w tym hałasie, choć dla mnie on brzmi jak muzyka, lalala…:)
W domu mam bałagan straszliwy, Pani Jadzia będzie zdruzgotana- zadeptana podłoga, rozwalona ściana przy wejściu, elektryk podłączał sublicznik, a tego nie da się tego zrobić subtelnie, wszędzie zalega już wścibski pył.
Pies wrócił ze zrujnowanego podwórka z ubłoconym brzuchem i zanim się zorientowałam, malowniczo ubrudził wszystko to, co tylko był w stanie ubrudzić.
A to dopiero drugi dzień, rany boskie!
Z trudem dochodzi do mnie świadomość, że powiedziałam „A” i nie mogę nie powiedzieć „B”. Kamienica musi mieć dach, więc nie mogę z tego szaleństwa zrezygnować.
Ha, a jak ja nie chcę rezygnować! Wstąpiły we mnie nowe siły, czuję niesamowity przypływ energii, bo coś nareszcie zaczęło się dziać, po pięciu latach od kupna strychu, po przejściu Golgoty przeszkód urzędniczych, zaczął się proces właściwy i mam nadzieję, że bez zbędnej przewłoki się zakończy!
Pięć lat starań o pozwolenie na budowę, pięć lat marzeń i zmiany projektów!
Tyle się w tym czasie wydarzyło- rozpadło się moje małżeństwo, rozwiodłam się, straciłam najbliższą przyjaciółkę, sprzedałam mieszkanie, odbyłam cudowne podróże, a i tak teraz dzieje się coś, czemu nadaję numer jeden w hierarchii ważności.
Bo tamto wszystko jest już za mną, a mój dom będzie moją przyszłością.
Piękna mi się jawi ta przyszłość, piękna!
Miłego dla Was!
Li.

Prawie przegapiłam początek!

18 Maj, 2009
Dzwonek do drzwi wyrwał mnie spod pośpiesznego prysznica. Od rana byłam w poważnym konflikcie z czasem, istniała bowiem realna obawa spóźnienia w pewne miejsce spóźnień nietolerującego, stres tak mnie poganiał, że zapomniałam o najważniejszym…
… A za drzwiami stał mój wykonawca. Ani brew nie podniosła mu się ze zdziwienia na widok inwestorki owiniętej w ręcznik. Znaczy się- potrafi zachować zimną krew i za to mu chwała.
Ja pewnie miesiącami będę musiała odbudowywać swój autorytet, hehe…
Kilka zamienionych pośpiesznie słów dało mi tylko niedosyt, pędziłam potem z pracy jak na skrzydłach.
Jest wprost cudownie!
Na podwórku stoi już solidny kawałek rusztowania, prawie zamontowany jest dźwig, a ja z tej radości zrobiłam chłopakom kawę w moich największych kubeczkach i mam zamiar codziennie oddziaływać na nich personalnie oraz werbalnie.
Udało mi się też zupełnym przypadkiem rozwiązać problem toalety. Otóż okazało się, że słusznie zainteresowałam się drzwiami niby donikąd, co to nie wiadomo do kogo należą, a są brzydkim pryszczem na ścianie korytarza. Za tymi drzwiami odsłoniła swoje oblicze obskurna toaleta, ale i tak designe ma lepszy niż latryna na podwórku.
No i jest w niej bieżąca woda, co od razu rozwiązuje problem poboru wody dla prac budowlanych. Teraz tylko ustalę właściciela, założę licznik na wodę i kolejna przeszkoda pokonana.
Pada sobie drobny deszczyk, wszystkie koty siedzą w oknie i z zainteresowaniem obserwują co się dzieje. A dzieje się sporo i w dodatku to dzianie się bardzo hałasuje. Chłopaki montują windę, mocując ją w ścianie, sypie się tynk, młot stuka w pięknym rytmie, mhmmmm…. nie przypuszczałam nawet, że może to być taki podniecający rytm. A melodia piły? Symfonia!
Stojąc w oknie piję sobie kawę i czuję, że moje lęki na razie poszły straszyć kogoś innego.
Do jasnej ciasnej, przecież to tylko budowa domu!
Skoro Ludwik Szalony dał radę, dam i ja.
Albo i nie dam, ale to temat na przyszłą jęczącą notkę.
Na razie jestem pełna energii i preferuję opcję :”dziarski krok i pierś do przodu”.
Hm…
No!
Li.

Do Ciebie.

16 Maj, 2009
Od pewnego czasu patrzyłam na Twój związek z mężczyzną i widziałam jak usychasz z niekochania i z powodu chronicznego braku czułości.
Widziałam jak cierpisz z powodu braku dotyku.
Słyszałam jak z powodu braku intymnego szeptu matowiał Twój piękny głos.
Wiedziałam, że miotasz się w potrzasku braku pieniędzy na wyjście z tego pięknego domu tylko ze swoimi rzeczami, dzieckiem i psem.
Dzień po każdym dniu, a przed innym takim samym dniem, był dla Ciebie pretekstem do dawania mu nowej szansy na zmianę, ciągłym łudzeniem się, że on znajdzie zgubionego siebie
i popatrzy na Ciebie znowu tamtymi oczami, że weźmie Cię w te same, szerokie ramiona, że otuli na nowo poczuciem ciepłego bezpieczeństwa, że przeprosi Cię za małżeńskie lata zlodowacenia,
a jego przeprosiny znowu wleją się w Twoje zmarznięte serce falą ciepła.
Że on…
On jest pełen sprzeczności. Wychowano go tak, że nie umie kochać.
Wie o tym, czasem w chwili szczerości przed samym sobą, rozpaczliwie stara się wyjść poza narzucone mu wychowaniem ramy, one jednak z biegiem lat są już stalową klatką, poza którą wyjść nie potrafi. Ale to nie Twoja wina!
On wie co powoli traci, ale ciągle łudzi się, że mu wybaczysz, choć nigdy o to wybaczenie nie prosi, bo to Ty przecież powinnaś czytać z jego gestów, półsłówek, a najlepiej to z myśli.
On nie będzie umiał bez Ciebie żyć, ale do tego się nie przyzna.
Będzie cierpiał, pewnie będzie sporo pił, ale tego nie powie, bo wychowano go tak, by nie okazywał emocji.
Potrafi widowiskowo okazywać jedynie agresję.
A Ty?
Nagle poczułaś, że nie chcesz już liczyć na to, że on się zmieni.
Nagle poczułaś, że masz siłę na to, by zacząć liczyć na siebie.
Teraz tylko czekasz na ten dzień, gdy ze swoimi rzeczami, dzieckiem i psem zamkniesz za sobą drzwi domu i poczujesz wolność wyboru.
Bo życie z mężczyzną ma sens tylko wtedy, gdy dotyk jego dłoni koi Twoje ciało, gdy jego oczy są pełne ciepła tylko dla Ciebie, gdy jego słowa Cię uskrzydlają, gdy chcesz oddychać jego ustami… pamiętaj o tym, że niemiłość jest gorsza niż nienawiść, czyni większe spustoszenia, wypala od środka, wyjaławia, zabiera Ci szansę na inną miłość.
Ileż tej niemiłości wokół, jest stałym wątkiem w materii życia.
Niemiłość- uczucie podstępne, tchórzliwe, bolesne.
Nigdy nie przychodzi nagle, nie jest prostym odwróceniem miłości, bo nie uderzy jak piorun,
nie wywoła drżenia-wzruszenia i błyszczących oczu…
Niemiłość jest rakiem miłości. Toczy.
Powoli zżera ciepło, wspólność, czułość. Nie pozwala już na terapię dotykiem.
Odpycha czuły gest, broni przed pocałunkiem, patrzy drwiąco na niedoskonałości ciała,
nie zauważając że sama w lustrze się nie odbija,
a lustro jest przecież prawdomówne- jakim przerażającym widmem musi być niemiłość,
że nie chce jej oglądać nawet lustro?
Tyle tej niemiłości- u Ciebie i u Ciebie. I u Ciebie mój przyjacielu, i u Ciebie moja miła…
Wy, tak o Was mówię, też w niej trwacie, oszukując się jeszcze wzajemnie, ale już powoli otwierając oczy w zrozumieniu i poczuciu klęski.
Czasem sobie tak myślę, że niemiłością człowiek omija zakaz tortur.
Bo nic tak nie boli, nic. Dobrze o tym wiem.
Experto credite.
Wracaj do siebie samej, dość już byłaś „u niego”.
Li.

To ostatnia sobota…

16 Maj, 2009
Dochodzi dziesiąta, a w domu cudowna cisza. Młodsza od wczoraj u babci, Starsza śpi. A za oknem szaro, co mnie cieszy- niech pada jak najwięcej przez najbliższe trzy tygodnie.
Na tę intencję mogę codziennie jeździć do myjni i wywoływać deszcz.
Przeciągam się leniwie, piję pierwszą kawę, po wczorajszej Nocy Muzeów do domu wróciłyśmy po pierwszej w nocy, ale warto było!
Ta Noc Muzeów to fajna sprawa.
I nawet nie dla wolnego wstępu, bo kolejki do najatrakcyjniejszych miejsc były dla nas mało kuszące, ale dla atmosfery. Nie lubię oglądać sztuki w tłumie, zaburza mi to jej odbiór, ale warto było pokazać dzieciom miejsca, do których na pewno musimy wrócić i ludzi, którzy chcą czegoś więcej poza codziennością.
Byłam z kolegą, moją Starszą i jej dwiema koleżankami, dziewczyny ogarnięte pasją fotografowania chciały koniecznie iść do Muzeum Fotografii, ale udało nam się po drodze być i w Collegium Maius i w Muzeum Wyspiańskiego, gdzie na dziedzińcu kwartet smyczkowy klimatycznie grał Vivaldiego. Ciekawym odkryciem był schron przeciwlotniczy w Parku Krakowskim, ale do niego była tak długa kolejka, że zwiedzanie środka szczęśliwie zostało mi oszczędzone.
Zastanawiam się jak uczcić ostatnią wolną sobotę przed rozpoczęciem budowy.
Wczoraj w nocy długo stałam ze znajomym przed frontem kamienicy i usiłowałam wyobrazić sobie, że za cztery miesiące będzie ona wyższa o dwa piętra, piękniejsza o elewację (chcemy zrobić ją w kolorze przytłumionej cegły, a wszelkie ozdobne elementy przy oknach mają być ecru, będzie to nieźle wyglądać przy brązowym dachu) i nawet mojej wyobraźni zabrakło wyobraźni!
Gdy już wejdę na tę budowlaną ścieżkę, nie będę mieć drogi odwrotu- muszę iść do samego końca, bo to co za mną już nie będzie istniało.
Moim motorem jest marzenie i wielkie pragnienie zdobycia swojego miejsca na ziemi. Ale ten motor będzie tankował i stres i strach i wszystkie moje lęki, to takie paliwo, po którym może się krztusić i jechać wolniej.
Gdy przyjdzie jednak na mnie chwila załamania, będę pamiętać co na to Lec:
Gdybym się nie był załamał, byłbym skostniał.
Mogę robić nic, mogę do końca życia mieszkać w wynajętych mieszkaniach, mogę kupić sobie jakieś „zwykłe trzy pokoje”, mogę darować sobie ten wielki wysiłek, te lękostresy, ale wiem, że gdybym zrezygnowała z realizacji tego właśnie marzenia, to wielkie poczucie straty i niespełnienia przygniatałoby mnie do końca moich dni, dławiąc radość i wiążąc na supły niespełnienia moją fantazję.
Gdy czasem robię remont swoich wspomnień, widzę jak wiele w życiu już straciłam przez zaniechanie i jak każdego dnia tracę życie.
Jeśli teraz zrezygnuję, to dokonam samookaleczenia, bo tą decyzją obetnę sobie skrzydła, a obcięte nigdy już nie odrastają.
A ja przecież jeszcze chcę pofruwać sobie po świecie.
Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni… powtarzać, powtarzać, powtarzać po 1000 razy dziennie.
I jeszcze to: musi mi się udać. Bo niby dlaczego nie?
Miłego dla Was!
Li.

Po spotkaniu, po spokojnej nocy i pijąc pierwszą kawę.

15 Maj, 2009
Ech, a jednak nie ma co się bać ludzi i znowu nabrać więcej zaufania do tego gatunku.
Wczorajsze i – wbrew moim urojonym lękom – spokojne spotkanie wykonawcy ze współwłaścicielami kamienicy zaowocowało nie tylko wzajemnym zrozumieniem, ale i wiążącymi ustaleniami co do wspólnych działań w trakcie naszej nadbudowy, jak choćby zrobienie elewacji. Na razie kamienica straszy obtłuczonymi tynkami i ogólną brzydotą, ale po gruntownym liftingu będzie śliczna, a już na pewno najładniejsza na ulicy, o!
I tak sobie myślę, że we właściwym momencie spadła z dachu papa na chodnik, a wcześniej kawał gzymsu. To zrobiło na nich wrażenie :)
Przede mną ostatni spokojny weekend przed budową.
Od poniedziałku zacznę odliczać dni do końca września, w takim terminie ma stanąć stan surowy zamknięty, z oknami i dachem. Potem instalacje i szaleństwo z wykończeniem, zwłaszcza to będzie cu-dow-ne! I za rok o tej porze, w taki słoneczny, leniwy piątek jak dziś, gdy nie będę musiała iść do pracy, będę pić kawę na swoim tarasie i patrzeć na wylegujące się na słońcu koty.
Pewnie, że się boję.
I tego się boję i tego i tego też. Boję się katastrofy budowlanej, boję się gwałtownej wichury, powalającej świeżo wybudowane mury.
Boję się przykrych niespodzianek, boję się problemów technicznych, o rety, a jak się boję problemów finansowych!
Boję się uporczywych opadów, pewnie będę wariować z niepokoju, gdy nie będzie dachu, będę o tym pisać i będę nudnie monotematyczna, ale i coraz szczęśliwsza.
Wybuduję sobie dom i zasadzę drzewo.
A potem się zobaczy…
Miłego dla Was!
Li.

Przed wszystkim, a zwłaszcza przed spotkaniem.

14 Maj, 2009
Moja wolność jest bardzo zaborcza. Jestem wolna, a zajęta.
Mogę robić co chcę, a robię to, czego robić mi się nie chce.

No proszę, jak sobie coś zdefiniuję, to jakoś od razu łatwiej mi znieść krępujące mnie kajdany, a zwłaszcza kajdany mojego zawodu (to już będzie przynudzanie, jak po raz kolejny napiszę, że wolny zawód jest najbardziej wyrafinowaną formą niewolnictwa?
Poza tym, definicja ma to do siebie, że w drodze empirii można ją zmienić.

Dziś musiałam jechać poza Kraków w miejsce gdzie absolutnie być mi się nie chciało, do ludzi na których patrzeć mi się nie chciało, musiałam mówić rzeczy płynące wyłącznie z mojego języka, a odrzucone przez mój umysł, koncentrować uwagę na sprawach absolutnie tego nie wartych,
a gdzieś poza mną dzieje się tryskająca świeżą zielenią wiosna!
Nie leżałam w tym roku jeszcze na trawie (choć tak sobie myślę, że z pożytkiem dla moich nerek), nie snułam się bez celu nad Wisłą, nie byłam w Tyńcu, możliwe też, że nie widziałam żadnej gwiazdy- nie pamiętam bym podnosiła głowę do góry.

Codzienność nieznośnie udaje lekkość bytu, a ma wdzięk dobrze rozwiniętego hipopotama- niby łagodna, a pokazuje zęby. Muszę to wszystko co rysuje się przede mną przetrwać, nie mam czasu na igranie z wyobraźnią, bo mogę przegrać z realnym życiem. Stanęłam na ziemi i zrzuciłam szpilki, szybciej chodzę w balerinkach, to i szybciej załatwiam ważne sprawy.

Ale buty są czerwone!
Mam spore obawy przed dzisiejszym spotkaniem ze współwłaścicielami w sprawie budowy.
Na szczęście obok mnie jest L., zrównoważona, rozsądna L. Dzięki niej jakoś jeszcze trwam.
Jej spokój dotyka chłodną dłonią moje rozgorączkowane czoło.
Studzi mnie, tłumi ogień, jak się nie zabijemy pod drodze, to obie będziemy mieszkać pod jednym wspólnie wybudowanym dachem.
A teraz zamykam myśli, kończę kawę i zabieram się za pracę, bo czymś muszę płacić za te cegły ;)
Miłego dla Was!
Li

Nudy na pudy, bo o dręczących mnie problemach

13 Maj, 2009
Ciężka wiosna tego roku.
Ale wczoraj odkryłam przyczynę mojego wielkiego zmęczenia, było to co prawda odkrycie z gatunku: gorąca woda parzy, hehe…, ale przecież każdy ma prawo odkryć swoją Amerykę.
Otóż, tak bardzo męczy mnie brak ruchu i nie ma rady, trzeba wrócić do korzeni i znowu zacząć się ruszać.
Przez życiowe, budowlane i inne absorbujące mnie historie podbite przy okazji leniem, zarzuciłam siłownię i wieczorne bieganie, a te nędzne namiastki ruchu w postaci roweru raz na jakiś czas są tylko mydleniem oczu dla mnie samej. Zarządzam sobie zmianę i dziś wieczorem idę biegać, co oznacza nic innego niż sto kroków biegiem, sto kroków marszem i reanimacja.
Mam kondycję ujemną, ale co tam- dam jej szansę!
W poniedziałek zaczyna się budowlany ruch, wnoszenie narzędzi, przygotowania, budowanie pakamery na podwórku i (o zgrozo!!!) latryny, a przed nami problem kolejny- mieszkańcy drugiego piętra muszą wyprowadzić się na co najmniej trzy tygodnie.
W ich mieszkaniach na okres trzech tygodni, czyli na wylanie i wiązanie się stropu, trzeba będzie postawić stemple i to na tyle gęsto, że nie da się tam mieszkać. Drobiazg, że po ścianach będzie im spływać woda, odciekająca ze stropu wydaje mi się już mniej istotny…
Na drugim piętrze są dwa mieszkania- w jednym mieszka rześka staruszka, mająca szczęśliwie córkę w Krakowie, mam więc nadzieję, że tu nie będzie problemu, a w drugim mieszka małżeństwo, dobrze po siedemdziesiątce, z tym że niestety kobieta jeździ od niedawna na wózku. I z nimi będzie problem.
Jutro mamy zebranie współwłaścicieli z wykonawcą, mam nadzieję, że odpowiednio naświetli im grozę sytuacji, a ja zaproponuję, by przenieśli się do mnie (sama nie wierzę w to, co piszę).
Dzieci zaraz po zakończeniu roku szkolnego wyjeżdżają na wakacje, mogę odstąpić im mieszkanie, jest przecież dokładnie pod ich mieszkaniem, a sama zamieszkam u kogoś z moich znajomych. Problemem będą ich dwa koty, nie wiem jak moje zniosą ich obecność, koty muszę zostawić, ale psa wezmę z sobą, albo dam do Pani Ewy.
Budowa będzie prowadzona, jak to określa wykonawca-ręcznie.
Z powodu usytuowania kamienicy i braku bramy wjazdowej, wszystko trzeba wnieść na podwórko w częściach i tam dopiero składać w całość. Nie ma możliwości postawienia dźwigu od strony ulicy, dach będą rozbierać ręcznie, ciąć na kawałki, zrzucać via rura na podwórko i stamtąd taczkami transportować do kontenera stojącego na ulicy.
Dopiero jak to sobie teraz napisałam, dotarła do mnie groza sytuacji! O rety!!!!
Choć daję słowo, zupełnie inny zwrot ciśnie mi się na usta, ten w którym wibrujące długo rrrrrr pozwala na naładowanie go odpowiednim ładunkiem emocji.
No, ale jest to przyzwoity blog, nie będę przecież tu pisać kurrrrrrrrrrwa, prawda?
Ale co sobie w myślach naużywam to moje.
Miłego dla Was!
Li.

Noc jest najpiękniejszą porą dnia.

11 Maj, 2009
Oddałam auto do myjni i dzięki temu spadł deszcz, powinnam za to dostać specjalne podziękowania od Ministra Rolnictwa.
Może i od Straży Pożarnej?
Siedemdziesiąt pięć złotych za mycie z woskiem ręcznie nakładanym nie wydaje się wygórowaną ceną za nawilżenie gleby.
Burza zrobiła swoje porządki, a za grzechy grzmotów, huków i błysków zostawiła tęczę o idealnej figurze łuku z początkiem na wyciągnięcie ręki i z końcem gdzieś przecież niedaleko…
Tęcza zawsze ma w sobie iluzję bliskości, biegniesz w jej stronę, bo ona już jest za tym domem, za tym drzewem, za łąką, widzisz ją wyraźnie, wyciągasz rękę, a tam pustka…
Ale Ty przecież znowu ją widzisz wyraźnie, iluzja wciąż kusi…
Odwróciłam wzrok i popatrzyłam w drugą stronę na fantastycznie podświetlone słońcem chmury, wisiały nad maistem z bezlitosną zapowiedzią dalszego deszczu.
Wracałam o lekkim zmierzchu do domu, po dniu który pomiędzy swoimi godzinami boleśnie poobijał mnie zmęczeniem. Miałam wieczorem iść na kolację, umówiona byłam od dawna, ale bez żalu odwołałam spotkanie.
Chciało mi się miękkości kanapy i pieszczot dzieci, wariactw kotów, męczącej obecności Pani Ewy- ta kobieta o złotym sercu potrafi wychodzić ode mnie przez pół godziny, nie przestając mówić ani przez chwilę, a co gorsza w kółko powtarzając to samo.
Chciało mi się zielonej herbaty i zobaczenia radości na twarzy Starszej- na imieniny kupiłam jej wymarzony przez nią aparat do „robienia prawdziwych zdjęć”, zwykła cyfrówka nie pozwalała podobno rozwinąć jej skrzydeł, nie mówiąc o braku możliwości ustawienia ostrości, a narzekania na te niedogodności miały trafić dokładnie do moich uszu i dokładnie w okolicach jej imienin.
Trafiły i pięknie zbiegły się w czasie z niezłymi wynikami wywiadówki, rzekłabym nawet-bardzo niezłymi i niech już będzie, że kupiłam jej prezent i za oceny. A może trochę i za to, że tata zapomniał o imieninach, widocznie nie miał poczynionych odpowiednich zapisów w swoim elektronicznym notatniku, ta technika tak często zawodzi, trzeba jednak na wszelki wypadek mieć kopię w konwencjonalnym zapisie, a najlepiej to w sercu.
A teraz przez okno szeroko otwarte wpada mi zapach umytego miasta, złamany ozonem.
Obok mnie kubek z herbatą, dzieci już śpią, a ja robię nic, słuchając muzyki, turlając literkami i ciesząc się sobą.

Znowu ta noc jest tylko dla mnie, stałam przez chwilę w ciemnym oknie i byłam panią tej chwili.

Chce mi się być szczęśliwą, tylko muszę jeszcze trochę się pomęczyć :)

Miłego dla Was!

Li.

Notka o tym co trzeba zrobić, by napisać komentarz.

10 Maj, 2009

Mój kolega Krzyś, dzięki któremu mam taki fajny szablon i bajery-buzery, napisał dla Was kilka słów tytułem wyjaśnienia- mnie w mailach nie pytajcie, bo sama nie wiem jak mi się udało tu zalogować ;-) :

W związku z pojawiającymi się pytaniami odnośnie komentowania na tym blogu, zamieszczam kilka słów wyjaśnienia.

Pod oknem komentarzy mamy do wyboru kilka opcji, które pozwolą wam zostawić komentarz.

Jeśli wybierzemy opcję – Anonimowy, wystarczy tylko wpisać tekst komentarza i zatwierdzić go. Warto jednak pamiętać by w komentarzu umieścić swój nick, bo anonimowy komentarz, jak nazwa wskazuje, nie powie innym czytelnikom bloga kto napisał dane słowa.

Osobom, które nie mają kont na blogspocie, wordpressie itp. polecam opcję – Nazwa/Adres URL. W momencie gdy wybierzemy tę opcję, ukazuje nam się osobne okno gdzie wystarczy wpisać dowolny nick. Pasek adresu URL możemy zostawić pusty lub wpisać adres swojej strony jeśli taką posiadamy. Teraz wystarczy tylko kliknąć Dalej i po wpisaniu komentarza zatwierdzić go.

Osoby, które posiadają konta w google, wordpress i kilku innych serwisach wymienionych pod oknem komentarzy, mogą publikować swoje komentarze pod nickami z tych serwisów.

Dzięki!


Noc z trollami.

9 Maj, 2009
Dziś odkryłam przepis na nieudaną sobotnią noc.
Naprawdę prosty, można podrzucać go wrogom do realizacji, wykończą się sami.
Otóż wystarczy mieć córkę z zacięciem towarzyskim.
Bierzemy jedną córkę i pozwalamy jej w ramach obchodów dziesiątych urodzin na zaproszenie bliżej nieokreślonej ilości koleżanek na tzw. piżama party.
Takie działanie z całą pewnością daje nam gwarancję, że my spać nie będziemy (ale przecież nie śpi ktoś, żeby spać mógł ktoś). Nie śpię więc, ale niestety prawie o wpół do drugiej w nocy nie śpią też dziewczynki w liczbie dziewięciu- udało mi się je nareszcie policzyć. Aby być pewnym, że noc będzie ciężka, przed imprezą należy ulec prośbie córki i kupić wielką ilość rzeczy niedozwolonych na co dzień. Z cała pewnością czeka nas rozrywka w postaci łagodzenia bóli małych brzuchów- ilość wrzuconej w te brzuchy coli, chipsów, czekoladek i ciasteczek wymaga interwencji kropli żołądkowych i parzenia hurtowej ilości herbaty.
Obecnie realizowane są skutki picia herbatki, no i rany boskie, ileż można sikać???
W moim domu o wpół do drugiej w nocy stoi kolejka do toalety, złożona z małych, rozczochranych trolli w piżamkach.
Trolle zajęły wszystkie trzy łóżka, na mnie czeka karimata, wcale nie kusząco rzucona w rogu pokoju.
Nalewam sobie wina i …uruchamiam wyobraźnię, od czegoś ją w końcu mam… wyobrażę sobie świetlistą przyszłość wakacyjną, gdy zostanę sama… ooooch!
Byle przetrwać do rana.
Miłego dla Was!
Li.

Druga, ale więcej liczyć nie będę!

8 Maj, 2009
Czuję się jak pod markizą na włoskim południu.
W związku z tym piję sobie zimne chianti i udaję, że jestem w stanie dolce far niente.
Naprawdę to jestem jeszcze w pracy, ale mam przy sobie młodsze dziecko, które bezkarnie konferuje przez telefon i rżnie w gry na kurniku.pl.
A ja mam w głowie wielki chaos i usiłuję zrobić sobie w sobie porządek.
Od kilku dni odsunęłam sprawy zawodowe na plan dalszy, pewnie niesłusznie i pewnie za to zapłacę, ale na razie jestem pochłonięta sprawami budowlanymi i nieustannym korygowaniem kosztorysu.
Otóż stała się rzecz niesłychana -spadły ceny materiałów budowlanych i to spadły porządnie, boleśnie tłukąc sobie tyłki.
Kosztorys z cenami z pierwszego kwartału 2009 roku jest w związku z tym znacznie zawyżony, co oczywiście cieszy mnie niezmiernie. Takie czasy nadeszły, że podniecam się cegłą POROTHERM 44, cementem portlandzkim, folią paroizolacyjną i takimi tam innymi cudownymi brzmiącymi we mnie jak muzyka.

Moja ulubiona koleżanka K. właśnie wprowadza się do swojego domu i powiedziała mi ostatnio, że na swoje szczęście nie miała świadomości kosztów, bo inaczej nigdy w życiu nie zaczęłaby tej inwestycji.
A ja mam w sobie nieprzebrane pokłady optymizmu i beztroski, oraz bezczelnego, zarozumiałego, pełnego pychy przekonania, że ta właśnie rzecz w życiu mi się uda.
A jeżeli ktokolwiek zna jakikolwiek powód, dla którego miałaby się nie udać, niech go powie teraz albo zamilknie na wieki.
Miłego dla Was!
Li.

PIERWSZA!

8 Maj, 2009
Przeprowadzki mają swój nieodparty urok w postaci przekonania, że nowe to coś lepszego i ciekawszego. Rozglądam się po tym panelu, wciskam kolejne guziczki, podobają mi się możliwości tego bloga, a zwłaszcza łatwość wyrzucenia nieproszonych gości. Jutro zajmę się kolorami na ścianach, rozkładaniem mebli, wieszaniem obrazów i już będę mogła czekać, aż do mnie traficie.
Cieszę się z tej zmiany, bo daje mi ona radość swobodnego pisania!
Choć Nemo pewnie uschnie z tęsknoty, a kobieta-koń straci codzienną rozrywkę, zamknęłam im dostęp do siebie, to doprawdy okrucieństwo nie do przyjęcia.
I o czym będą rozmawiać wieczorami?
Ale za to ja zyskałam wolność dla moich literek, wyszły z więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie kobieta-koń w charakterze klawisza pilnowała każdego słowa.
Smakują teraz wolność i odzyskały chęć do wypadania spod klawiszy na białą kartkę ekranu. I nawet nie trzeba ich resocjalizować, bo przecież było to więzienie polityczne ;-)
A co na to Lec?
Czasem człowiek w węższym kręgu swobodniej oddycha.
Miłego dla Was!
Li.