Historia swój początek miała pewnie z piątku na sobotę tydzień temu,
bo gdy w sobotę rano sadziłam michałki i wrzośćce,
to czarnego Zezusia już nie widziałam.

Asystował mi tylko Mecenas z Bandytą.

W niedzielę wpadłam na chwilę do pracy,
kotów w ogrodzie nie było, ale słyszałam miauczenie.
(Miaukot jak miaukot).

W poniedziałek przed wyjazdem do Wrocławia koty karmiła Gusia
i ten miaukot ją zaniepokoił.
A JA TO ZLEKCEWAŻYŁAM.
W pracy nie było mnie do czwartku.
W czwartek dwa koty czekały na mnie przy oknie,
ale czarnego nadal nie było.
Zaczęłam go wołać, nie przyszedł,
ale gdzieś w oddali znowu usłyszałam miaukot,
tylko jakby słabszy.
ZNOWU TO ZLEKCEWAŻYŁAM!
(CHOĆ ZIARNO NIEPOKOJU ZOSTAŁO ZASIANE).
W piątek kotów nie było, zawołałam je,
po moim głosie natychmiast odezwał się miaukot
tak pełen bólu i rozpaczy,
że zaczęłam działać, bo byłam już pewna,
że Zezuś musiał wpaść w jakieś tarapaty.
Na akcję zabrałam ze sobą kancelaryjnego kolegę R.,
sceptycznie nastawionego
(bo niby ja robię rumor i podnoszę larum-bezpodstawnie.
R. należy do tej grupy ludzkości,
która jest przekonana,
że koty zawsze spadają na cztery łapy.
Wybaczam mu, bo bardzo go lubię, jak Skorpion Skorpiona,
jesteśmy urodzeni 4 listopada, on zaledwie 24 lata później).
Poszliśmy za mur, zza którego do nas przychodzą koty.
Jest tam restauracja „Kiełbasa i Sznurek”,
jak nazwa wskazuje grasowała tam Magda Gessler.
(Co jej przeszkadzało we wcześniejszej nazwie „Cudawianki”?).
Z ogródka restauracji można było zobaczyć więcej niż z naszego ogrodu,
miaukot dobiegał zza wysokiego muru, nieznanego mi wcześniej.
No i zaczęliśmy naszą odyseję po kamienicach przy ulicy św. Marka.
Jak już udało nam dostać się na podwórko
(a uwierzcie, w tych pięknych kamienicach mało kto mieszka,
na dwadzieścia domofonów, odzywał się jeden,
to po wysokim murze i kocie nie było śladu.
Po penetracji wszystkich podwórek opadły mi ręce.
I wtedy wpadłam na pomysł, by włączyć Google Maps.
Kamienica przy Marka 8 jest ogromna, ma piękny dziedziniec z oficyną.

Byliśmy na nim wcześniej.
Dopiero na zdjęciu satelitarnym zobaczyłam, że oficyna
ma malutkie podwóreczko, otoczone wysokiem murem,
na zdjęciach to wygląda jak cień,
a było to ostatnie możliwe miejsce, gdzie mógł być kot.

Kot na mój widok zapłakał, a ja razem z nim.
Znaleźliśmy żywy szkielet, który nie miał szans wydostać się z pułapki- podwórka głębokiego jak studnia.
Nie wiem jak on tam wpadł, cud że się nie połamał.




Biedak musiał tam tkwić conajmniej tydzień.
Na szczęście we wtorek było urwanie chmury,
więc przynajmniej mógł napić się wody,
choć na pewno nie miał gdzie schować się przed ulewą.
Nie chcę myśleć, jak się bał i nie chcę myśleć jaka czekałaby go śmierć.
Nie mogę uwierzyć, że nikt z tej kamienicy,
ani z kamienicy obok nie słyszał jego płaczu,
skoro ja go słyszałam z dużo większej odległości.
Na tym podwóreczku jest tylko trzepak,
a kto teraz trzepie dywany?
Tam pewnie nikt nie wchodzi!
Kot ma zdarte pazury, próbował wdrapywać się na mur.
Zezuś ma zeza, podejrzewam że słabo widzi,
na pewno to nie pomaga w skakaniu z murku na murek.
Nie mogę sobie wybaczyć, że nie zaczęłam go szukać wcześniej,
o ile mniej by cierpiał.
Mam poczucie, że go zawiodłam, bo on przecież mnie wołał!
Dochodzi teraz do siebie, dziś wygłaskałam go przepraszająco,
mam ogromne poczucie winy, ogromne,
zawiodło mnie moje serce matki, choć R. twierdzi,
że właśnie ono uratowało Zezusia.
No i ukłon dla Googla, gdyby nie ich zdjęcie satelitarne,
nie znalazłabym tej sieroty.
Li.
PS. A we Wrocławiu było świetnie, wszystko tak jak trzeba.
Opublikował/a Li 





















