Dziś mam kolejny wariacki dzień,
ale jest mnie znowu trochę mniej,
więc radość równoważy stres:))
Jest nowa zakładka- Niedieta 2.
Miłego dnia!
Li.
Środa? Już środa???
24 kwietnia, 2013Notka wpadkowa.
22 kwietnia, 2013Wieczorem byłam u mojego lekarza-dietetyka.
Zostałam pochwalona za malejące BMI:))
Czarodziejski aparat pokazał,
że od 2-go marca
ubyło ze mnie 24 kostki masła.
O tyle mniej mam na sobie
– nie bójmy się tego słowa-
tłuszczu.
Wizualizacja robi wrażenie, co? :))
Nie głodzę się, jem więcej niż jadłam przed dietą,
jem na pewno inaczej, zdrowiej i uważniej.
Wychodzę teraz z domu w ramach nagrody,
lekkim krokiem pójdę na Rynek.
(Napiję się wody, a co!)
Ale gdy wrócę, to napiszę czego dziś się dowiedziałam.
Będą nowe skany na Niediecie!
Całusy dla wszystkich wspierających!
Li.
Poranny szok, a potem do roboty!
22 kwietnia, 2013Szok, szok!
W sobotę byłam na przyjęciu ślubnym- pilnowałam tego co jem,
ale Waikiki Beach i Mojito,
nie mówiąc o zimnym prosecco
łatwo pozwoliły mi zapomnieć o zakazie picia alkoholu.
Wczoraj była tak piękna niedziela,
że lody same weszły tam, gdzie wejść nie powinny.
Ale diety i godzin posiłku pilnowałam jak Cerber.
No i co?
I dziś jest znowu mniej, ha!
Od razu wzrasta mi motywacja.
A od jutra zaczynam biegać. Mam już z kim.
Pierwsze dni będą koszmarne,
ale zacisnę zęby,
bo wiem, że
każdy przebiegnięty krok,
nieważny dla ludzkości,
ale bardzo będzie ważny dla mnie.
Zabierajcie się do roboty, bo to działa:)
Dostałam maila od Ani:
Trzymam kciuki.
Fata najlepszym dowodem na to.
Z tym bieganiem ma rację.
Pisałam ci wcześniej.
Ja jeszcze robiłam parę razy aerobową 6 Weidera.
A uwierz moja kondycja była taka,
że na początku podnosiłam tylko głowę
przy tych brzuszkach. :))
a W efekcie końcowym na brzuszku ubyło mi 10 cm
(ale przez pierwszy tydzień nie wiedziałam jak wstać z łóżka,żeby nie
bolało)
Przesyłam ci rozpiskę biegów, którą dostałam od siostry,
a którą przećwiczyłam na sobie:
I. Dla początkujących
1 tydzień – Biegnij 2 minuty, idź 4 minuty (powtórz 5 razy).
2 tydzień – Biegnij 3 minuty, idź 3 minuty (powtórz 5 razy).
3 tydzień – Biegnij 5 minut, idź 2,5 minuty (powtórz 4 razy).
4 tydzień – Biegnij 7 minut, idź 3 minuty (powtórz 3 razy).
5 tydzień – Biegnij 8 minut, idź 2 minuty (powtórz 3 razy).
6 tydzień – Biegnij 9 minut, idź 2 minuty (powtórz 3 razy).
7 tydzień – Biegnij 9 minut, idź 1 minute (powtórz 3 razy).
8 tydzień – Biegnij 13 minut, idź 2 minuty (powtórz 2 razy).
9 tydzień – Biegnij 14 minut, idź 1 minute (powtórz 2 razy).
Jeśli czujesz zmęczenie po skończeniu dziewiątego tygodnia,
powtórz go jeszcze raz.
10 tydzień – Biegnij 30 minut.
II . Trening tygodniowy układasz w następujący sposób:
1 dzień – bieg
2 dzień – odpoczynek
3 dzień- bieg
4 dzień- odpoczynek
5 dzień – bieg
6 dzień- bieg
7 dzień- odpoczynek
np.: poniedziałek bieg, wtorek przerwa, środa bieg,
czwartek przerwa, piątek i sobota bieg,
niedziela przerwa.
Na początek nie wolno biegać codziennie !
Z tym też nie było lekko.
Na początku świat widziałam na czerwono:)))))))))
Ważne są 3 rzeczy:
po pierwsze buty.
Wcale nie musimy lecieć i kupować firmówek…,
a jeżeli bieganie nas nie wciągnie, to szkoda kasy.
Buty mają dobrze amortyzować
i trzymać sztywno piętę z tyłu,
a i ważne kupujemy o pół numeru większe
(noga podczas biegu rośnie :) ),
po drugie biegamy jak najwolniej to ważne :))
biegnąc szybciej ćwiczymy mięśnie,
a nie spalamy tłuszcz.
A po trzecie przynajmniej na początku trzeba się zaopatrzyć w stoper ( w Tesco kupiłam za 10 złotych )
Trzymam kciuki za Ciebie i cieszę się,
że nie zdecydowałaś się na operację.
p.s. W tym tygodniu już biegałam 2 razy 6 km .
Widziałam kwitnące fioletowe wiatki .
Wiosna panie sierżancie, wiosna.
Pozdrawiam
Ania
Uwielbiam te motywujące maile od Was.
Myślę, że mogą być motywacją nie tylko dla mnie,
więc-Aniu wybacz-ale bez pozwolenia wklejam je ku chwale
szczupłej przyszłości:)
Miłego dnia!
Li.
Cała naprzód i w dół:)
21 kwietnia, 2013Waga pokazała się dziś poniżej
założonej przeze mnie pierwszej magicznej granicy,
kombinacji cyfr od dawna nie do pokonania.
(Tych granic jest jest pięć).
Poczułam klepnięcie w ramię i głos ” Cała naprzód”.
Idę więc coraz bardziej tanecznym krokiem
ku dżinsom o rozmiar mniejszym.
Jeszcze trochę i ściągnę te,
które mam dziś na sobie
bez rozpinania guzika,
niech zlecą ze mnie ku chwale przyszłości.
Postanowiłam sukcesywnie wrzucać do kontenerów
wszystkie za duże ciuchy,
tak by nie mieć do nich powrotu.
Zostawię na ciężką pamiątkę jedną rzecz,
oprawię ją w grube, srebrne ramy
i powieszę nad łóżkiem,
ku ostrożnej pamięci!
(Co jakiś czas mierzę mój ulubiony żakiet
pozostawiony z dawnych czasów,
jest jeszcze o wiele za mały,
ale pewnego dnia nadejdzie ten dzień,
gdy odzyskam go dla siebie).
…
Wstałam o szóstej rano, po krótkim, acz mocnym śnie.
Dostałam śniadanie do łóżka i świetną latte.
Lipa za oknem nadrabia zaległości,
otulona zieloną mgiełką
za kilka dni będzie mieć już liście.
Zabieram się do roboty,
mam zamiar szybko umyć okna w salonie
i całe moje łososiowe szkło,
czy tylko ja tak mam,
że w niedzielę najlepiej mi się sprząta?
Poświecę temu dwie godziny mojego życia,
a potem będę oddawać się przyjemności niedzieli,
jedziemy za miasto, popatrzeć na inne niebo!
Miłego dla Was!
Li.
Słoneczny czwartek, a ja uwięziona przy biurku!
18 kwietnia, 2013Dopadła mnie szara, skrzecząca rzeczywistość,
uciekam jej, ale ona na niedozwolonym dopingu
przegania mnie pod koniec każdego dnia
i wysysa jakąkolwiek chęć do życia.
Mam bardzo dużo pracy,
poświęcam się jej niechętnie,
bo przez nią nie ma mnie tutaj,
ale z drugiej strony
mam za co żyć.
Ech, te wieczne wybory…:)
A na maile postaram się odpisać w weekend,
(hm, z dużą dozą prawdopodobieństwa,
plany weekendowe mam ślubno-towarzyskie).
Miłego czwartku!
Li.
Wspólnota jednej miski.
15 kwietnia, 2013Zgodnie jedzące koty to przykład płynący z góry.
Myślałam po raz kolejny o rzuceniu blogowania.
Bo czego ja w związku z nim nie doświadczam,
dostałam nawet- i tu byłam naprawdę zdumiona-
napisany na papierze, pismem ręcznym
anonim zaadresowany do miejsca mojej pracy.
O mailach na mój temat rozsyłanych w necie nawet nie wspomnę,
niektórych poznaje się nie po tym jak zaczynają,
ale jak kończą.
…
Te trzy kropeczki są grubą kreską,
bo nad sprawami, które są już za mną
i na które nie mam wpływu przechodzę do porządku dziennego,
starając się do nich nie wracać.
A to, że ludziom chce się marnotrawić swój czas roztrząsywaniem, obgadywaniem, tworzeniem mitów mnie nie obchodzi.
Ilość osób mi niechętnych i tak nie ma wpływu na moje życie.
(A niech ich będzie i milion dwieście).
Ale za to ilość osób stojących
po tej samej jasnej stronie życia co ja,
wzbogaca je, koloruje
i niesie za sobą przyjemność kontaktów.
…
Dziś jest poniedziałek,
nareszcie wypiłam pierwszą wiosenną kawę,
ułożyłam sobie pracę w zgrabny stos,
życie znowu jest piękne,
cieszę się na tę wiosnę, bo gdy minie,
to będziemy po maturze!
(Jakoś tę presję maturalną odczuwam osobiście:)
Li.
PS. Po weekendzie spędzonym w knajpach
(grzeszyło się, niestety)
waga zrobiła mi dziś przykry numer
i pokazała 40 dkg więcej.
(I to przed jutrzejszą wizytą u lekarza, psiakostka!).
Ale nie żałuję, bo to był świetny weekend,
życie od czasu do czasu
musi być zdominowane przyjemnością!
W związku z powyższym motto na dziś:
„Wieloryby pływają cały dzień,
jedzą tylko owoce morza,
piją wodę, a i tak są grube”.
13.04.13
13 kwietnia, 2013Wczoraj przyjechała na weekend aurora,
poszłyśmy na kolację z aLusią, śmiałam się tak,
że dziś jest 20 dkg mniej!
Zaczynamy urodziny mojej Gusi.
14-te!
Guśka jeszcze śpi, a my zbieramy się po cupcakes,
zostały obiecane razem z bezkofeinowym latte do łóżka.
Życzę Wam miłej soboty, spokoju świętego
i słońca włażącego przez czyste,
umyte przez niewidzialną rękę okna:)
Li.
PS. Aurora odmówiła bycia na diecie.
Muszę kupić szynkę, boczuś i białe maślane bułki.
Ech:D
Znowu o niediecie.
12 kwietnia, 2013Wczorajszy masaż wyrwał mnie z trzymającego mnie ostatnio w szponach bezsnu. Zrelaksował i uspokoił.
Padłam bez przytomności i przespałam całe sześć godzin,
to tygodniowy rekord.
Och, masować się tak codziennie!
Ale ja nie o tym:
w celach motywacyjnych dostałam maila, którego fragmenty przytaczam (za zgodą autorki oczywiście):
Droga Moniko,
cierpliwie czekalam na skany i potwierdzenie,
ze „to” ( zgadywalam „co” ? ) dziala. :-) …
Od dwoch lat jestem na „niediecie” .
Wystartowalam z waga 121 kg, dzisiaj rano moja „elektroniczna ladacznica” pokazala mi z usmiechem 63,4 kg :-) .
Mozna, sama nie wierzylam , ale mozna sie ( prawie ) „spolowic” !
I mowie CI glosno : WARTO !
Zyje znowu kobiecoscia, mimo, ze nie raz klocilam sie z swiatem, ze grubasy sa „przytulniejsze” . ;-)…
We wtorek mam termin u chirurga plastycznego,
to jedyny skutek uboczny calej diety :
wszystko wisi… ( absolutnie wszystko ! ) ;-)…
Dlugo potrzebowalam, by sobie na to pozwolic…
i zdecydowac, ze jesli powiedzialam A , to chce byc „piekna” i przez duze „P”.
Bardzo sie boje…,
dlatego jedna mala przestroga : sluchaj grzecznie Pani Dietetyk i nie spiesz sie … z rzucaniem kazdego kg, cierpliwosci.
Nie znalazlam na jej poleceniach sportu, a jest BARDZO wazny… !
Motywacja niestety nie bedzie ciagle stala … ;-) ,
cialo to sprytna konstrukcja, dojdzie do momentu, ze zacznie „przegadywac” glowe…,
w obronie wlasnej… :-) …,
jesli w takim momencie bede mogla ci pomoc :
krzycz…. …
Ps. … juz kiedys sie kontaktowalysmy w sprawie prezentu dla Joanny.
Czytam, nie komentuje, bo nie lubie maczac palcow…w bagnie,
(ostatnie znowu dalo do myslenia : dlaczego niektore nicki ciagle jeszcze udaja ludzi…;-) )
Z szacunkiem :-)
i pozdrowieniami
C.
Odpisałam i dostałam drugiego:
sorry, ze dopiero teraz odpisuje, ale siedze jeszcze w pracy…,
podziwiaja i pochwalaja mnie prawie wszyscy… :-) … ,
coraz czesciej i zazdroszcza mi ludziska
(ucze sie dopiero z tym obchodzic)
na wszystkich frontach, wiec dlaczego i nie na blogowisku… ? :-)
Pisz co chcesz…., juz od dawna darze Cie moim ( blogowym ) zaufaniem…
Bede zaszczycona stac sie „bohaterka” Twojego bloga. :-) …
Zdjecia nadesle pozniej, ( wieczorem, w nocy jak mnie wypuszcza z stad…na czas… :-) …),
ale tych, prosze nie wystawiaj…, te beda tylko dla Ciebie, ok ?
Sport : codziennie biegam/ chodze w parku.
Minimum pol godziny, niezaleznie od nastroju czy pogody…
Dodatkowo troche …, nieregularnie : zumba, joga, areobic…
Probowalam z napalonymi ( na stracenie 2-5 kg ) kolezankami,
ktore nigdy mi nie dotrzymaly dlugodystansowo towarzystwa,
wiec zdecydowalam, ze najlepiej mi samej…
Nie moglam sie nigdy przemoc na urzadzenia fitnesu,
na budowanie miesni…i tych mi „troche” brakuje,
ale operacja plastyczna nadrobie… :-)
(zetna mi ” tylko” skore z brzucha i moze wypelnia cycki ) …,
Po OP zajmne sie i innymi miejscami, ktore naciaga niemilosiernie
grawitacja… ;-)
Kocham park, na swiezym powietrzu…, w ciszy wlasnego oddechu…, czy ulubionej muzyce.
Wczeniej nie do pomyslenia, bym zawlekla tam swoja dupe… ! :-) …,
teraz mus…wewnetrzny… :-) …,
chwila dla siebie…i …
spojrzenia facetow joggujacych mi naprzeciw
(zawsze biegam pod prad ;-) ,
sama nie wiem dlaczego ) :D…
po 20 latach chowania grubej dupy w domu, uczucie : BEZCENNE ! :) …
Odezwe sie…, wieczorem….,
jeszzce teraz mnie znowu ganiaja, nie umie
sie koncentrowac…nad pisaniem…
(a ja juz kiedys wspominalam, ze u mnie z polska pisownia nie jest
najlepiej, ja jestem tylko po dwoch klasach polskiego liceum ;-) …i to
bylo …bardzo dawno temu…, wiem, ze wybaczysz mi bledy … :-) … ) …
Ps. do info ( moze sie przydac do notki :-)) :
mam 43 lata ( wiec troche ponad wiek balzakowski ;-) … ) …,
rodzilam,
pracuje…
mam dom na glowie…,
gotuje dla rodziny i gosci… ( bo uwielbiam gotowac :-) ) …
i mam …problemy jak kazdy… :-) …
A DALAM RADE !
I WIEM, ze TY TEZ DASZ !
Calusy…
C.
Odpisałam i dostałam dwa zdjęcia. Powiem Wam- SZOK!
Fata pozwoliła mi je umieścić, musiałam tylko obciąć głowę (z przykrością:):
Droga Moniko,
przesylam obiecane zdjecia…
Sa okropne,znalazlam je na szybciocha…,
przycielam byle jak…
i wysylam …bys mogla : wierzyc ! … :-) …
i sie motywowac…
brzydzilam sie cale lata ogladac sie na zdjeciach…,
dlatego nie robilam prawie zadnych…,
to jedno ( stare ) … dostalam w prezencie pod ostatnia choinke od mojej bratowej …,
ktora gdzies tam je wygrzebala…
(nie wiedzialam nawet , ze zostalo mi zrobione,
jakies dobre 4 lata temu ) …
sprezentowala…, pelna podziwu
(mieszka daleko…, i sama byla zaskoczona tak ogromna metamorfoza ;-)…)
bym mogla miec porownanie…i satysfakcje … :-)
Nowe zdjecie zrobine jest pare dni temu…
(wychodzilam na impreze :-) ) …
Jak szczeniara, przed lustrem, z komorka… ;-)… : D …, wyobrazasz sobie ?
– Wstyd w moim wieku… ;-) …
( ale jak dobrze robi ! uhhhmmm ! )
Zaczynam lubiec na siebie patrzec… :-)…,
Zmeczona jestem,
Powiem juz dzisiaj : dobranoc…
caluje…
C.
No moje Drogie, czytajcie niedietę, pytajcie i do roboty!
Dowód skuteczności jest niezbity:)
Li.
Niedieta.
11 kwietnia, 2013Nadejszła wiekopomna chwiła,
co oznacza że po okresie burzy i naporu zaświeciło słońce
i oto wyszła z cienia bohaterka moich ostatnich 38 dni.
(Panie z sąsiedztwa,
które mnie tak bardzo nie lubią,
też serdecznie zapraszam do lektury,
bo choć faktem notoryjnym jest ich niezwykła uroda,
gibkość i wąska talia,
to na wszelki jednak wypadek…:)))
Od razu przyznam, żeby nie było na Krzysia-
skany umieścił już wczoraj,
ja miło z nim gawędząc zatarłam ręce,
usiadłam do pisania ,
a tu dramatyczne wezwanie Młodszej
z cyklu „Mamaaa, przytul mnie przed snem”,
spowodowało emigrację na piętro,
wejście (w zamyśle chwilowe) pod ciepłą kołdrę,
przytulenie przemiłego ciałka…
skutek był wiadomy
i zupełnie nie rozumiem dlaczego myślałam,
że tym razem będzie inaczej.
Ale pocieszam się (masując zdrętwiały kark),
że sen to zdrowie,
nawet na pojedynczym łóżku z IKEA),
z dzidziusiem o długości 1,80 cm.
Tyle przydługiego wstępu,
i dozowanie napięcia musi mieć swój kres.
Krzyś zrobił nową zakładkę, spójrzcie nieco wyżej,
pod tytuł bloga- zakładka „Niedieta”.
Będę uzupełniać tam treść na bieżąco,
wrzucać przepisy (Wasze też) i chwalić się wynikami:)
Na dzień dzisiejszy jest dokładnie
minus sześć kilo i pięćdziesiąt deko.
Jem inaczej od 2-go marca 2013 roku.
Najtrudniejsze było zmuszenie się do jedzenia
i pilnowanie godzin posiłków.
Ale już wpadłam w rytm, czego i Wam życzę!
A póki co, miłego dnia.
Li.
PS.
7 kwietnia, 2013Prawda zwyciężyła, można poczuć satysfakcję, ale ma ona gorzki smak.
Skopiuję oświadczenie Eksmisji, opublikowane u niej na blogu,
żeby zostało tu u mnie na lata jako świadectwo,
że internet wcale nie jest anonimowy, że nie można bezkarnie oszukiwać ludzi dobrych i wrażliwych, że wyrządzono wielką krzywdę naprawdę potrzebującym pomocy, bo zwyczajnie poważnie nadszarpnięto zaufanie.
Ale ufajcie, ufajcie!
Tylko rozważnie i nie bezkrytycznie.
I na tym kończę jakiekolwiek zajmowanie się tą przykrą sprawą.
Oko pomalowane, grzywka idealna, idę na miłe spotkanie w kawą w tle, spokojnej niedzieli moi Kochani,
dziękuję za zaufanie jakim mnie obdarzacie
i niewątpienie w słuszność
przynajmniej niektórych moich poczynań :))
Ostre, Viki, Joasia, Aneta i inne Niestrudzone Tropicielki niegodziwości-przybijcie piątkę:))
I jeszcze jedno: zbieżność nazwisk Moniki „Majki”Markiewicz
i Magdy „Kseny” Markiewicz jest absolutnie przypadkowa.
Magda bardzo potrzebuje naszej pomocy, bardzo!
Za nią ręczę. I gorąco proszę o nawet najmniejsze wpłaty.
Li.
……
Oświadczenie Bydgoszcz 7.04.2013
Pewnie większość jak nie wszyscy z Was odwróci się ode mnie po przeczytaniu tego. Nie wiem czemu tak się stało….jestem chora ale moją chorobą nie jest rak tylko coś czego nie wiem… Wmówiłam chorobę sobie, wmówiłam mężowi że jestem chora, bliskim, przyjaciołom, całe ostatnie lata żyłam chorobą. Utożsamiłam się z nią tak, że odczuwałam ból, czułam potrzebę współczucia… Utożsamiłam się tak bardzo, że zaczęłam kłamać… a potem już nie wiedziałam jak z tego wyjść… Największą ofiarą całej mojej „choroby” jest mój mąż…. bo nie wiedział nic, cały czas był przekonany, że jestem chora…, tak nauczyłam się z tym żyć… tak działać…. nie ma sensu opisywać szczegółów…. Nie chciałam nikogo skrzywdzić…. ale tak się stało. O suplementach o których pisałam, czytałam naprawdę i naprawdę te suplementy kupowałam, brałam, bo przecież były mi potrzebne… Może przez to dla domowników byłam bardziej wiarygodna… wydawało mi się że wychodzą mi włosy, więc ogoliłam głową, czułam że jestem chora, tylko nic tego nie potwierdzało… Dziś wiem, że to był inny rodzaj choroby – choroby psychicznej – bo jak to inaczej wytłumaczyć…. Wiem że odwrócą się od mnie wszyscy i bliscy i dalsi….ale powinniście odwrócić się tylko ode mnie bo mój Mąż o niczym nie wiedział, zresztą dzieci też nie… To jak bardzo zidentyfikowałam się z chorobą sprawiło, że zaczęłam pisać bloga… posty o moim Mężu, o dzieciach były prawdzie, przeplatałam je tylko moją „wmówioną chorobą”. Pieniądze ludzie zaczęli sami oferować… na początku odmawiałam…każdy ciągle mówił o wsparciu finansowym nas, ktoś już nie wiem kto z znajomych, namówił mnie na napisanie apelu…nie potrafiłam z tego wybrnąć. Marek był przeciwny…. cały czas powtarzał, że damy sobie radę…. Z każdej zbiórki jednak bardzo szybko się wycofywałam…czasem za późno. …. O tym, że Fundacja może mnie wziąć pod opiekę dowiedziałam się od moich znajomych, którzy sprawdzili, że jest to możliwe. Koncerty były organizowane za moją wiedzą. Oni też mi zaufali – na wyrost. Nie potrafiłam z tego wybrnąć. Mój mąż wierzył w moją chorobę, ubyło mu przez to co najmniej 5 lat, nabawił się schorzeń kręgosłupa, nie raz nosząc mnie na rękach. Każde badanie, o którym mu mówiłam bardzo przeżywał, ale zawsze robiłam tak, że „niby badania” miałam wtedy kiedy on ciężko pracował. Stracę przyjaciół – taka jest cena wmówienia choroby…. ktoś zapyta dlaczego ?? Nie wiem, któregoś dnia po prostu zaczęłam się źle czuć, bolały mnie węzły głowa. Poszłam do lekarza…lekarz wyczuł powiększone węzły, były jakieś tam podejrzenia….a ja uwierzyłam że mam nowotwór i tak zaczęłam z nim i jego przerzutami żyć. Pieniądze, które zebrałam na pomoc namawiając do tego nieświadomego męża sukcesywnie oddamy co do złotówki każdemu kto wpłacił na konto. Poddam się także terapii psychiatrycznej aby nauczyć się żyć bez udawania choroby. Pewnie tego nie zrozumiecie ale „choroba” naprawdę mną zawładnęła…. odczuwałam bóle, zawroty, omdlenia…słabości…. Marek… milczy na ten temat. Widzę, jak jest zawiedziony. Mówi tylko, że musi zadbać, żeby dzieci nie odczuły skutków tej sprawy. Może terapia wyjaśni dlaczego i jaka jest tego przyczyna – ja Was z swojej strony przepraszam… Nic więcej nie ma sensu mówić….. Proszę Was o wybaczenie, może zrozumienie… może znajdą się ludzie, którzy umieją wybaczać i dawać drugą szansę…
Monika Markiewicz „Majka” Autor: 趕出 – z chińskiego Eksmisja o 11:29
Czym jest sprawiedliwość według kota?
7 kwietnia, 2013Eksmisja Eksmisji. Przynajmniej stąd.
6 kwietnia, 2013Ludzie kochane, basta!
Podejrzewam, że gdyby w konkursie na bloga roku
była kategoria „blogi aferyjne” to zajęłabym pierwsze miejsce,
oczywiście dzięki głosom moich wiernych trolli, prawda?
I wcale nie dziwi mnie to, że niektórzy tak łatwo przechodzą do porządku dziennego nad sprawami brudnymi, nad oszustwami,
nad złem, podłością i ludzką chciwością.
Bo to dla nich stan normalny.
Na szczęście obok niektórych, są jeszcze którzy!
I Ci nie odpuszczają, bo dzięki nim świat jest lepszy.
Niech więc żyje odwaga, dociekliwość i sprawiedliwość.
A to co myślą o mnie takie Lidki
i jej podobni mam głęboko w mojej coraz mniejszej dupie.
Mam nadzieję, że zabrzmiało to wystarczająco lekceważąco:D
…
Ech, sobota oczywiście najpierw została dokładnie rozplanowana,
a potem było jak zwykle.
Czyli przeniosłam rozliczne plany na niedzielę,
a teraz mam zamiar oddać się relaksowi,
życie jest takie jedno i takie piękne.
Muszę brać przykład z Szarusia, ten kot wie co to znaczy wygodna pozycja:
Bobcio też świeci przykładem:
Byłam dziś z moimi dziewczynami na obiedzie w fajnej knajpce,
za rogiem widziałam wiosnę,
będzie dobrze.
Dziękuję Wam, że jesteście!
Li.
Jestem beznadziejną blogerką, bo…
5 kwietnia, 2013… mało mię, mało.
Ale wrócę, takie jak ja zawsze wracają do swoich ulubionych miejsc.
Chwilowo nabieram niezbędnego dystansu i porządkuję realne sprawy.
Potrzebuję tego oddechu od internetu,
bo tu czasem jest większe bagno niż w realu,
a mnie chce się chodzić po czystym, nadmorskim piasku,
a nie brodzić w błocie.
Nie odpisuję na maile, bo na razie naprawdę nie mam czasu,
ale Krzyś obiecał mi wrzucenie skanów na bloga.
Może uda się w weekend.
A mój nowy system żywienia działa bez zarzutu,
po chwilowym i jakże przerażającym zastoju wagi,
dziś jest równe minus sześć kilo. Zaczęłam 2-go marca.
16-go kwietnia mam drugą wizytę w lekarza i bardzo się na nią cieszę.
Nareszcie jakiś sukces w moim ciągu życiowych porażek:)
…
Piszecie do mnie ciekawskie maile z pewnym pytaniem o pewnego bloga.
Nie chce mi się uczestniczyć w kolejnej aferze,
więc powiem Wam tylko tyle,
że pewnego dnia dostałam mailem
porażające i trudne do uwierzenia informacje,
na temat pewnego blogerki udającej, że ma raka,
przekazałam je komuś dociekliwemu,
bo zainteresowanemu jej sposobem leczenia,
a ten ktoś zrobił użytek ze swojego rozumu
i przeprowadził małe dochodzenie,
potwierdzające niestety fakt oszustwa.
Przy okazji stwierdzam,
że jednak rzeczywiście czyta mnie cały świat,
w tym ludzie z Bydgoszczy.
Bomba wybuchła więc niejako za moimi plecami,
ale jest to bomba, która może wyrządzić wiele zła,
bo może podkopać zaufanie do innego,
naprawdę chorego człowieka,
który bardzo potrzebuje pomocy.
Apeluję więc- pomagajcie, ale też sprawdzajcie.
Dziś każdy może założyć sobie bloga,
zachorować na nim na raka, żerować na współczuciu,
fałszować dokumentację medyczną,
wyłudzać pieniądze,
a teraz w panice kasować wszystkie swoje ślady w sieci.
Dno i wodorosty.
Pomagajcie, ale rozważnie, ludziom uczciwym.
A takich i bardzo potrzebujących pomocy nie brakuje-
u mnie w linkach jest Magda-Ksena, Gosia i Precel,
u Ani M.- Gabinka.
Nie można nie pomagać, ale nie dajmy się oszukiwać.
Ściskam Was mocno, za oknem zima,
wpadłam w Dzień Świstaka:)
Li.
Usprawiedliwienie:)
25 marca, 2013Ludzie kochane, o nikim nie zapomnę,
nie piszcie do mnie drugi raz, bo się pogubię:)
W piątek wieczorem wysłałam ok 50 maili
(mój optymizm dostał po nosie)
i zostało mi zaledwie 200.
Ale nowe doszły w sobotę i niedzielę,
nie mówiąc o tym, co dziś zastałam w skrzynce.
Bardzo się z tego ciesze, ale dramatycznie nie mam czasu
bo było tak:
1. sobota: wstałam zbyt wcześnie, zrobiłam się na „jako tako”
i pojechałam na lotnisko po mojego gościa z Włoch.
Spędziłam przemiłe trzy godziny i odstawiłam gościa na samolot.
Ech, łza się w oku kręci…
Potem pochłonęły mnie zajęcia domowe i sen.
2. niedziela: rano goście na kawie,
a potem narastający koszmarny ból głowy,
znowu odezwał się mój Obcy- wiadomo-kumulacja stresu,
zmiana pogody i wolny dzień
– to trio jest niezawodne.
Straciłam cały dzień w koszmarnym półśnie,
nic nie zrobiłam,
tylko jęczałam.
(Jeżeli spadek wagi ma spowodować kres tego wykańczającego mnie nadciśnienia, to mam jeszcze większą motywację).
A za chwilę wyjeżdżam- jadę do Łodzi, będę tam do późnej nocy,
może ma ktoś ochotę na kawę? :)
Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że dziś przekroczyłam,
sama nie wiedząc jak granicę 5-ciu kg.
Po 23-ch dniach.
Trudno mi w to uwierzyć,
skakałam jak dziecko z radości.
Nie robię nic specjalnego poza tym,
że ściśle stosuję się do wskazań lekarza.
To nie jest żadna dieta-cud!
Niektórzy z Was piszą mi o tym, że w krótkim czasie muszą zrzucić
15 kg, że ślub, chrzciny, komunia i kto tam wie co jeszcze.
To nie tak!
Tu trzeba zmienić cały system jedzenia,
pilnować przerw pomiędzy posiłkami,
ważyć węglowodany i białko
i nie spodziewać się spektakularnych efektów,
ale za to te wolniej przychodzące będą trwalsze!
Mój lekarz uważa, że u mnie idzie to za szybko
(haha, ja jestem przeciwnego zdania).
To ma być slow odchudzanie, ale
dżinsy wiszą mi na tyłku i o to chodzi!
Ściskam Was wszystkich mocno, czuję brzemię odpowiedzialności
(„Li! jesteś moją ostatnią nadzieją!”),
ale mam też niestety inne nie cierpiące zwłoki sprawy.
Te 50 maili zajęło mi dwie godziny, choć to było zwykłe kopiuj-wklej.
Tylko, że do tych co ich znam,
skusiło mnie, by napisać parę słów ponad wzór…
i już wpadłam w niedoczas.
Ad rem- wracam dziś w nocy, pewnie będę padnięta,
ale jutro też jest dzień,
wszyscy po kolei dostaną ode mnie maila, proszę o cierpliwość!
Nie umiem umieścić skanów na blogu,
a tak by było najprościej.
Miłego poniedziałku!
Li- której jest o 5 kilo mniej, co za strata :D
Ogłoszenie parafialne jeszcze wielkiej wagi.
22 marca, 2013Nareszcie dopełzłam do spokoju piątkowego wieczoru.
Nic już nie muszę, zajmuję się sobą i Waszymi mailami.
Wcześniej naprawdę nie miałam czasu,
choć pamiętam, pamiętam że miałam zaspokoić Was do czwartku,
no cóż… słowo kobiety jest słowem puszczonym na wiatr.
Cierpliwość jest cnotą, kto cierpliwie czekał,
ten zaraz się doczeka:))
Pamiętacie jak pisałam o książce Joanny Fabickiej „Idę w tango, czyli romans histeryczny”? Śmiałyśmy się z niej do łez.
Joa napisała kolejną książkę, inną, zaskakującą, Agnieszka Holland porównała ją do Almodovara i ja się z tym porównaniem zgadzam.
Mocna, dobra rzecz, polecam Wam wcale nie po znajomości,
a absolutnie z przekonaniem.
Joa zaprasza na spotkanie, szczegóły na zaproszeniu.
W ostatnim „Zwierciadle” jest z nią wywiad,
ech… to moja bratnia dusza.
Łyk kawy, odgarniam włosy, poprawiam się na krześle
i dziś każdy z Was (ha, mężczyźni też do mnie napisali:),
dostanie ode mnie maila.
Jednocześnie, w związku z nową książką Joanny
nie pytajcie co z moją książką.
Będzie! Kiedyś! Jak już to dzieło (się)napisze!
Bo nie wiem dlaczego,
ale w tym akurat przypadku kompletnie w siebie nie wierzę.
:-(
Z rzeczy bardziej przyjemnych donoszę,
że dziś jest dwudziesty dzień zmiany sposobu jedzenia,
waga pokazuje o 4,30 mniej.
To chyba dobry wynik, co?
:-)
Choć moja pani doktor twierdzi, że to trochę za dużo.
Pamiętajcie!
Maksymalnie chudnijcie do kilograma tygodniowo,
a nie będzie efektu jo-jo.
No i koniecznie masaże!
Moja masażystka wtarła wczoraj we mnie
takie ilości pachnącego miodem balsamu,
że czułam się jak pszczoła i chciało mi się bzykać.
;-)
Li.
Jak dobrze, że jest nas więcej:)
19 marca, 2013Kochane Kobiety!
Dostałam ponad 100 maili, jestem w lekkim szoku:)
Zwlokłam się niedawno do domu,
muszę się zreanimować i zacznę odpisywać.
Musicie mi niestety dać trochę czasu.
Powiedzmy, że wszystkich zaspokoję do czwartku.
Oczywiście, że stworzę sobie zgrabny wzór
i do wszystkich wyślę to samo,
niemniej jednak muszę te kartki dobrze opisać.
By wszystko było jasne
i by potem nie było na mnie za brak rezultatu.
Na razie jestem kompletnie wykończona pracą,
wiadomo-wtorek-potworek.
Li.
Przelotem o śniadaniu.
19 marca, 2013Dostałam bardzo dużo maili, obiecuję odpisać wieczorem.
Teraz muszę już niestety zabierać się do pracy.
Ale jestem po pysznym śniadaniu:
70 g węglowodanów (chleb pszenno-żytni 3 kromki)
40 g białka- zblendowany z kiełkami brokułów i szczypiorkiem biały ser 0%, na to grube plastry gotowanego korzenia pietruszki i czerwona papryka.
Przepyszne!
Kawa oczywiście ze spienionym mlekiem
(mleka można do 350 ml, do 2% zawartości tłuszczu),
a teraz mam przed sobą drugą:)
Drugie śniadanie (60 g węglowodanów i 40 g białka)
zjem przed południem.
Zrobiona kanapka czeka w lodówce.
W międzyczasie wypiję sok pomidorowy Tymbarku.
Jak mi się będzie chciało.
Najważniejsze, że mam bardzo dużo energii,
nie czuję głodu i widzę efekty.
To bardzo uskrzydla.
Li.
Nie odkrywam Ameryki:)
18 marca, 2013Największą niespodzianką był dla mnie fakt,
że aby schudnąć trzeba łączyć węglowodany złożone z chudym białkiem.
Do tej pory, gdy miałam na talerzu
ziemniaki, mięso i surówkę, to zjadałam mięso z surówką,
a ziemniaki zostawiałam.
Errare humanum est, straszliwie błądziłam,
bo właśnie trzeba było jeść te ziemniaki z mięsem
(pod warunkiem jednakże,
że z chudym i z grilla, albo z pary).
Warzyw można jeść, ile się chce,
są czynnikiem powodującym sytość,
nie wchodzą do bilansu kalorycznego.
Pomijać należy niestety tylko awokado,
które uwielbiam, ale nic to, odbiję sobie w przyszłości:)
Węglowodany złożone to: ziemniaki, kasze, ryż, najlepiej mieszany z brązowym, makaron, najlepiej ciemny, kukurydza konserwowa.
Białko to: wędlina chuda-drobiowa, wołowa, cielęca,
chudy biały ser, jajka (cztery tygodniowo),
chude ryby (pstrąg, tuńczyk, dorsz, mintaj, morszczuk, leszcz, szczupak, sandacz, tilapia, sola), mięso z indyka, kurczak, wołowina, cielęcina, królik, dziczyzna, soczewica, fasola, ciecierzyca, groch, soja.
Owoce-można zjeść 20 dkg dziennie- jest to jedno duże jabłko,
lub prawie cały kubek borówek amerykańskich.
Banany i winogrona są zakazane :(
Napiszę Wam główne zasady, a kto będzie chciał szczegóły,
to niech pisze maila- wyślę mu skany kartek z zaleceniami
i przepisami, jakie dostałam od lekarza.
Przy czym uprzedzam- wartość kaloryczna była obliczana pode mnie.
Podobno do życia potrzebuję 1850 kcal.
Oczywiście rozsądnie rozłożone,
gdy je zjem w dwóch posiłkach, to przytycie murowane.
Wtedy nie przytyję, ale też nie schudnę.
Tym samym, aby schudnąć, muszę mieć deficyt kalorii.
Posiłki więc mam obliczone na 1400 kcal.
ZASADY:
1. Jedzenie trzeba ważyć, w związku z czym zakupiłam niezwykłej urody wagę kuchenną- naprawdę bardzo ładnie komponuje się w mojej kuchni.
Odchudzanie odchudzaniem, ale ładność też musi być.
2. Dzień podzielony jest czterema głównymi posiłkami.
3. Można jeść pomiędzy posiłkami, ale tylko określone rzeczy
(jogurty, maślanki, kefiry do 70 kcal w 100 g i ile się chce warzyw).
4. Śniadanie trzeba zjeść do ósmej rano i nie później niż do godziny od obudzenia się.
Wtedy pobudza się metabolizm do działania.
5. Ostatni posiłek należy zjeść na 2-3 godziny przed położeniem się spać, i to jest cudowne dla kogoś,
kto tak jak ja chodzi spać o drugiej w nocy:)
6. Minimalna przerwa między posiłkami musi wynosić 3 godziny, a maksymalna nie może przekraczać pięciu godzin.
I TO JEST PODSTAWOWA ZASADA!
7. Nie można pić alkoholu, blokuje metabolizm.
8. Codziennie do posiłków trzeba wykorzystać 15 g (3 łyżeczki) oleju lub oliwy, do podsmażenia lub do sałatki
9. Do każdego posiłku oraz pomiędzy posiłkami (ALE NIE ZAMIAST!) można jeść dowolną ilość warzyw, których nie musisz ważyć. Ważysz tylko węglowodany i białko.
Dla mnie ważne jest to, że:
– zupełnie nie czuję głodu, bo jem następny posiłek zanim mój żołądek zacznie się odzywać.
Nie dostaje więc sygnału, że grozi mi głód
i trzeba zacząć mobilizować się do magazynowania i tworzenia zapasów (nie bójmy się tego słowa) tkanki tłuszczowej.
– zupełnie nie mam ochoty na słodycze, nawet na ptasie mleczko!
– mam bardzo dużo energii i świetny humor po każdorazowym zejściu z wagi.
– czuję jak stabilizuje się mój kompletnie rozwalony metabolizm
-przez 16 dni, odkąd zaczęłam jeść, ani razu nie bolała mnie głowa
– na śniadanie jem ogromną razową bułkę (70 g węglowodanów) z białym serem (40 g białka), albo pastą z soczewicy, albo z pastą jajeczną i górą warzyw- pomidorami, bazylią, mnóstwem kiełków, ogórkami konserwowymi, kiszonymi, papryka dla zaostrzenia smaku.
– wymyślam fajne obiady i zmuszam moje dziewczyny do solidarności,
ostatecznie matkę ma się tylko jedną, prawda?
Ufff… na razie tyle, jutro opiszę posiłki i stosunek węglowodanów do białka.
Trzeba ważyć jedzenie, to bardzo ważne.
Jak Wam się podoba?
Li.
Pochłania mnie coś, dzięki czemu jest mnie mniej.
18 marca, 2013Jestem bardzo zajęta sobą i nie mam czasu na bloga.
Stwierdzam to bez specjalnego żalu,
bo wiem, że nadejdzie dzień,
gdy potrzeba pisania znowu ze mnie wytryśnie,
jak nie przymierzając
bzdury z ust profesor Pawłowicz.
Zajęta jestem sobą, dziećmi (matura!) i pracą.
No i czasem statlerem, ale to głęboka tajemnica.
Najbardziej jednak zajęta jestem swoim odchudzaniem.
Podeszłam do sprawy niezwykle nieufnie,
zdecydowana właściwie na radykalną interwencję chirurgiczną,
termin operacji mam wyznaczony na 8-go kwietnia.
Waszym domysłom pozostawiam co miałam sobie zrobić,
nie było to zbyt mądre, ale na pewno skuteczne.
Nieodwołalnie jednak pozbawiłoby mnie niezwykłej
przyjemności jedzenia i picia dobrego wina,
a co za tym idzie pisania moich przepisów.
I co to byłoby za życie?
Jedzenie przestałoby mi się kojarzyć z udanym seksem,
byłoby jak zwykły i pospieszny
małżeński obowiązek… ech,
szkoda mi było tych kolacji przy świecach
i spotkań na kawie,
beztroskiego siedzenia przy chwiejnym stoliku
gdzieś pod włoskim niebem.
Dlatego dałam się namówić i poszłam do lekarza-dietetyka.
Przeżyłam szok, z którego nie otrząsnęłam się do dziś.
Pani doktor, przemiła i bardzo kompetentna miała dla mnie trzy godziny czasu,
wymuszone głównie moim chwiejnym stanem emocjonalnym,
haha… śmiech i łzy.
Dobrze, że byłam ostatnią pacjentką.
Przewróciła do góry nogami całe moje dotychczasowe
mniej lub bardziej (a z reguły mniej) odchudzanie.
Wykazała mi wszystkie moje błędy,
bezmyślne stosowanie się do modnych diet,
a już nie daj Boże do Dukana.
Jeżeli chcecie, to Wam napiszę,
na czym polega moje odchudzanie,
nazwane nie dietą, a innym sposobem żywienia.
Dość powiedzieć, że jeszcze nigdy
tyle nie jadłam,
bo tu panuje zasada: aby chudnąć, trzeba jeść.
Głodówka i nieregularne posiłki są największym głupstwem,
jakie można sobie zrobić,
poza głodówką dla oczyszczenia organizmu, rzecz jasna.
Chcecie?
Przez 16 dni schudłam 3,90 kg.
Czuję się fantastycznie!
Li.
Najlepszego!
13 marca, 2013No i jak nie kochać tego Bąbelka, no jak?
Miałam pisać notkę o odchudzaniu, ale wolę iść do wanny.
(Piana sięga sufitu).
Mój brat ma dziś 40-te urodziny i zupełnie nie rozumiem,
jak to jest możliwe?
To przecież mój młodszy brat,
a ja przecież jeszcze nie mam czterdziestki.
(Cuda Panie, cuda!)
Życie nie ogląda się wstecz,
podzielone urodzinami, śmierciami, ślubami, pogrzebami,
powykręcane od problemów,
z bólem, z cierpieniem, z tęsknotą,
jednak -pomimo- cieszy, cholernie cieszy.
Li.
Może ktoś opowie dowcip?
11 marca, 2013Tusk pyta Palikota:
-Biedroń jest na Grodzkiej?
-Nie, w Kaliszu.
:)
Tytułem usprawiedliwienia za poprzednią notkę.
10 marca, 2013Napisanie na publicznym blogu o swoim złym nastroju
i ogólnej niechęci do świata i życia
niesie za sobą brzemienne we wnioski skutki.
Po pierwsze: w swoich własnych oczach wychodzi się na
rozhisteryzowaną idiotkę.
Po drugie: daje przyzwolenie na użalanie się nad sobą,
czego przecież staram się unikać.
Po trzecie: dostarczam uciechy licznie
tu zgromadzonym nieżyczliwcom,
a przecież miałam ich zagłodzić na wirtualną śmierć.
Tak, nie mam najlepszego okresu w życiu,
dupa, dupa, tu też dupa.
Nie mam wsparcia u nikogo,
jestem samotną wyspą,
albo raczej stoję za sterem na chybotliwej łajbie,
gdzie przywiązane do masztu siedzą razem ze mną moje córki,
pokładające we mnie nieuzasadnione zaufanie
i nadzieję.
Chciałabym ich nie nie zawieść,
chwilowo jednak czuję się tak beznadziejnie,
że muszę się na nich wspierać.
Dobrze, że są takie wybujałe.
Czasem słońce, czasem deszcz.
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.
Tytułem usprawiedliwienia nieobecności.
10 marca, 2013Nie ma mnie.
Sama siebie zgubiłam i nie umiem odnaleźć.
Nie ma mnie i na razie nie ma widoków
na zmianę tej sytuacji.
Życie w wirtualu ma sens tylko wtedy, gdy real cieszy.
Nie wiem, kiedy tu wrócę, nie wiem czy wrócę,
może już wyrosłam z blogowania,
a może tylko jestem zniechęcona.
Albo nie mam światu już nic do powiedzenia.
Smutno mi i tyle.
Li.
O dupie Szarego i innych.
4 marca, 2013Starsza uczy się do matury.
Bardzo dużo się uczy.
(To niezwyczajna w naszym domu sytuacja).
Ma bazę na swoim łóżku, obłożona książkami i kotami,
w lekkim (hm!) bałaganie
chłonie wiedzę niezbędną
do spowodowania zadowolenia matki.
Bo wiele mogę wybaczyć,
ale słabo zdanej matury nie wybaczę.
W międzyczasie robi zdjęcia
oczu Bobcia, wpatrzonego w nią jak w apetyczną mysz:

i klasycznej pozycji Szarego- grunt, to schować głowę, dupa zawsze się obroni:
Miałam nie pisać.
(Jak zwykle, gdy tak postanowię, to piszę jak szalona).
:)
Li.
PS.
4 marca, 2013Zajęta sobą zaniedbuję bloga,
ale przecież to miejsce mogę ożywiać kiedy chcę
– wystarczy zapisać białą kartkę ekranu.
Dzieje się dużo za dużo, ale też dużo za mało.
Klasyczny brak równowagi skutkuje dennymi chwilami,
czego wybitnym okazem jest wczorajsza notka.
Nie jest ze mną tak źle,
czasem tylko oglądam niewłaściwe filmy.
I może to tęsknota za nie-wiadomo-czym
osłabia mój pancerzyk skorpiona,
a pod nim jestem przecież zupełnie mięciutka,
bezbronna i słaba jak szczypiorek na wiosnę.
Ostatnio więc skupiłam się na sobie, a mniej na innych,
co -mam nadzieję-przyniesie mi spodziewany skutek.
Bo akurat jeżeli chodzi o tę wiosnę,
to mam w stosunku do niej duże wymagania.
A zawodu nie zniese!
Li.
Życie to nie film.
3 marca, 2013Uwielbiam ten film.
Dziś go znowu obejrzałam, płacząc jak zawsze w tych samym momentach.
Dobrze jest wiedzieć, kiedy będzie się płakać.
Jakoś wtedy tak… lżej.
I nie mam światu nic więcej do powiedzenia,
jutro znowu uzbroję się w firmowy uśmiech
i będę jak zwykle.
Nie, nie mam depresji, ani zniżki nastroju.
Jest mi tylko chwilowo źle.
Ale bywa też i chwilowo dobrze.
Godzin pomiędzy tymi chwilami nie zauważam.
Li.
Mało mię. I to chwilowo się nie zmieni.
24 lutego, 2013Nie wiadomo po co czytam głupie wiadomości.
Bo co mądrego może być w informacji,
że narzeczona Janowskiego
i żona Drzewieckiego chciały zadać szyku w kradzionych futrach?
A jednak to wiadomość, która elektryzuje masy.
Ech…
Mam klientkę z urzędu w sprawie karnej.
Kradła towar ze sklepu, w którym pracowała jako sprzątaczka.
Kilka bułek, słoik dżemu, kilo mąki, kilo cukru, herbatę- najtańszą.
Nie, nie usprawiedliwiam jej,
kradzież to kradzież.
Ale w domu ma trójkę dzieci i ciągle stoi przed wyborem-
nakarmić je, czy zapłacić za prąd.
Dwie panie celebrytki pewnie będą dowodzić,
że są chore na kleptomanię.
(Musiały kraść te futra, to było silniejsze od nich).
Moja klientka przyznała się od razu.
Musiała ukraść to jedzenie,
bo inaczej nie mogła nakarmić dzieci.
Jest różnica w motywacji, prawda?
Mojej klientki jest mi żal, a tamtymi gardzę!
I to futra!
Kto nosi prawdziwe futra?
Li.
Rozmaitości.
19 lutego, 2013Zmagam się z drobiazgami, skutecznie zawracającymi mi głowę.
Psujące się wokół mnie wytwory technicznej myśli człowieka
drażnią i absorbują ponad miarę,
wymagają uwagi, telefonów, szukania „fachowców”
i poświęcenia im czasu.
Szczytem było wczorajsze złapanie gumy.
I nawet gdy zmaterializował się na parkingu
miły, uczynny pan chętny do wymiany mi koła,
to okazało się, że z niewiadomych przyczyn
nie mam odpowiednich narzędzi- odkręcacza i podnoszacza.
A miałam!
Krótkie śledztwo przypomniało,
że ostatnie rozwalone koło
zmieniał mi w listopadzie 2011-go roku
przyjaciel z Wrocławia,
przyjechał na moje urodziny,
i moje narzędzia jeżdżą teraz po Ziemiach Odzyskanych
w bagażniku jego auta,
wrzucone tam – nie bójmy się tego słowa-bezmyślnie.
(No cóż, dzięki temu powstał pretekst do szybkich odwiedzin).
Wstałam zdecydowanie za wcześnie, ale kawa mnie pociesza,
przygotowuję się do dzisiejszej rozprawy,
dobrze, że nie widzi tego mój przeciwnik,
akta rozłożone na łóżku, wśród nich rozwalone koty,
ale umiejętnie i z estymą dla słowa drukowanego,
ja sobie siedzę w ciepłym kręgu lampy, z mokrymi włosami,
świata nie ma, bo o szóstej rano Kraków dopiero się budzi.
Czy nie macie wrażenia, że godziny poranne są jakieś dłuższe?
Łykam kawę z resztką mleka i zabieram się do roboty!
Miłego wtorku i nie traćcie czujności!
Wtorek-potworek działa podstępnie :)
Li.
Strefa wpływów i wpływ wpływu.
16 lutego, 2013Moja praca to źródło nieustannego smutnego zadziwienia.
A wydawałoby się, że po kilkunastu latach w tym biznesie
nic mnie już nie powinno dziwić.
Mam szeroki przekrój popieprzonych mamusiek, infantylnych tatuśków,
popaprańców obu płci i plątających się pomiędzy nimi
jeszcze niewinnych dzieci,
ale już skażonych i skrzywdzonych przez zachowania dorosłych.
Niektórzy powinni mieć ustawowy zakaz rozmnażania się,
nigdy nie dorosną,
a niedojrzały dorosły jest jak granat odłamkowy
– wybucha i razi najbliższe otoczenie.
Nie jest dla mnie usprawiedliwieniem ich dysfunkcyjny dom,
złe wzorce z dzieciństwa,
przemoc w domu, alkoholizm rodzica, brak czułości i miłości.
Po to mamy rozum, by wiedzieć co jest dobre, a co złe,
jeżeli zło spieprzyło nam dzieciństwo i młodość,
to dlaczego powielamy je na naszych dzieciach?
Dlaczego idziemy tą samą drogą destrukcji?
Mój bliski przyjaciel wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczy DDA
-syndromem dorosłego dziecka alkoholika.
A ja zawsze wchodzę z nim w spór
– bo jeżeli wie, co jest jego własnym wrogiem,
to dlaczego z tym nie walczy?
Dlaczego tak łatwo się rozgrzesza?
Jeżeli mamy wywodzące się z dzieciństwa poczucie braku miłości,
a tego niedoboru nigdy nie da się już uzupełnić,
jeżeli wiemy, jak to boli, jaką zostawia wiecznie jątrzącą się ranę,
jakie buduje ograniczenia w dorosłym życiu,
dlaczego nie kochamy swoich dzieci inaczej, niż nas (nie)kochano?
…
Czasem mam poczucie, że jestem beznadziejną matką,
wiele spraw odpuszczam,
ale z drugiej strony jestem lepszą matką, niż moje poprzednie pokolenia
i to już jest wielki sukces,
bo udaje mi się wychodzić poza ramy schematu.
Są szkody z przeszłości niemożliwe do naprawienia w przyszłości.
Oby były minimalne, nawet i wiecznie pobolewające,
ale nie kształtujące,
nie determinujące życia!
Ot, cierń, nie rana.
…
Li.
Przy robocie o sobocie.
16 lutego, 2013Wyzyskiwane dzieci pojechały na cotygodniowe zakupy.
Jakim cudownym zrządzeniem losu było zrobienie prawa jazdy przez Karolcię!
Sprzątam, a to nieustanne perpetuum mobile, niekończąca się historia,
efekt pracującej bez chwili wytchnienia fabryczki kłaków, sierści i kurzu.
Uwielbiam takie zawieszenie pomiędzy pracującym piątkiem, a leniwą niedzielą,
nie patrzę na zegar, po prostu jestem w domu i działam,
popijając z wielkiego kubka herbatę z pigwą.
Muzyka snuje się pomiędzy piętrami, dziś mam fazę na Turnaua, na zmianę z Santaną,
pośpiewuję sobie bezkarnie, a co tam… nikt mnie nie słyszy.
I można zapomnieć o problemach i smutkach, nic nie szkodzi,
że to zapomnienie minie wraz z wieczorem,
pomyślę o tym jutro,
dziś w sobotnie popołudnie chcę być beztroska,
schowana w domu, ciesząca się ze zrobionych porządków,
błyszczącej podłogi i gotującego się obiadu.
Li.
Podałam Wam kiedyś numer jej telefonu. Kto nie zadzwonił? Kto popełnił ten błąd? :)
14 lutego, 2013Przez ostatnie dwie godziny leżałam nago na prześcieradle,
a ręce mojej masażystki czyniły cuda.
Cuda miały zniewalający zapach,
a moja skóra jest po nich gładsza niż jedwab.
Liliana ma patent na doprowadzenie mnie do granic raju,
potrzebny do tego jest
olej lniany, w którym przez kilka dni toną
cytryny, pomarańcze, cynamon i płatki migdałowe.
Ten pachnący eliksir, tuż przed użyciem, mieszany jest z cukrem trzcinowym.
Gdy Lila zaczyna rozcierać go po skórze,
nagle robi się bardzo ciepły, może od cynamonu?
Czuję falę gorąca, niezwykle przyjemną, czuję jak żywiej krąży mi krew,
zapach pobudza zmysły, a wrażenie zrzucenia skóry jest niesamowite.
Wypeelingowana i gubiąc po drodze kryształki cukru dochodzę do prysznica,
a po nim…
Po nim, w błogim półśnie poddaję się masażowi,
moja skóra łapczywie spija pachnąca oliwkę,
dziś było novum-gumowa bańka chińska,
czuję się jak młoda bogini,
pachnąca i zrelaksowana godnie uczciłam święto,
które w gruncie rzeczy lekceważę,
ale skoro presja społeczna wymaga dziś ostentacyjnego okazywania sobie uczuć,
to ja właśnie pokazałam, jak bardzo się kocham.
Rety, jak mi tego było trzeba,
jak jest mi dobrze…
Czuję, że zasnę.
Li.
14 dzień lutego.
14 lutego, 2013Plan na dziś obejmuje
bezszkodowe przetrwanie Walentynek i liczne spotkania.
Umknął mi wczorajszy dzień,
miałam za dużo pracy, albo za mało czasu.
Teraz też już pędzę dalej, ale nie mogłabym nie napisać:
Kochajmy się!
:)
Li.
Wtorek-potworek.
12 lutego, 2013
(na zdjęciu Gusia z miną idealnie wtorkową).
Staranowałam dziś szlaban na parkingu.
Pan Parkingowy już mnie nie lubi.
Z ręki wypadł mi telefon i wpadł do kałuży.
Na bluzkę wylała mi się kawa. W Sądzie.
Nie poszłam do lekarza, pomimo ustalonej miesiąc wcześniej wizyty.
Rozsypałam w pralni proszek do bieli.
Hojnie.
Brodzik przecieka od spodu,
trzeba będzie demontować całą kabinę w łazience dzieci.
Zepsuł mi się programator do pieca gazowego.
Piekarnik niby grzeje, a nie grzeje.
Nie daje się zamknąć.
Starsza nienawidzi ludzi i życia.
Oraz matematyki.
…
A ja z lubością popijam latte leki na (nie)urojone dolegliwości
i jestem niezwykle z siebie zadowolona,
choć nie mam ku temu żadnych wyraźnych powodów.
Ale mam niewyraźne!
Są dni, że wystarczy zaledwie cień, zarys, nadzieja
i musi być dobrze, bo nie może być inaczej.
A co na to Lec?
Optymizm zmieszany z pesymizmem nie neutralizują się wzajemnie,
lecz tworzą bardzo smaczna sałatkę.
Smacznego wieczoru!
Li.
Niespodziewana rozkosz, mhmmm…
11 lutego, 2013Karolcia zrobiła świetne zdjęcie biegnącej Gusi i Kary.
Pierwszy raz zobaczyłam,
że Kara biegnie naprzemiennie na łapach z lewej albo z prawej strony.
Śmiesznie to wygląda!
Jestem chwilowo szczęśliwym człowieczkiem,
naprawdę niewiele wystarczy, by mnie uszczęśliwić,
Karolcia (niedobre dziecko! Dwie godziny przetrzymywała tę rozkosz w torebce!)
przed chwilą zagrzechotała opakowaniem kryjącym dziesięć kapsułek kawy,
i to z kofeiną.
I by je dostać, już obiecałam jej złote góry,
a głównie kasę na walentynkowe wagary
(jak o nich wiem z góry, to są legalne).
I napawam się teraz tym cudownym zapachem,
mleko spieniło mi się idealnie,
ekspres aż drżał z długo powstrzymywanej żądzy parzenia,
a ja… ach, wzięłam ją do ust po okresie beznadziejnie smutnej abstynencji,
jednak ja i kawa, to duet doskonały,
nie mogę jej nie mieć,
bo jestem nieszczęśliwa i może mam zdrowsze serce,
ale za to pęknięte z żalu i rozpaczy.
Na jednej się nie skończy, bo akurat jeżeli chodzi o dostarczanie sobie rozkoszy
to preferuję zdecydowanie opcję-dużo, dużo, dużo, jeszcze!
mhmmmmmm….
Li.
Kiedyś powiem sobie dość!
11 lutego, 2013Jest portal internetowy, są blogi i blogerzy,
jest wewnętrzna decyzja o pisaniu.
Komu tym robię krzywdę, poza sobą?
A jednak koło osób rzucających we mnie kamieniami jest coraz większe.
Nienawidzą mnie i codziennie karmią swoją nienawiść moimi nowymi notkami.
Nienawidzą mnie i wypisują bzdury na innych blogach.
Nienawidzą, nienawidzą mnie.
Powinnam napisać, że mam gdzieś ich nienawiść,
a jednak tego nie zrobię, bo nie jest mi ona obojętna.
Zastanawiam się, jak to jest nienawidzić kogoś, kogo się nie zna.
Jakie to uczucie pisać wstrętne, ohydne, plugawe komentarze.
Czy to im przynosi ulgę? Czy podnieca?
Czy sprawia, że czują się lepsi?
Piękniejsi? Mądrzejsi?
Czy dzielenie się swoimi myślami jest aż tak przerażające,
że musi wywoływać agresję?
Nie robię niczego, czego musiałabym się wstydzić lub żałować.
Piszę nieistotne dla świata słowa, ale bardzo ważne dla mnie.
Zastanawiam się jednak, gdzie jest granica mojej wytrzymałości.
Idę do pracy, jakoś tak smutno, smutno mi, ale za to mam świetny makijaż.
:)
Li.
Wpływ zakalca na życiową postawę.
10 lutego, 2013Wyjechałam na popołudnie, bardzo daleko bo w głąb siebie.
Weszłam w poplątane ścieżki duszy, pełne sprzeczności,
rojące się od lęków i marzeń, strachów i odwagi,
wiarybraków i bezczelnego przekonania o własnej wielkości.
Przebiegłam przez most nad rzeką Oczekiwań,
pobłądziłam w ogrodzie starych miłości,
stanęłam pod figurą św. Antoniego i poprosiłam,
by mi pozwolił znaleźć, to czego ciągle szukam,
a czego nie mogę znaleźć, bo nie wiem co to jest.
Są takie dni, gdy nie wiem czego chcę.
Niby leżę w łóżku, a nie leżę, niby odpoczywam, a nie,
niby mam humor, a nie mam, oby to były te cholerne hormony!
…
Zrobiłam kolejną próbę pokonania ciasta drożdżowego,
kolejny raz mi nie wyszło.
To moje kulinarne Waterloo, porażka ze zrujnowaną kuchnią w tle.
Bułeczkami z cynamonem mogę zabijać wrogów, takie są ciężkie.
I nawet nieudane ciasto drożdżowe może być odniesieniem do życia,
raz lekkie jak puch, raz ciężkie jak kamień.
Kto mnie pocieszy? :)
Li.
Dobra historia z uważnym patrzeniem w tle, ilustrowana uważnie patrzącym Szarym.
10 lutego, 2013A historia jest przednia.
Moja przyjaciółka Dagmara (od kotów) czynnie uczestniczy
w aukcjach w M-1 (duże centrum handlowe),
gdzie pod sklepem zoologicznym
szuka dla kocich nieszczęść dobrych domów.
Stoi tam razem z Małgosią z Fundacji „Zwierzęta Krakowa”.
Małgosia miała do wydania uratowaną z budy i łańcucha małą suczkę,
bardzo smutną i nieszczęśliwą.
Ludzie szybko przechodzili,
koty i pies obojętniały coraz bardziej na ten gwar i brak zainteresowania,
robiło się coraz później,
ale ostatecznie dzień należał do udanych,
bo choć kilka kotów znalazło dom.
Suczki nikt nie chciał.
Dagmara poszła po kawę i w tym momencie do Małgosi
podeszła pani z oświadczeniem, że bierze psa.
Małgosia, malutka kobietka dobrze po pięćdziesiątce spojrzała na nią nieufnie,
pani pospieszyła z zapewnieniem,
że psu na pewno będzie u niej dobrze.
Nieufność Małgosi wzrosła po informacji,
że pani mieszka w Milanówku,
no bo co kobieta z Milanówka robi w Krakowie?
I nawet gdy pani odpowiedziała, że przyjechała do pracy
i gra w teatrze, Małgosia ani drgnęła,
Pani z uśmiechem zapytała: czy mnie pani nie poznaje?
Małgosia nie poznawała, ale w tym czasie wróciła Dagmara,
która poznała bez trudu.
Pani była Krystyną Jandą, wzięła sukę spontanicznie,
opisała tę historię, Sonia trafiła fantastycznie,
a Małgosia gryzie się podobno do dziś,
no bo jak mogła nie poznać?
:)
Uwielbiam takie historie!
A na fb Pani Jandy jest zdjęcie jakże szczęśliwego psa!
Li.
Powinnie, przedsennie.
10 lutego, 2013Lubię zostawiać sobie w pamięci miłe knajpiane wieczory,
gdzie w menu śmiech podlany tanim vino da tavola,
dużo wina,
jedzenia, gadania i swobody usprawiedliwionej długoletnią znajomością.
A potem poszliśmy na puste, białe Błonia, było pięknie,
aż nierealnie,
Kopiec świecił księżycowym światłem,
a lekki mróz szczypał w policzki.
Nie zrobiłam połowy rzeczy zaplanowanych na tę sobotę,
ale łatwo uwalniam się od wyrzutów sumienia,
sprawianie sobie przyjemności jest obowiązkiem każdego obywatela,
sprawy niezbędne wystarczająco zatruwają mi dni
od poniedziałku do piątku,
w weekend chcę żyć uważniej i szczęśliwiej,
spać do południa, zamawiać pizzę i cieszyć się,
zwyczajnie cieszyć się.
Że jestem i mogę.
Cudownie powinnie kręci mi się w głowie.
Li.
Kolejny tydzień dalej od dnia narodzin.
8 lutego, 2013Wróciłam do domu z dalekiej podróży po ludzkich problemach.
Prysznic z peelingiem oczyścił ciało, ale nie odtruje duszy,
która mimowolnie wchłania w siebie zło,
jakie człowiekowi wyrządza drugi człowiek.
A co na to Lec?
I cóż ty na to, Fizyko?
Oziębłość stosunków między ludźmi powstaje wskutek tarć między nimi.
Wysmarowałam się balsamem pachnącym pomarańczą,
staram się szybko odbudować granicę,
za którą tylko jasna strona życia.
Chcę pomamusiować, upiec ciasto,
ugotować dobre jedzenie dla jutrzejszych gości,
zawinąć się w domowy kokon bezpieczeństwa
i nie pozwolić, by ktoś lub coś zepsuło mi ten weekend.
Muzyka, gotowanie, wino i śmiech!
A co na to Lec?
Jestem nonkonformistą-rzekł-mój niezłomny ascetyzm zwalczam konsekwentnym hedonizmem.
Taki mam plan, a najważniejsze to mieć plan!
A co na to Lec?
Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia.
Li.
Mam siłę, mam! Tylko czasem muszę jej poszukać.
8 lutego, 2013Są takie dni, gdy budzę się i nic nie czuję.
Nie wiem, czy mam humor, czy nie,
plany na dzień też jakieś niezdecydowane,
głowa gdzieś tam pulsuje rodzącym się bólem,
ale w sumie nie boli, śnieg za oknem niby wygląda, a już nie wygląda.
Chce kawę, ale nie chce mi się jej robić,
siedzę jeszcze w łóżku i toczę walkę o mój dzień.
Albo zacznę go dobrze, albo źle.
I wtedy zaczyna działać instynkt, wstaję i włączam CD
z „I will survive” Glorii Gaynor,
głośno, bardzo głośno, biodra same zaczynają się kołysać,
to jest jedna z tych piosenek, które wdzierają się we mnie szeroką falą, podrzucają do góry
i dają siłę na tę cholernie ciężką wspaniałą codzienność!
Miłego dnia dla Was!
Li.
Nigdy nie wiadomo, jakie widoki przyniesie wieczór.
7 lutego, 2013Założyłam, że mam dobry humor i miałam!
Przez cały dzień świeciłam jak słońce
i fruwałam nad ziemią.
Ot, siła autosugestii i notki na blogu, jakie to proste!
Wieczorem uśmiech stał się moim przekleństwem,
bo nadszedł jeden szczególny moment,
w którym zachowanie powagi było konieczne,
niezwykle konieczne,
a uśmiech ciągle wypływał mi na twarz.
(Bolą mnie usta od zagryzania).
Powód do śmiechu był -rzekłabym-szczególny,
miał rozmiar pistacji i był dowodem na absolutne zaufanie
jakim obdarzył mnie pewien zażywny pan,
któremu żona w procesie zarzuciła brak możliwości współżycia.
Pan był oburzony i w ferworze tego oburzenia postanowił mi pokazać,
że żona kłamie!
Nawet się nie zorientowałam, kiedy stał przede mną obnażony
i tylko szerokość biurka dzieliła mnie od…
Pozwolę sobie w tym miejscu zamilknąć.
Trudno ochłonąć, ale nadal się uśmiecham!
Li.
Można życie podać na nie i na tak.
6 lutego, 2013Pada śnieg, wróciła zima i biorę to bardzo osobiście.
Ale nie będę jęczeć i narzekać, nie, nie nie!
(Choć oczywiście mam na to wielką ochotę).
Postanawiam mieć dobry humor, ostatecznie skoro jestem w stanie przekonać opornego klienta do swojej wizji procesu, to dlaczego nie miałabym przekonać siebie, że jest cudownie?
Zaczynam od teraz:
miękkie płatki śniegu łagodnie opadają na okoliczne śmieci, nadając im bajkowe kształty. Ślicznie, ślicznie jest.
Stoję w oknie i cieszę się nie wiadomo z czego.
Może z możliwości przemoczenia butów?
Wszystko ma swoje dobre strony.
Lepiej nosić wodę w butach
niż być żoną męża w Utah.
Ot, na tyle mnie dziś stać.
Ale w komentarzach proszę o lepieje:)
Li.
Tęskno, tęskno mi.
6 lutego, 2013Nie umiem przejść do (nie)porządku dziennego
nad ostatnimi wpisami- i moimi i Waszymi.
Dostaję maile i nie wiem co odpisać,
bo nie jestem ekspertem od miłości,
trochę znam się tylko na niemiłości
…
Czasem czuję wielką tęsknotę.
Nie wiem według jakiej jej wielkość liczona jest skali,
nie wiem nawet gdzie jest kres jej tęskniących możliwości,
gdy tęsknię to wydaje mi się, że bardziej nie można.
Ale mogę normalnie żyć,
a w tęsknocie prawdziwej żyć podobno się nie da.
Może więc coś, co dla mnie jest wielką tęsknotą,
dla innych byłoby zaledwie tęsknotką.
Ta tęsknota jest smutna,
i nie wiadomo kiedy przychodzi, obejmuje mnie całą.
Wysysa ze mnie energię, pudruje mnie żalem,
gdzie firma nieznana i jakość pudru kiepska.
Tęsknię za czasem przeszłym, już tęsknię za tą chwilą,
która tylko wspomnieniem.
Ta moja tęsknota naprawdę jest beznadziejna- przecież wczoraj nigdy już do mnie nie wróci, nieodwracalna jest śmierć czasu przeszłego.
Odmierzam czas zawodowymi zapiskami w moim kalendarzu- tu rzadko zaglądam w dzień przeszły,
interesuje mnie tylko dzień dzisiejszy i przyszłość.
To co było zapisane do zrobienia wczoraj, już nie interesuje mojego dzisiaj.
Powinnam wziąć przykład z kalendarza
i przewracać tylko kartki do przodu.
Nie potrafię jednak odciąć się od tego wczoraj,
ciągle przecież powtarzam, że moja przeszłość zdeterminowała moją przyszłość.
A może dlatego tak tęsknię za przeszłością,
bo już się jej nie boję?
Bo oswoiłam jej strach, smutki, żal, trudy i problemy?
Bo wygrałam z nią, skoro wciąż idę w przyszłość?
Tęsknię, bo przeszłość jest czymś znanym, czymś bezpiecznym,
już niezaskakiwalnym?
Przyznaję się-tęsknię, bo umierając z ciekawości co do mojej przyszłości,
tak cholernie jej się boję,
bo czasem wolę sobie poumierać z nie-wiadomo-za-czym tęsknoty, niż z kolejnego zawodu w przyszłości!
A co na to Lec?
Gdybym był wiedział wtedy to, co wiem dziś,
nie wiedziałbym tego dzisiaj.
Li.
Paradoks macierzyństwa.
5 lutego, 2013Ciężki kaliber miały komentarze pod poprzednią notką.
A tego dostałam kilkadziesiąt maili, niektóre aż bolały.
Miłość-niemiłość-ułomna miłość.
Trudna ta macierzyńska miłość, gdy rozczarowanie dzieckiem przeradza się w skierowaną przeciwko niemu złość.
W żadnym innym związku nie da się zdrowo kochać bez lubienia,
ale w tym związku-matki z córką tak właśnie z reguły jest.
Jest silna miłość, ale nie ma wzajemnej sympatii, co za paradoks.
Ułomna to miłość, zubożona.
Nie można bez siebie żyć, ale życie razem jest nieznośne.
Jesteś matką, i:
kochasz i chcesz jak najlepiej
kochasz, a wściekasz się, że to nie wychodzi
kochasz, a nie akceptujesz autonomii
kochasz, a czujesz poirytowanie, że nie jest tak, jak Ty chcesz.
Kochasz, bo urodziłaś, bo czujesz się odpowiedzialna,
ale nie lubisz, bo niewiele Was nie łączy, wiele dzieli,
a emocje nie pozwalają się porozumieć.
Jesteś córką, i:
kochasz, bo to matka, a matka jest tylko jedna.
kochasz, bo urodziła, a mater semper certa est,
kochasz, bo wychowała,
kochasz, bo pomaga, jak może i jak umie,
ale nie lubisz, bo krytykuje,
rani, wtrąca się, doprowadza do ostateczności,
do łez, do poczucia beznadziei
i zaniżonej samooceny.
Dlatego, będąc córką i matką- walczę
o lubienie, o dużo śmiechu,
o wspólne sprawki, o spontaniczne przytulanie,
o przewalanie się w łóżku,
o zaufanie i brak lęku przed powiedzeniem prawdy,
o „kocham Cię” w sms-ie, o więź, prawdziwą więź,
nie wynikającą z wpisu w akcie urodzenia,
a o taką, co rodzi się z prawdziwej, pełnej miłości.
Li.
Plany na przyszłość na podstawie doświadczeń teraźniejszości.
3 lutego, 2013Ukochany kot patrzy na mnie uważnie,
widzi mój niehumor i smuty-druty.

Tarmoszę go po stojących aksamitnych uszkach,
pręży się, zaczyna mruczeć,
wyciąga się jak struna pochłonięty sprawianą mu przyjemnością,
jest obok mnie, zawsze wierny i przytulny.
Niezakłócona niczym relacja kot-człowiek, miłość za miłość,
kocia akceptacja najdziwniejszych ludzkich pomysłów,
typu pies w łóżku,
jestem wdzięczna moim kotom, że dają się pieścić i kochać.
Czekam, aż minie luty, zimowy niedobry czas.
Marzec zawsze przynosi inne powietrze i nieuchronność wiosny.
Jestem zmęczona życiem,
ludźmi i latającymi wokół zupełnie niepotrzebnymi emocjami.
Życie jest takie jedno,
nie będę go trawić na nikomu nie przynoszące pożytku czcze dyskusje.
Ale wiem jedno- gdy to ja będę kobietą pod siedemdziesiątkę,
to nigdy-przenigdy-nigdy nie będę marnowała
reszty danego mi jeszcze czasu w zamknięciu się na świat
i wydatkowaniu energii na poddawanie się politycznym obsesjom.
Bo wtedy chciałabym być kochaną babcią i wspierającą matką.
Chciałabym zabierać moje wnuki w dalekie podróże,
chciałabym, by do mnie dzwoniły,
bym była im bliska,
chciałabym, by pomogły mi naprawić na sobie wszystkie błędy mojego macierzyństwa,
chciałabym mieć kółko (nie)różańcowe koleżanek,
młodych (nie)staruszek,
które pojadą ze mną do SPA, albo na wycieczkę do Pcimia,
zamiast zamykać się w kręgu swoich fobii i uprzedzeń,
chciałabym nigdy nie roztrząsać swoich chorób,
nie licytować się w ilości leków
i zobaczyć nareszcie norweskie fiordy,
Etnę, Madagaskar i Lidzbark Warmiński.
Li.
Kierunkowa notka.
3 lutego, 2013Nie piszę, bo nie mam ochoty.
Bloga czyta niestety moja matka i mam z tego powodu wiele przykrości.
(W tym miejscu pragnę (nie)podziękować którejś z mamy koleżanek, która ujawniła mój nowy adres bloga.
Przy okazji zapytam: czy Panie naprawdę muszą mnie czytać?
I rozmawiać na temat tego co napisałam z moją mamą?
Czy to jest podniecające?).
Kocham moją mamę, ale niestety dzielą nas poglądy polityczne
i generalnie poglądy na życie
i choć ja potrafię przejść nad tym do porządku dziennego, oddzielając rodzinę od polityki,
to moja mama tego nie potrafi
i z reguły nasze rozmowy kończą się kosmiczną awanturą,
bo mama nie znosi jakiegokolwiek sprzeciwu i odmiennego zdania.
Jestem tym bardzo zmęczona.
Mama reprezentuje nurt ultra-konserwatywny,
niezdolny do jakiegokolwiek kompromisu,
przekonany o własnej wyższości i racji.
Rasa nadludzi, skojarzenie jest jednoznaczne.
Ciekawe, co by zrobiła, gdybym związała się z jakąś fajną kobietą…
Mama pisze u mnie zapalczywe komentarze,
ale przez tę zapalczywość wpada do spamu
i niech tak zostanie, to mój blog,
tu jej nie zapraszam.
Li.
Są dni, gdy nie piszę, a wtedy…
1 lutego, 2013… zamykam za sobą ciężki tydzień z ciśnieniem 203/110 w tle.
Przysięgam- biorę pigułki, codziennie.
Ale jak przychodzi wielki stres połączony ze zmęczeniem
i gwałtowną zmianą pogody,
to padam jak ścięty len i robię cztery rzeczy:
leżę w ciemnościach, jęczę, rzygam (excuse-moi)
i modlę się o koniec, bo ból głowy jest nie do zniesienia.
Potem zasypiam snem kamiennym i rano mam 113/78.
To nie jest normalne, nienawidzę tych stanów słabości,
ale przynajmniej już potrafię je przewidzieć,
bo narastający, specyficzny ból głowy daje mi znak o zmarnowaniu reszty dnia.
Ale dziś już piątek, na szczęście mało intensywny,
a nawet przyjemny, będzie dobrym wstępem do weekendu,
w sobotni wieczór idę na imprezę, w niedzielę do kina,
śniegi stopniały,
chce się wychodzić z ciepłej norki hen! na szeroki świat.
(Dziękuję Wam za głosowanie na bloga Zakurzonej,
dzięki Wam dostała się do drugiego etapu konkursu,
znowu trzeba będzie wysłać sms-a, pomożecie?)
Czas witać dzień powstaniem! (Lec)
Wstaję więc o tej barbarzyńskiej porze, sen już mnie opuścił,
może zrobię coś pożytecznego,
a może tylko pożytecznie poleżę sobie w łóżku
z herbatą i książką, w ciepłym kręgu lampy,
ze śpiącymi kotami,
gdy świat jeszcze nic ode mnie nie chce.
A może wyskoczę po świeże bułki na Kleparz
i zszokuję własne dzieci?
Li.
Przypominajka:)
30 stycznia, 2013Czas mnie goni dziś do roboty, z trudem mu się wyrwałam,
ale nie mogę nie napisać, że została tylko jedna doba głosowania na blog Zakurzonej.
Proszę o sms-y, to ledwie złotówka plus 23% VAT, czyli 1,23 zł,
i to w całości na cel charytatywny.
Przypominam numer 7122, a treść E00567 (dwa zera, a nie dwa O).
Proszę, proszę, proszę!
Głosowanie tylko do jutra, do godziny 12.00!
Brakuje nam kilkudziesięciu głosów, by mieć pewność,
że zostaniemy w pierwszej dziesiątce,
co to jest przy liczbie czytelników mojego bloga, no kochani?
Li.
Podnoszę się.
28 stycznia, 2013Rzuciłam wszystko i poszłam hen! na wrzosowisko
do teatru Ateneum gościnnie w Operze Krakowskiej.
Pośmiałam się, choć nie beztrosko, bo sztuka ma drugie dno
i śmiać się tu nie ma z czego. Wskazana ostrożność!
Ale Barciś i Tyniec niezawodni.
Recenzja, którą mogłabym sama napisać (gdyby nie to,
że została już napisana) jest tu.
Dzień kończę (samo)obietnicą lepszego jutra.
Odniosłam dziś wielki zawodowy sukces, trochę dodał mi skrzydeł,
jeszcze jestem jak kiwi nielot,
ale przynajmniej znowu mam ochotę na latanie!
Li.
PS. Zapomniałabym:) Trwa konkurs na Bloga Roku.
Jak zwykle bardzo Was proszę o sms-a, w tym roku na bloga Zakurzonej,
to naprawdę dobry blog i musimy wejść do pierwszej dziesiątki
(ech, jak ja kocham tego ducha współzawodnictwa:)))!
Liczę na Was kochani, jak zwykle!
Sms o treści : E00567 (tam są dwa zera!) na numer 7122.
Głosowanie jest tylko do środy, więc komórki w dłoń,
nasi muszą być górą:)
Opublikował/a Li 









