Wstałam, włączyłam ekspres, poszłam pod prysznic,
wróciłam, dom pachniał już kawą, wzięłam do ręki mleko,
wlałam je do dzbanuszka, spieniłam, wlałam do kubka,
dolałam kawy, z niecierpliwością łyknęłam,
zszokowałam kubki smakowe, wyplułam, sprawdziłam,
spieniłam kefir, przynajmniej już wiem,
że kefir też potrafi się zapienić.
Zapieniłam się razem z nim, okulary są mi już niezbędne.
Tak zaczął się mój dzień…
Ale będzie tylko lepiej.
(Widać słońce przebijające się przez smog).
Za dwie godziny będę na kawie z Gosią, Mamą Precla
(głosujecie? Głosujemy!).
Bo inaczej nie spojrzę Jej w oczy:)
Li.
Poranne zapienienie.
13 grudnia, 2012Nihil novi.
12 grudnia, 2012Zostały trzy dni do końca konkursu
i więcej nie będę nuuuudzić o głosowanie na Precla…
Bardzo Was proszę, jeszcze jeden zryw, klik, klik
z każdego dostępnego komputera i telefonu, klik, klik,
a ile radości!
Li.
Monitoring wewnętrznego powietrza.
12 grudnia, 2012Jestem rozbita jak kotlet schabowy w podrzędnym barze-
cieniutko i do granicy przezroczystości.
Opanierowana w codzienne problemy,
zmagam się z męczącym dniem,
czekając na spokój nocy.
Powietrze w Krakowie zdominował smog, widzę go wyraźnie,
a wyobraźnia podsuwa mi obrazy trujących dioksyn,
wpadających bez pozwolenia w moje płuca.
Marzy mi się sosnowy las, inhalacje
i ucieczka z tego wielkiego miasta,
co ja, u licha, tu robię?
Zawsze chciałam mieszkać nad morzem, wdychać jod,
w nocy widzieć gwiazdy na niebie,
a truję się w samym centrum
najbardziej zanieczyszczonego miasta w Polsce.
Na własne życzenie.
Gdzie podziały się moje marzenia?
Jestem wściekła.
Jestem wściekła, bo mój własny los kpi sobie ze mnie,
gra w nie-wiadomo-co, wystawia na próby,
męczy, poniewiera i jeszcze ośmiela się mamić mnie wyobrażeniem,
że mam na niego jakikolwiek wpływ.
Jestem wściekła, bo ciągle w to wierzę, w ten wpływ,
w wykuwanie własnego losu, w afirmację
i moc pozytywnego myślenia.
Jestem wściekła, bo najbardziej chyba boli mnie rozdarcie pomiędzy oczekiwaniem, a rzeczywistością.
Myślę pozytywnie, myślę pozytywnie, myślę pozytywnie,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
Lubię przekraczać granice swojej własnej wściekłości,
bo za nimi są nowe możliwości,
trzeba przewietrzyć ten duszny smog niewiary w siebie,
kurde, kurde, kurde, no!
Li.
Przypominajka
10 grudnia, 2012Jest poniedziałek, wykorzystuję to bez skrupułów,
bo w poniedziałki czyta mnie najwięcej osób
(niektórzy widocznie lubią fatalny początek tygodnia;-)
i proszę (choć oczywiście obiecałam, że prosić nie będę,
skrzyżowałam jednak palce, więc się nie liczy):
Głosujcie na blog o Preclu, głosujcie,
bo spadliśmy z pierwszego na drugie,
a drugie to nie to samo co pierwsze!
Wiem, wiem- nudzę tym częstym przypominaniem, ale cóż robić- głosować trzeba codziennie, takie są zasady.
A więc moi kochani, zróbcie dziś coś małego, miłego
acz pożytecznego
i kliknijcie najpierw tu,
a potem w pomarańczowy banerek na końcu notki
i w zdanie pod banerkiem.
Z Preclem na barykady!
Głosowanie trwa do 15-go grudnia.
Li.
Praca, wino, muzyka, niedzielny wieczór.
9 grudnia, 2012Przespałam pół niedzieli, we śnie miałam piękniejsze życie,
nie chciałam się obudzić,
ale mokre pocałunki głodnego psa zrobiły swoje…
No cóż… jaka królewna, taki królewicz.
A teraz otworzyłam wino, potoczyłam wzrokiem po najbliższej okolicy,
nikt nic ode mnie nie chce, Starsza w kinie,
Młodsza zamknięta w swoim pokoju, koty śpią, pies śpi,
muzyka zupełnie nie przypadkowa zdominowała ciszę,
mogę spokojnie zabrać się do pracy,
a nawet nabrałam na nią ochoty.
Okrągłe prawnicze zwroty pisane w niedzielny wieczór noszą
w sobie leciutki dotyk frywolności
i może nawet będą lżejsze niż zwykle,
ostatecznie podlane dobrym winem, swobodniej tańczą pomiędzy znaczeniami i wspinają się na wyżyny interpretacji,
niedostępne dla tych pisanych przy zwykłej kawie.
Oto tajemnica sukcesu… ;-)
Li.
Internet wynosi, koronuje, niszczy i zabija.
8 grudnia, 2012Wszystkie portale, które najpierw na głównej stronie
pisały o udanym żarcie australijskich dziennikarzy,
którzy podszywając się pod królową Elżbietę,
uzyskali od pielęgniarki informację o stanie zdrowie księżnej Kate,
teraz na głównej piszą o śmierci tej pielęgniarki,
podkreślając że osierociła dwoje dzieci.
I huzia na Józia, teraz dziennikarze to hieny,
mają krew na rękach, trzeba ich zlinczować.
Zawieszeni w pracy, są podobno ” w stanie szoku”.
Mnie jest ich żal.
Są, li i jedynie, produktem zapotrzebowania dzisiejszego świata na takie właśnie informacje,
na podniecanie się gawiedzi, której to aktorce widać majtki,
a która ma w śmieciach kartony po piwie.
Nie rozumiem tej kobiety-pielęgniarki,
bo nic i nikt nie powinien zachwiać jej życiem do tego stopnia,
by zostawiła dwójkę swoich dzieci.
Że poszedł śmiech po internecie i w brukowcach?
Za chwilę będzie inne, „godne” śmiechu wydarzenie.
Może ktoś nie ogoli pach, a komuś wypadnie jedynka.
Pryszczate nastolatki, bezrobotni hejterzy, sfrustrowane gospodynie domowe, będą siedzieć po drugiej stronie
swoich przestarzałych kompów i przez chwilę poczują się ważni,
bo w ich mniemaniu dokopali komuś wrednym komentarzem.
A niech mają,
paradoksalnie moja przygoda w „Ugotowanych”
i komentarze pod programem pokazały mi śmieszność przejmowania się opiniami w necie.
Bardzo szkoda mi tych osieroconych dzieci,
będą dorastać w przekonaniu,
że nie były dla swojej matki najważniejsze na świecie.
Li.
PS. Kobiety! I Wy Mężczyźni też- wejdźcie na bloga viki, proszę.
Tam się robi coś ważnego dla innej matki i innego dziecka.
I zupełnie nie przypominam o głosowaniu na Precla,
że trzeba wejść tutaj, zjechać na koniec notki,
kliknąć w pomarańczowy banerek, a potem w zdanie pod nim.
Spadliśmy z pierwszego miejsca,
ale przy odpowiedniej mobilizacji możemy tam wrócić.
Głosowanie trwa jeszcze tylko sześć dni,
trzeba głosować codziennie,
liczy się dosłownie każdy głos!
To tak tytułem(nie)przypominania:)
W piątek pracy początek.
7 grudnia, 2012Dziś bardzo ciężko pracuję.
Fizycznie.
Przerzucam tony słów, wykopuję nagie fakty,
zapisałam już kilkanaście stron białego papieru.
Boli mnie głowa, przeciągam się, wciągam zapach kawy
i z niechęcią pracuję dalej.
Nic dobrego, nic złego, czasem chwilowe oderwanie się,
lepieje są śmiechotwórcze,
dzień niezauważalnie przeszedł w noc,
ot, taki sobie piątek, trochę smutny, trochę pouśmiechany,
bez ruszania się z domu, bardzo telefoniczny,
bardzo z ludźmi bez ludzi.
…
Czasem mam ochotę walnąć swoim życiem
o pobliski klasztorny mur,
roztrzaskać, podeptać skorupy,
by nie ulec pokusie ich sklejania
i pójść przed siebie nareszcie wolna, wolna!
Przeraża mnie perspektywa starzejącej się monotonii.
Co robić, co robić, co ZROBIĆ?
…
Pomyślę o tym jutro, przede mną jeszcze sporo pracy
i na pewno weekend z pracą w tle.
Jestem zmęczona i przytulam się do Szarego kota.
Zawsze to Ktoś:)
Li.
PS. Obiecałam sobie, że nie będę przypominać Wam
o głosowaniu na Precla i patrzcie jak dotrzymuję obietnicy!
Nic a nic nie przypominam. Pękam z dumy ;-)
Lepiej wyrwać sobie włos
niż na Precla oddać głos???
Notka o tym, co mnie nie obchodzi.
7 grudnia, 2012Wczoraj dowiedziałam się kompletnie nieistotnej rzeczy,
a mianowicie, że z hukiem wyleciałam z listy linków na kilku blogach,
po tym jak śmiałam wyrazić swoje zdanie
na temat pewnego wpisu pewnej blogerki.
Obraziłam majestat, a jej wierni poddani wykluczyli mnie ze społeczeństwa.
Generalnie mam to w głębokim niepoważaniu,
ważniejsze dla mnie jest zdanie osób, na których zdaniu mi zależy,
śmieszy mnie,
że i w blogosferze są zaciekli zwolennicy podziałów,
jak nie przymierzając na PiS i PO.
A ja tylko wyraziłam swoje zdanie, bez ataków i agresji.
Te zaczęły się w komentarzach, u mnie nie moderowanych,
ale o dziwo do przyjęcia,
tam starannie moderowanych,
w związku z czym wyjątkowo wstrętnych.
Ach, te delikatne ręce moderacji, mogą tak wiele… ;-)
Ad rem, bo jak zwykle zbaczam w mroczne rejony
– nie interesuje mnie to, kto umieszcza linka do mojego bloga,
zdecydowana większość nie umieszcza, a i tak czyta.
Piszę dla siebie i dla tych czytelników, którzy tak jak ja „znają Józefa”,
i nawet jak się ze mną nie zgadzają, to i tak „znają Józefa”.
Cenię sobie szczerość i śmiech,
fałsz wyczuwam na odległość, a pozłotkę widzę w ciemnościach,
choć przyznaję- czasem daję się złapać,
ale na szczęście potrafię się uwolnić,
nie wpadam jak bezmyślna mucha do słoika pełnego sztucznego miodu.
Niewiele mam teraz czasu,
sprawy płoną mi na biurku z pośpiechu,
ale zawsze mam czas, by tu zaglądnąć i przesłać Wam uśmiech.
:)
Li.
PS. Ale nie jest to hasło do nowej wojny, o nie!
Nawet kosztem tego, że nie wejdzie tu dwadzieścia tysięcy rozemocjonowanych osób,
które mogłyby zagłosować na Precla
(wcale, a wcale nie przypominam o głosowaniu, jestem przecież wzorem konsekwencji:)
Łańcuch na choinkę:)
6 grudnia, 2012Kara, Masza, Sasza, Bobcio i Szary.
Wieczór, już czas na sen.
Ale jeszcze bacznie można z kanapy śledzić,
czy coś aby nie wpada do miski (Kara),
można ostrzyć pazury na psa leżącego na kanapie (Masza),
można być uosobieniem wdzięku i gracji (Sasza),
można kokietować jednym niebieskim okiem,
gdy drugie-zielone-śpi (Bobcio),
a można być czymś dużym, mięciutkim i szarym (Szary).
Zdjęcia by Starsza.
Li.
Nota z pretensjami.
5 grudnia, 2012Nie głosujecie na Precla.
Oczywiście zwracam się do tych, którzy nie głosują.
Na nic moje prośby i groźby:(
Spadliśmy z hukiem z pierwszego miejsca
i dupa boli.
A do tego boli serce. Serce w rozterce.
W każdym razie nie będę więcej prosić.
/Foch/.
Dziś ostatni raz!
Wchodzimy tu, klikamy na pomarańczowy banerek
i na zdanie, które pokaże się pod banerkiem.
Proste!
A może przynieść tak dużo radości.
Osobiście czuję tę porażkę, auć!
W dodatku wróciłam z zakupów prezentowych.
Też boli, choć przyjemniej.
Li.
Przeczyta kto chce, pomoże kto chce.
5 grudnia, 2012W moich linkach żyje sobie Magda- Ksena.
Wiem, że wielu z Was czyta Jej bloga.
Napiszę szczerze: po akcji dla Chustki i zebranych wówczas batach,
po których ślady mam do dziś, obiecałam sobie,
że nigdy już nie zaangażuję się w żadną pomoc,
nie będę czytać żadnych blogów z chorobą w tle,
nie dam się wciągnąć emocjonalnie w nie moje życie,
w nie moje sprawy, w nie moje problemy,
w nie moją walkę o zdrowie.
Przy Magdzie jednak wszystkie moje zapewnienia poszły w kąt,
zwyczajnie wymiękam,
ta Dziewczyna warta jest każdej poświęconej Jej minuty,
każdej emocji,
każdej złotówki, każdej uwagi.
Jest inna niż Chustka i nie zrozumcie mnie źle.
Aśka była medialna, szła jak taran do przodu,
Magda jest wycofana, skromna i pełna dumy.
Sama by nie poprosiła.
Gadamy czasem przez telefon,
w niedługiej przyszłości mam zamiar
wpaść do niej na sobotnią kawę.
Ma córeczkę i trzeba jej pomóc, kurde, no!
Nie może być inaczej.
Na Jej rzecz będzie koncert, jest już podopieczną Fundacji „Alivia”,
tu macie wszystkie informacje,
a bilety na koncert można kupić w kilka osób
i wcale tam nie pojechać. Wystarczy kupić!
Na co zbieramy?
Na to by nie bolało, by dostała lepsze leki,
nierefundowane przez NFZ, by nie cierpiała bez powodu,
by miała poczucie, że nie jest odstawiona na boczny tor,
tylko jedzie pełną parą i ma siłę na zmaganie się z chorobą.
Takie nastały czasy, że jak człowiek nie pomoże człowiekowi,
to zostaje on samotny w obliczu choroby i nieszczęścia,
bo na instytucje stworzone do takiej pomocy przez człowieka,
pełne pracujących w nich ludzi, liczyć nie można.
Zapominają, że mogą być następni?
Że na kogo wypadnie, na tego bęc?
O tempora, o mores!
Ale na szczęście nicki mają ludzkie oblicza i na to liczę.
Li.
PS. „Stary” sposób pomocy jest oczywiście wskazany,
piszcie do viki, na vikiblog@vp.pl.
I głosujcie na Precla, spadamy dramatycznie!
To zaledwie dwa kliknięcia, bardzo Was proszę…
Wszystkie Baśki to fajne dziewczyny!
4 grudnia, 2012Jakoś tak mam w życiu szczęście do Basiek!
Nie mogę więc nie zauważyć, że dziś Barbary:)
Kochane Baśki, najlepszego dla Was!
Niech życie będzie bardziej znośne,
niech wszystko złe mija, niczym najdłuższa żmija,
niech wtorki-potworki przynoszą pieniędzy worki,
a środa zawsze urody doda.
Całuję imieninowo!
Li.
A w prezencie klikamy na Precla,
lada moment stracimy pozycję lidera i będzie wstyd na światłowodach!
Wchodzimy tutaj, zjeżdżamy wzrokiem na koniec notki, klikamy w pomarańczowy banerek, a potem w to, co pod nim. I już!
Wyniki głosowania są tu.
Ostatnio albo spałam, albo się śmiałam.
3 grudnia, 2012Kancelaria prawna. Adwokat mówi:
– Pani Kowalska, żeby rozwód był z winy męża, musimy na niego coś mieć. Czy mąż pije?
– Nie, skąd, jakby tylko spróbował, to ja bym mu dala…
– Czy nie daje pieniędzy?
– Nie, absolutnie… Oddaje wszystko co do grosza, gdyby mi tylko schował złotówkę, to ja bym mu dala…
– A może bije panią?
– Tylko rękę by podniósł, to bym go przez okno pogoniła…
– A co z wiernością?
O! Tu go mamy! Drugie dziecko nie jest jego!
Małżeństwo leży w łóżku. Nagle odzywa się żona:
– Dawniej całowałeś mnie przed snem…
Kiedy mąż ją pocałował, mówi:
– Dawniej przed snem gryzłeś mnie w szyję…
A mąż wkłada kapcie i gdzieś idzie. Żona pyta:
– A ty dokąd?
– Po zęby.
Jak mogłeś powiedzieć swoim kolegom, że ożeniłeś się ze mną
dla pieniędzy? Przecież ja nie miałam żadnych pieniędzy!
– A co miałem im powiedzieć?
Dowcipy dostałam w mailu.
Dziś wszystko mnie śmieszy, więc nie potrafię ocenić,
czy są śmieszne. Ja tam się pośmiałam.
Ale możliwe, że śmieszne nie są,
tym samym mam kolejny dowód na siłę kreacji rzeczywistości-
nawet dowcipy mogą być śmieszne,
gdy tylko się chce, by były śmieszne.
Muszę się śmiać, trzeba jakoś przetrwać grudzień.
Aby więc do stycznia, żeby już było i po Świętach i po Sylwestrze.
Jeszcze tylko 12 dni głosowania na Precla, ludzie, ludzie, ludzie!
Ogłaszam mobilizację, bo spadamyyyyy…
A wystarczy tylko wejść tu, kliknąć na banerek i na to jedno zdanie,
które się pod banerkiem ukaże.
Wiem, nie każdemu się chce.
Ale właśnie chodzi o to, żeby się chciało.
Li.
Przelotem.
29 listopada, 2012Od jutra ma być zima ze wszystkimi jej konsekwencjami.
A ja ciągle nie posprzątałam tarasu,
smętnie wiszące badyle rzucają mi się w oczy za każdym razem,
gdy wchodzę na górę.
Coś czuję, że będzie jak zwykle-przeniosę
sprzątanie na wiosnę i poczekam na przyjazd aurory.
Ale za to będę mieć bajeczny widok śniegu na badylach.
Jak w Narnii.
(Sztukę interpretacji zdarzeń i następstw braku zdarzeń
mam opanowaną po mistrzowsku:)
A co na to Lec?
Nigdy się nie cofał. Odwracał się i szedł naprzód!
Zasadniczo nie mam czasu na bloga,
bo ogólnie popadłam w duży niedoczas,
ale to jak zwykle chwilowe, jak zwykle.
A co tam u Was?
Dajecie radę?
Walczycie?
A co na to Lec?
Skąd się wziął sens, jaki wkładamy w ten cały bezsens?
Li.
PS. Precel trochę nam spada, potrzebuje większego poparcia,
tradycyjnie więc piszę,
że kto nie klika ma zakaz czytania mojego bloga :P
Wchodzimy tu, czytamy świetny post,
a na jego końcu jest pomarańczowy baner- klik, a potem następny klik.
Tylko tyle!
Bardzo Was proszę, bardzo.
Tydzień dzieci ma siedmioro. Dlaczego tak dużo?
28 listopada, 2012Obudziłam się przekonana, że jest czwartek.
Czwartek, a sprawdziłam to w wykańczający poniedziałek,
dawał mi możliwość poleżenia w łóżku do dziewiątej.
Wczoraj był wtorek i chyba jeszcze wczoraj o tym pamiętałam,
ale gdzieś w nocy umknęła mi środa-co-urody-doda,
ha, teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego wstając w czwartek
skrzywiłam się widząc swoje odbicie w lustrze.
Nie miałam środy!
Środa jednak przypomniała mi o sobie krótkim telefonem.
Panika w środę, gdy leżało się czwartkowo,
podniosła mi ciśnienie i od razu zapragnęłam,
by był już piątek, nawet za cenę przyspieszenia czasu,
którego wcale nie mam tak dużo.
Marzę o dojściu do granicy,
za którą nie będę musiała sprawdzać w kalendarzu,
w którym jestem dniu tygodnia.
A i tak najbardziej lubię piątkowe popołudnia z ich planami na weekend,
z których z reguły wiele nie wychodzi,
ale za to jest przyjemnie.
Li.
W gruncie rzeczy jestem cholernie z niej dumna, co tam drzwi do wymiany!
27 listopada, 2012Odebrała dziś prawo jazdy.
Na dobry początek pojechałyśmy 30 km za Kraków,
gdzie miałam do załatwienia pewien interes.
Została w aucie, nudy na pudy, więc postanowiła przeparkować.
Zarysowała o bramę lewe, tylne drzwi, są do wymiany.
Czekała na mnie, przerażona.
Wyśmiałam przerażenie, ilość otarć, rys, dziur i wyrwanych zderzaków
na przestrzeni lat uodporniło mnie na takie zdarzenia.
Auto ma jeździć, być na gwarancji i nie zawodzić.
Resztę, w tym sprzątanie mam w głębokim poważaniu.
(I tu wiem co nastąpi- aurora zapewne przypomni światu,
że kupiła ode mnie hondę, nie widząc jej na oczy,
a kolor lakieru odkryła dopiero po gruntownym umyciu.
Ale czyż nie jest to cudowne auto, moja droga?;-)
Przeżyłam podróż, przeżyłam nawet wejście z impetem w pewien skręt,
trochę mokrej nawierzchni i leżałybyśmy w rowie,
w najlepszym przypadku.
A teraz zabrała auto i pojechała na Kazimierz.
Żeby pokazać pewnej koleżance.
Umowa jest taka- jak rozwali, więcej nie dostanie.
Jutro mam rozprawę poza Krakowem i się wkurzę.
Ale jak nie rozwali, to będę mieć problem z zabraniem jej kluczyków.
Dzieci tak szybko dorastają, niedawno jeździła na różowym rowerku,
nie mogę się nadziwić, że to już!
Li.
Kolejne rozstanie? Ależ to banalne…
27 listopada, 2012Wtorek-potworek zaczął się telefonem głośno krzyczącym.
Kolejny związek bliskich mi ludzi
cisnął sam siebie o kamienną posadzkę,
rozpadł się na kawałki
i rozsypał w kierunkach pełnych żalu i pretensji.
Sama ich nie skleję, mogę tylko otrzeć łzy.
I napisać: ludzie! Dlaczego to sobie robicie?
Pachworkowa rodzina, jego dzieci, jej dzieci, ich dzieci,
symbioza, silne więzi, koty, psy
i księżyc latem nisko wiszący nad pięknym domem.
Co mogę zrobić? Nic.
Tylko poprosić-szukajcie, aż znajdziecie.
Prawdziwa miłość nigdy nie odchodzi daleko,
ona tylko ukrywa się głęboko za sercem
przed brakiem wspólnego śmiechu,
przed pustymi, raniącymi słowami,
przed jadowitą niechęcią i trującą złością,
z których tylko jeden związek chemiczny dalej do toksycznej nienawiści,
zawsze gotowa wrócić na swoje miejsce,
gdy tego bardzo się pragnie, gdy da jej się ciepło,
dobre słowa, poczucie bezpieczeństwa,
gdy schowa się swoje wybujałe ego,
gdy popatrzy się na siebie bez złości,
z uśmiechem, z uśmiechem,
gdy widzi się rodzinę.
A to była prawdziwa miłość, asystowałam jej- więc wiem.
Li.
Na tytuł zabrakło zasilania.
26 listopada, 2012Wymencył mie ten poniedziałek,
ale przecież nie będę pisać o tym, że jestem kompletnie wycięta,
jak jodła na Święta.
To nie po linii partii, wolę wersję o chwilowej przerwie
w dostawie energii,
awaria zasilania zdarza się najlepszym systemom.
A to wszystkie przez zachwiane proporcje- wczoraj absolutne lenistwo,
dziś absolutny zapieprz,
czasem słońce, czasem deszcz.
Starsza zrobiła mi kawę, wyrywając tym samym dobie
jeszcze trochę czuwania i kiwania się na kanapie,
nie wiadomo czemu i komu służące.
Postaram się więc zrobić coś pożytecznego-
owijam się puszystym kocem, biorę w prawą dłoń pilota od tv
i nareszcie mam dziś pożytek z posiadania ogromnej, przytulnej kanapy.
Mhmmmmmm…
Kto ma ochotę położyć się razem ze mną?
Tylko, żeby nie trzeba było gadać…
:)
Li.
O niczym, a to o życiu właśnie!
25 listopada, 2012Zrobiłam sobie na sobotę plan.
Był krótki, acz z obszernym zakresem działania.
Stwarzał wielkie niebezpieczeństwo braku wykonania,
a co za tym idzie poczucia porażki.
Mam jednak świetny sposób na podniesienie wskaźnika realizacji,
mającego wpływ na podniesienie wskaźnika samozadowolenia.
Otóż należy poszczególne punkty rozbijać na punkciki.
Tym samym ogólny punkt: „sprzątanie”, rozbity na salon,
kuchnię (chwilowo zapominam, że mam kuchnię w salonie),
sypialnię, osobno każdą łazienkę, osobno toaletę,
osobno schody, osobno hol na górze, na dole, taras
(pokoi dzieci nie tykam, to mój jedyny sukces wychowawczy w tej materii),
osobne mycie łososiowego szkła, itp
rozmieniony na drobne w każdym wypadku daje „jakąś” realizację planu.
W moim dał aż 70 %.
Popławiłam się w poczuciu sukcesu
i poszłam wieczorem na świetną imprezę.
Spałam do późnego przedpołudnia.
Najważniejsze to być w zgodzie z samą sobą,
a z resztą dam sobie radę.
Bo gdy nie tracę energii na walkę ze swoim największym przeciwnikiem,
moim wewnętrznym „ja”, gdy staram się
pogodzić wygórowane oczekiwania z kompletnym brakiem ochoty,
gdy nie mam wyrzutów sumienia, że przez pięć godzin
leżałam w łóżku i czytałam książkę,
a pranie też w tym czasie leżało, to jestem silniejsza,
szczęśliwsza i mam ochotę na życie.
A teraz całkiem spokojnie wypijam drugą kawę,
wzięłam tabletki, zagłosowałam na Precla,
idę do wanny zanurzyć się w pachnącą pianę,
dzieci jeszcze śpią, pies też,
koty już czekają w łazience,
zawsze asystują mi przy kąpieli ze wzrokiem utkwionym w pianę.
Bobcio nawet zanurza w niej łapkę,
mając za każdym razem ten sam zadziwiony wyraz oczu.
Ot, leniwe niedzielne przedpołudnie, gdzie ustawowo
wolny dzień wymusza ściągnięcie nogi z gazu
i bez trudu usprawiedliwia cudowne dolce far niente.
Czego i Wam życzę,
Li.
Dzień wcale nie jak co dzień.
23 listopada, 2012Wstałam rano, usiadłam nocą.
Jestem po 15-tu godzinach nieustannej pracy.
Pranie w pralce już drugi dzień, pies długo nie wybaczy mi suchej karmy,
zamiast zmieszanej z kaszą perłową piersi kurczaka,
koty opędzam tuńczykiem w puszce,
stos talerzy płonie ze wstydu nieumycia,
zmywarka sama nie chce się rozładować,
a na brudnym oknie wisi przylepiony starannie taśmą
list do św. Mikołaja.
Zobaczmy co my tu mamy…
Na początku-przyznaję-dałam się nabrać:
„Drogi Mikołaju!
Nie wiem, czy w tym roku byłam grzeczna…
No, już Ty to ocenisz.
W tym roku za moją grzeczność-niegrzeczność
chciałabym piękne Święta. Takie naprawdę piękne.
Z piękną choinką, z goździkami wbitymi w pomarańcze…
Potem, po zmiękczeniu Mikołaja przeszło się do meritum:
Chciałam, żeby ten list był piękny, ale mi nie wyszło, bo przecież nie umiem ładnie pisać.
Jeśli nie wyjdą Ci magiczne Święta, to w zamian chciałabym dostać:
The Sims 3-Cztery pory roku, zegarek albo torebkę,
perfumy oraz książkę z listami Lennona.
Mam do czynienia z mistrzem negocjacji- teraz trzeba pokazać,
że się wie, że Mikołaj jest obciążony ponad miarę,
ale znalazło się rozwiązanie:
Jeśli to dla Ciebie za dużo kochany Mikołaju,
to ostatecznie możesz szepnąć słówko Aniołkowi.
Ale od Aniołka na 1289034697% chciałabym dostać torebkę nową,
jakiś milusi sweterek i chyba tyle.
Nadszedł czas na lekkie zagubienie:
Ale Ty jesteś Mikołajem, więc co Cię interesuje Aniołek,
nie wiem po co to piszę…
Moment na wprowadzenie elementu rywalizacji
pomiędzy Mikołajem, a Aniołkiem:
W sumie mogłabym dostać też słuchawki, ale nie wiem od kogo z Was.
Niezbędny element troski:
Czy to nie za dużo kochany Mikołaju?
Co roku umieram ze śmiechu,
moja Młodsza da sobie radę w życiu, oj da!
Li.
Wierna Czytelniczka.
21 listopada, 2012Listopad nic a nic nie rozczarowuje zaokienną mgłą,
brak śniegu natomiast usprawiedliwia jeżdżenie na letnich oponach.
Wymienię je, gdy nie będzie już kolejki,
szkoda mi czasu na stanie, gdy można w tym czasie siedzieć,
pisać bloga i pić dobrą kawę.
Fajny komentarz wpadł mi do spamu, zostawiam go tam,
nie ma dla niego lepszego miejsca, ale go przytoczę,
szkoda by te piękne słowa zostały tylko dla mnie.
„carnivale
koko@gazeta.pl
159.205.74.152
Wysłany 21.11.2012 o 7:26 pm
Jesteś najbardziej żałosną osobą jaką znam, ośmieszasz się koncertowo.
Zacznij myśleć przed puszczeniem w internet tych swoich grafomańskich wpisów w stylu “żegnajcie, zamykam, odchodzę”.
Mój 5-letni syn jest dojrzalszy
i bardziej zdecydowany od Ciebie.
Weź się w garść kobieto.”
Ojej, ojej.
A co na to Lec?
Cóż, jedni mówią o tym, że jest na poziomie, inni, że dno?
Obie strony mają rację, przy tej płyciźnie wszystko jedno.
Nie obchodzi mnie Twoje zdanie, kobieto.
Zajmij się swoim 5-letnim synem,
zamiast czytaniem mojego bloga.
Z pożytkiem dla obu stron.
Ucałuj synka od cioci
Li.
Paroles, paroles, paroles…:)
20 listopada, 2012Rzadko brakuje mi słów, ale tym razem tak jest.
Cisną się w kolejce do wypowiedzenia,
ale spuchnięte od wzruszenia i takich tam babskich emocji,
nie są w stanie opuścić gardła
i uciekają przez palce.
Gonię je szybko, by nie straciły ciepła i sensu.
Czuję się jak obrona Częstochowy.
W dodatku bronicie mnie przede mną samą.
Tak, zachwiana nagle w poczuciu własnej wartości,
chwilowo odarta z pięknej miłości własnej,
naga przed anonimowym tłumem
stałam się swoim własnym wrogiem.
Chciałam uciec, ale przed sobą nie ucieknę.
Jestem we mnie, cała jestem,
nawet gdy wystawię kawałek poza własną granicę,
to zawsze wracam do siebie.
Bo mimo wszystko kocham siebie miłością największą,
choć trudną, chimeryczną i krytyczną.
Często jednak się zapominam i puszczam beztrosko
sama siebie przed siebie, a wtedy życie jest piękne,
ja zawsze jestem piękna,
wcieram w siebie pachnący grapefruitami olejek,
i z ciekawością idę za róg,
gdzie zawsze czyha kilka nowych kierunków.
Dostałam od Was tak ogromny zapas energii,
że będę świecić niczym Słońce,
od czasu do czasu rejestrując-li i jedynie-
(nie)wielkie wybuchy z burzą magnetyczną w tle.
Absolutnie więc nie poddam się, nikomu i niczemu,
bo w porażce najwyraźniej jest mi nie do twarzy.
(Napisałam tę notkę specjalnie dla mojej ukochanej przyjaciółki,
by z wielką radością przegrać z nią skrzynkę wina).
:)
Li.
PS. Przypominam o głosowaniu na Precla :)
Iść- hen, na wrzosowisko i zapomnieć wszystko.
19 listopada, 2012Postanowiłam zrobić sobie przerwę.
Zawieszam więc bloga na haczyku, niech sobie powisi.
Jestem zmęczona i zniechęcona,
a nie jest to mój ulubiony stan.
Męczy mnie moje zmęczenie, smuci zniechęcenie,
muszę się zreanimować i nabrać niezbędnego dystansu.
Głównie do ludzi.
Bo to ludzie są moim problemem, nie widzę nicka,
tylko człowieka, nie dzielę życia na net i real,
dla mnie to jedna całość.
I gdy czytam bzdury na swój temat,
to czuję się jak czarownica palona na stosie,
parzą mnie słowa, bardzo mnie parzą.
Zaskakuje mnie ilość niechętnych mi osób,
przy czym niechęć rozpięta jest
od namacalnej wręcz nienawiści do zwykłego dokuczania.
Do czego jeszcze jesteście zdolni,
Wy- którzy- mnie -tak- wiernie -czytacie?
Bo ostatnio przeczytałam nawet i to,
że nie usiedlibyście ze mną przy stole,
z powodu mojego wyglądu
(a ja głupia, mam takie świetne samopoczucie).
Nie wierzę, że te wszystkie wpisy na forum „Ugotowanych”
są pisane przez przypadkowych telewidzów.
Nie wierzę w to, bo przecież po moim komentarzu
o złożeniu zawiadomienia o stalkingu
i po usunięciu przez tvn na moje żądanie kilkunastu wpisów,
jedna z tych osób zadzwoniła do mnie
(a znaleźć numer telefonu to żadna sztuka),
przeprosiła i przyznała się, że wpisywała się na forum-
tu podała pod jakim nickiem- mało oryginalnie- Barbara,
(te komentarze zostały już usunięte, były naprawdę wstrętne).
Przestraszyła się konsekwencji.
Powiedziałam, choć to było trudne, że jest ok,
doceniłam że zadzwoniła,
nawet miło nam się rozmawiało.
Ale jak się okazało- nie była szczera do końca-
nie przyznała, że generowała wpisy,
pisząc pod różnymi nickami,
wyszło to niestety później po mało pasjonującej lekturze IP.
Jakie to jest smutne, przeraźliwie smutne,
jakim trzeba być złym człowiekiem,
by mieć uciechę z anonimowego pisania
obraźliwych tekstów na temat kogoś,
kogo nie lubi się wyłącznie via net.
Nie przypuszczałam, że taki sobie śmieszny program,
który miał bawić i jest zbyt błahy,
by zajmować się nim dłużej niż w dzień emisji,
stanie się tarczą strzelniczą z moją osobą.
Strzelajcie więc sobie dalej,
w internecie ma się wiele żyć,
więc i tak mnie nie zabijecie,
ale honor i jaja ma się jedne.
Ja je mam, a Wy nie.
Li.
Pochwała przedpołudniowego lenia.
18 listopada, 2012Woda szumi zachęcająco,
wpadając do wanny równym strumieniem.
Piana rośnie szybciej niż plotka w internecie,
a już z pewnością ładniej pachnie.
Niedziela zaznacza swoją obecność dzwonami
w pobliskim kościele i brakiem ruchu za oknem.
Za godzinę mam gości,
pośpiech wskazany, zrobię więc sobie relaks w pigułce,
odpoczywanie jest stanem ducha,
a jak do tego dołożę zanurzenie się w pachnącej wodzie,
kubek z latte i książkę,
to mam przed sobą cudowne pół godziny,
czego i Wam życzę.
Woda mi stygnie, idę!
Li.
Sprawozdanko bez sensacji w tle:)
17 listopada, 2012Wczorajsze spotkanie odcisnęło się
piętnem na dzisiejszym dniu-
głowa mi pęka i nie zdążyłam na pociąg do Warszawy.
Wino, kobiety i jajka faszerowane- skład był wyśmienity.
Kilka osób ostatecznie nie dotarło,
kanapa oblężona była więc zaledwie przez 10 osób,
poszłam spać w okolicach godziny trzeciej
i naprawdę dobrze się bawiłam,
jednak na kobiety zawsze można liczyć.
Powtórka niebawem gwarantowana.
Muszę podjąć jakiś plan reanimacyjny,
zdecydowanie, zdecydowanie.
Kawa wypita z viki dobrze zaczęła dzień,
ale jakoś przetrwać muszę do wieczora.
Zaraz wychodzimy z domu w krakowską mgłę i smog.
Auć, moja głowa…
Rok temu dostałam od viki prezent, tzw. demotywatora:)
Wczoraj przywiozła mi motywatora:
Ciekawe, co dostanę od niej za rok:)
Li.
Szybko, szybko, z lekką zadyszką.
15 listopada, 2012Czwartek sowicie obdarzył mnie pracą
od rana do późnego wieczora.
Jęknęłam, gdy zobaczyłam w kalendarzu,
że beztrosko umówiłam się z klientem na 20.30.
A dałam sama sobie zakaz pracy po 18-tej!
Klasyczna konsekwentna niekonsekwencja.
Płynę na fali dobrego tygodnia, humor mnie nie opuszcza,
a podbijany zabawnymi sytuacjami ma się świetnie.
A co na to Lec?
Życie jest za ciężkie, by doń przykładać wagę!
Pławię się w wątpliwym blasku chwilowej sławy,
nie mogąc wyjść z podziwu nad siłą rażenia telewizji,
nieważne jak cię pokazują, ważne że pokazują.
Bo program oglądali chyba wszyscy.
Wczoraj zaparkowałam na dwie minuty
w miejscu przeznaczonym dla konwoju,
przed samym wejściem do jednego z budynków Sądu,
chciałam tylko wpaść na Dziennik Podawczy.
Widząc zbliżającego się do mnie strażnika sądowego
już, już miałam zacząć tokować,
że ja to tylko na minutkę
i że wiem, że nie mogę tu stać, ale… itd,
gdy on wykrzyknął: pani mecenas,
widziałem panią w telewizji!
No i trzeba było zamienić kilka miłych zdań,
sprzedać niusa, że ferrari było wypożyczone,
ech… stałam z nim 10 minut,
auto na zakazie parkowania też.
A teraz całkiem niespokojnie wypijam pierwszą kawę,
mam pół godziny na wyjście z domu,
miłego dnia Wam życzę,
Li.
Słońce wymusza zakaz narzekania.
14 listopada, 2012Wstałam głęboką nocą skoro świt.
Samoistnie, więc budzik uszedł dziś z życiem.
Środa-urody-doda i jako,
że „reprezentatywny” wycinek społeczeństwa uważa,
że jest mi to zdecydowanie potrzebne,
umówiłam się z kosmetyczką Magdą,
co to ma najlepsze ręce w Krakowie.
Może coś poradzi…
A co na to Lec?
W naszej epoce lud musi być zmotoryzowany, by miał hamulce.
Cieszę się na piątek, zapowiada się ciekawy skład gości,
myślę nad tym co zrobić do jedzenia,
chwalebna przegrana w „Ugotowanych”
obliguje mnie przecież
do najwyższych kulinarnych lotów, haha:)
W Krakowie słońce, od razu zapisuje w powietrzu
ogólny zakaz narzekania i poddawania się,
zaraz wychodzę do pracy,
jakoś tak mi ciepło na sercu.
Ale nie dlatego, że znowu statystyki szaleją
i mam dwa razy więcej osób na blogu.
Bo pamiętam co na to Lec:
Nie witajcie ludzi otwartymi rękami, nie ułatwiajcie ukrzyżowania was.
Ale i też:
I jak tu nie być optymistą.
Moi wrogowie okazali się-jak dotąd- takimi świniami,
jak przewidziałem.
:)
No i jak nie kochać Leca?
Li.
PS. Pamiętajcie o głosowaniu na Precla. Wchodzimy tu,
klikamy w pomarańczowy banerek na końcu posta,
głosujemy i już!
(Głosowanie jest obowiązkowe,
kto nie głosuje, ma zakaz czytania tego bloga).
Jedna zdaje, druga rozwala.
13 listopada, 2012Dziś wieczorem moja córka zdała egzamin na prawo jazdy.
Za pierwszym razem, moja krew, choć ja zdałam za drugim.
Bardzo się cieszę, to kolejny jej krok
do usamodzielnienia się, dorosłości
i podbierania mi auta.
Obiecała wziąć na siebie obowiązek robienia zakupów,
och- z wielką przyjemnością.
Córka zdała egzamin, a ja rozwaliłam przód auta,
tak to jest jak przy parkowaniu gada się przez telefon,
grzebie w torebce i nie zauważa metalowego słupka.
Huk był okrutny.
Zderzak do wymiany, spryskiwacz do lewego reflektora skasowany,
jeszcze coś bliżej niezidentyfikowanego odpadło,
pięknie, po prostu pięknie.
Ale to i tak nie psuje mi humoru.
Po burzy zawsze przychodzi słońce
i wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.
Uśmiecham się:)
13 listopada, 2012Kończąc temat, bo przecież na horyzoncie rysuje się
wiele nowych sprawek i spraw, uznaję się za zwycięzcę-
tyle osób nie może się mylić;-)
Nie, nie programu, ale sytuacji.
Jest śmiesznie, bo bloga zaczęli czytać ludzie,
którzy znali mnie li i jedynie od strony zawodowej.
Szeroko więc otwierają oczy, dzwonią do mnie, mailują,
ale póki co jest dobrze.
I niech tak zostanie!
(czary-mary)
A najbardziej zabawną historię przeżyłam wczoraj,
gdy zadzwonił telefon, a po drugiej stronie odezwała się kobieta,
która obejrzała program, odnalazła mnie w necie
i chce bym ją rozwiodła.
Oto do czego prowadzi gotowanie na ekranie ;-)
Przeciągam się za biurkiem, od rana siedzę przy komputerze,
zaraz jadę do sądu, dziś wtorek-potworek,
nie traćcie czujności!
Li.
PS. Na piątkowy wieczór jest już piątka chętnych.
Na kanapie jest miejsce dla co najmniej dwunastki.
Piszcie maile, zapraszam na wino
(ostatecznie w zakładzie wygrałam skrzynkę wina!).
Nie gorzknieję, czasem tylko gorzko myślę.
12 listopada, 2012Tak, na początku bałam się.
Internet jest okrutny,
a wśród moich czytelników jest wyjątkowo dużo osób,
które mnie nie znoszą.
(Nie znoszą, ale wiernie czytają,
nabijając statystyki windujące mnie na pierwsze miejsca
w rankingach popularności,
ciekawy to przypadek dla socjologa internetu).
I oni są wszędzie, teraz grasują w komentarzach
na stronie Ugotowanych, wpisują kolejne bzdury,
drżą z podniecenia,
a nuż wyjdzie kolejna afera,
a nuż z wypiekami na twarzy kolejny dzień
będą siedzieć przed monitorami,
nie bacząc na uciekające im własne życie.
Po co żyją cudzym życiem- moim życiem, nie wiem.
Może boją się swojego?
Może nie potrafią konfrontować się z rzeczywistością?
…
A ja się już nie boję.
Wiem, że mam w sobie odwagę i wiarę we własne możliwości.
Wiem, ile jestem warta.
Przytyłam? Tak, bardzo.
Nieważne, czy z powodu choroby, czy z nieszczęśliwości.
Przytyłam i to nie jest akceptowalne,
nawet przez moją kochającą mnie matkę
(dopiero od niedawna nie zaczynam dnia od irytującego
telefonu od niej z tekstem: ile dzisiaj schudłaś?
Ale ileż trzeba było zrobić awantur, by mieć poranny spokój…).
Przytyłam, nie biegam już w szpilkach tak samo jak kiedyś,
ale to nie znaczy, że ja to nie ja.
Przytyłam, ale nadal regularnie chodzę do kosmetyczki
i używam złotego pudru- to dalej ja, czy już nie ja?
Nie wyglądam na swój wiek, wiem o tym, ale to nie znaczy,
że nie mam 45 lat.
Jestem wewnętrznie młoda, nie gorzknieję, w środku się nie starzeję, może kiedyś schudnę, a może nie, może regularny trening który zaczęłam po raz tysięczny mi pomoże,
a może nie, może zmobilizuję się nareszcie
i pójdę na ten ważny tydzień do kliniki,
by zdiagnozować się do końca, a może nie.
To jest nieważne, bo w środku jestem ciągle tym samym człowiekiem.
Zmieniło się jedno- mniej się boję i bardziej mam w nosie zdanie innych na mój temat.
Ot, przywilej starości;-)
…
No i co z piątkową imprezą, Kobiety z Bloga?
Piszcie maile, podam adres i ustalimy szczegóły!
Li.
A podobno nikt nie ogląda tv?
12 listopada, 2012O, ale heca. Wszyscy oglądają tv:)
Mieliście niespodziankę robaczki, hę?
A było to tak: pewnego pięknego dnia,
półtora roku temu oglądałam z kolegą „Ugotowanych”.
Od słowa do słowa, od krytyki do krytyki
stanęłam do zakładu o skrzynkę wina:
wystąpię w tym programie, bo to żadna sztuka.
Wysłaliśmy komisyjnie zgłoszenie, przez rok była cisza,
aż tu nagle ruch, rwetes, casting, zabawa
i generalnie halo, halo wielki świat.
Nie wycofałam się, bo jak powiedziałam „a”,
to z reguły mówię „b”.
Było super- zabawnie, śmiesznie, zadziwiająco
i już wiem, że telewizja na pewno kłamie.
Ekstremalne upały wykańczały,
trudno było utrzymać fryzurę, pot lał się litrami,
nie robiłam makijażu, bo wszystko spływało,
w czasie gotowania w kuchni miałam ponad 35 stopni-
okna musiały być zamknięte,
sprzęt telewizyjny generował ciepło, obłęd!
Tak samo było w pozostałych mieszkaniach,
dużo mniejszych, mieliśmy saunę i ciepłe jedzenie.
Zrobiłam co do mnie należało, najlepiej jak potrafiłam.
Zaprzyjaźniłam się z Konstancją- wieczorem z moimi
i jej znajomymi u mnie w domu oglądałyśmy program,
umierając ze śmiechu.
Męscy towarzysze ugotowani trafili nam się średni-
koniecznie chcieli wygrać, więc nie bardzo potrafili się bawić.
Nie żałuję, że wystąpiłam, ani trochę nie żałuję.
Po pierwsze przełamałam swój strach,
po drugie nie miałam zupełnie stresu przed kamerą,
po trzecie mam fajną pamiątkę,
po czwarte zyskałam nową, naprawdę miłą znajomość,
po piąte mam naprawdę w głębokim poważaniu,
co mówią o mnie ludzie, którzy mnie nie znają
i czy przebijał mi czarny biustonosz czy nie
(przebijał cholera na filmie:D,
czy byłam uczesana czy nie, z reguły nie byłam,
bo upał był koszmarny, czy jestem brzydka, czy nie,
jakie to ma znaczenie w moim wieku?
Straciłam anonimowość, której już dawno nie miałam.
No i zdecydowanie zaczynam się odchudzać,
przez ostatni rok i chorobę przytyłam tragicznie,
ale jeszcze jest może jakaś nadzieja…:D
Od jutra prowadzę dziennik odchudzania, bo wiadomo,
że zaczynam odchudzać się od poniedziałku.
Miłego dla Was!
Gwiazda Li :))
Stowarzyszenie błąkających się.
8 listopada, 2012Prawie (przy czym słówko prawie daje mi jeszcze jakąś nadzieję),
prawie każdego dnia błąkam się po kwartale
okolicznych ulic szukając mojego auta.
Nie mogę pojąć, dlaczego nie jestem w stanie zapamiętać miejsca,
na którym zaparkowałam.
Czy ja już straciłam ludzkie cechy
i działam jak jakiś automat?
Faktem jest, że czasem kilkakrotnie w ciągu dnia
wyjeżdżam i wracam, parkując za każdym razem w innym miejscu.
Faktem jest, że czasem długo szukam miejsca do parkowania.
Ale nic nie usprawiedliwia błąkania się
i kompletnej dziury w pamięci.
Wpadam w obłęd, pośpiech gryzie mnie po kostkach,
święty Antoni nie pomaga, próba przypomnienia też nie,
mogę tylko błąkać się i błąkać,
aż przypadkiem się przybłąkam.
Czuję wtedy ulgę, że znalazłam zgubę
i tak do następnego razu.
Kto też tak ma?
Potrzebuję pocieszenia:)
Li.
Pięć ostatnich siódmych dni listopada.
7 listopada, 2012Zainspirowana komentarzem Kasi,
sprawdziłam co robiłam 7-go listopada w latach 2007-2011.
Generalnie narzekam i to jest przerażające :)
Ale, ale, ale świetnie czyta się swoje wspomnienia
i naprawdę cieszę się, że zdecydowałam o pisaniu bloga.
Nie ma tu wszystkiego, to nie „Dziennik Samuela Pepysa”,
ale są towarzyszące mi wtedy emocje.
7-go listopada 2007 roku chciałam być królewną:
CHCIAŁABYM BYĆ ŚPIĄCA KRÓLEWNĄ.
CHOĆ PRZEZ TYDZIEŃ….
Zaraz jadę do Kielc.
Jutro do Bielska.
Pojutrze Wadowice.
Co za tydzień, podróżuję jak Pyza po polskich drogach.
W dodatku nie mam ciągle zdania co do konieczności
zmiany opon na zimowe, chyba jeszcze za wcześnie?
Tyle tu znawców motoryzacji, może się ktoś wypowie?
Spałam trzy godziny, po całodniowym kryzysie twórczym,
nagle w nocy spłynęło na mnie natchnienie
i okrągłe, mądre (?) literki potoczyście
i soczyście gnały po ekranie,
a moje palce trudem nadążały za myślami.
I tak do trzeciej w nocy.
Mam deficyt snu większy niż nasz deficyt budżetowy,
chciałabym być choć przez tydzień śpiącą królewną…
Oczywiście koniecznie w wersji z całującym królewiczem.
Miłego dnia!
Li.
7-go listopada 2008-go roku było jak zwykle:
JESIENNA DEPRECHA KĄSA MNIE PO DUSZY.
Nie chce mi się. Nic mi się nie chce.
Może jeszcze tylko leżeć w półmroku i z muzyką.
Nie chce mi się z nikim spotykać,
nie chce mi się odbierać telefonów,
nie chce mi się gadać z córkami,
nie chce mi się głaskać kotów,
nie chce mi się nawet pisać tego, co teraz piszę.
Gdzieś tam tylko z tyłu głowy tłucze się nadzieja,
że przecież jak coś napiszę, to poczuję ulgę.
Przynajmniej zawsze tak było.
Muszę wstać, kupić euro na jutrzejszy wyjazd do Wiednia,
muszę się spakować, zrobić zakupy dla Starszej,
która korzystając z okazji zaprosiła sobie koleżanki na noc,
muszę odwieźć obrażoną Młodszą do moich rodziców,
muszę zrobić jeszcze tyle rzeczy,
że naprawdę nie mam czasu walczyć
z tym wszechogarniającym mnie zniechęceniem
i jakimś takim niedefiniowalnym bliżej smutkiem.
I nie mam siły.
To straszne, żałosne i osobiście mnie upokarzające.
Jakieś szarości za oknem, jakieś ludzkie małości,
jakieś złe nastroje zgniatają mnie swoim ciężarem.
Wrócę wieczorem. I poczytam Leca.
Li.
7-go listopada 2009-go roku znowu to samo!
SAMOUŻALANIE SIĘ Z NUTKĄ EKSCYTACJI BLISKIM KOŃCEM.
Zajętość zjada moje życie towarzyskie i uczuciowe,
dając mi tylko oddech na sprawy niezbędne.
Rety, jaka ta budowa jest absorbująca!
Ciągle teraz czegoś szukam, porównuję, zadaję pytania
-czasem głupie są to pytania, ale co zrobić,
gdy często nie za dokładnie wiem o co pytam…
Nie mam czasu dla siebie,
a gdy go mam to zasypiam snem kamiennym
i bezsennym i nie śnię,
by we śnie nie musieć być aktywną,
łaknę spokoju i lenistwa,
takiego lenistwa gdy robię nic i jestem szczęśliwa.
Ilość spraw wiodących żywot w moim kalendarzu
już dawno przekroczyła moje mizerne zdolności organizacyjne,
bezładnie tłoczą się więc przy wyjściu do załatwienia,
tratując się wzajemnie,
a mnie od ich wrzasków boli głowa.
Czasem sobie myślę, że jednak przydałby mi się taki na przykład mąż,
służący pomocą, ramieniem i porfelem.
Ale potem zaraz sobie przypominam,
że przecież miałam już męża
w charakterze trzeciego dziecka
i od razu czuję ulgę, że choć to jedno mam z głowy,
dwie absorbujące córki wystarczą.
Rany boskie, malarstwo włoskie- miks dwóch hydraulików, tynkarzy,
plączącego się pomiędzy nimi elektryka hazardzisty,
który-ciągle-nie-skończył,
Wykonawcy-który- jest- wykończony,
męczącego sąsiada z wiecznymi pretensjami,
smutnej walki z kolejnymi donosami,
szukania domu dla pięknego, porzuconego kota
(dziś znalazłam!), przenosin firmy w nowe miejsce,
ledwo widocznych plam na elewacji- ALE JA JE WIDZĘ-
to zestaw, który wykończyłby największego twardziela!
A ja jestem przecież taka mięciutka!
Li.
7-go listopada 2010-go roku notki nie było,
tę napisałam po północy-8-go.
TYTUŁEM INFORMACJI, LI I JEDYNIE (BEZ LITERATURY ;-)
Nie piszę, bo jestem zmęczona.
Ładne zdanie- skutek i przyczyna.
Rozpakowuję kartony i worki,
ale one rozmnażają się przez pączkowanie.
Zaobserwowałam ciekawe zjawisko ekonomiczne-
najpierw zapłaciłam ekipie przeprowadzkowej
za wniesienie rzeczy na trzecie piętro,
a potem wezwałam ich drugi raz
i zapłaciłam im za wywiezienie worów ze śmieciami na wysypisko.
Prawdziwy interes, oto jedna z przyczyn braku pieniędzy.
Ilość rosnących pod ścianą worów z niepotrzebnościami,
niestety zmusza mnie do wezwania ich po raz kolejny… Ech!
Większość kartonów stała nierozpakowana od trzech i pół roku,
rzeczy nie wychodząc na zewnątrz gwałtownie się postarzały,
przecież w planach miały być kartonowo osadzone tylko
na jeden rok.
Rozpakowuję więc te kartony skrzętnie zapakowane przez
Panią Jadzię, śmieję się przy ich opisach
(“Bety i jedna kołdra”),
odkrywam dwie takie same pary butów,
przy czym nie chodziłam w ani jednej,
układam, przenoszę, upycham,
w jednej sekundzie decyduję o wywaleniu,
jestem zaprogramowana antyprzydasiowo!
Rzeczą absolutnie cudowną jest schowek,
w którym mieści się wszystko
(to co niezbędne, rzecz jasna haha)!
Panuje w nim pełna demokracja- narty
i narciarskie akcesoria,
walizki, wielki garnek, pudełka z drobiazgami,
zapasowe płytki do łazienek
i materac na wszelki noclegowy wypadek.
W tym szaleństwie jednak nastąpiła pewna chwila wyzwolenia
i w sobotę byłam w kinie na absurdalnym filmie,
ale uśmiałam się na nim jak norka. Naprawdę do łez!
Kto chce się pośmiać- to niech idzie na “Zanim odejdą wody”.
Tytuł kretyński, ale Robert Downey Jr jest do schrupania na żywo.
Nie mówiąc o Zachu Galifianakisie.
Wrócę do siebie.
Daję sobie czas do końca tygodnia na usunięcie wszelkich śladów po przeprowadzce.
Mieszka nam się cudownie.
Wspaniale. Ciepło. Przytulnie. Ciekawie.
Fajny jest ten mój nowy dom! Bardzo udomowiony!
Li.
7-go listopada 2011 tryskałam nieuzasadnionym optymizmem:)
NAJWAŻNIEJSZE TO MIEĆ PIĘKNY PLAN!
Realizując z zapałem urodzinową obietnicę staram się mieć dobry humor.
Ze śpiewem na ustach pokonuję kolejne przeszkody,
a to szary dzień za oknem, a to brak mleka do kawy
(cholera jasna, psiakrew, lalalalala….).
Nic to! Herbata też pobudza (brrr, lalalala…).
Lipa za oknem w ciągu nocy rozebrała się do skąpej bielizny,
jesień jest już nieodwołalna,
a ja do planu dnia wpisuję wizytę w aptece
i konieczność zakupu dużej ilości magnezu z potasem.
Muszę się ratować,
złe nastroje wciskają się w człowieka bez pardonu,
trzeba uszczelnić system.
Przeczytałam wczoraj słowa ks. Bonieckiego:
“Świat, w którym żyjemy potrzebuje piękna,
aby nie pogrążyć się w rozpaczy.
Piękno podobnie jak prawda budzi radość w ludzkich sercach,
jest cennym owocem, który trwa mimo upływu czasu,
tworzy więź między pokoleniami i łączy je w jednomyślnym podziwie.”
Piję herbatę z pięknego kubka,
siedzę na mojej kanapie pod piękną lampą,
patrzę na piękne obrazy,
za oknem piękna szara jesień,
zrobię sobie piękny rozświetlający makijaż,
owinę ciepłym, pięknym szalem
i podtrzymując przez cały dzień
rozpalone w sobie pragnienie pogody ducha
będę mieć piękny dzień.
Piękno jest w oczach patrzącego,
popatrzę więc sobie pięknie na świat.
Tylko to moje auto strasznie brudne,
ale jak tu jechać do myjni?
Deszczu nie zniese!
Li.
Notka dedykowana.
7 listopada, 2012Lubię pisać, zwłaszcza o niczym.
Według Innych i mojej Matki,
jest to moje życiowe nieszczęście.
(Osobiście mam inne zdanie i wcale nie wynika ono z faktu,
że z reguły mam inne zdanie niż Mama).
Piszę bloga, bo:
1. lubię, a nawet uwielbiam
2. bawi mnie rozmowa za monitorem
w zielonej/białej/różowej maseczce na twarzy
3. cenię wielu z moich czytelników
4. niektórych nawet kiedyś kochałam, teraz kocham, może będę kiedyś kochać
5. kilku znienawidziłam serdecznie i pielęgnuję tę
nienawiść z lubością i zacięciem prawdziwego Skorpiona
6. pisanie mnie śmieszy, za wyjątkiem nielicznych chwil, kiedy to inni śmieją się moim kosztem- jestem jednak hojna i darowuję im te chwile radości
7. często myślę o pisaniu książki- potrzebuję bloga,
bo pomaga mi pamiętać nawet o tym, o czym staram się zapomnieć
8. piszę z lenistwa- bo gdy nie piszę, to mam bardzo dużo maili, na które nie mam czasu odpisywać
9. nie poddaję się nigdy, z wyjątkiem krótkich chwil,
gdy muszę odpocząć od wojny blogowej nr XXX
10. lubię drażnić i rozdrażniać słowem i myślą blogowe
pchły i lwy
11. uwielbiam stukot palców na klawiaturze, zwłaszcza
gdy na paznokciach mam lakier w kolorze tętniczej krwi
12. chętnie przenoszę blogowe znajomości w świat realny,
bo są bardzo prawdziwe, świeże, jeszcze w nic nie uwikłane,
jeszcze nie dotknięte żadnymi zależnościami
13. jestem wolną, białą kobietą i jak chcę pisać bloga to będę.
A jak mi się odniechce, to też będzie dobrze.
Tyle. Nikomu nie robię krzywdy moim pisaniem.
Najwyżej sobie.
Ale ostatecznie uwielbiam się nad sobą użalać,
przynajmniej mam więc realny powód.
Li.
Gdy się boję, wiem co czytać.
5 listopada, 2012Od pewnego czasu czuję, że jestem w jakimś przełomie życia,
ścierają się we mnie płyty tektoniczne moich poglądów,
marzeń i decyzji,
i albo lekko drżę, trzęsąc swoim światem,
albo wybucham i dymię.
Najważniejsze, że nie pozostaję na te ruchy obojętna.
A co na to Lec?
Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Kiedyś żyłam inaczej i znowu ma rację Lec:
Zaoszczędził sobie moc zmartwień, ma je teraz z procentem.
Życie nauczyło mnie wiary w konieczność zmian,
ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję.
Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu
i czuję jak mi brakuje powietrza.
A co na to Lec?
Miąższ życia-twardy orzech.
Strach jest okrutny, dławi i otumania, paraliżuje rozum
i odbiera jasność spojrzenia.
Najbardziej w życiu walczę ze swoimi strachami,
bo w tylu sprawach jestem tchórzem i tylko honor nie pozwala mi zwiać.
Rozsądny stosunek strachu do rzeczywistości pomaga żyć,
przerost strachu jest zbrodnią na samym sobie,
bo zabija poczucie własnej wartości, marzenia,
wiarę w siebie i radość życia.
A co na to Lec?
Ratowałem siebie z wielu tragicznych opresji.
Przyznaję, nie czyniłem tego bezinteresownie.
Liczyłem na siebie w przyszłości.
Żenujące jest, że wiem o tym.
Strach towarzyszy mi codziennie, taki wstrętny, nieprzystojny,
złośliwy, wymagający, bezlitosny, nieprzewidywalny,
piętrzący trudności,
wierny towarzysz snubrakowaczy, wiarybraków, czarnowidów
i tej nielubianej części mnie,
utkanej z (ir)racjonalnych lęków.
Niczego tak nie pragnę jak spokoju.
Ale gdy go już znajduję, gdy wchodzę w ciepły bąbel
poczucia bezpieczeństwa, zaczynam szukać,
gnać i prowokować los.
Najwidoczniej jeszcze nie dojrzałam
do fotela i ciepłych kapci.
Wyznaczyłam sobie jeden mały cel- jego małość wynika
z prostego porównania dotychczasowych dokonań- tak,
jest mały, zupełnie malutki, ale ciągle nieosiągalny,
z powodu prozaicznego lenistwa.
A co na to Lec?
Nie sięgnąłby nigdy wielkości bez tych kłód rzucanych mu pod nogi.
Kocham Pana, Panie Lec.
Li.
PS. Tak, tak- na pierwszym blogu pisałam najlepsze notki.
Na (nie)usprawiedliwienie podam, że trochę ją przerobiłam.
(Uśmiech od ucha do ucha).
Postanowienie o braku postanowienia z zaniechaniem reakcji w tle.
5 listopada, 2012Czterdzieste piąte urodziny oblige.
Mam jedno fantastyczne postanowienie
i wcale nie stoi ono w sprzeczności w niezłomnym postanowieniu,
by nie mieć żadnych postanowień,
zwłaszcza w dniach będących skutkiem nadania im przez cywilizację umownych znaczeń.
Otóż i mimo wszystko, w dniu moich czterdziestych piątych urodzin, postanowiłam przestać reagować.
A co na to Lec?
Ileż ostatnich słów bije się o pierwszeństwo!
Brak reakcji spowoduje większą radość życia,
zauważanie samotnego motylka,
podziwianie rysy na murze pobliskiej plebanii,
wpadanie w zachwyt na widok kształtu kałuży,
a nade wszystko umiłowany święty spokój,
który kobiecie w moim wieku jest niezbędny
do regeneracji włókien kolagenowych
i nadwyrężonego sześcioletnim blogowaniem systemu nerwowego.
I pewnie spadnę w rankingu blogów z pierwszego
na ostatnie miejsce,
ale znowu będę mogła podpisać się pod hasłem,
będącym motywem przewodnim mojego pierwszego bloga:
piszę z radością, bez myśli przewodniej.
Będą tu cudowne nudy, Panie, nudy.
(Non, rien de rien
Non, je ne regrette rien)
A co na to Lec?
Czasem mowa jest złotem, milczenie trzydziestoma srebrnikami.
Li.
PS. Pilnować mnie! I wyciągać konsekwencje!
Ucinać język i palce. Jakby co.
Kropka nad i i z.
4 listopada, 2012Ta notka będzie szczególna.
Jest pisana w dniu moich urodzin,
z których godzinę poświęcam na grzebanie się
w dnie, mule i wodorostach.
Przeczytajcie ją więc uważnie, zwłaszcza Wy-
wchodzący tu z niezdrową ciekawością tępogłowi,
pełni nienawiści, zgorzkniali, moherowi,
szukający okazji do zadymy „czytelnicy”,
(a nawet Wy-bezkrytyczni zorkowyznawcy).
Napiszę ją w punktach, będzie Wam łatwiej:
1. napisałam notkę. Wyraziłam w niej swoje zdanie,
albowiem je mam. Zawsze.
Napisałam bez podawania nicków, linka,
Ci co mieli wiedzieć wiedzieli, wielu nie wiedziało.
Wojna wybuchła zanim zdążyłam wypić kawę.
Ciekawe, że zdanie podobne do mojego miało
wielu czytelników.
Wielu też miało zdanie odmienne, i dobrze.
Tylko dlaczego ta odmienność musi wyrażać się
w sposób chamski i obraźliwy?
Bo jak brakuje argumentów trzeba zacząć bić?
2. Komentarze na mój temat na blogu zorki,
pracowicie przez nią moderowane- czytaj:akceptowane,
wcale mnie nie zdziwiły.
Ani treścią
(czy można być dumnym z negatywnego elektoratu?
można być! Otóż ja jestem!),
ani faktem, że dobra, szlachetna,
kulturalna zorka je przepuściła.
Bo czyż może być większa uciecha niż
oddanie strzału cudzymi rękami?
3. tak, nie ufam zorce, tak jak nie ufa jej
wiele znanych mi osób,
nie wierzę w szczerość jej intencji,
nie poważam jej osoby.
Uważam, że jest wyrachowana,
a publikacja przez nią komentarzy na mój temat,
o których wiedziała, że nie polegają na prawdzie,
tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło.
Nie uważam jej też za świętą, pisanie o cudzej śmierci bynajmniej nie uświęca, ale niewątpliwie wielu przeraża.
I z tego przerażenia tracą głowę.
Więcej pisać nie muszę.
4. podobno się lansuję. Gdzie?
Na blogu zorki mającym w stosunku do mojego bloga nikłą popularność?
Co mam z tego rzekomego lansu poza coraz
większą liczbą wejść nieznanych mi osób?
Lubię mieć luksus pisania dla znajomych,
teraz piszę dla mas, nie jest to komfortowa sytuacja,
bo jak widać w tej masie jest dużo ludzi,
którzy mnie zwyczajnie nie lubią.
Ale po co tu wchodzą? Po co mnie czytają?
Tego nie jestem w stanie pojąć.
5. W czasie tych sześciu lat pisania bloga poznałam
wielu moich czytelników,
z niektórymi bardzo się zaprzyjaźniłam.
To jest bonus pisania, którego nie zabierze mi jakiś marny anonim.
Internet to szambo, widzę to coraz wyraźniej.
Ludzie przekraczają w nim wszelkie granice.
Nie zawsze jest to ich wina- poza urodzonymi chamami,
z reguły wynika to z faktu niezrozumienia,
niedoczytania, braku większej wiedzy,
nie orientowania się w sytuacjach pozablogowych.
Czyż nie lepiej jest wtedy zamilknąć?
Czyż powoduje Wami jakaś chorobliwa konieczność
zostawienia komentarza w temacie, którego nie znacie?
Często te właśnie komentarze stanowią
niepotrzebne zarzewie, z którego wybucha ogień.
Słowa mają wielką moc, ale w internecie
słowa trzeba ważyć szczególnie ostrożnie.
Bo nie widać do kogo mówimy/piszemy.
I nie można używać argumentu, że blog jest publiczny.
Jest mój, tylko mój.
Jest moim miejscem, a Wy jesteście tu gośćmi.
Goście powinni umieć się zachować.
Tyle. Zapraszam na pyszną latte i brak szarlotki:)
Li.
Idę i zostawiam zakaz gryzienia.
3 listopada, 2012Beem słusznie zwróciła uwagę- nie głosujecie na Precla!
Wchodzicie, czytacie, piszecie, odnosicie się,
krytykujecie, wiecie lepiej,
a nie głosujecie.
A pisałam, że kto nie głosuje ma zakaz czytania?
Czas na rehabilitację, albo ekspiację
(niepotrzebne skreślić),
wchodzimy tu, czytamy notkę,
zahaczamy wzrokiem o pomarańczowy nomen-omen banerek,
klik, klik i już Precel ma głos.
Jestem zmęczona, a idę na imprezę, wszystko przez zorkę :P
Zadziwiająca jest pasja, z jaką niektórzy z Was
walczą o nie swoje sprawy, dowodząc, krzycząc,
a tak niewiele wiedząc.
Po co?
Czy tylko dla poczucia pozornej internetowej wspólnoty,
czy -li i jedynie
z powodu zwykłej, pospolitej niechęci/nienawiści
do mojej osoby/nicka?
A co na to Lec?
Panuje ogólny niesmak, bo pożeramy się nawzajem.
Li.
PS. Nie moderuję komentarzy co do zasady-
natomiast każdy pierwszy komentarz
od danego nicka musi być przeze mnie zaaprobowany.
Wisi sobie w sekcji pod nazwą: Komentarze oczekujące.
Czasem zdarza się, że i komentarze od znajomych wpadają do spamu, nie wiem dlaczego tak się dzieje,
ale wyciągam je wtedy za uszy i publikuję.
Dzisiejszy wpis spowodował lawinę komentarzy
od nieznanych mi nicków, część opublikowałam,
część wisi sobie na haczykach,
wierzgając z niecierpliwości nóżkami,
chętnymi by komuś dokopać-najczęściej mnie.
Sądzę, że wrócę na rauszu
i w pijanym widzie wrzucę je do spamu.
Oj…
Spokojnie, to tylko sobota.
3 listopada, 2012Trwa pogrzeb.
Poprosiłam paniąstarszą, by kupiła w moim imieniu kwiaty- najchętniej pomarańczowe róże.
Nie robię czegoś szczególnego, ot- leżę jeszcze w łóżku,
piję kawę i pomyślałam, tylko pomyślałam-
niech Ci będzie dobrze, Kobieto.
Ci, których zostawiłaś, dadzą sobie radę.
Tyle.
Przeczytałam na jednym z blogów tekst
tak bardzo odbiegający od mojej wiedzy
na temat relacji pomiędzy Aśką,
a autorką tekstu, że wolę zamilknąć,
nie, nie i nie.
Causa finita.
Najwidoczniej i cudza śmierć może być
trampoliną do życia, zwłaszcza życia w internecie.
A co na to Lec?
Stracił głowę dla aureoli.
Li.
Weekendowa przepustka na wolność od problemów.
2 listopada, 2012Gdy choruje psyche, fizis w celach samoratunkowych
zaczyna jej wtórować.
Bo skupiona na gorączce, potach i bólu chwilowo zapominam,
że jest mi w życiu tak źle, jak mi jeszcze nigdy nie było.
Okopana w łóżku jak w twierdzy,
mobilizuję się do przetrwania kolejnej godziny,
do snu, do kolejnego prysznica.
Ratuję się namiastką ciepła w postaci kubka z herbatą,
podaję sobie aspirynę i witaminę C.
Nie myślę wówczas o niczym,
poza pragnieniem wyzdrowienia.
A co na to Lec?
„Słyszałem, że świat jest piękny”-rzekł niewidomy.
„Podobno”-odpowiedział widzący.
I tak właśnie było wczoraj, nie pamiętam dnia,
nie pamiętam kiedy ostatecznie zasnęłam,
by dziś obudzić się w lepszej formie i uznać,
że zdrowieję, że znowu czuję przypływ sił,
co najmniej do następnego kryzysu.
A co na to Lec?
Odpędzaj i podrzędne diabły zaklęciem:
„Apage satanas!”
Usłuchają, to im pochlebia.
Wieczorem wychodzę na kolację,
jutro idę na urodziny J.,
w niedzielę jakoś muszę przetrwać swoje,
od poniedziałku znowu przyjdzie stres,
ale weekend jest tylko dla mnie.
Do perfekcji opanowałam weekendową umiejętność
odganiania czarnych myśli.
Nie cierpię być nieszczęśliwa i bezradna,
czuję się tym upokorzona.
Nie mam wtedy pomysłów na zmianę,
nie mam chęci na walkę,
nie chce mi się, chce mi się nic.
A co na to Lec?
Do wszystkiego tylko dwa kroki:
jeden naprzód, drugi wstecz.
Li.
Ragazzo di Cracovia.
31 października, 2012W domu mamy pewien włoski kłopocik.
Od niedzieli.
I do soboty.
Kłopocik wczoraj skończył osiemnaście lat
i jest Włochem o gorącym sercu,
zakochanym od wrześniowej szkolnej wymiany
w koleżance Karolci.
Wsiadł w samolot i przyleciał z Mediolanu.
Koleżanka miłość zlekceważyła, a kłopocik był optymistą
i bilet powrotny ma dopiero na sobotę.
Siedzi u nas ze smętną miną,
kolega z wymiany, u którego się zatrzymał,
jakoś średnio jest nim zainteresowany,
Karolcia zgrzytając zębami ratuje honor ojczyzny.
Właśnie wzięła go na spotkanie z ojcem,
pójdą jak zwykle do jakiejś knajpki,
przynajmniej obiad mam z głowy.
Ech, ta młodzieńcza miłość,
ni granic, ni kordonów…
Zazdroszczę.
Zazdroszczę, bo ja już nie umiem spontanicznie.
:)
Li.
Mając światu nic do powiedzenia, piszę bloga.
31 października, 2012Nolens volens muszę wyjść z łóżka i stawić czoła obowiązkom.
Protestuje całe moje ciało!
Zduszam ten protest metodami wcale nie pokojowymi,
bo silnym strumieniem wody.
Ożywczy wpływ porannego prysznica, wzmocniony dobrą kawą
i lekko zmamiony chęcią sprawienia sobie
jakiejś przedurodzinowej przyjemności,
stawia mnie do pionu i daje nadzieję na
wyrównaną walkę z dzisiejszą środą.
Choroba jest stanem umysłu- parafrazując klasyka
udaję więc sama przed sobą, że jestem zdrowa.
I choć zakatarzony nos nie daje się zamalować,
a lekko zmętniałe oczy wyglądają dwuznacznie,
całkiem spokojnie wypijam drugą kawę
i szykuję się do wyjścia na zimny świat.
…
Pytacie mnie w mailach, odpowiadam, że…
… nie, nie jadę na pogrzeb Joanny.
Po pierwsze dlatego, że pogrzeby
przygnębiają mnie okrutnie,
bardzo długo potem wracam do siebie,
a życie jest takie jedno i nie mam na to czasu.
Po drugie w sobotę jest impreza urodzinowa
mojego przyjaciela J.,
rasowego Skorpiona, życie toczy się dalej,
a ja nie oglądam się do tyłu
i nie daję wyrazu żałobie na zewnątrz.
Nigdy.
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Li.
Dzięki za przypominanie o tabletkach
(dzięki, bo od razu biorę:)
a ja przypominam o głosowaniu na Precla!
Post mortem.
30 października, 2012Oj, pośmiałam się trochę- mąż Chustki
dostaje niedwuznaczne maile z propozycjami-
jak je ładnie nazwał- „okołomatrymonialnymi”.
No cóż, baby idą na łatwiznę,
po co zadawać sobie trud szukania kogoś innego,
jak ten tu jest znany, opisany,
zdał egzamin życia przy Joannie, sprawdził się,
prześwietlony został- trzeba skorzystać z okazji,
może tu która pierwsza, ta lepsza?
Ach, ten roztaczający się wokół Piotra nimb Mężczyzny,
Który Stracił Żonę…
I te fantastyczne na Niego określenia,
typu Wielki Wojownik Światła!
Tak, zdecydowanie Joanna pękłaby ze śmiechu,
kpiłaby bezlitośnie, oj… :)
…
Dziś są urodziny Precla, dajemy prezenty klikaniem,
ładnie przypominam :)
Mam gorączkę, weszłam do łóżka, mam dreszcze…
Idealny moment, idealny, wcholerwia* mnie to!
Li.
* zapożyczam bez pytania, świetne!
Zakaz rozpaczania, palenia zniczy i ogólnej histerii.
29 października, 2012Powiedziała, że odejdzie w poniedziałek i tak zrobiła.
Pełnia Księżyca, huragan w USA czy padający w Europie śnieg?
Gdzie jest teraz?
Stawiam na huragan, jednak charakterek miała dość gwałtowny.
(A może złagodniała i pada śnieżynkami w Krakowie?)
Najważniejsze, że już Jej nie boli.
I będzie dobrze, niczym nie musi się martwić!
Będzie dobrze, bo nie może być inaczej!
Li.
Przypominajka przedurodzinowa.
28 października, 2012Czytają mnie Skorpiony?
Takie z twardym pancerzykiem, ale mięciutkim brzuszkiem?
Lubicie nasz listopad?
Bo ja lubię za chryzantemy- te cięte, wielkie kule
i te szalone, drobnokwiatowe w donicach.
Kupuję je i robię ze stołu katafalk.
Mają cierpki zapach jesieni i palących się zniczy,
niosą ze sobą piętno kwiatów cmentarnych,
ale nie dla mnie.
To są moje ukochane kwiaty,
uprzejmie proszę o tym pamiętać ;-)
Li.
PS. Precel to Skorpion. Głosujecie?
Ma urodziny za dwa dni. Siódme. A miał nie dożyć dwóch lat.
Przeczytajcie bloga Gosi od początku, naprawdę warto.
Nagle odkryta prawda.
28 października, 2012Zima zaskoczyła polskich drogowców i mnie.
Bo śnieg na kwitnących begoniach,
na pełnych życia pelargoniach,
na dachu ciągle nie złożonego ogrodowego namiotu
jest najzimniejszym świadectwem tego, że spadł za wcześnie.
Jakiś taki mam beznadziejny nastrój.
Na pewno coś wspólnego z nim ma fakt,
że równo za tydzień kończę 45 lat.
Przy najbardziej optymistycznej wersji doszłam do połowy mojego życia.
Viki przypomniała mi notkę z ubiegłorocznych urodzin,
ze słowami mojej Mamy w tle.
Pośmiałyśmy się, ale potem naszła mnie refleksja,
że to był dla moich zamierzeń stracony rok.
Jestem za rozrzutna i przepuszczam czas, swój czas,
ponoszę stratę bez sensownego uzasadnienia.
(Niby walczyłam o przetrwanie, ale to usprawiedliwienie niskich lotów).
Li.
Przypominajka.
27 października, 2012Nie przypominam i nie głosujecie!
Moi Drodzy, a tu żartów nie ma :)
Łykamy środki na poprawę pamięci
(kupiłam sobie dwa różne, ale ciągle o nich zapominam)
i robimy tak: wchodzimy na tego bloga, zjeżdżamy wzrokiem na dół notki,
klikamy w pomarańczowy banerek,
a potem w „Głosuj na blog „W stronę Precla”.
I tyle!
Wy głosujecie, ja się cieszę,
a jak się cieszę, to piszę świetne notki :))
A co na to Lec?
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapominać?
Li.
Wydaje mi się, że mam kontrolę, a to tylko złudzenie.
27 października, 2012Sobota to dzień niezrealizowanych planów.
Przynajmniej u mnie.
Otóż zbliża się południe.
Do tego czasu, zgodnie z postanowieniem bycia
Perfekcyjną Panią Domu, miałam już być po zakupach,
po sprzątaniu, po praniu i po spacerze z psem.
Udał mi się tylko ten ostatni punkt,
a to i tak wyłącznie z powodu psiej determinacji
w drapaniu w drzwi.
Ale zrealizowałam Plan B- długą kąpiel w pachnącej pianie, czytanie gazet, kawę i poleżenie sobie w łóżku z mruczącymi kotami.
Pewna, że Starsza nie wróciła na noc do domu,
via telefon przekonywałam moją czarnopatrzącą Mamę,
że jest bardzo rozsądnym nocowanie u koleżanki,
zamiast nocnego podróżowania po Krakowie.
Przekonywanie przerodziło się w lekką kłótnię,
Mama oczywiście była zdania odmiennego,
zaczęłam więc wyciągać wszystkie żale z młodości, typu: zakazy, nakazy
i straszny, wyryty w mej pamięci łzami
nakaz powrotu z Sylwestra o godzinie 21.00
(żeby nie było wątpliwości- przed Sylwestrem),
i że ja mam zaufanie do córek,
atmosfera robiła się coraz gorętsza,
głosy stawały się coraz bardziej podniesione,
aż z góry spłynął głos Starszej:
czy możesz powiedzieć Babci, że jestem w domu od pierwszej w nocy
i dać mi spać?
No cóż…:)
Li.
Dałam sobie wolny dzień.
26 października, 2012Sześć stopni powyżej zera pokąsały mnie w zbyt lekko odziane ciało.
Brrrr… włączyłam podgrzewane siedzenie,
a potem odwlekałam moment wyjścia z auta, ot logika.
Wróciłam do domu i już jestem wolna, wolna od pracy!
Chwilowo zapominam więc o minusach wolnego zawodu
z irytującym brakiem regularnego dochodu na czele
i cieszę się plusem dania samej sobie wolnego piątku.
Młodsza już jedzie w pociągu, Starsza zapowiedziała,
że wróci do domu dopiero wieczorem,
jestem tylko ze zwierzakami i muzyką w tle.
Zrobię zupę, upiekę szarlotkę, kupię pierogi,
posprzątam, kliknę w Preclowy banerek (!)
i będę czekać na wieczór.
A co na to Lec?
Zawsze trzeba mieć kogoś, by za nim tęsknić.
Taki nieskomplikowany plan dnia mam na dziś
i oby nic i nikt mi w nim nie przeszkodził.
Potrzebuję oddechu, dystansu, spokoju i pobycia ze sobą.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością,
a przyszłością przeżyć w jakimś
zastępczym czasie gramatycznym.
Li.
Słucham Pata, to moja ulubiona płyta, bardzo energetyczna, ale z nutką smutku.
…
25 października, 2012Pięćdziesiąt trzy osoby na blogu…
Nie mam złudzeń dla kogo i po co w większości tu przychodzicie.
Piotr napisał jak jest, ja będę milczeć.
Napiszę tylko, że nikt nie zasługuje na taki ogrom cierpienia
i że powinno się już skończyć.
Pamiętam to.
Chciałabym zapomnieć, ale pamiętam.
Li.
Opublikował/a Li 









