Dławi mnie od niezgody na świat.
Czy tak zaczyna się depresja?
Wyłączyłam tv, nie czytam serwisów,
odcinam się od zalewu beznadziejnie złych wiadomości,
odcinam się od toksycznych kontaktów,
a jednak ta moja wrażliwość coraz mocniej mnie boli.
Nie umiem się otorbić, zamknąć w kokonie,
albo chociaż otoczyć wysokim murem.
Posadziłam rachityczny żywopłot, ale on mnie nie nie chroni,
każdy/każda/każde przekracza go bez trudu, wchodzi bez pukania
i rani.
Podobno jestem silną kobietą.
Wyrzuciłam niewiernego męża, wybudowałam dom.
Silne kobiety nie skarżą się, idą do przodu, realizują cele,
mają na wszystko czas, są świetnie zorganizowane,
mają nienaganny manicure i ani jednego włosa na łydce.
Więc to nie ja.
Bo mnie chce się płakać i z trudem opanowuję łzy,
z trudem mrużę oczy w uśmiechu,
z trudem maluję rzęsy,
z trudem witam dzień powstaniem,
mam tak cholernie wszystkiego dość!
(A jednak publicznie nie pozwalam sobie na chwilę słabości,
poza jęczeniem na swoim własnym blogu.
Udaję, udaję, udaję.
Słabo-silna jestem, za mało by żyć, za dużo by umrzeć).
I jeszcze ten deszcz!
Li.

i nie nazywaj się życiową niedojdą….bo grzeszysz
czy widział ktoś rozbeczanego adwokata ?????
tyle jest człowiek wart… ile po nim zostanie-materii-niematerii
po Tobie dużo…to zachęta :)))
słabości,kto ich nie ma
pozdrawiam serdecznie
i adwokat jest człowiekiem:)
LI nie jest źle, wiem, że banał, ale też wiem, że może być trudniej ( i u mnie jest) na moich oczach w moim domu odchodzi ojciec, czy wiesz, jak wszystko przestaje być ważne? jak marne są inne sprawy, powodzenia Kochana, jesteś silna i dasz radę
j
Moim zdaniem naprawdę silne kobiety to te, które potrafią przyznać się do swojej słabości, uznać ją i uszanować. Silne kobiety, kiedy ich słabość nie ma już kompletnie siły nie dają jej kopa ani nie uciekają z krzykiem, Silne kobiety na widok swojej niedojdowatej, ledwo zipiącej słabości kucają (tudzież się kładą) i swoją słabość głaszczą i przytulają. Naprawdę silne kobiety potrafią powiedzieć: „To ja – silna kobieta. A to moja słabość. I tak tu sobie razem leżymy. Sorry, taki mamy czas” :). Dla mnie wzorem silnej kobiety jest Małgorzata Braunek – tym silniejsza im słabsza. Wiem, że to może słaby przykład w kontekście jej śmierci, ale przecież wiesz Li, o co mi chodzi.
Pozdrawiam Cię serdecznie znad morza – czytam Cię od śmierci Chustki, komentuję po raz pierwszy. Trzymam kciuki – za Ciebie, za siebie. Za wszystkie silno-słabe, mądre i piękne kobiety. A tu coś ku radości:)
http://www.metaspoon.com/older-ladies-donnalou/?sw=ym
Li,……doskonale cię rozumiem….nie jest źle , nie jest najgorzej , ale dobrze też nie
Mnie sie tez wydaje, ze to chyba depresja… jesli tak, musisz sprobowac sobie pomoc… nie jestem ekspertem, nie wiem, co najlepiej doradzic.
Ale pamietam Twoje pelne energii zyciowej wpisy, pamietam, jak pomagalas Joannie i innym, wiem, ze niesamowita z Ciebie Kobieta i Czlowiek :)
Jak czujesz sie gdy patrzysz na te wpisy? To przeciez Ty… tyle umiesz i mozesz.
Jesli teraz jest zupelnie inaczej, prosze poszukaj pomocy fachowej.
Leki sa do leczenia, oprocz tego dobra moze byc psychoterapia…
Wierze, ze krok po kroku MOZESZ wyjsc z tego dolka…
Do tego dodaj spotkania z przyjaciolmi i Twoimi fan(k)ami :). radosc z Twoich corek :), daj sobie przyzwolenie na akceptacje – siebie i swiata – na to, ze nie wszystko da sie coprawda zmienic, ale na to rowniez, ze nie MUSIMY wszystkiego zmieniac, wszystkiemu podolac, byc perfekcyjnymi…
Buddysci podobno wierza, ze KAZDY jest piekny i doskonaly :).
A ja wierze rowniez w to, ze wszyscy to JEDNO a nasz wyglad, wiek, zachowanie to rzecz nabyta :)
Przytulam :))
Dziewczyny, depresji nie mam. Tak przynajmniej twierdzi pewien świetny psychiatra, z którym często jadam kolacje:)
Mam zwyczajnie zły czas i tyle.
Żadnych leków brać nie będę, po po pierwsze i tak wiecznie zapominam o lekach na nadciśnienie, a po drugie nie chcę sztucznie poprawiać sobie nastroju, przynajmniej dopóki nie mam depresyjnego noża na gardle.
A co do dołka… hm…, jak mawiał Lec: „Kiedy znalazłem się na dnie, usłyszałem pukanie od spodu”.
Czyli nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, ale również jest tak źle, że może być tylko lepiej. Pozbieram się, byleby tylko życie mi nie przeszkadzało:)
To posłużę się przykładem profesor Ewy Łętowskiej, która „przyznała się”, że od śmierci męża bierze antydepresanty i bardzo jej pomagają i że jak trzeba to będzie brała i brała :) Na otępiała nie wygląda :)
Li, po prostu masz depresję, już od dłuższego czasu moim zdaniem. Brałam leki, poprawa samopoczucia jest niewiarygodna, idź do lekarza, proszę, bo boli jak się czyta.
Leki otępiają. Jak powszechnie wiadomo.
Li, że tak głupio zapytam – a kochasz Ty siebie? dbasz o się? lubisz i rozpieszczasz? nie tę z zewnątrz, tylko tę w środku – tak jakbyś uważnie zdobywała czyjeś względy, z uczuciem, zaangażowaniem, szczerze i bez żadnych ale. hmm?…
nie da nam żaden świat, czego nie damy sami sobie.
mówię, bo jestem w trakcie i widzę, że działa.
PS. widziałaś może „Gwiazd naszych wina”? myślałam, że to kino dla nastolatków, ale nie. gdybyś się zdecydowała, zwróć uwagę na opowieść o „małych nieskończonościach” – jest piękna, a każdy ma takie w swojej kolekcji…
Nie poszłam do kina, bo wcześniej płakałam nad książką:)
Najpierw przeczytała ją Karolcia, potem dała Gusi. A ja z ciekawości, dlaczego moje córki popłakują nad kindlem, sama zaczęłam ją czytać, w dodatku w Wenecji, co nie było bez znaczenia. Nie jest tak źle z tym światem, jak jeszcze ktoś potrafi tak pięknie pisać o miłości i życiu.
A co do mnie… czuję, że przestałam siebie kochać, porzuciłam siebie dla nikogo i czuję samotność, bo chyba to samotność.
Kiedyś, gdy siebie kochałam najbardziej na świecie, gdy byłam dla siebie czuła, dobra i wyrozumiała, byłam szczęśliwą kobietą. Teraz jestem cyborgiem, jakby wyparowały ze mnie wszystkie dobre uczucia, zostało poczucie obowiązku i coraz bardziej narastająca niechęć do życia, a przecież życie jest takie jedno. Pieprzę je sobie codziennie, jest mi z tym źle.
„porzuciłam siebie dla nikogo” – brzmi jak początek interesującej powieści ;-)
Li, zbadaj no, czemu tak zrobiłaś, może to będzie koniec nitki, prowadzącej do kłębka.
Deszcz przeminie. Gorzej z depresją, mam nadzieję, że to jednak nie to. Może urlop i wyjazd?
Gdzieś tam pewnie pojadę, hen… na wrzosowisko…:)
Li, jestes silna i piekna kobieta (widzialam Ugotowanych, bardzo mi sie podobalas!). Jesli to jest zly czas – przeczekasz, dasz rade. Jesli choroba – ratuj sie lekami, terapia, czym trzeba. Moj maz wychodzil z depresji 2 lata, bez lekow, sam, malymi kroczkami. Nie mielismy pojecia co sie dzieje, dowiedzielismy sie co to bylo kiedy juz prawie bylo po wszystkim. Wlasciwie do dzisiaj odbija nam sie to paskudztwo brzydkim bekiem. A w perfekcyjne kobiety co to wszystko i zawsze i z usmiechem, to nie wierze. Nie ma takich! To kwestia priorytetow. Jak projekt skonczony na czas i spotkanie z klientem w odprasowanej garsonce i manikurem, to na bank rozpierducha w domu. Doba ma tylko 24 godziny, a my jestesmy tylko ludzmi, ze wszystkimi naszymi niedomaganiami i bolaczkami. Pozwol sobie odpoczac, poprzytulaj sie, dopiesc sie, i wracaj tu do nas dzielic sie swoja energia. Pozdrawiam Cie serdecznie.
Niedawno była kolejna powtórka, wraz z nią nadeszła nowa fala wątpliwej sławy.
Jutro się dopieszczę, będę mieć masaż. Godzina tylko dla mnie. Dzięki za dobre słowo:)
a zrobiłaś to o czym rozmawiałyśmy?
Ula, ale to czy to?:)
Włos na łydce przyczyną depresji? To co ja mam powiedzieć…
uwielbiam Twoje łydki, niech włos z nich nie spadnie:D
Koniec ten notki przypomniał mi to, co często sobie powtarzam: nie chce mi się żyć, ale umierać też nie za bardzo.
Rozumiem Cię, świat mnie męczy, ludzie mnie męczą i nie mam na to wszystko pomysłu.
Nie poddaję się w poszukiwaniu swojej drogi, tylko GPS-a brak:)
przyzwoitego człowieka ten świat MUSI uwierać… każdy ma prawo do słabości…nawet najsilniejsze kobiety:)
Wielu uwiera to co robi niewielu, paradoks naszych czasów.
Nic ci się nie dziwię, ja już dawno udałam się na wewnętrzną emigrację i robię afronty, kiedy porusza się ze mną bieżące tematy. Przetrwać trzeba, to jest samoobrona organizmu. Samoobrona w tym pierwszym, naturalnym sensie, bezpartyjna :)*
Tjaaa… wewnętrzna emigracja to jest to:*
Li, napisałam @, zajrzysz?
odpiszę, ale przecież widzimy się w weekend:)