Zrobiłam pewne

remontowe założenia, których teraz trudno mi się trzymać. Bo cierpię męki. Obecnie cierpię męki łazienkowe. Kupiłam płytki, które spełniały wszystkie wyznaczone samej sobie wymagania- tanie, ale nie najtańsze, w kolorze szałwiowym, ale nienachalnie, będące na stanie sklepu, bez konieczności czekania na relizację zamówienia, ładne, ale… zupełnie bez charakteru domu. Lubię spójność w aranżacji, a będą dwa różne światy. Pocieszam się, że docelowo to będzie łazienka moich dziewczyn, dla siebie zrobię wiosną łazienkę przy sypialni piętro niżej i obiecuję sobie uroczyście, że zamówię płytki takie, jakie będą dla mnie idealne. Bez wyrzeczeń i kompromisów. Absolutnie vintage.

Wczorajszy wieczór spędziłam na whatsappie dyskutując z Antonio. Jak trudno jest ustalać sposób ułożenia piastrelle przez telefon, ech! Ale jednocześnie ile radości, że gdy będę w Kalabrii za dwa tygodnie, będę mieć już nową łazienkę!

Jeszcze tyle przede mną, ale jak już wiele za mną! Szukam starego stołu, wygodnych krzeseł, lustra do łazienki w srebrnych ramach, kinkietów, starych lamp, mnóstwa potrzebnych mi rzeczy, to tworzenie domu od początku, ale z koniecznym wrażeniem, że tak właśnie było od lat. Mam niepowtarzalną szansę na posiadanie tylko potrzebnych przedmiotów, bez przydasiów, bez trudnych do wyeksmitowania wiecznych lokatorów szuflad i szafek, ciekawa jestem tego nowego porządku. I nie mam złudzeń, haha.

A. dziś w nocy wróciła do Krakowa i oficjalnie ustawiłyśmy nowy poziom nieszczęśliwości-konieczność powrotu z naszego miasteczka. Tam naprawdę można się odciąć, poczuć wolność, wiatr zmian, mieć czas dla siebie i mieć pod dostatkiem pysznej, pełnej polifenoli oliwy od kuzynki Riny-Meliny. Zaledwie 10 euro za litr, macie pojęcie?

Rina zabezpiecza mnie z każdej strony- od jej kuzynki mam oliwę, od kuzyna farmaceuty mam leki, od sąsiada piekarza-chleb, od brata karczochy, pomidory i przez całą wiosnę wiadra pomarańczy, do koleżanki Rosity chodzimy na pizzę. Włosi żyją relacjami i w relacjach, uwielbiam to, bo nie musząc w nie wchodzić głębiej, omijają mnie wszelkie konflikty i afery, żyję radością, naiwnością dziecka, jestem chłonną gąbką na wszystkie kalabryjskie przygody.

Li

3 Responses to Zrobiłam pewne

  1. Li's awatar Li pisze:

    Cudne!! No właśnie:)

  2. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    O tak, Włosi żyją systemem łańcuchowym. Parę lat temu w Trieste chcemy iść na „obiad”. Recepcjonista daje nam adres knajpki prowadzonej przez kogoś z rodziny. Cieszymy się, bo insider, zero kuchni nastawionej na turystę. Zastajemy drzwi zamknięte i kartkę, że dziś nieczynne, bo coś tam. Wtem! wyłania się jakiś Giorgio Armani w nieskazitelnej lnianej koszuli (no przesz, że białej 😬) i dżinsach i pyta, o co kaman. Wyjaśniamy, że nam ślina cieknie, bo mieliśmy przez całą drogę z hotelu różne gastronomiczne wizje, a tu zamknięte. Okazuje się, że pan jest właścicielem, ale właśnie dziś (tzn. wtedy dziś) ma jakąś uroczystość rodzinną i już powinien być w drodze, jest niepocieszony, że przyszliśmy tu nadaremno, ale jego kuzyn prowadzi parędziesiąt metrów stąd bistro i że on poleca. Chętnie by nas tam zaprowadził, ale już jest spóźniony, zresztą się nie zgubimy, pierwsze skrzyżowanie, potem w prawo, tam widzicie ten duży budynek, trzeba go minąć i zejść uliczką w dół. Facet gestykuluje, my uprzejmie dziękujemy, idziemy w kierunku, który nam wskazał, po czym gdy znika nam z oczu, zawracamy i idziemy do centrum. Nie byliśmy aż tak głodni, żeby szukać jedzenia w jakimś barze! Uszliśmy może z 10 metrów, gdy tuż obok nas z piskiem zatrzymuje się kabriolet, za kierownicą siedzi pan właściciel zamkniętej knajpy, krzyczy, gestykuluje, że nie, nie tędy, w przeciwną stronę, po czym, mając nas ewidentnie za niezbyt lotnych, każe zawracać i towarzyszy (tzn. śledzi nasze poczynania, posuwając się bardzo wolno autem, podczas gdy my jak te głupki drepczemy pokornie) aż pod samo bistro, mimo presji czasu. Znika, gdy widzi, że jesteśmy w środku 🤣

    Komentarz wyszedł pewnie dłuższy niż sam Twój wpis, wybacz! musiałam się tym podzielić. My do dzisiaj mamy ubaw, a jednocześnie jakieś takie wzruszenie, że obcemu człowiekowi chciało się dla nas poświęcić czas i energię, że wręcz czuł się zobowiązany choćby trochę wynagrodzić nam rozczarowanie.

Dodaj komentarz