bez zmian, słońce nie zawodzi w kwestii kolorów. Na Wybrzeżu Jońskim zachodzi nad górami, a morze robi się perłowo-szare.

Pracowałam całą niedzielę. Miałam naprawdę ciężki dzień i jutro nie będzie lepiej. Boli mnie głowa, dźwigam jakiś nieuzasadniony smut, ciężki i trudny do ogarnięcia. Czasem tak nagle coś wyłazi i dręczy. Tak jakby wszystkie rozproszone problemy znalazły nagle punkt styczny, zgromadziły się w jednym miejscu i naciskały na guzik z wrażliwością.
Myślę wtedy zawsze o sobie jak najgorzej.
A co na to Lec?
„Czuję, że rosną mi skrzydła!” – rzekła mysz. No i cóż z tego, panie nietoperzu?
Koty też smętne, nie mam dla nich czasu, a przyzwyczajone są do atencji i głasków.
Co lub kto jest temu winny? Deszcz? Zamknięta „Żabka” więc nici z ptasiego mleczka?
Mój kalendarz wrzeszczący o terminach? Stres, że nie zdążę ze wszystkim przed czwartkowym wylotem?
Czy po prostu nie ma winnych, bo jaka jest wina czasu, że robi swoją robotę i odmierza się nieubłaganie?
A co na to Lec?
„Czas pozostanie ludożercą”
Za dużo ostatnio myślę o starości, czuję że czas zaczyna mnie nadgryzać, aż w końcu pozostaną same kości,
a kysz!

Jaki świat jest piękny!
Li
