Z największą niechęcią wstałam skoro świt, w okolicach godziny ósmej, gwałcąc święte prawo do sobotniego wylegiwania się do południa.
Wstałam, bo musiałam- umówiłam się na śniadanie z moim ulubionym kolegą, który akurat jest w Krakowie.
Ziewam rozpaczliwie, ale za to sobota będzie jakby dłuższa.
Piątek zakończył się zdarzeniem, które nie powinno się zdarzyć, gdyby nie wcześniejsze zdarzenie, które też nie powinno się zdarzyć, ale czasem niezrozumienie podzielone przez emocje i przez inne potrzebne, acz zaburzające ostrość widzenia sprawy powoduje, że człowiek płynie na łupinie przez wzburzone oceany i walczy nie wiadomo z czym, kim i o co. A wokół tylko rekiny.
Jaśniej rzecz ujmując- dostałam pewnego maila, odpisałam, odpisano mi, znowu odpisałam i poczułam w sercu radość i spokój, oczywiście się wzruszyłam (jak każda starsza pani jestem wyjątkowo wrażliwa;-), sprawa zakończona, bezsensowna kłótnia skończona, tylko dlaczego są jeszcze nicki, które w to ingerują, wątpią, podważają, nie odpuszczają, kwestionują, jątrzą… ech, tego nie zrozumiem.
Widocznie martwią się o swoją dietę- żywią się negatywnymi emocjami, wojenkami, pyskówkami i szeroko pojętym stanem międzyblogowej wojny.
A ja mam ich w dupie, mówiąc obrazowo i piszę tak: zawsze lubiłam zazie i podziwiam Ją za niezwykłe umiejętności. Postarałam się też zrozumieć, dlaczego zareagowała tak, a nie inaczej. Trudne to było, bo w obliczu nieszczęścia-jak to obrazowo napisała w mailu- ona oddaje się rozpaczy, a ja konkretnie działam.
Ale obie martwimy się o jedną i tę samą osobę.
Zazie mnie przeprosiła i ja Ją przeprosiłam.
Poczułam wielką ulgę i radość.
Z tego co mi napisała- Ona też.
I to jest naprawdę ciepłe i piękne.
Dlatego uprzejmie proszę o zaprzestanie roztrząsania kto, jak i dlaczego.
Obie jesteśmy rozumnymi istotami.
Li.
W piątek był dobry początek.
13 października, 2012Jestem głodna.
11 października, 2012Są takie chwile w życiu kobiety, gdy odczuwa przemożną i nie do odparcia ochotę na jaja, przy czym zuchwałe myśli kobiety krążące wokół jaj rozmaitego autoramentu i pochodzenia,
z konieczności wymuszonej okresowym brakiem tych jaj najbardziej pożądanych, koncentrują się niestety na jajach najłatwiej dostępnych, popularnych i twardych ab ovo, nomen omen.
Gotuję jaja kurze do stanu erekcyjnej twardości, w ilości wyznaczonej liczbą chętnych na kolację, z reguły biorę po pięć na głowę.
W tej operacji niezwykle ważnym jest stopień twardości jaj, muszą one osiągnąć jej wyżyny, ale bez przekroczenia cienkiej czerwonej linii przegotowania.
Gorące jaja studzę w zimnej wodzie, taką operację odważam się czynić tylko jajom kurzym, inne- te wrażliwsze, studzę bardziej pokojowymi metodami.
Wystudzone i bezbronne jajka poddaję operacji dzielenia ich na pół, jednym celnym ruchem bardzo ostrego noża wbijam się w ich skorupki, tnę je na dwie połówki wzdłuż, sadystycznie wydłubuję im środki, tak by powstały skorupkowe łódeczki do nadziewania. Skorupki chwilowo porzucam, bo oto mam przed sobą bezładny stos jajecznych połówek, takie biało-żółte świadectwo marności nad marnościami, bo przecież wystarczyło 20 minut, by płynne jajko mądrzejsze od kury, ugotowało się na twardo, bezpowrotnie tracąc szansę na życie w zepsuciu.
Nagie, wyeksmitowane ze skorupek jaja miksuję na gładką masę.
Dzielę ją na kilka części, w zależności od tego, jakie dam im second life.
Bo są jaja, które uwielbiają pieprzenie, bez tego nie mogą żyć- daję im więc to czego pragną, hojnie sypię czarnym pieprzem, solę i wrzucam w nie drobno posiekany szczypiorek, wymieszany z musztardą, jej ilość dozuję w zależności od upodobań.
Inne jaja lubią być traktowane bardzo ostro, na granicy wytrzymałości, to prawdziwe jaja sado-maso, w ustach aż pieką, a to od sporej ilości ostrej papryki z drobno posiekaną zieloną pietruszką, dla perwersji dodaję do nich trochę śmietany, robi się już trójkąt, a to rodzi różne możliwości.
Dla wielbicieli łagodnych smaków robię jaja z pieczarkami, startymi na drobnej tarce, tam mogę wrzucić drobno posiekaną cebulę, korniszony, czosnek, wszystko co mi podpowie nieograniczona fantazja.
Wypełniam skorupkowe łódeczki trzema rodzajami jajecznego farszu, wypełniam z uwagą, wypełnieniu zawsze należy poświęcać uwagę, bo wypełnienie to clou każdego programu z jajami.
Wysypuję na talerz tartą bułkę, przytulam do niej skorupkowe łódeczki dupcią do góry, a farszem na dół, wciskam mocno, by drobiny bułki odcisnęły na jajach swój ślad, niech będą naznaczone po wieki, a już conajmniej do momentu konsumpcji.
Wrzucam zabułkowanym farszem na gorącą patelnię z oliwą, wymieszaną pół na pół z masłem, pozwalam im teraz na namiętne uniesienia, na rozgrzanie się, na zrumienienie z pożądania, na chrupiącą skórkę i na ostateczne wyciągnięcie bez możliwości powrotu.
Ułożone na talerzach- mimo wszystko kuszą, bo jaja w każdej postaci potrafią roztaczać swój urok i czar.
Dobrze komponują się z nimi sałaty i mizeria.
Jaja z łakomą uciechą wydłubuje się widelczykiem, prawie jak ślimaki w kokilkach, choć prawie robi tu wielką różnicę.
Smacznego!
Li
Notka bez sensu, za to a propos.
9 października, 2012Wariat nie skoczył, bo wiatr był za silny.
Następnym razem wiatr nie powieje, wariat skoczy i nie przeżyje.
Zdumiewa mnie taki brak szacunku do życia.
Z drugiej strony nie mogę wykluczyć, że to nie brak szacunku, a pycha, buta i wiara w kosmiczny kombinezon koniecznie z logo sponsora, bo Red Bull doda Ci skrzydeł.
Życie jest takie jedno, ciągle o tym pamiętam, gdy tylko sobie przypomnę. Bo na co dzień zabijam się po kawałku i czuję bóle fantomowe po tych częściach mnie, których już we mnie nie ma.
Żyję nie tak jak chcę, robię nie to co chcę, im jestem starsza tym trudniej przeciwstawiać się samej sobie.
W marzeniach jest inaczej, mam spokój i widok na-wszystko-jedno- które-morze, bujany fotel na werandzie i głód pisania. Jestem oczywiście po moim fantastycznym debiucie i piszę kolejną wyczekiwaną przez świat powieść. Czekam na Nobla, a co najmniej Nike, jestem szczęśliwa i nareszcie nie muszę martwić się przyziemnymi sprawami, które ciągną mnie na dno, gdzie muł i wodorosty.
Dziś miałam kolejny trudny dzień.
Jakiś tam sukcesik był za mały, by dodać mi skrzydeł.
Ale cieszę się, że moja Starsza wróciła do domu.
Widok jej porannej, naburmuszonej miny-bezcenny!
Li.
PS. Dostałam koty z Barcelony. Od ukochanego brata:)
W sumie do końca nie wiadomo, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, ale są dwa:
Wina braku wina.
8 października, 2012Kawa przeciska się przez ekspres, wypływając wąskim strumyczkiem z szerokim aromatem.
Telefon wyciszony i nareszcie może przestać dzwonić.
Poniedziałkowy stres popijam wodą z magnezem i w poczuciu pozornego, acz błogiego bezpieczeństwa domowych pieleszy, zaczynam wieczór.
Mam zamiar popracować, cisza będzie mi sprzyjać, a noc jest najpiękniejszą porą dnia.
Starsza wraca jutro, Młodsza mnie kocha (tak powiedziała dosłownie trzy minuty temu, więc pewnie jej jeszcze nie przeszło), koty zgromadzone przy misce zgodnie jedzą, a potem przyjdą pomruczeć.
Stukam w klawiaturę zapisując białą kartkę ekranu, gnana potrzebą pisania nie-wiadomo-po-co, ale przynajmniej daję sobie czas przed sięgnięciem po poważny temat końca pewnego małżeństwa, gdzie piękne „nie opuszczę Cię aż do śmierci” po latach zamieniło się w pospolite „żądanie rozwodu z wyłącznej winy”.
Nolens volens będę szukać tej winy, a przecież fajna Ona, fajny On, napiłabym się z nimi wina i powiedziała: ludzie! gadajcie ze sobą!
Rozmawiajcie, przytulajcie, dotykajcie, muskajcie, czule patrzcie, sypiajcie, kochajcie, wstawajcie, wyjeżdżajcie, wychodźcie, spędzajcie i unikajcie internetu.
Bo rozwód czasem jest wyzwoleniem, ale z reguły jest poranieniem, zwłaszcza od środka, przez tych których zamyka się w sercu (prawie Lec).
Trzeba przeżyć, by o tym się przekonać.
Ech… nie ma co się rozczulać, łyk kawy i zabieram się do roboty, bo wystarczy kilkadziesiąt okrągłych zdań z literackim zacięciem, by podsumować cudze małżeństwo.
Li.
Zakaz poddawania (się).
7 października, 2012Trudno zachować dobry humor, gdy temperatura powietrza nagle zmienia front. Wiszące nisko chmury wtłaczają do głowy ciężkie myśli, szarość zabija kolor, a deszcz spłukuje chęć jakiejkolwiek aktywności.
Poddaję się zaokiennej ciemności i wyłożona na kanapie, zapalam wszystkie lampy, pewnie wzrośnie efekt cieplarniany, ale może opadnie efekt pchającej się we mnie chandry.
Skupiam się, by jej do siebie nie dopuścić, muszę otoczyć się cordon sanitaire kubka z kawą, ptasiego mleczka, stosu tygodników, ciepłych grzejników, telefonu do przyjaciela i odpytania Młodszej z biologii.
Byle nie dopuścić, byle nie dopuścić!
Nie pozwolę sobie na zły nastrój, to jest prawdziwy luksus,
a w obecnej sytuacji nie stać mnie na to, by nie działać, nie pracować, nie tryskać energią, nie mieć nowych pomysłów, absolutnie nie wolno mi popaść w najwygodniejszy stan przygnębienia, którym łatwo wytłumaczę sobie wszystkie niepowodzenia.
A kysz, a sio, wynocha ode mnie, ależ absolutnie, uśmiech-na- twarz-i- świat- jest- nasz!
Wstaję, puszczam wodę do wanny.
Ulubiona łazienka, pachnąca piana, ciepła woda, maseczka nawilżająca, kubek latte i książka- będę moczyć się tak długo, aż stanę się rasistką i utopię wszystkie beznadziejne myśli.
Bo co na to Lec?
Rasiści! Nie dopuszczają czarnych myśli.
:)
Li.
Sobota z pomyłką kinową w tle.
7 października, 2012Spędziłam dziś pół dnia u moich przyjaciół w takich oto okolicznościach przyrody:
A wieczorem poszłam na „Paryż-Manhattan”, komedię podobno bardzo romantyczną. W tym akurat wydaniu romantyzm jest nudny jak flaki z olejem i zgadzam się z przeczytaną niestety dopiero teraz recenzją, iż dzieło to należy do kategorii filmów, o których zapomina się natychmiast po ich oglądnięciu.
Bo i czego w tym filmie nie było, łącznie z osobistym udziałem Woody Allena i brakiem jakiejkolwiek sensownej fabuły. Bezsensowna była.
Jest to film bardzo o niczym, więc jak nie macie nic lepszego do roboty, to można go zobaczyć. W każdym innym przypadku serdecznie odradzam.
A ta recenzja mówi o jakimś zupełnie innym filmie, albo ja jestem z Marsa. Nie można również wykluczyć możliwości, że wina niezrozumienia przesłania filmu leży po mojej stronie-to może być zgorzknienie, starzenie, zniechęcenie… mogę nie wiedzieć, nie pamiętać jaką siłę ma prawdziwa miłość, taka jak z filmów, zwłaszcza z komedii bardzo romantycznych.
Oczy mi się zamykają, łóżko mnie wabi, och jak wabi, idę, już idę!
Dobranoc!
Li.
Sezon na dynię, to i przepis ten sam:)
4 października, 2012Zupa dyniowa jest najpyszniejszym świadectwem prawdy,
że wyrafinowanie leży w prostocie.
Bo nie ma nic prostszego nad przygotowanie jej aksamitnego smaku, gdzie jego początek jest zaledwie zapowiedzią satysfakcjonującego końca, kiedy język wpada w orgazmatyczne drżenia od jęków rozkoszy kubków smakowych.
Docenianie prostych przyjemności przychodzi podobno z wiekiem, na mnie widocznie przyszło po czterdziestce, bo dopiero teraz szukam prostoty wszędzie gdzie się da.
I w emocjach i w makijażu i w butach i w gotowaniu.
Choć ilość prostot w życiu nie ma wpływu na jego złożoność, nie tracę nadziei, że kiedyś żyć będę spokojniej i zgodnie z naturą, z zupą dyniową piękną jesienią.
A jako, że w życiu czas traci się najłatwiej i co gorsza bezpowrotnie, na zupę dyniową poświęcam nie więcej niż 20 minut mojego bytu na tym nie najlepszym ze światów.
Na Kleparzu kupiłam półksiężyc dyni, mniej więcej kilogramowy.
Wycięłam z niego wszystkie miękkości z pestkami, a pomarańczowe twardości, nasycone witaminą A pokroiłam na niewielkie kawałki.
W międzyczasie na masło na patelni wrzuciłam ząbki czosnku z całej główki, przekrojone na pół, pokrojoną w talarki cebulę i dwa surowe ziemniaki pokrojone w kostkę, a gdy już podrumieniły się z uciechy własnym towarzystwem, dodałam do ich trio dynię.
Pomieszałam, zawirowałam, popotrząsałam i takie wstrząśnięte i zmieszane wrzuciłam do topieli gorącego bulionu warzywnego, w takich sprawach idę na łatwiznę i używam Knorra.
W kuchni nie ma sentymentów, kuchenne life is brutal, nie obeszło mnie to, że towarzystwo zaczęło tonąć. Cel uświęca środki, cechą skutecznego działania przy realizacji zamierzeń kulinarnych, musi być stosowanie środków moralnie nagannych takich jak przemoc,nawet i nacechowana okrucieństwem, przewrotnością i brakiem skrupułów.
Jest to usprawiedliwione kulinarną rozkoszą i niech mi wybaczy Machiavelli.
Posoliłam świeże rany, starłam w nie odrobinę gałki muszkatołowej, popieprzyłam tak jak lubię i niech rzuci we mnie korzeniem imbiru ten, kto pieprzenia nie lubi.
Gdy rozpaczliwe krzyki o pomoc dochodzące z garnka powoli ucichły,
a smakowita para unosząca się z kotła stłumiła moje wyrzuty sumienia, wrzuciłam towarzystwo do miksera i zamieniłam ich nędzną ziemską powłokę w niebiański, aksamitny krem, tak miękki jak pióra ze skrzydeł aniołów, tak miękki jak miękkie potrafią być usta diabła w pocałunku pełnym czułości.
By w pełni docenić tę miękkość, zapachniłam ją mgiełką cynamonu
i znalazłam dla niej kontrast w podaniu zupy z malutkimi grzankami lub uprażonymi na oliwie pestkami dyni.
I absolutnie konieczny był ten kleks śmietany, jak kropla perfum między piersiami…
Li.
Zajrzałam do księgarni, a tu…
3 października, 2012Rzuciłam słowa na pożarcie.
3 października, 2012Przywróciłam na www.niedyskrety.blogspot.com wszystkie ukryte i ach, ach-jakże bulwersujące notki. Tutaj niestety nie umiem ich przenieść, bo pojedynczych przenieść się nie da.
Z drugiej strony- dobrze, że ich tu nie ma.
Odcinam się od tej całej durnej historii, bo i żenada ma swoje granice.
Dość mam interpretacji, nadinterpretacji, huczących plotek i taniej sensacji.
Cała ta międzyblogowa wojna jest o pietruszkę,
o kocie kłaki,
o sierść z ogona (mo)psa.
Takie jest moje zdanie, a ja zawsze mam rację :P
Li.
Dziecko obecnych czasów.
2 października, 2012Starsza niepomna włoskich uroków, zadzwoniła do mnie pogrążona w złości i rozpaczy, bo oto zadzwonił do niej jeden z jej czterech klientów, z którym wiązała ją ustna umowa o pracę, przynosząca jej niewielki, acz regularny dochodzik.
Na waciki było.
Klient podziękował za współpracę i ładnie się pożegnał.
Skądinąd wiem, że ma problemy, jak chyba teraz każdy, ale Starsza rozpacza, bo: „To ona ma rzucać pracę, a nie ją mają wyrzucać”.
No i tych nie zarobionych pieniędzy jest jej żal, takie pieniądze liczy się łatwo, a żegna się z nimi z wielkim trudem.
Och, a ja będąc w gruncie rzeczy wyrodną matką, cieszę się z obrotu sprawy. Wywalono ją z pracy, której wykonywać nie musiała, a ciągle jeszcze nie musi zarabiać na utrzymanie i na rachunki, niech poczuje ten ból utraty, złagodzony brakiem noża na gardle i banku dzwoniącego w sprawie niezapłaconego w terminie kredytu.
Życie to ciągła walka o przetrwanie i dobrze, że przekonuje się o tym, kiedy nie musi utrzymać rodziny i martwić się o rachunki.
Niech pamięta, że życie to czasem słońce czasem deszcz, najważniejsze by nigdy o tym nie zapominać, myśleć pozytywnie i z nadzieją na zmianę każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji.
Szkoda tylko, że mnie teraz przy niej nie ma, przynajmniej mogłabym ją przytulić i pokpić sobie z jej przekonania o własnej, pracowniczej doskonałości. Śmiech łagodzi żal.
Ale może i dobrze- niech przegryzie się z tym sama.
Utrata klienta to jedno, ale urażona ambicja, to już zupełnie inna sprawa!
Tu trzeba walczyć z samym sobą. A to ciężki przeciwnik!
:)
Li.
Nic dziwnego-wtorek!
2 października, 2012Wtorek-potworek nie zawiódł mnie już od ciemnego świtu (jaki ładny oksymoron).
Lista dowodów na jego winę rosła gwałtownie:
1. konieczność powstania o czwartej rano, po uprzednim położeniu się o pierwszej w nocy- Starsza dziś leci do Mediolanu, a zbiórka o 5.30.
2. paniczne, poranne pakowanie walizki, tak jakby nie dało się tego zrobić wczoraj.
3. ucieczka kota Maszkota przez otwarte na szerokość walizki drzwi i konieczność odłożenia poszukiwań na czas po odstawieniu dziecka-z bolesną świadomością, że kot na gigancie zaczyna mieć zbyt dużą przewagę czasową.
4. przedzieranie się przez krzaczory i sterty liści zaniedbanego podwórka vis-a-vis.
5. błaganie kota, by raczył zejść z drzewa, przy jednoczesnym przekonywaniu psa, by zamknął pysk i przestał szczekać na kota na drzewie.
6. stan najwyższej irytacji po powrocie do domu.
Czas na plan samoratunkowy, trzeba jakoś uratować ten dzień.
Ech… całkiem spokojnie zrobię sobie drugą kawę, woda leci do wanny ciepłym strumieniem, pachnąca piana apetycznie rośnie, zanurzę się po czubek nosa i dam radę.
Dzień dobry:)
Li.
Każdy ma prawo głosu:)
1 października, 2012Napiszcie, co chcecie zmienić, co jest nie tak, co dodać, czego ująć, jakie mają być kolory, jakie dodać linki, z czym macie problemy, pragnę by każdy z Was czuł się tu dobrze.
Ja oczywiście nie mam pojęcia, jak i co zmieniać, ale mam Krzysia- szefa tego całego interesu:)
Piszcie, uwagi rozpatrywane będą wnikliwie i załatwione w najbliższym możliwym terminie:)
Li.
Dzień dobry, cześć i czołem!
1 października, 2012Rozglądam się po nowym miejscu, widzę że komentarze są na górze, potem zrobię swoje porządki, poukładam, poprzestawiam, powieszę obrazy i zamieszkam.
Może uda mi się nie wywalić nowego blogasia w kosmos.
Podoba mi się tu, zmiany zawsze działają na mnie twórczo i pobudzająco, zabieram się więc do pisania pisma „na już”,
a Wy całkiem spokojnie wypijcie tu pierwszą kawę.
Li.
PS. Nie mam pojęcia jak wyjustować tekst, muszę poczekać na Krzysia.
Co do komentarzy- w tym miejscu moderacji nie będzie.
Zasadą jest natomiast akceptacja każdego pierwszego komentarza od każdego z Was- wpadają do spamu, muszę je stamtąd wyciągnąć i odhaczyć jako „nie spam”.
Potem z każdym następnym nie będzie już problemu, proszę więc o cierpliwość.
Gubię się jeszcze w tym panelu, ale nie z takimi rzeczami człowiek dał sobie radę.
Kto jeszcze nie przeczytał?
30 września, 2012Bardzo, bardzo długa grafomańska notka;-)
30 września, 2012w myśl zasady oko za oko, ząb za ząb.
Bo trzeba ocenić, jaki cel miały słowa?
Jakie za nimi miały iść czyny?
Do czego miały zmobilizować?
Do czego porwać?
Jakie wzbudzić uczucia?
Ślizgają się wzrokiem pod wierzchniej warstwie słów i wydaje im się, że złapali sens zdania.
PS. Wprowadzam zakaz negatywnych komentarzy. I pyskówek. Będę kasować.
Kochajmy się! :)
Jestem na nielegalu:)
27 września, 2012Oświadczenie.
27 września, 2012Uszło ze mnie powietrze, został gumowy, nietwarzowy flaczek.
Przed północą w Krakowie.
25 września, 2012i schowana w domowym kokonie
moszczę się na kanapie
z kubkiem pełnym ciepłej herbaty.
Mam przed sobą kilka godzin kojącego spokoju,
noc jest przecież najpiękniejszą porą dnia
zielona maseczka na mojej twarzy,
na widok której takie na przykład koty
omijają mnie szerokim łukiem.
i ciepło o kimś pomyślę.
Li.
Notka kompletnie o niczym, a to o życiu właśnie.
25 września, 2012…
Kto chce, to zrobi.
24 września, 2012…
24 września, 2012Ja mam instynkt słowa rozwinięty do granic jasnowidztwa, wiem – po prostu wiem.
UPDATE:
Po lekturze komentarzy muszę jeszcze raz zapewnić:
1. mnie żadne potwierdzenia prezentowe nie są potrzebne.
2. zarzut robienia dużo szumu w wiadomej sprawie jest kompletnie poroniony z punktu widzenia celu.
Im więcej szumu, tym lepiej!
Siedzenie i cichutkie chlipanie nie odnosi zdaje się skutku.
Pytanko mam?
23 września, 2012ile jeszcze komentarzy będę musiała wywalić,
zanim
przestaną
pisać
do mnie
wszelkiej maści
rozliczacze, pytacze, pyskacze, pouczacze, dopytywacze, podejrzewacze,
ciekawacze, oceniacze, wyliczacze i pierdaczacze.
Czy nie szkoda Wam życia na pisanie sążnistych komentarzy
Które ja
lekką ręką
(z lakierem w odcieniu niewinnie przelanej tętniczej krwi)
wyrzucam
bo jestem
złaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa,
wrednaaaaaaaaaaaaaaaa,
i w dodatku prowincjonalnaaaaaaaaaaaa,
więc nic a nic nie znam się na dobrych manierach.
Li.
Zapowiada się piękna jesień.
23 września, 2012Zimno! Zimno mi!
płynie zbyt wolno, zbyt płytko, zdecydowanie nieadekwatnie do sytuacji, a przecież wszyscy wiemy jak jest.
Zimno, zimno mi, ale bardzo ciepło.
I choć (ku chwale bloga) ilość wchodzących tu osób gwałtownie spadła, co oznacza wyłącznie to, że odszedł element aferyjno-plotkarski i wysoce niepożądany, to i tak jest nas tyle, że powinna popłynąć prawdziwa Niagara!
Są sprawki i SPRAWY.
21 września, 2012I na razie zajmuję się czymś bardziej pożytecznym, musimy działać dalej,
kto ma ochotę przyłączyć się do prezentu to zapraszam: mo67@poczta.fm
Tym bardziej, że to działa!
Zapowiada się fajny weekend.
Li.
Uwaga, uwaga, pociąg z Warszawy do Krakowa jedzie przez Radom.
20 września, 2012(Szkoda, że PKP nie bada rynku i nie podstawia po większych imprezach zwiększonych składów. Wystarczyłaby szybka analiza gwałtownego wzrostu zakupu biletów z takiego np Krakowa w danym dniu, połączenie tego z faktem koncertu w Warszawie i już wiadomo by było, że ludzie muszą też jakoś wrócić, a w nocy tych pociągów jest zdecydowanie mniej. Ale zapewne za wiele wymagam:)
Zakupy.
18 września, 2012Ja nie wiedziałam.
Ale kosztowała 1500,00 złotych i były na nią pieniądze.
:)
Dziękuję.
Li.
Notka reklamowa z uwielbieniem w tle.
18 września, 2012(od razu zastrzegam, iż odmawiam odpowiedzi na pytanie, kiedy będzie moja książka. Jak się napisze!).
Czasem gdy czytam Yoursa jest mi zwyczajnie smutno, bo lekceważąc przaśną codzienność tworzy złudę, której można pożądać tak bardzo, że nie zostaje miejsca na nic innego, a życie przemija.
Napisz do mnie jeszcze raz, proszę:)
W dalszym ciągu nie lubię poniedziałków.
17 września, 2012W moim obecnym stanie ducha myśl o oglądaniu Chrisa Martina z poziomu murawy Stadionu Narodowego wydaje mi się nieznośna, cóż jednak począć, się obiecało, bilety się kupiło, to się pojedzie i się wróci.
Gdyby okazało się, że ktoś z Was czeka na odpowiedź-piszcie!
Może Wasz mail błąka się gdzieś po światłowodach, a ja tu czekam:)
Słowo na niedzielę.
16 września, 2012Nic nie musząc, mogę robić nic i szukać w tym ukojenia.
Wokół wiele słów, niektóre miodem, niektóre kamieniem, tak jak w życiu- czasem słońce, czasem deszcz.
Nic to, trzeba witać dzień powstaniem (Lec) i zabierać się do roboty.
Co niedzielę grzeszę sprzątając, nic na to nie poradzę, że uwielbiam niedzielne porządki.
Zmywarka szumi, pralka wiruje, odkurzacz w pogotowiu, a Wam miłego popołudnia.
:)
Li.
Po północy w Krakowie.
15 września, 2012chcę mieć plany,
chcę wierzyć, że przede mną jeszcze długie, ciekawe życie,
chcę się cieszyć tym co mam,
chcę walczyć z problemami i pokonywać je rzutem na matę,
chcę mieć zawsze dobre perfumy, kawę i ochotę na sushi i seks.
czasem jest mi tak cholernie ciężko,
ale to tylko chwilowe przerwy w zasilaniu.
Podłączam się do zapasowego domowego agregatu, przytulam do córek, popieszczę koty, pogłaszczę psa, wyjdę z kubkiem kawy na swój cudowny taras
i zawsze, zawsze jakoś mi się udaje przetrwać zły czas.
Nakręca mnie życie,
życie to moje perpetuum mobile.
PS do córeczek: A z tymi wnukami to tak najwcześniej za dziesięć lat! Bo wydziedziczę!:)
Pochwała soboty.
15 września, 2012Tak jak dziś!
i zaprzestać ruchu. Ale czy ruch palców to ruch? :)
Sprawozdanie.
14 września, 2012Update:
zaczynam odpisywanie na maile, odpiszę każdemu.
Nigdy nie stracę wiary w człowieka!
14 września, 2012jesteście wspaniali i cudownie!
Czytam maile i potwierdzenia przelewów i oczom nie wierzę!
Chociaż tak, poza słaniem ciepłych myśli możemy Jej pomóc, chociaż tak!
Ściskam każdego z osobna!
Li.
PS. Dobro zawsze wraca.
Czwartek-nic-nie- wartek.
13 września, 2012idę pod prysznic,
zrobię sobie kawę i popatrzę przez okno.
Jest to jakiś plan.
Zwiędłe liście ryją tunele smutku w duszy mej.
9 września, 2012nigdy nie odpuszcza i idąc do przodu zbliża mnie do końca moich marzeń, dając mi siebie coraz mniej.
…
…
…
Środa. (Urody doda).
5 września, 2012Szukam korepetycji z historii, celem uporządkowania historycznego bałaganu w głowie Starszej.
Ja niestety nie mam cierpliwości, a za bardzo kocham swoje dziecko, by narażać ją na niebezpieczeństwo moich historyczno-histerycznych wybuchów ;-)
Kocie zapasy:)
20 sierpnia, 2012Kocurki sa urocze, wesołe i bystre, bardzo garną się do ludzi.
Mam nadzieję, że znajdę dla nich kochających opiekunów.
PS. Oglądajcie z głośnikami.
Kocie dzieci, moje dzieci.
3 sierpnia, 2012W mailach jest wszystko: delikatny jęk o kasę, próba wzbudzenia współczucia, tęsknota i skarga na Starszą:)
Tak, mam swoją wolność, ale zdecydowanie jednak wolę być w niewoli.
Myślcie o tych kociakach!
Li.
Koty.
2 sierpnia, 2012Co prawda wzmacniana ona bywa męczącym przypominaniem Im przed każdym wyjazdem o obowiązku przywiezienia kota, ale co tam- cel uświęca środki, a moja kolekcja rozrasta się jak niekontrolowana kocia populacja.
Mam koty z najbardziej egzotycznych miejsc, ale i z Krościenka.
Muszę się pokusić o skatalogowanie, kiedyś!
Od lewej: kot z Delft, z Pragi, z Jędrzejowa, z Drezna.
Od lewej: Kot z Krościenka, Kuby, niewiadomego pochodzenia, szklany z Czech, srebrny z Indonezji, malowany z Ukrainy, z Kambodży, z Chorwacji, dwa z Maroka, z Etiopii.
Dolna półka od lewej: Praga, Egipt, Meksyk, Kambodża, Indonezja, Turcja, Chorwacja, Sri Lanka, Grecja, Niemcy, od maczki, Egipt, Izrael, Holandia, Warszawa, Wietnam, Niemcy
Japonia, Irlandia ( dwa kilo ofiarnie wiezione przez Jędzę w bagażu podręcznym).
Kolekcji pilnuje przydźwigany osobiście kocur z Indonezji.
A to kocisko z Katowic, od prawdziwej jędzy.
W Hongkongu nie znalazłam ani jednego!
Lubię, gdy kot jest rękodziełem, gdy jest charakterystyczny dla danego kraju, czy regionu, gdy jest niepowtarzalny, jak każdy kot. Ale kolekcja moich kotów made in China cieszy mnie niezmiernie- osobno przywiezione z Malediwów, Holandii i Krościenka odnalazły się na mojej półce, czyż to nie cudowne zrządzenie kociego losu?
Miłego dla Was!
Li.
PS. Zdjęcia robione są telefonem, a krytykę ich jakości niewątpliwie za chwilę dokonaną przez moje ukochane, czuwające dzień i noc trolle mam głęboko gdzieś. Ech, ten blog bez Was nie byłby taki sam…
I tak traficie do spamu, jak ze wszystkimi swoimi durnymi komentarzami, które wywołują u mnie głęboki zieeeeeeeeeeewwwww……
Pozdrowienia od Meli i Hesi, mają się świetnie.
Dobry wieczór:)
31 lipca, 2012zrobię sobie kawę
która miała być na wczoraj,
a klient przyszedł z nią dziś.
A co na to Lec?
Świat jest piękny! I to jest właśnie takie smutne.
Update:
1. Doleciały. Świat jest piękny!
2. wyszukiwarka szaleje wypluwając z siebie ciągle „bluebellmybell”.
I przez to mam tłumy na blogu. Rozczaruję niektórych z Was- nic więcej na temat tego nicka pisać nie będę.
Klikać też trzeba umieć.
31 lipca, 2012Przypadkiem usunęłam sobie notkę i komentarze, najmocniej przepraszam:)
…
Pakuję walizki i udzielam ostatnich dobrych rad, których nikt w tym domu nie chce słuchać.
Dolecą, pobyczą się i wrócą, nie może przecież być inaczej.
Li.
Cichym ścigałam ją lotem (kto lubi Joe Alexa?)
30 lipca, 2012:)
Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się.
28 lipca, 2012Czeka mnie więc cudowne południe, dzieci sobotnie jeszcze śpią, za trzy dni wylatują z Nemo do Egiptu, a ja spuszczona ze smyczy macierzyństwa mam w tym czasie wielkie, plany, oj wielkie!
O niczym, ale to nic nowego:)
26 lipca, 2012i powolnego wpadania w objęcia Morfeusza, coraz bardziej w półśnie, coraz mniej rzeczywiście, coraz bardziej błogo, bezpiecznie… aż do rana i wrzasku budzika, jednego w komórce- dudniącego obok poduszki i drugiego -pikającego czasomierza w piekarniku- oooo, to najmniej cywilizowana forma porannego budzenia, sam nie przestanie, trzeba wstać, iść do kuchni i w dodatku wycelować palcem w małe kółeczko na panelu- doprawdy, doprawdy jestem mistrzem wkurzającego samobudzenia.
Poranna analiza jest najkrótszą drogą do całodziennej depresji.
25 lipca, 2012Dobijcie mnie, albo pocieszcie…
O tempora, o mores!
22 lipca, 2012Mama pojechała do znajomej do domu pod miastem.
Dobrze się bawiła, a były tam same kobiety- wszystkie wdowy.
Zrobiłam babski wieczór.
Bawiłam się świetnie, a na osiem kobiet było siedem rozwódek i jedna w trakcie procesu.
Dwie różne genezy pomałżeńskiej samotności- od odpowiedzialnego „nie opuszczę Cię aż do śmierci” do „wyrokiem Sądu w imieniu Rzeczpospolitej rozwiązuje się małżeństwo”.
(Ale jeden wspólny mianownik- na szczęście i tu i tu zabawa była przednia!)
Znak czasów? Niewiele już mężatek wokół mnie, a szczęśliwych mężatek może kilka.
O ile można to stwierdzić w sposób nie budzący wątpliwości.
Li.
Słowo na niedzielę.
22 lipca, 2012D. kupiła chinese hot pot, taki do postawienia na stole, na prąd, fantastycznie inspirujący garnek- nasze ulubione kulinarne wspomnienie z Singapuru, pewnego lata siedzieliśmy nad nim cztery godziny….
W każdej z jego części gotuje się wywar o innym smaku, jeden o bardziej pikantnym, drugi mniej, możliwości gotowania różnych pyszności są nieskończone, a smak wywaru ewoluuje w zależności od ilości wrzucanych do niego rzeczy. Wczoraj wrzucaliśmy krewetki, kalmary, kulki mięsne, pierożki won-ton (zrobione przez D.), szpinak, pieczarki, grzyby mun, marchewkę, kukurydzę, ech… wiele by wymieniać. Lubię takie spotkania, gdzie jedzenie tworzy się w trakcie, jest zamieszanie, buchająca para, tłok przy stole i mnóstwo śmiechu.
Jest dobrze, jest dobrze, jest coraz lepiej!
Sprawy pracownicze.
16 lipca, 2012Przy niedzieli o robocie.
15 lipca, 2012W związku z powyższym o mało nie padłam ze śmiechu, gdy moja trzynastoletnia córka poszła wczoraj wcześniej spać, by-cytuję: „być wypoczętą przed pracą” i konsultowała ze Starszą swoje zmiany, bo przecież ma na głowie jeszcze trzy godziny angielskiego dziennie.
Dobrze, dobrze, popieram całym sercem i duszą.
Po drugie, to moja wina- nie można kisić ogórków solą ze zmniejszoną zawartością sodu, jednak nie zjadło się wszystkich kulinarnych rozumów i poważne braki się ma, oj ma…
Opublikował/a Li 
































