Ależ

żyję, mam się wspaniale!

Dziś notka w stylu kronikarskim, bo chcę zapamiętać ostatnią niedzielę, wracam czasem do starych wpisów i wspomnienia zalewają mnie ciepłą falą. To jest takie cudowne i jednocześnie smutne, bo mam co wspominać, ale to kronika przeszłości, dobitne świadectwo przemijania, cholera, naprawdę z trudem usiłuję to zaakceptować. Z naciskiem na usiłowanie. Ale chcę pamiętać wszystkie dobre chwile, tkam sobie z nich moją życiową siłę, moje ukochanie każdej chwili, moją walkę z przeciwnościami i mój spokój, gdy opada bitewny kurz. Potrzebuję tego spokoju, potrzebuję błękitnego nieba, potrzebuję pójść do lasu i z zachwytem popatrzeć na promienie słoneczne między gałęziami drzew. Potrzebuję poczuć podekscytowanie gdy znajdę borowika, potrzebuję przytulić się do starej brzozy i nadepnąć na rosnącego tam kozaka. Niestety grzybobranie bezlitośnie obnaża mój słabnący wzrok. Muszę przeprosić się z okularami, kupiłam nawet przepiękne oprawki! Nie wiem jak to zrobić, bo w okularach na nosie jestem w stanie tylko prowadzić auto. Gdy w nich chodzę, to kręci mi się w głowie. W lesie wkładałam je na chwilę, znajdowałam grzyba i znowu chodziłam bez.

Bo gdy przychodzi wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony strachu przed rzeczywistością, wystawiam twarz do słońca i daję się zabrać na grzyby! Mam takiego szalonego kolegę W., bardzo go lubię! Jego droga zawodowa jest tak odmienna od jego prywatnych zainteresowań! A może to jest właśnie recepta na sukces? W pracy biznes, prywatnie grzyby, pływanie kajakiem i tropienie wędkarzy-kłusowników nad Rabą.

Znalazłam pierwszego grzyba i zabrałam komuś kolację.

Powiedzieć, że było pięknie, to jak nic nie powiedzieć. Byliśmy w okolicach Kasiny Wielkiej. W tle głos W., którego zaraziłam pomysłem zakupu domu, jest zapalonym narciarzem, więc szuka czegoś w Alpach i zaczął lekcje włoskiego u Achillusa!

(A moja L. namalowała mi nowy obraz. To ciągle moje miasteczko, nieustająca inspiracja. Oprawiłam go w Krakowie, bo i tak mam dwa inne do wysłania, szukam teraz najlepszej i najbezpieczniejszej opcji wysłania, ktoś? Coś?)

W niedzielę wieczorem byłam na bajecznym koncercie. Tribute to Ella Fitzgerald.

Biegną te noce i dni, nieuchronnie zbliża się dzień 4 listopada, jak dobrze, że w tym dniu będę w Kalabrii z moją Karolcią, wieczorem przylecą moi przyjaciele z Turynu, J. jest ojcem chrzestnym Karolci, znamy się prawie 40 lat, poznałam go w tym samym dniu co Nemo. Nemo odszedł w niebyt, a my z J. trwamy tak ze sobą już tyle lat, jego żona jest moją wielką przyjaciółką. Przyleci moja kochana Sylwia z Krakowa, a w piątek będzie polsko-włoska impreza, ilość gości powiększyła się o przyjaciół z Werony ale będzie się działo! Martwiłam się, że nie mam tylu kieliszków do wina, ani talerzy ale mam Rinę, więc nie mam już tego problemu. Będzie u mnie 20 osób, z czego 14 miejscowych, tylu cudownych, ciepłych i miłych dla mnie ludzi poznałam przez kilka ostatnich miesięcy. Będzie oczywiście doktorek, pisałam o nim w notce o Achillusie, pisze do mnie codziennie, moja znajomość włoskiego w sferze zwrotów romantico mocno poszybowała w górę. Ale nie uruchamiajcie wyobraźni, non mi interessa, haha.

Wszystkie łóżka będą zajęte!

Chwilo trwaj.

Li

2 Responses to Ależ

  1. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    Bardzo podoba mi się ten obraz!
    I dzięki za Ellę – to jest muzyka na jesień (choć trzeba przyznać, że tegoroczny październik nie daje powodów do narzekań – jest piękny)
    Chwilo trwaj…

    • Li's awatar Li pisze:

      Obrazy Lidii są wspaniałe! Uwielbiam je, tym bardziej że maluje je specjalnie dla mnie, a kto nie lubi być tak wyróżnionym przez artystkę:D

      Ella to Ella, wiadomo.

Skomentuj