Jestem. Bo jak nie tu, to gdzie?

11 lipca, 2011
Stoję przyklejona do barierki tarasu i serce mam ściśnięte strachem.
Mój ukochany Bobcio, biały kocur o dwukolorowych oczach wskoczył na dach sąsiedniej kamienicy i tyle go widziałam.
– Bobcioooooo, Bobciooooo….- mój rzewny zaśpiew dominuje nad okolicą zagłuszając szum miasta.
– Bobcioooooo, Bobcioooooo- łzy lecą mi po policzkach, a zwyrodniała wyobraźnia podsuwa obraz kota bezradnie  lecącego na ziemię z wysokiego czwartego piętra.
– Bobcioooooo…- po godzinie wołania głos mam już nieco schrypnięty.
-Bobcioooooo… kici, kici….- płaczę, a wieczór zasłania mi widok na okoliczne dachy.
– Bobcio!- z impetem trzaska okno w oficynie po przekątnej, prawie  vis-a-vis.
-Bobcio!- wrzeszczy sąsiad w przepoconej koszulce i o zmierzwionych włosach!
-Bobcio! Wracaj, bo  cię zapierdolę!
….
Minęło kilka dni.
Bobcio niewdzięcznik po kilku godzinach -rzecz jasna- wrócił, lekko szarawy od łażenia po krakowskich dachach.
Drogę ku dachowej wolności przez dziurę między clematisem,  a lawendą odkryła też Sasza i tyle ją widziałam…
-Saszaaaaa, Sasza…..- rzewnie wołam. Znowu łzy i ściśnięte serce.-
-Saszaaaaaa, Sasiulciuuuuu….
Trzask okna:
Sasza! Ciebie też zapierdolic? Ile kurwa  tych kotów?
….
Cztery,  proszę sąsiada.
Nie mam pomysłu jak te cholery utrzymac na tarasie. Szybki myk i już ich nie ma.
A ja umieram ze strachu.

Wróciłam.
Kto się nie cieszy, ten trąba.
A jak Wam opiszę co mi się przydarzyło wczoraj… ech:)))
Li.

No tak.

28 czerwca, 2011
Im dłużej nie  piszę bloga, tym mniej tego pragnę.
Coś czuję, że ten etap życia zaczynam mieć za sobą.
Do internetu zaglądam w celach zawodowych, czasem na jakieś blogi, ale już bez specjalnego zainteresowania.
Dni przynoszą mi nowe sprawy, a wieczory spędzam nader przyjemnie.
Są dni, że  tłucze się we mnie depresja i poczucie beznadziei, ale staram się z tym walczyć, albo poddaję się idąc spać. Łóżko i wciąż niezmienne bezpieczeństwo kołdry to ciągle moi sprzymierzeńcy.
W sumie to sama jeszcze nie wiem.
Albo przeczekam moje niechęci  i wrócę do pisania, albo zamknę za sobą drzwi i pozostawię się samotną w sieci.
Do niczego nie mam zamiaru się zmuszać, cenię sobie luksus wyboru.
W sobotę na cały dzień jadę do SPA. Możliwe, że nabiorę zapału…:)
Całusy!
Li.

Jak zwykle (nie)usprawiedliwienie.

14 czerwca, 2011
Nie mam czasu na bloga i na facetów.
Zestawienie jednego z drugim, odejmuje jednemu i dodaje drugiemu, albo odwrotnie.
I tak będzie conajmniej do czwartku, mam bardzo dużo pracy, pilnej pracy i mam bardzo duże potrzeby, pilne potrzeby.
Jedno jest zależne od drugiego, albo odwrotnie.
Z każdej strony pchają się do mnie stresy i kłopoty, ale na szczęście gdzieś tam dołem przemykają różne drobne przyjemności, wykorzystuję je do cna. Bezlitośnie.
Życie to jest jednak beznadziejnie piękna sprawa, ech…
Miłego!
Li.

Notka z serii sprawozdawczych.

9 czerwca, 2011
Nie wyrabiam. Nagle dopadła mnie taka narkotyczna chęć pisania, że … piszę.
Poza tym normalnie żyję, czyli ciągle popadam w tarapaty, z których wydobycie się zabiera mi sporo czasu. Dość wspomnieć wczorajszy dzień: musiałam jechać do Myślenic. Pamiętałam oczywiście o tym,  że auto mam na rezerwie, ale jakoś tak kojarzyłam, że to zupełnie świeża sprawa. (Wskaźnik w aucie i  owszem pokazuje  ładnie,  ile mogę jeszcze przejechać kilometrów, ale z niezrozumiałych przyczyn na cyfrze 50 zamienia się w pulsujący dystrybutor).
Pulsowalo mi tylko dwa dni, przysięgam!
I właśnie miałam zamiar jadąc do Myślenic podjechać na stację, gdy los skierował mi koła na Kleparz, na pocztę.
A potem przejechałam tylko dwa metry, stanęłam na środku drogi, za mną sznur aut i ich klaksonów.
Koszmar i kompromitacja.
Panowie kleparzowi zepchnęli mnie na bok i sobie poszli.
Zrobiłam casting wśród kolegów na tego, który najszybciej przywiezie mi kanister z paliwem. Padło na K., czekałam na niego zaledwie 50 minut, ale czym to jest wobec wieczności.
Wieczorem za to miało byc naprawdę miło, umówiłam się do kina na „Kac Vegas 2”, byłam pewna że w „Galerii Kazimierz” , dumna z siebie  że przyszłam pierwsza z przykrością dowiedziałam się, że to była „Bonarka”, szybki rajd, ech… i na początek nie zdążyłam.
(Za to śmiałam się jak pijana norka, świetny film, jak na taki film).
Potem już bez żadnych przygód spędziłam wieczór w ogródku nowej restauracji, bardzo klimatycznej na Gazowej 4, tam gdzie dawniej była Brasserie, a teraz jest Studio Qulinarne.
I tyle, sami widzicie- zajętość za zajętością, zarobiona jestem  i jeszcze to pisanie…
Na maile od Was drogie Katarzyny, odpiszę w weekend, a partner Sylwii, nasz niesforny Pan Piotr jutro wychodzi z aresztu.
No! Jeden kamień mniej!
Li.

Chwila prawdy.

7 czerwca, 2011
Książkę to jednak trudno się pisze.
Zwłaszcza jak samokrytycyzm sięga nieba, a poczucie własnej wartości męczy się w piekle.
Próbuję, piszę, kasuję, kreślę, zmieniam, szukam swojej drogi i tej szczególnej chwili,  gdy palce złapią  właściwy słowa rytm i zacznę tańczyc wśród szybko spadających na białą kartkę monitora literek.
Uwielbiam tańczyc, ale na razie z trudnością przestępuję z nogi na nogę.
Książkę to jednak trudno się pisze.
Co ja sobie myślałam?
Li.

Spokojnie, to tylko awaria wewnętrznego ciepła.

6 czerwca, 2011
Gdybym miała zwerbalizować wszystkie moje pragnienia i tęsknoty, ekran rozżarzyłby się do czerwoności od tych emocji. Bo ja w swoim środku pragnę wszystkiego co ciepłe i gorące.
Na zewnątrz może byc zimno, lubię gdy przez okna otwarte na  świat wpada zimne powietrze.
Lubię zewnętrzny chłód.
Lubię  mróz na policzkach i zmarznięty czubek nosa.
Ale popełniłam błąd w obliczeniach, dla energetycznego bezpieczeństwa wpuściłam w siebie niebezpiecznie dużo chłodu, odpowiada za zimne serce, nieczułe myśli, ścięcie dłoni mrozem do granic niezdolności do ciepłego gestu, do czułości i miękkiego dotyku.
Otoczyłam się pokrywą lodową, nie pozwalam, by doszło do mnie ciepło, w mojej prywatnej walce
z globalnym ociepleniem mam prawdziwe sukcesy- ja nie topnieję, wciąż jestem jednym lodem, lodowy pancerz skutecznie zniechęca każdego, bo nie wystarczy ogrzać mnie tylko samym oddechem, ja potrzebuję znacznie więcej.
Nie chcę topić się trochę i znowu zamarzać, chcę by moje lodowe okowy pękły raz, a skutecznie, z hukiem, który mnie ogłuszy i otumani…
Nie mam już czasu i ochoty na odwilże i przymrozki, chcę mieć za sobą epokę zlodowacenia nieodwracalnie, nie chcę w sobie więcej zimy, pragnę słonecznego lata i bardzo późnej jesieni.
I tylko tak sobie myślę, że mam chyba dwa serca, bo to drugie jest tak pełne czułości i miłości dla moich dzieci, że aż goreje.
Podjęłam ważną decyzję i znowu wywrócę sobie życie do góry nogami.
Oj, będzie się działo!
:)
Li.

Powody do NIE-ZA-KOCHANIA.

2 czerwca, 2011

Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to świat szarzeje, a niebo chyli się do piekła pod ciężarem raju pełnego niezrealizowanych obietnic.

Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to jej dusza cierpi ból od zderzeń fikcji z rzeczywistością, ciało pada z wysiłku od gonienia wyobrażeń, a wrażliwość popada w destrukcyjny samowstyd za swoje zaślepienie.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to świat szarzeje, ale nadal idzie w tym samym kierunku, bo rozczarowanie kobiety mężczyzną nie jest niczym ważnym, nie wpłynie na losy świata.
(Ot, jednostkowa to tragedia, może komedia, tragifarsa, melodramat…).
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to powstaje dziura, w którą wpada następny obiekt do rozczarowania, to taki łańcuch rozczarowań o dłuższych lub krótszych ogniwach, wieczny recycling chwilowo czarującego mężczyzny rozczarowującego za każdym razem inną kobietę.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to ma o czym rozmawiać z innymi kobietami, bo takie rozczarowanie jest jak defloracja wpisane w życie prawie każdej kobiety.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to zawsze ma nadzieję, że to ostatni raz.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną to daje mu prawo do zaczarowania rozczarowania złudzeniami.
Gdy kobieta rozczarowuje się mężczyzną, to czasem długo czeka, aż rozczarowanie minie. A to tylko życie mija, nic innego.
Ja to jednak za dużo wiem, by się zakochać.
Li.

Akcja „Sylwia”:
Wojciech
Paulina
Karolina
Agata
Doszło 117,85 złotych. W sumie 5007,86 złotych. Plus 135 dolarów. Ale fajnie:)
Dzięki wielkie dobrym ludziom z Lego, paczka doszła, a piski  radości słychać było w całej Hucie.
Dzięki też za paczkę od Anny, witaminy są dokładnie takie jakie mają być!
Sylwia fatalnie znosi upały, ale jest szczęśliwa i spokojna.
Cel został osiągnięty, moi Drodzy, Kochani, Hojni i  Najlepsi Czytelnicy. I Dano:))
Mocno całuję!


Czepialska notka.

30 Maj, 2011
Otoczona przez ponure problemy, szukam okazji do śmiechu z byle czego.
Czasem trafiam fatalnie- tak jak na wczorajszy film „Woda dla słoni”, doprawdy nie mam pojęcia jak mogłam iśc na coś tak smutnego. Na szczęście później siedziałam w miłym towarzystwie na barce na Wiśle, palily się świece konkurując z zachodem słońca, wino przyjemnie spływało w dół (zdecydowanie lepiej brzmi to bez wizualizacji), było jakoś tak wakacyjnie… są takie miejsca w Krakowie, gdzie jest się daleko stąd.
A dziś się pośmiałam. Wyjdę pewnie na zołzę, na czepialską zołzę, ale pewne rzeczy świadczą o człowieku… jak macie wpisane do telefonu swoje dzieci? Zbulwersowana Młodsza doniosła mi, że i ona i Starsza w telefonie ojca figurują z imienia i nazwiska. Bez zdrobnień. Mnie też tak wpisał, ale między imieniem a nazwiskiem jest przerywnik- ex wife, haha, jestem Monika ex wife i tu nazwisko. Żeby nie zapomniał?
Albo dla porządku… haha, zdecydowanie dla porządku.
Mnie to tam może wpisywac jak chce, ale dzieci?
Jak wpisujecie swoje dzieci? Moja Starsza u mnie w telefonie to Bimbuś, a Młodsza to Gusiek.
Z imienia i nazwiska mam wpisanych klientów i natrętów. Kontakty formalne.
(A kobieta koń wpisana jest wyjątkowo pieszczotliwie, to tak tytułem kontrastu, ale przecież wiadomo, że ja to się czepiam).
Szkoda tylko, że tata dał dziecku telefon do zabawy, a dziecko ciekawskie.
Z czego morał, że komórki naprawdę są niebezpieczne… dla emocji.
Li.

Cześć i czołem:)

26 Maj, 2011
Z przyjemnością zauważam nowe IP. Dużo nowych IP.
Beznamiętne bebechy bloga pokazują nawet i to, że sięgacie do pierwszych notek (to już wiecie, że miewam ataki logorei).
Domyślam się skąd do mnie trafiliście, ha! Nie ma to jak zakumplować się ze świetnie pisanym  blogiem.
Witam więc serdecznie, robię kawę z mlekiem, herbaty wszelakie i co tam jeszcze chcecie, uwielbiam mieć gości.
Nawet w taki dzień jak dziś, gdy zawalona pracą nie mam czasu na opisanie subtelnego  powiewu rześkiego powietrza i niebieskiego nieba.
Miłego dnia!
Li.

Przelotem, bo tonę w robocie, a przecież nie umiem pływać.

25 Maj, 2011
Za oknem bije mi kościelny dzwon, a we mnie bije wezbrane źródło wdzięczności.
Ludzie, no powiem Wam: hoho! Ale jesteście, wiecie?
Istne zaprzeczenie znieczulicy- podnosicie statystyki wrażliwości i wiary w ludzi.
Znowu przybyło!
Od:
Pawła (choć ja wiem, że to od Karoliny, słusznie moja droga Karlo zrobiłaś przelew z konta męża, wszak stara, mądra zasada sukcesu w ekonomii małżeńskiej mówi tak: męża pieniądze, to nasze pieniądze, a moje pieniądze, to moje pieniądze. :))
Barbary
Małgorzaty
Ilony
Dominiki
Szczepana i Jadwigi
Joanny,
Anny.
W sumie więcej o 714,35 zł. Kwota ogólna to: 4890,01 zł. plus 115 dolców.
No!
Donoszę również, że serwisant przeżył, naprawił mi zmywarkę wymieniając wadliwą część (podobno od razu rzucającą się w oczy). Innym jakoś się nie rzuciło.
Dostał kawę, a moje naczynia nareszcie lśnią.
Przykro mi, że nie jestem w stanie wykrzesać z tego więcej sensacji:))
Li.

Padam, ale posłusznie melduję:)

24 Maj, 2011
Nie bylo mnie tu prawie cały dzień.
Padam na nos, ale spieszę ze sprawozdaniem!
Bardzo, bardzo chcę podziękować tajemniczym ofiarodawcom dwóch ciężkich paczek, m.in  z zabawkami firmy Mattel, dzieci przeżyły szok! (Nie mówiąc o ich matce).
A stan konta moi Drodzy, a właściwie nie bójmy się tego słowa- moi Kochani wygląda tak:
Doszły wpłaty od:
Agaty
Małgorzaty
Anny
Dominiki
Zosi i Piotrka
Romany
Moniki
Krystyny.
W sumie mamy więcej o 250 złotych.
Czyli  4175,66 złotych plus niezmiennie 115 zielonych.
Kurczę, dziś miałam okropny dzień- do południa sprawa spadkowa po tacie, co przyjemne nie było nawet dla takiej sądowej wygi jak ja, potem tysiące problemów, w domu kolejny raz zepsuła się zmywarka i wisi nade mną jutrzejsza konieczność zabicia serwisanta, bo inaczej to  mi jej nie wymienią, fatalny wtorek-potworek i przynajmniej świadomość, że jakieś jedno moje działanie ma sens.
Bo wszystko inne to o kant… ech.

Ale a propos sensownego działania, ogłaszam koniec akcji „Sylwia”.
Wpłynęło dość pieniędzy na dwumiesięczne utrzymanie tej miłej rodzinki, a ja nie chcę Was wykorzystywać (poza mężczyznami rzecz jasna, tych wykorzystywać wprost uwielbiam:).
Jakby co, to powtarzamy nasz zryw, ale tylko w sytuacji, gdyby wymiar (nie)sprawiedliwości zapragnął potrzymać jeszcze Pana Piotra w izolacji od społeczeństwa, ok?
Czuj czuj czuwaj!
Idę spać, wprost niemożliwie jestem zmęczona.
W Krakowie upajająco pachną akacje, wróciłam niedawno z Rynku… a ten wieczór taki piękny, że szłam piechotą (i niech wybaczy mi Pan Słowik).
Li.

Cieszę się, że Was mam:)

23 Maj, 2011

I jeszcze dziś od:
Babci B.
Lucyny
Andrzeja
Marcina
Patrycji
Katarzyny
Anny
W puli już jeeeeeeeeeeest  3925,66 zł plus 115 zielonych
Nie macie pojęcia jaka ta dziewczyna jest szczęśliwa!
Ja przy okazji też;-))
Li.


Sprawozdanie aktualizowane na bieżąco i jakże budujące:)

23 Maj, 2011

Na obecną chwilę doszły jeszcze wpłaty od:
Sylwii
Trzech Ann,
Weroniki
Mateusza
Basi
Piotrusia,
Agaty,
Trzech Magdalen
Pauliny
Dwóch Iwon
Dwóch Ew
Czterech Katarzyn (ale zaszalałaś Kaśka:)
Marzeny
Igi
Karoliny
Trzech Agnieszek
Marcina
Krzysztofa
Sprzedaży Internetowej
Wojciecha
Joanny
Janusza
Anity
Aleksandry

W sumie jest: 3630, 66  zł. plus 115 $ USD!!!
Cudna jest ta groszowa końcówka:)

I jeszcze dodam kilka słów, po dyskusji w komentarzach na blogu Chustki, gdzie zostałam nazwana (ale w dobrym Waszym towarzystwie:) „paniusią o złotym serduszku”.
Owszem, przyznaję- jest to pomoc doraźna. A dlaczego doraźna?
Ano dlatego, że gdy ta rodzina funkcjonuje w sposób prawidłowy to pomocy nie potrzebuje:
on pracuje i zarabia na utrzymanie, ona zajmuje się dziecmi i prowadzi dom, dzieci są zadbane, świetnie się uczą, w domu zawsze jest ciepły obiad i choc żyją skromnie, to nie są w biedzie.
Gdy zabrakło żywiciela rodziny porządek ich świata przewrócił się i nie był w stanie wstac bez Waszej pomocy.
Tu nie ma widowiskowej biedy, braku zębów, prądu i wody.
Tu jest bieda ukryta, czysta podłoga i pusta lodówka.
Taka bieda, która nie leży w kręgu zainteresowania opieki społecznej.
Taka bieda ma niestety dużo wstydu.
I tak jak napisałam- albo ktoś pomoże ze zwykłego współczucia dla ciężkiej sytuacji Sylwii, albo niech zamilknie i nie wymądrza się o wędkach. Tu nie jest potrzebna wędka.
Zresztą i najlepsza wędka nie pomoże kobiecie z malutkim dzieckiem i w ciąży.
To nie jest czas na zaczynanie pracy.
Jak pan domu wróci, to o Sylwii pisac nie będę, bo będą sobie dawac radę sami.
No!

Li.


Kawa na ławę:)

21 Maj, 2011

Wpłaty od:
trzech  Elżbiet,
trzech Agnieszek,
Krzysztofa,
Agaty,
Olgi,
Kamilli,
Macieja,
Iwony,
Anny,
dwóch Mart,
Mai,
trzech Barbar,
Anny,
trzech Monik,
trzech Joann,
Emilii,
Kingi,
Katarzyny,
Marioli,
Marty,
Pauliny,
Małgorzaty.
Na dzień dzisiejszy: 1220,00 zł.
C-U-D-O-W-N-I-E.
Li.


SWIFT I IBAN:)

20 Maj, 2011

Dostałam maila z ING.

Szanowna Pani Dziękuję za odwiedzenie naszej witryny internetowej.
W odpowiedzi na Pani e-mail uprzejmie informuję, iż w celu dokonania przelewu na rachunek w ING Banku Śląskim z zagranicy niezbędne jest podanie kodu SWIFT, który jest taki sam dla wszystkich Oddziałów: INGBPLPW oraz numeru rachunku w formacie IBAN, który tworzymy poprzez dodanie skrótu PL przed standardowym, 26-cyfrowym numerem rachunku.
Z poważaniem Małgorzata Grela-Gruszka ING Bank Śląski S.A.

Czyli:
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
SWIFT: INGBPLPW
IBAN: PL65105014451000009070553459
Paypal: Mo67@poczta.fm

Sylwia nie ma dostępu do internetu, musiała zrezygnowac z usługi, jak się nie ma na chleb, to nie je się ciastek. Ale dała mi dostęp do swojego konta bankowego i jutro napiszę co i jak.
Dziś już mam ochotę tylko na wtulenie się w poduszkę i kota.
Zasypiam…

Ulżyło mi, naprawdę mi ulżyło. Dzięki wielkie za pomoc!
Dobrej nocy,
Li.


List proszący.

20 Maj, 2011
Dzień dobry w ten upalny piątek.
Do pracy idę dziś w samo południe, spokojnie mogę więc pic kawę i patrzec jak moje koty grzeją sobie brzuchy o przyjemnie nagrzaną terakotę na tarasie.
Dzieci w szkole, jestem sama w domu, co to za błogosławiony stan.
Otwieram kalendarz, ostatnio zapisuję wszystko co mam do zrobienia, bo inaczej moja działająca wybiórczo pamięc starannie pomija rzeczy ważne, trudne, obciążające, czasochłonne i denerwujące.
(Kupiłam sobie lecytynę na jej poprawę, ale ciągle o  niej zapominam…)
Pod jedną z pozycji porządkującej mi dzień mam wizytę u Sylwii– wożę w bagażniku pampersy i trochę jedzenia.
Mam ogromne wyrzuty sumienia- zajęta swoimi sprawami nie kontaktowałam się z nią przez dwa miesiące, a ona nie chciała mi przeszkadzac, wiedząc jaka jest sytuacja z tatą.
Co zastałam?
Zastałam kobietę w zaawansowanej ciąży z drugim dzieckiem na rękach i z pozostałą dwójką odrabiającą lekcje. Mam wrażenie, że oni wszyscy są przezroczyści. Nie dojadają.
Częściowo za mieszkanie płaci MOPS, ale tylko za czynsz, nie płaci za media.
Pieniądze jakie dostała od Was po mojej pierwszej prośbie pozwoliły jej przeżyc przez trzy miesiące.
Bardzo za to dziękuję! Ale… trzeba pomóc jeszcze  raz.
Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że jej partner wyjdzie z tego aresztu w czerwcu.
(Moim zdaniem nie powinien spędzic tam ani jednego dnia, ale niezbadane są ścieżki myślenia polskiej prokuratury).
Termin porodu wyznaczony jest na początek sierpnia.
Trzeba jej pomóc,  zwyczajnie trzeba.
Nie zbieram pieniędzy na operację ratującą życie, zbieram pieniądze na jedzenie dla trójki dzieci i ich matki.
Nie na rzeczy zbędne- tylko na chleb, pampersy, jakieś mięso do zupy i mleko.
Proszę Was o małe wpłaty, dosłownie o 20 zł. Ale gdyby choc co drugi z moich czytelników tyle wpłacił, to kamień spadłby mi z serca.
Pomagam jej sama, ale nie jestem w stanie wziąc na utrzymanie całej rodziny.
Mieszkanie z rachunkami  to 1500 zlotych (z czego MOPS płaci 1000 zł), pampersy miesięcznie ok 150 zł, jedzenie licząc tylko 10 zł na jedną osobę dziennie- czyli 40 razy 30= 1200 złotych, no powiedzmy, że tu można obciąc do 1000 zł, jakieś proszki, jakieś mydło, jakaś składka w szkole dla dzieci, jakiś zeszyt… każdy, kto prowadzi dom wie jak jest.
Tak, wiem- sama doprowadziła się do takiej sytuacji- najpierw wyszła za mąż za prawdziwego, nieodpowiedzialnego idiotę, z którym ma dwójkę dzieci, potem związała się z wydawało się porządnym facetem, z którym będzie miec dwójkę dzieci, ale przeszłości już się nie zmieni.
Jest trójka dzieci, czwarte w drodze, jest samotna kobieta bez pieniędzy, jest jej facet w areszcie pod Częstochową, piszący do niej płaczliwe listy, jak to jest mu tam źle i że nie ma pojęcia jak ona sobie radzi. Iście  po męsku! (jakby to rzekła Panna Kornelia:).
Wiem, że kilka osób wpłaciło już pieniądze (Jola, Kinga, Monika, nawet dwie Moniki, Joanna, Emilia, Katarzyna, Elżbieta- to są wpłaty z maja, po mojej ostatniej notce, dziewczyny mocno Was całuję, niektóre nawet osobiście!), ale ja pragnę i liczę na taki zryw jak w styczniu!
Niech ta kobieta przestanie  tak strasznie się martwic i zazna choc trochę spokoju!
A gdzie mężczyźni? Ci wszyscy cudowni, wrażliwi mężczyźni czytający mojego bloga?
Pomożecie?
Li.
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
I nie piszcie, że jest sama sobie winna.
Może i trochę jest, bo najwidoczniej ma braki w wiedzy o antykoncepcji.
Ale te dzieci na świecie już są, a ona jest naprawdę bardzo dobrą, czułą, troskliwą matką.
Głęboko wierzę w to, że gdy pojawi się nareszcie jej partner to wyjdą na prostą, on jest bardzo pracowity,
dbał o rodzinę, a dla pierwszej dwójki- Agnieszki i Krystiana, porzuconych przez ojca (nie widziały go już na pewno od trzech lat, jak nie dłużej) był prawdziwym tatą.
Zaakceptował, pokochał i traktował jak swoje własne.
Trzeba pomóc i już!

Banalny koniec pięknej historii.

18 Maj, 2011

POCZĄTEK, CZYLI U MNIE ŻYJESZ INTENSYWNIE, ALE O TYM NIE WIESZ.

Od pewnego czasu, a dokładnie od jesieni 2008-go roku, gdy drzewa na podwórku straciły liście i odsłoniły okna sąsiedniej kamienicy,  podglądam kawałek cudzego życia vis-a-vis, obleczonego w niezłą męską postać.
Widziałam go w dniu  moich urodzin.
Długo z kimś rozmawiał przez telefon, a potem tak jakoś zastygł na kilkanaście minut, a ja empatycznie przez podwórko czułam jego rozpacz.
Raz widziałam przy nim kobietę, ale nie dotykali się, rozmawiali niespiesznie, bez gestów, może to było smutne stwierdzenie niemiłości, a może tylko żal niemożności ze sobą bycia.
Potem ona odeszła, a on długo stał w oknie.
Patrzyłam na niego w swojej niewidoczności i nie chcąc panowac nad wyobraźnią podarowałam mu ładne oczy, mężczyźni z moich fantazji zawsze mają ładne oczy i  podszyte  śmiechem zmarszczki.
Intryguje mnie.
Układam mu życie.
Stoję sobie z kieliszkiem wina i przez ponure, przedzielone rozwalającym się płotem podwórko snuję szalone fantazje.
Bawi mnie to, dałam mu na imię Jacek, rozwiodłam, byłą żonę wysłałam z dzieckiem do Nowej Zelandii, od dwóch lat nie widział syna (Nowa Zelandia brzmi bardzo nostalgicznie).
Widzę go o różnych porach, musi mieć wolny zawód.
Może jest dziennikarzem?
Widzę na ścianach dużo obrazów, piękną lampę nad stołem, myślę, że lubi ładne przedmioty.
Na jedynym obrazie, którego szczegóły mogę zobaczyć jest uśmiechnięty kot w ubraniu weneckiego doży, dziwne… kiedyś jeden ważny dla mnie mężczyzna opowiadał mi, że taki obraz przywiózł sobie z Wenecji…
(Widocznie to konfekcja, ale urokliwa).
Wymyślam mu kolor pościeli, ulubioną wodę, (wiadomo, że  brązowy Gucci), muzykę- ma tysiące płyt, książek, kolekcjonuje różne dziwne, ale przydatne przedmioty, jak stare kotwice- przecież każdy w końcu kiedyś gdzieś musi przycumować…

Z żałością patrzę na coraz bardziej nabrzmiewające pąki na drzewach.

Gdy wybuchnie wiosna i zamiast mnie, będą go oglądać liście, wyobraźnia będzie musiała pracować jeszcze intensywniej.
Przecież nie mogę zabrać mu życia. Takie jego second life w mojej głowie.
Gdy nie mamy kogoś, by za nim tęsknić, musimy go sobie wymyślić.

To nie Lec, to ja, ale brzmi jak klasyka.

ZIMA 2009-GO, A MOŻE MAM W TWOJEJ GŁOWIE SWOJE ŻYCIE?
Dawno nie widziałam mojego tajemniczego sąsiada vis-a-vis.
Latem zazdrosne liście podwórkowych drzew, filtrując przez siebie światło jego lampy nie pozwalają mi go zobaczyć.
Mogę na niego patrzeć tylko jesienią i zimą, gdy odwieczne prawo natury wystawia nagość drzew na widok publiczny, odsłaniając mi jego okno.
I patrzyłam tak na niego do znudzenia nigdy mnie nie ogarniającego, bo moja wyobraźnia mi na to nie pozwalała. Snułam sobie coraz bardziej fantastyczne wizje na jego temat, z czasem podszyte fascynującym lekkim erotyzmem.
Pewnego dnia zniknął, może wyjechał w poszukiwaniu ciepła, a ciemne okna jego mieszkania stały się dla mnie tak oczywiste jak stary mur sąsiedniej kamienicy- nie zauważałam ich, wrosły w krajobraz i przestały przykuwać uwagę.
Do dziś.
Jego cień zauważyłam późnym wieczorem.
Wyłączyłam lampę i z kubkiem herbaty stanęłam w oknie, miałam go na wyciągnięcie ręki, między nami nic nie było, bo przeszkadzające mi kiedyś, miotające się na wietrze gałęzie, niedawno poniosły za to karę i teraz prowadzą ustabilizowane życie wielkiej kupy chrustu w kącie podwórka.
Patrzyłam na obcego, bliskiego mi człowieka, widziałam mój ulubiony obraz nad jego stołem-portret uśmiechniętego kota w przebraniu weneckiego doży, patrzyłam jak siedzi z laptopem przy stole, jak pije coś z białej filiżanki, jak mimowolnym ruchem mierzwi sobie gęste włosy, jak odchyla się na krześle zastanawiając się pewnie nad każdym do napisania słowem, jak wstaje, robi kilka szybkich kroków, jak siada, jak rozmawia długo przez telefon, jak podchodzi do okna i … jak patrzy w moje ciemne okna i jak podnosi rękę w geście… powitania?

Uciekłam, usiadłam w ciemnym kącie pokoju, w którym na pewno nie mógł mnie zobaczyć, przestraszyłam się… a może tylko poruszyło mnie to, że to ja mogę prowadzić second life w czyjejś głowie, że te słowa, jakie pisał w swoim laptopie, mogły być o mnie, tajemniczej nieznajomej z vis-a-vis.

WIOSNA 2011-go ROKU  I BANALNY KONIEC TEJ PIĘKNEJ HISTORII.
Dziś zobaczyłam szeroko otwarte okna,  stosy kartonów i dwoje młodych ludzi z małym dzieckiem.
Poczułam  żal do losu,  że nigdy już nie dowiem się kim był mężczyzna, którego widziałam tak blisko, że czułam jego zapach, dotyk,   miękkość włosów i szorstkość policzka.
Li.

A takie tam… :)

17 Maj, 2011
Wywiadówki zawsze wpędzają mnie w zły humor
Po pierwsze: to straszne, starzeję się.
Po drugie: na papierze dostaję potwierdzenie, że  moje dzieci nie są genialne.
Po trzecie: mam pretensje do losu, dlaczego to po mnie musiały dostac gen zdolnego lenia, a nie dostały po  tatusiu prof. dr hab. tego z zamiłowaniem do codziennej i systematycznej nauki?
Teksty mojej młodszej córki rozwalają mnie, nim zacznę się złościc:
– Mami, chcesz żebym w  życiu była szczęśliwa czy nieszczęśliwa?
– no jasne, że chcę  byś była szczęśliwa!
– o, to mogę nie chodzic do szkoły?
Przychodzę ze szkoły z groźną miną i z sms-ową zapowiedzią awantury.
Młodsza już w drzwiach przystępuje do ofensywy:

o co Ci chodzi, no o co? Przecież mówię Ci o każdej dobrej ocenie i prawie o każdej złej!

Rety, zaczynam się śmiac i to by było na tyle marzeń o autorytecie.
:)
Li.


O pragnieniu napisania o stanie nie-do-opisania.

16 Maj, 2011
Tandetnie cudowna noc.
Gruby szlafrok w biało-szare pasy, zapach balsamu do ciała, wino które wyjątkowo mi smakuje, Chris Botti i snujące się między nutami koty.
Nie mam ochoty na sen, mam ochotę na czarowny wieczór w towarzystwie.
Widzę, że nie jestem sama, czytacie mnie, może też jesteście w ciepłym półmroku… niech zrobi się intymnie
i tajemniczo…, a ja międzywinnie i  niewinnie będę pisac…

Byłam dziś u Dżordża.
Bez smutku i rozpaczy, zupełnie zwyczajnie zaniosłam mu kwiaty i zapaliłam znicze. Zawsze lubił byc dopieszczany pamięcią.
Dżordża nie ma, zbieranego przez niego na stoliku stosu gazet też nie ma.
A co na to Lec?
Wielka jest siła nicości, nic jej nie można zrobic.

Mama wykopała mi z ogrodu mnóstwo sadzonek.
Mają stanowic ozdobę kamienicznego podwórka, pod warunkiem że przeżyją noc w bagażniku, wszak
nie ściągnę szlafroka i nie odstawię wina dla ogrodnictwa.
W dodatku w TAKĄ noc.
Pomyślę o tym jutro.

W półmrocznych przytulnościach, podlanych trąbką, głosem Shawn Colvin i refleksami na rubinowym kieliszku można  łatwo wpaśc w pułapkę przekonania o tym, że la vie e bella.
A co na to Lec?
Życie ma i ciemne strony, to resztka jego przyzwoitości.

Trąbka budzi mocno uśpione czułe strony mojej duszy.
Czasami myślę o tym jak bardzo są mi one niepotrzebne, jak mnie uwrażliwiają nie-wiadomo-po-co, jak zawsze znajdują drogę do moich łez, jak mnie osłabiają wydobywając się na powierzchnię  jak nikomu niepotrzebne wykopalisko.
Chcę byc twarda i niezłomna, a wychodzi to co zwykle- miękkości pod pancerzykiem skorpiona, oj jakie miękkości…
(ojtam, ojtam, jeszcze trochę rozczarowań, problemów i strat wśród „moich ludzi”, a skamienieję. Skamienieję na amen).
A co na to Lec?
Serce człowieka bije drugiego niemiłosiernie.

Idę do łóżka. Mam przytulny, ciepły  dom, czuję się w nim bezpiecznie.

Pamiętajcie o Sylwii!
(I o ogrodach…)
:)
Li.


Z przestworzy na ziemię leci się krótko.

14 Maj, 2011
Po co tu wchodzicie? (Ale niemiłe to pytanie:)) U mnie nihil novi.
Spadłam z przestworzy  i trochę się potłukłam.
Nie piszę, bo  chwilowo jestem kobietą na skraju wyczerpania.
W sobotę wylądowałam na SOR-ze.
Tomograf,  USG, EKG, morfologia, 200/130, potem 90/60, potem znowu jakieś szaleństwa własnego środka nad którym nie mam kontroli.
Robi sobie co chce, bezczelny typek.
Koncentruję się na przeżyciu kolejnego dnia. Cieszę się gdy nie boli mnie głowa.
Cieszę się jak uda mi się przespać noc.
Nie odbieram telefonów po 22.00, bo  wtedy już śpię.
Wstaję rano, trawa rośnie, problemy też, wyjechałam za daleko i muszę zwyczajnie wrócić do siebie, po drodze załatwiając tylko życie.
Łatwizna… ale na pisanie nie mam siły.
Pytacie o Sylwię. Bardzo potrzebuje pomocy, chyba nawet bardziej niż ostatnio.
Szanowny partner ciągle aresztowany, do 15-go czerwca, a jej ciąża jest już bardzo zaawansowana i ma  ciężki przebieg.
Sylwia jest bardzo samotna, nie ma przecież żadnej pomocy ze strony rodziny, naprawdę nie mam pojęcia jak ona daje sobie radę. Widzę tylko jak bardzo jest smutna i zmęczona.
Ale ja nie mam odwagi prosić Was o kolejne datki!  Jakoś dam sobie z tym radę sama.
Chyba. Chyba?
No więc jednak proszę, bardzo proszę. Pomóżcie. Bo ja też jestem już trochę zmęczona.
10, 20, 30, 40, 50… zł.
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
Li.
UPDATE:
Blogger oszalał i najpierw bez mojej zgody i wiedzy  skasował tę notkę, napisaną nota bene w czwartek wieczorem, w piątek ukrywał ją gdzieś w swoich czeluściach, nie pozwalając mi wejśc w bebechy własnego bloga i dziś ją przywrócił, ale bez Waszych komentarzy! Przepraszam, ale nie mam na to  żadnego wpływu.

Problemy techniczne.

4 Maj, 2011

Mój domowy laptop zepsuł sobie sam matrycę. Bo jak nie on, to kto?
Oddany do naprawy tęskni. Na pewno tęskni.
Dzieci są niewdzięczne i nie chcą dzielić ze mną swoich laptopów.
(Nie wiedzą, że to prosta droga do wydziedziczenia).
Odcięta od sieci w domu, w pracy nie mam czasu na pisanie bloga.
Wieczorami, w łóżku  na http://www.vod.onet.pl/ nie mogę oglądać swoich ulubionych, obciachowych seriali.
Pozostaje mi czekać na dobry humor serwisanta. To przekleństwo posiadania gwarancji.
A dziś w dodatku jest Moniki, Floriana i Wieńczysława.
Nie znam żadnego Floriana. Piękne imię…
4-go maja! Zapomniało się, co?
Moje imienniczki mocno całuję!
Li.


Przelotem, bo ja fruwam w przestworzach!

21 kwietnia, 2011
Nie piszę bloga. To stan wyjątkowy!
Od grudnia 2006 roku pisałam niemal bez przerwy i prawie codziennie! (Poza oczywiście kilkudniowymi fochami, gdy obrażałam się na wyniki konkursu na bloga roku, haha…).
Nie piszę, bo nie mam czasu.
Prozaiczny powód zapracowanej kobiety, matki dwóch barwnych osobowości, poddanej czterech kotów i pani jednego psa.
A nie mam czasu na pisanie na blogu, bo:
1. trzy razy w tygodniu po dwie godziny ćwiczę pod okiem bezlitosnej, acz  cudownej instruktorki i nie ma zmiłuj się. Ćwiczenia wraz z dojazdem i obowiązkową kawą  z dziewczynami  „po” zabierają mi jednorazowo cztery godziny. Cztery godziny razy trzy  to dwanaście godzin tygodniowo. Pół doby!
A tu jeszcze kije i takie tam inne…
(Bardzo ciężkim jest prowadzenie zdrowego trybu życia, ale jakoś wytrzymam :)
2. conajmniej dwa razy w tygodniu chodzę do kina, bo nareszcie znalazłam kogoś, kto kino uwielbia tak jak ja!
3. cieszę się wiosną i zapachem kwitnących drzew.
4. znowu kocham życie nad życie  i w aucie głośno słucham muzyki.
5. dziś strawiłam dwie godziny na robieniu sobie manicure u Pana Kamila, który  ma  piękną twarz geja.
6. tęsknię za Tatą i za każdym razem, gdy przejeżdżam obok cmentarza mówię mu „Cześć Tato”, wtedy zawsze sobie popłaczę, ale i tak nie zmienię przeszłości,  więc nie roztkliwiam się nad faktem bycia dorosłą półsierotą.
7. planuję rzeczy ważne i przyjemności.
8. pogoda ducha mnie nie opuszcza, ale naprawdę nie mam czasu tego opisywać, bo muszę dużo spać, conajmniej osiem godzin. Wstaję wcześnie rano, trawa rośnie, słońce świeci, mam dużo energii i ciągle się śmieję. To zasługa intensywnego ruchu i zaprawdę powiadam Wam- ruszajcie się!
9. nie ma Pani Jadzi, sama myję okna, czerpiąc z tego niespodziewaną przyjemność!
9. piszę książkę i myślę, że mi się uda. A jak mi się nie uda, to niektórzy będą się cieszyć, ale Ci na których mi zależy, na pewno nie- i to jest mój bonus od życia, fajni ludzie przy mnie na dobre i na złe.
Ściskam mocno wszystkich, niebawem wrócę do pisania bloga. Nastąpi to w dniu,  w którym  nie będę mieć już żadnych pisarskich zaległości w pracy. Bo na razie to hoho!
Odkopuję się!
Li.

(Nie)usprawiedliwienie.

15 kwietnia, 2011

Brakuje mi godzin.
Ilość otaczających mnie ścisłym pierścieniem spraw nie pozwala dojść do mnie wolnemu czasowi.
Wieczorem padam, rano wstaję.
Muszę się odkopać.
I dlatego jest tak  jak jest.
Miłego!
Li.


W tle toczyły się inne sprawy…

10 kwietnia, 2011
Poznałam jakiś czas temu  dwie świetne kobiety. Dwie A.
Każdą z nich osobno, każda z innej bajki, ale dopasowałyśmy się jak kawałki układanki, śmiejemy się prawie bez przerwy, zawsze po naszym spotkaniu czuję jak rosną mi skrzydła.
Jeden z tych kawałków, to  kobieta z wyjątkowym zacięciem do propagowania zdrowego trybu życia, do sportu i z wyjątkową determinacją, by to zacięcie przenosić dalej. No i skutecznie przenosi i  choć ostatnio byłam mało dyspozycyjna i charakteryzowała mnie duża absencja na zajęciach obowiązkowych, teraz oddaję się w jej ręce.
Zacięcie A. skutkuje nordic walking trzy razy w tygodniu, a zacięcie drugiej A. wynajęciem trenerki na siłownię dwa razy w tygodniu. Nordic walking, czyli tzw akcja  „idziemy na kije”, to prawdziwe wyzwanie i mówię to każdemu, kto puka się w głowę, mając przed oczami staruszki podpierające się kijami.
Prawidłowa technika chodu wymusza napięcie 95% wszystkich mięśni ciała, nawet tych o których nie wiedziało się, że je się ma.
Na drugi dzień trudno utrzymać w ręce kubek z kawą.
Ogromną zaletą kijów jest możliwość rozmowy- idziesz sobie wzdłuż Wisły do Tyńca, wiatr we włosach, powietrze, przestrzeń i gadanie bez końca. A jaka dotleniona cera, ha!
Potem obowiązkowa kawa, a w soboty i niedzielę śniadanie w przecudnej, klimatycznej  knajpce „Cava”  przy Nadwiślańskiej.
(Kto chce może się do nas przyłączyć, im większa grupa tym lepiej!).
Dziś późnym popołudniem idziemy poćwiczyć z Dorotą, trenerką idealną.
Nic się przed nią nie ukryje, nie da się „ciągnąć przedramionami”, nie da się źle podnieść nogi, nie da się pomarkować, trzeba ćwiczyć i już.
To jest mi teraz najbardziej potrzebne, doprowadzenie się do stanu używalności i przedłużenie terminu do spożycia.
Mnóstwo spraw do załatwienia w tym życiu jest jeszcze przede mną.
Wstaję z łóżka, dziś posybaryczyłam sobie do granic nieprzyzwoitości.
Li.

Cudownie wolna sobota.

9 kwietnia, 2011
Stres wypływa ze mnie wąskim ujściem, boleśnie obijając się o moje receptory bólu.
Boli mnie głowa tak bardzo, że nie byłam w stanie wyjść z domu na umówione spotkanie.
Piję kolejną herbatę, moszczę się wygodnie w łóżku, pachnie rosnąca pianą w wannie sól kąpielowa, czas na czynności samoratunkowe, bo jak ja sama siebie nie uratuję, to kto?
Mam ochotę na same przyjemności domowe, umyję okno, może nawet dwa, odkurzę moje łososiowe szkło, zrobię dobry obiad, pomorduję koty z kurzu zalegające w kątach, pomaluję ciągle nieskończoną ściankę w kuchni i zaraz nałożę sobie na twarz maseczkę.
Mówcie dziś do mnie cura domestica.
:)
Li.

Cześć Dżordż, spoczywaj w spokoju.

8 kwietnia, 2011
Mój protoplasta w postaci prochu idealnie dopasował się do obłych ścianek urny, wybraliśmy naprawdę ładną, z czarnego szkła, trochę w kształcie greckiej amfory na wino.
Pogrzeb, wieńce, kwiaty, ludzie,  potem stypa z całą jej niekonsekwencją śmiechu przy tak smutnej okazji, no i clou programu- słynny bigos, ostatni bigos zrobiony przez Tatę, zamrożony i zgodnie z jego życzeniem podany gościom na stypie.
Już nie jestem smutna, bo wypłakana i wyżalona czuję, że znowu nadszedł czas na odrodzenie.
Mam przecież jego geny, póki ja żyję, żyje we mnie on, zarządzam więc  koniec wątku chorobowo-krematoryjno-pogrzebowego, z zakazem kontynuacji.
Idę spać, od jutra życie znowu na mnie czeka z tym co ma za rogiem.
Zrobię sobie jakieś plany, zapiszę założenia, może zdarzy się cud i coś mi przypadkiem wyjdzie?
Czuję pragnienie, czuję wielkie pragnienie.
Li.

Myśli rozsypane i jeszcze nieuczesane.

7 kwietnia, 2011
Wczoraj moja przyjaciółka K. urodziła synka. Szczęściara- trzecie dziecko!
Zawsze chciałam mieć trójkę dzieci, to moje niezrealizowane pragnienie, ech … a tu zegar biologiczny pokazuje swoje, niestety… (o tak nieistotnym szczególe jak brak odpowiedniego kandydata na ojca nie ma co wspominać).
Czasem słońce, czasem deszcz…
Wstałam o piątej rano, bo sny bijąc  się z myślami nie dały mi spać, zaczęłam sprzątać, nastawiać pranie, kręcić się po domu, budzić koty, pić kawę i niechętnie myśleć o dzisiejszym dniu.
O 15.30 muszę być w Rudzie Śląskiej, czeka tam na nas Tata, nie można  zostawić go samego w obliczu kremacji, wierzę, że nasza obecność jest mu potrzebna.
Jutro pogrzeb, przyjadą ludzie z całej Polski, jakoś trzeba będzie to ogarnąć, choć dziś jeszcze nie mam pojęcia jak.
Drzewa za oknem zielenieją, przyszła wiosna, Taty nie ma, a życie i tak jest piękne.
Piękna niesprawiedliwość losu.
Li.

Życie chyba jednak nie lubi dalekosiężnych planów.

6 kwietnia, 2011
I znowu mijają noce i dni, chodzę po świecie z kolejną dziurą w sercu, dzieci chodzą do szkoły, z psem trzeba wyjść na spacer, wczoraj byłam na manicure, po dzisiejszej środzie będzie jutrzejszy czwartek, a po nocy przychodzi dzień.
Mam godzinę dla siebie, schną mi włosy, paruje kawa z mlekiem, obok mnie koty i pies, jutro kremacja, ostateczne unicestwienie materii, urna z popiołem i niekończący się serial wspomnieniowy w pamięci.
Szkoda mi Taty, tak bardzo mi go szkoda.
Ciągle odkładał życie na później, wydawało mu się, że ma dużo czasu, że jeszcze zdąży pojechać w tyle miejsc, że jeszcze zdąży przeczytać następną część książki znalezionej pod choinką.
Szkoda mi Taty bo planując przyszłość,  nie przewidział teraźniejszości.
Li.

Żal i ulga.pl

5 kwietnia, 2011
Myślałam, że potrafię pisać o wszystkim, a jednak o odchodzeniu mojego Taty pisać nie umiałam.
Wczoraj rano zmarł w ramionach Mamy, żal przeplata się z ulgą, ostatni miesiąc życia był dla niego naprawdę ciężki, a najbardziej męczył się myślą, że już nic nie da się zrobić.
Pewnie wszystko będzie jak dawniej,  nie będzie tylko Taty.
Nazywaliśmy Go „Dżordż”.
-Cześć Dżordż- mówiłam na powitanie
-Cześć Moniek!-odpowiadał za każdym razem.
Tylko On mnie tak nazywał.
Li.

28 marca, 2011

Przeżywam stany w skali  dotąd mi nieznanej.
Gubię się w nich i desperacko  szukając poczucia bezpieczeństwa  najchętniej nie opuszczałabym granic łóżka, tu czuję się najlepiej.
Stany depresyjne? Możliwe. I na mnie musiała przyjść pora Wielkiej Smuty.
Boli mnie cały mój środek, szalejący w nim niepokój czyni spustoszenia, wznieca pożary i powodzie łez.
Nie piszę, nie odpowiadam na maile, nie wchodzę na gg, nie chce mi się gadać przez telefon, nie chce mi się z nikim spotykać, nie chce mi się niczego poza świętym spokojem.
Muszę znowu znaleźć w sobie siłę, ale nie mam siły jej szukać. Ot, klasyczna pętla na szyi.
Czasem słońce, czasem deszcz…
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Clematisy na tarasie wypuszczają nowe pędy.
Li.


Podobno czas nas uczy pogody.

23 marca, 2011

Zawsze wierzyłam w cuda, ale zaskoczyło mnie nagłe i cudowne poprawienie stanu zdrowia Taty.
Spod bramy stojącej między życiem, a śmiercią w sobotę cofnął się do miejsca, w którym może rozmawiać, coś zjeść i nawet zażądać gazet. 
Dalej jest źle i wiadomo, że dobrze nie będzie, ale ciągle jest!
Zaskoczyła mnie też moja starsza córka, spędzająca przy dziadku po osiem godzin dziennie.
Cierpliwa i współczująca, trzymająca za rękę, nie bojąca się, nagle dojrzała… ech!
Kłębią się we mnie myśli, biją o pierwszeństwo, ale nie mam ochoty na ich opisywanie.
Emocje weszły we mnie zbyt głęboko, wydobycie ich na świat byłoby zbyt kosztowne, rabunkowe, muszą przeczekać w spokoju, skrystalizować się i może kiedyś…?
Nie, nie jestem smutna.
„Jestem trochę bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, lecz widać- można żyć bez powietrza”.
Dzięki za piękne maile i wsparcie.
Li.


Nie piszę książki, bo…

17 marca, 2011
Z Tatą jest bardzo źle. Od kilku dni nie odchodzimy od Jego szpitalnego  łóżka.
Majaczy, idzie powoli w stronę światła.
Rozczula mnie. W krótkich chwilach świadomości jest sobą i krzywi się na źle złożoną gazetę, uzależniony od gazet i wiadomości sportowych, pyta o wyniki meczów. „Wisła wygrała 6:0” -zmyśliłam na poczekaniu.
Mój silny ojciec jest bezsilny jak piórko na wietrze.
Idę zaraz do niego, w nocy była pielęgniarka, teraz jest brat, zaraz będzie Mama, on czuje że jesteśmy przy nim, gotowi spełniać wszystkie zachcianki.
Wczoraj miał ochotę na lody truskawkowe i ananasa z puszki. Zjadł odrobinę. Tylko to, nic innego.
Chciał napić się piwa z sąsiadem z sali („to będzie ściśle tajna operacja,  sąsiedzie”), brat przyniósł zimnego Żywca, ale chyba już nie zdąży…
Nie boję się, jestem spokojna, dziś pada deszcz, niebo płacze nad moim Tatą, nad zrozpaczoną Mamą, nad bardzo tęskniącym za swoim Panem psem. Biedny Wicek, nic z tego nie rozumie… ciągle czeka przy drzwiach.
Li.

Przyznaję się, by mieć nad sobą bata!

13 marca, 2011

Pięknego dwudziestego ósmego dnia września  2010 roku (pamiętam słońce i wrzosy na Kleparzu) dostałam maila;
Szanowna Pani,
Jestem redaktorem Wydawnictwa XXX (wybaczcie- coś mi mówi, że na razie lepiej wykreślić nazwę tego zacnego wydawnictwa, ale gdy przyjdzie czas to się przyznam, wrażenie w każdym razie robi, oj robi:)))
Jakiś czas temu znajomy rekomendował Pani teksty umieszczone na blogu, cytując pyszne anegdoty i nie zawsze przyjemne zrządzenia losu.

A do tego te wszystkie smakowite przepisy! Zajrzałam i… zostałam. Całkiem niedawno podrzuciłam Pani teksty redakcyjnym kolegom. Jesteśmy zgodni co do tego, że koniecznie chcemy się z Panią spotkać! Czy myślała Pani kiedyś o publikacji wpisów? Nasze wydawnictwo myśli o tym poważnie.
Będzie mi niezwykle miło, jeśli spotka się Pani ze mną w tej sprawie. Z ostatnich wpisów wiem, że czas jest ostatnią rzeczą, którą może Pani swobodnie dysponować. Ale może się uda?

Będę wdzięczna za informację.
Pozdrawiam serdecznie,
Agnieszka …
Redakcja….
itd.

Najpierw się spłoszyłam, potem się spotkałam, jeszcze potem znowu się spłoszyłam, potem nie wiadomo po co rozmieniłam się na drobne w tym głupim konkursie Onetu na Bloga Roku (pozwalam cytować moje słowa w każdym roku, w którym przyszłoby mi do głowy powtórzenie tego błędu), w międzyczasie zachorował tata, ech… taka ze mnie literatka jak z koziej d… trąba.
Ale Pani Agnieszka nie odpuszczała, o nie!
I dobrze, bo po ostatnim,  bardzo miłym spotkaniu ostatecznie poczułam wiatr w żaglach i postanowilam podjąć to wyzwanie!
Skończyłam budować dom i nudy Panie, nudy… Pisanie książki jest pracą straszną, zważywszy na fakt posiadania osobistego surowego krytyka we własnej w dodatku osobie.
Co napiszę to kasuję, o rety! Czołgam się przez pomysły, zastanawiam, wymyślam, planuję, daję słowo- to jak nowa budowa!
W związku z powyższym:
Moi drodzy, najukochańsi, najwierniejsi Czytelniko-Przyjaciele!
Będzie mnie tu  mniej, bo nie jestem w stanie wykrzesać z siebie tyle emocji, by pisać i bloga i książkę (ale obiecuję, że bloga nie opuszczę).
Wiadomo, że sporo tekstu mam już przez te wszystkie lata napisanego, ale ciągle myślę o formule, zastanawiam  jak połączyć się na wieki wieków z Lecem, myślę naprawdę intensywnie,  by nie sprawić zawodu, tym którzy we mnie wierzą i sobie samej.
(Mam sny, w których moja książka leży na wyprzedaży w stosach w Tesco, brrr….:))
Idzie wiosna, będę siedzieć na tarasie i pisać.
Wiele wymyślać nie muszę, ostatnie lata dostarczyły mi przecież bogatego źródła i  inspiracji!
No to co? Będziecie mnie wspierać? (No i to moje zdjęcie na okładce, ha!)
Z Wami mi się uda, jakoś tak nieśmiała się zrobiłam, czy co…?
Całusy,
Li.

Daję znak!

8 marca, 2011

Przecież wiadomo, że żyję!
I wrócę, tylko muszę jutro pojechać do Wrocławia.
Wrócę, tacy jak ja zawsze wracają…
:)
Li.


Czas na małe przesłuchanie.

1 marca, 2011
Brudne okno sypialni próbuje łapać trochę słońca, a ja tęsknię za Panią Jadzią.
Pewnie trzeba będzie pogodzić się z myślą, że czasy cotygodniowego mycia okien już minęły.
Ukochane córeczki są chore, albo udają chore.
Skłaniam się ku tej drugiej możliwości, ale jakoś zobojętniałam na szkolny rygor.
Dobrze rozumiem ich chęć zaszycia się w domu z łóżkiem w tle.
Męczy mnie ta zima, a nie mam czasu i  ochoty na podejmowanie działań obronnych typu wyjazd na narty.
Trudno się bawić, gdy… ech!
A skoro ja nie piszę, to może popiszecie Wy?
Ilość nowych czytelników zaskakuje mnie i trochę płoszy ( no bo co tu ostatnio czytać ?)
Czas na filiżankę herbaty i  kawę na ławę:
Kim jesteście i skąd jesteście?
A co na to Lec?
Nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba mówić do ludzi.
Li.
PS. Pytacie o Sylwię:
walczymy dalej.
Jej partner do 15-go  marca jest w areszcie, ma miejscowego obrońcę z urzędu, więc chociaż to spadło mi z głowy.
Co będzie z nim dalej? Nie wiem, nie zajmuję się tym, koncentruję się na pomocy dla Sylwii.
Ostatnio bardzo podupadła na zdrowiu, miała krwotoki z nosa, omdlenia, dzieci były przerażone, a okazało się, że to nic takiego, drobiazg, po prostu- li i jedynie-  czwarta ciąża.
Termin rozwiązania przewidziany jest na koniec lipca. Zostanę matką chrzestną, przypilnuję towarzystwo.
Ale co się wkurzyłam to moje. Cholera jasna, XXI wiek? I wiara w antykoncepcyjną moc karmienia piersią?
Ręce mi opadły, dziewczyna jest przerażona, ja też (ale oddanie do adopcji nie wchodzi w grę, poruszyłam ten temat, próbując odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie: jak to jest, że jedni pragną i nie mają, a drudzy nie chcą i mają?).
Trzeba będzie dać sobie radę i z tym!


Ewolucja?

28 lutego, 2011

Kiedyś,  gdy było mi źle-pisałam.
Teraz jak jest mi źle- zamykam się w sobie, bez dostępu do sieci.
To tylko efekt ewolucji.
Pozdrawiam.
Li.


Plan dnia z planem buntu w tle.

24 lutego, 2011
Wstaję wcześnie rano, ogarniam mniej lub bardziej sytuację domowo-szkolną.
Wychodzę zaraz po dzieciach, albo mogę jeszcze trochę pobyć w domu i to są najmilsze chwile dnia.
Pracy i stresu mam dużo za dużo, jak już w to wejdę, to błąkam się do wieczora, z małą przerwą na sprawy obiadowo-domowe.
W międzypracy wychodzę na godzinę, by  odwieźć Młodszą na zajęcia.
Wracam i za dwie godziny znowu wychodzę, by dziecko odebrać.
Podrzucam ją do domu, albo zabieram ze sobą i robię zakupy dla siebie i dla Rodziców.
Zawożę je do Nich, stojąc w gigantycznym korku, bo rondo ciągle w remoncie.
Wracam do domu w okolicach dziewiątej wieczorem. Czasem o dziesiątej.
A i tak z reguły mało kogo zadowalam.
Jestem beznadziejną córką i ojcomatką.
(Narasta we mnie jednak takie poczucie buntu, że jak walnę, to…!!!)
A dzieci to mam z Nikim. Nikt nie interesuje się ich sprawami, no bo jak ma się interesować, skoro jest Nikim? Nikt został profesorem, to zapewne zabiera bardzo dużo czasu. Tego czasu, który mógłby być zmarnowany na weekend z córkami. Albo przynajmniej na kilka dni ferii. Albo na jedno popołudnie.
Marzę o wolnym weekendzie.
Samotnym, wolnym weekendzie, w posprzątanym domu, w łóżku, bez telefonu, bez pośpiechu, bez konieczności gotowania obiadów, z usprawiedliwionym lenistwem, z maseczką na twarz, szyję i dekolt, z płatkami nawilżającymi pod oczami, w ciepłym frotowym szlafroku, ze śniegiem szalejącym za oknem, co wzmaga poczucie bezpieczeństwa i przytulności… rety…
Li.

Rano mam trochę zapału.

22 lutego, 2011
Zaokienne widoki sprzyjają rozgrzeszeniu się za kawę pitą w łóżku.
Patrzę na miotane wiatrem płatki śniegu i czuję się jak one- bezradna.
Zaglądam do kalendarza, by mieć poczucie, że gdzieś muszę być na pewno.
Zalewam kolejnym kubkiem kawy czający się we mnie strach i wstaję do życia.
A co na to Lec?
Witaj dzień powstaniem!
No to hej, szable w dłoń, trzeba wywalczyć sobie wyzwolenie od ponurych myśli, zmarszczkotwórczych problemów  i brzydkich szarości!
Zdobycia miłego dnia!
W Krakowie wyszło słońce, świat pojaśniał.
Li.

Ostatni?

19 lutego, 2011

Tata postanowił zrobić swój ostatni  bigos.
To słynny bigos.
Gotuje go od dwóch dni, ledwo utrzymując wielką, drewnianą łyżkę.
Zaprosił na niego swoich podobno ostatnich gości.
Przyjdą na podobno ostatni niedzielny obiad.
(Nie radzę sobie, czuję ból wypieranej myśli o jego podobno bliskiej śmierci).
Widzę go w coraz gorszej formie.
Czytam coraz bardziej beznadziejne  wyniki badań.
(Ale ciągle nie mogę uwierzyć, że ten bigos naprawdę może być ostatni)!
Wczoraj wypisał mi receptę, zamarłam zobaczywszy jak w ciągu tygodnia niewyraźne stało się jego pismo.
Widziałam jak płacze.
Dużo czyta.
Nagle zrobił się bardzo zachłanny na życie.
Poszłam wczoraj na imprezę, śmiałam się jak nigdy w życiu. Z byle czego i do łez.
Li.


Zakaz pisania pod groźbą kary.

15 lutego, 2011
Narzuciłam sobie zakaz pisania, bo tyle smutku wokół, po co mam go rozsiewać dalej,  jest jak chwast nigdy nie do wyplenienia.
Oszukuje i mami, bo gdy wydaje się, że już jestem go pełna bez miejsca rezerwowego, gdy  jakoś go oswajam, przykrywam niemyślą i zaniedbaniem, on wybucha jak wulkan nową erupcją problemów.
Jednak nie jestem odporna, psiakostka, ani taka twarda jak mi się wydawało.
Wszystkie moje miękkości są obite i pełne siniaków od walki z losem.
A przecież na drugim planie toczy się „normalne” życie, muszę o nie zadbać, dać jeść, nastawić pranie, wyjść z psem i zatankować auto.
Stare samoratunkowe sposoby nie dają rady…wczoraj kupiłam sobie piękne buty i nie pomogły!
TEN smutek odporny jest i na zakupy i na nowe perfumy i na dotyk kosmetyczki.
Musi się wydziać, muszę go przeczekać.
Znalazłam sobie jedno tabu, miejsce wolne i niedostępne dla złych wciórności.
Mam tu śliczną pościel, czasem kielich z czerwonym wytrawnym, laptopa, książkę i poczucie, że nareszcie mam własne łóżko i nie (za)waham się go użyć.
Od soboty mam prawdziwą sypialnię, z półkami na książki i z lampą do czytania.
Jeszcze tylko rolety w okna i obrazy na ściany… i będzie cudnie. 
A co na to Lec? Wiadomo:
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Li.

Strata.

12 lutego, 2011
Mógł się walić mój świat, ale jedna rzecz od dwunastu lat zawsze była niezmienna i niewzruszona- pachący porządkami Pani Jadzi piątek.  
„Kocham Panią nad życie Pani Moniczko, ale nie dam już dłużej rady”- powiedziała mi wczoraj, a mnie najpierw stanęło z żalu serce, a potem popłynęły łzy.
No bo jak to będzie bez Pani Jadzi?
Mojej Przyjaciółki, naszej domowej instytucji od wszystkiego, podpory, powiernicy, ukochanej przez dzieci, psa i koty mądrej i cudownej kobiety?
Nie jest sztuką znaleźć kogoś do sprzątania, sztuką jest z kimś kto wchodzi nam do domu, do sypialni, do łazienki, do szafy  nawiązać taką więź, że nie ma tabu  intymności, naruszania prywatności, a jest zwyczajna radość z cotygodniowego zobaczenia się z kimś tak dobrym, przyjaznym, wiernym i kochanym.
Pani Jadzia kończy w tym roku 75 lat.
Od dłuższego czasu widziałam, że coraz  trudniej jest jej sprzątać, skarżyła się na ból ręki, mówiła, że musi już ode mnie odejść, że nie sprząta już tak dobrze jak kiedyś,  że… ech, ale miałam nadzieję, że nie odejdzie tak szybko, egoistycznie jej potrzebowałam, już tęsknię, brak mi słów.
Jest mi bardzo smutno, za bardzo przywiązuję się do ludzi.
Przyznaję-to moja wielka wada.
Li.

Szukam sposobu na płytki krwi.

10 lutego, 2011
Nie pojechałam do Pragi, ale wewnętrznie wyjechałam daleko, podejmując liczne próby relaksu z urlopem od laptopa w tle.
Nie pojechałam do Pragi na prośbę Taty, a skoro  jest przecież jedynym mężczyzną, którego życzenie jest dla mnie rozkazem…to zostałam w Krakowie z rozumiejącymi sytuację córkami. 
Tata kolejny raz miał nadzieję, że nareszcie zostanie podana mu chemia w dawce zdolnej do podjęcia walki z Obcym. Niestety, jego płytki krwi są jak V kolumna, sieją dywersję i morfologia wychodzi fatalnie.
Czy ktoś zna sposób na spowodowanie wzrostu płytek krwi? Obecnie oscylują w granicach 68 tysięcy, a jest to co najmniej dwa razy za mało.
Wbrew czarnym scenariuszom Tata żyje, ale nie ma się dobrze. Nadrabia czarnym humorem, nie ze mną jednak takie numery… Fatalną sprawą jest to, że ciągle  nie można mu  podać właściwej chemii, ta którą go raczą od czasu do czasu jest jak głaskanie kota za uszkiem- ledwo, ledwo… ech!
Nie pojechałam do Pragi, ale wyleguję się w łóżku do południa, piję kawę z mlekiem, czytam, piszę i jestem w tym wszystkim na swój sposób szczęśliwa.
I jeszcze mam do przekazania parę słów od Sylwii (słów było tysiące, z lenistwa skracam przekaz do minimum…): dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Wpłynęło od Was w sumie 4180 złotych i kilka wspaniałych i naprawdę hojnych  paczek.
A ja poganiam komornika, mam nadzieję że w kwietniu dostanie już alimenty z Funduszu.
Gdyby tak się jednak nie stało, to przecież ma na kogo liczyć, prawda?
Przeciągam się leniwie, idę pod prysznic, koty w ilości czterech sztuk leżą zgodnie w nogach mojego łóżka, pies pomiędzy nimi, dzieci jeszcze śpią, życie chwilowo jest znośne.
W ramach uszczęśliwiania się drobiazgami kupiłam  wczoraj w Almi Decor dwa świeczniki.
Zobaczcie sami, czyż nie są czadowe?

Li.

Co oglądałam i co czytałam.

6 lutego, 2011
Są filmy, które kłują w moją wrażliwość i zostawiają w niej ślad nie do zatarcia.
Wczoraj wieczorem płakałam do łez  i śmiałam się do łez na „Jak zostać królem”.
Cudowny, fantastyczny, znakomity, grający na najczulszej nucie film. A Colin Firth będący od lat moim fizycznym  ideałem mężczyzny, ze swoją pewną charakterystyczną  nieporadnością,  nieśmiałym spojrzeniem, ale z niezwykłą wewnętrzną siłą tą rolą zajął moje serce na wieki wyrzucając z niego nawet Indianę Dżonsa.
Pzeczytałam ostatnią książkę Grocholi, niby to czwarta część przygód Judyty. Tytuł „A nie mówiłam!”.
Można ją sobie darować, nie dorównuje poprzednim częściom ani trochę, nudna, pisana na siłę i kompletnie bez grocholowatej lekkości. Szkoda! Jedyną przyjemnością przy jej czytaniu była kąpiel w pachnącej mandarynkami  pianie…
Niedzielę czas zacząć!
Li.
PS. W linkach mam Dom w Toskanii.
Autorka tego bloga Anita Stojałowska wydała książkę pod tym samym tytułem, ale nie są to teksty z bloga.
Coś innego i zaskakującego. Polecam Wam gorąco, świetnie się czyta, jest  słodko-gorzka, to moj ulubiony smak i nuta zapachowa.

Znikam, by wrócić.

2 lutego, 2011

Pogadałam sobie z maczką, zamknęła niedawno swojego bloga.

Pięknie pisała, tęsknie, z ogromną wrażliwością, lubiłam do niej zaglądać, bo gdy rozmawiamy ze sobą przez telefon, czy w czasie naszych spotkań znika urok słowa emocjami pisanego na rzecz przyziemnych babskich pogaduszek.
Powiedziała mi, że po kilku latach pisania bloga, zamykając go i klucz wrzucając w morze poczuła wielką ulgę. Rozumiem ją, bo sama złapałam się na tym, że codzienne pisanie jest  chyba jedynym obowiązkiem tak konsekwentnie przeze mnie realizowanym, haha… a ja przecież nie lubię mieć obowiązków.
Zmęczyłam się.
Ten nieszczęsny konkurs zupełnie niepotrzebnie zabrał mi sporo energii, jeszcze się nie odnowiła. Wykopałam sobie więc na blogowisku wygodną jamę, zwijam się w kłębek i zasypiam.
Na trochę. Wiadomo, że wrócę, nie wyobrażam sobie nie pisania, ale też nie wyobrażam sobie,  by do pisania się zmuszać. A trochę się zmuszam, co wyjątkowo gwałci moje poczucie wolności.
Przede mną kilka dni wakacji, a co będzie potem -się zobaczy.
Nabrałam nareszcie ochoty, by zacząć realizować pewien projekt, coś tam się ułożyło w mojej głowie, coś tam się wymyśliło, coś tam zaczyna się twórczo dziać, jeszcze tak nie było, żeby nie było!
Moi ukochani „Starzy Czytelnicy” zrozumieją, a „Nowi” mają co czytać, czego jak czego, ale skłonności do logorei mi nie brakuje. Dwa potężne blogi!
Całusy,
Li.

Nigdy więcej żadnych konkursów! No chyba, że zachoruję…

1 lutego, 2011

Moi Drodzy Czytelnicy!
Tu są wyniki konkursu, a mnie od utarcia od wczoraj boli nos.
Wygrały trzy blogi o chorobach, widocznie ten temat jest najciekawszy.
A ja- psiakostka- jestem zdrowa, poza sezonową grypą i alergią.
Jurorka napisała na swoim blogu, że przy ocenianiu kierowała się instynktem, a nie rozumem i jest to niestety widoczne.
A jaki ma to skutek dla mnie?
Powiem szczerze- czuję się jak ofiara rasizmu.
Jestem zdrowa, mam zdrowe dzieci, nie walczę o życie, więc jestem postawiona na niższym stopniu rozwoju w hierarchii blogowego konkursu.

Ale przecież- do diaska- nie będę walczyć o wyzwolenie zapadając na jakąś śmiertelną chorobę?
I gdyby tylko napisała, że te wygrane blogi były po prostu najlepsze przełknęłabym to bez trudu. Bo o życiu z chorobą można pisać w sposób zachwycający, popatrzcie u mnie w linkach na Chustkę, dziewczyna z rakiem żołądka pisze naprawdę porywająco i ujmująco.
A te wygrane blogi są nudne i przegadane, jurorka jednak napisała, że nie można dyskutować z walką o życie.
Coś tu jest nieźle pomieszane!
Muszę jednak napisać o jednej fantastycznej rzeczy: dzięki konkursowi weszło do mnie sporo ludzi i dzięki temu na koncie Sylwii jest już 4000 złotych.
Dla tego samego warto było.
Targają mną sprzeczne uczucia, idę po kawę.

Li.


Wtorek-potworek.

1 lutego, 2011
Wczoraj zdarzył się pewien mały cud, nazwijmy go cudek i udało mi się pozbyć feryjnie jednej córki.
Mój kolega, który przy okazji jest ojcem najlepszej przyjaciółki Starszej zabrał je w góry na kilka dni.
Byle daleko od smogu i internetu.
Ja mu się zrewanżuję w przyszłym tygodniu zabierając jego córkę do Pragi, po ustaleniu oczywiście tego z L. i J. ( haha…- czytają mojego bloga, grunt to przygotować sobie grunt :)
Uwięziona jestem w domu z chorą Młodszą, ale wyjdę na wolność, gdy pojawi się moja przepustka w osobie opiekunki.
Wczoraj byłam zrobić sobie manicure, połoźyłam żel i teraz kompletnie nie potrafię pisać, paznokcie tłuką mi się o klawisze, spadają z nich, ogólna katastrofa, wtorek-potworek. A napisanie sms-a na dotykowej klawiaturze telefonu  jest prawdziwym wyczynem.
Ech,  ten wieczny wybór pomiędzy wygodą krótkich i obgryzionych, a niewygodą długich, ale za to ślicznie wyglądających…, coraz częściej wybieram wygodę, nie da się ukryć, że to jeden z objawów ogarniającego mnie zniechęcenia.
A co na to Lec?
Czy muszą być ludzie ze stali? Czasem zdaje mi się, że powinni być z krwi i kości. …

Li.
 

Pretensje do Nowych z emotkami w tle :)

31 stycznia, 2011
Halo Nowi!
Wchodzicie tu setkami, czytacie i milczycie.
A przecież, jak mawiał Dziewoński: „Jedyne życie które ma sens, to życie towarzyskie”, nawet via net.
Uprzejmie proszę więc o przedstawianie się i wchodzenie w bliskie relacje ze Starymi oraz ze mną .
Łakniemy tu na blogu świeżej krwi, mniam, mniam…
:)
Dziś są 71 urodziny mojego Taty, a bał się że ich nie doczeka.
Pijemy za zdrowie mojego Tatusia, niech nie waży się umierać przed setką!
Możemy też wypić za jutrzejszą porażkę w konkursie, w tej części ocenianej przez jury.
Kil podesłał mi linka do bloga Pani jurorki i… na szczęście/niestety (niepotrzebne skreślić) nie walczę o życie, szczęśliwie mam zdrowe dzieci, więc jak rozumiem z tego powodu przegrywam w konkursie.
(Albo z powodu braku umiejętności pisania, ten argument jeżeli zostanie użyty, ostatecznie może mnie przekonać :)
Ale jakby się tak zastanowić, to moja pozycja konkursowa może i jest beznadziejna, ale życiowa  jest lepsza. Dzięki Ci losie!
Proponuję na ten temat nie dyskutować, tylko skupić się na toastach za zdrowie Solenizanta!
Dziś te cholerne, niesforne płytki spadły mu do 62, a powinno ich być ze 140!
Li.

Ten samoratunkowy plan na pewno będzie zrealizowany.

30 stycznia, 2011
Złe wiadomości  i takie sobie wiadomości walcząc o dominację,  kotłują się boleśnie w mojej głowie. Rozpaczliwie brakuje mi dobrych wiadomości, które swoją treścią wpływałyby  na (s)pokój w moim wewnętrznym świecie.
Mam tego dość, mam serdecznie dość, wyczerpała się moja tolerancja na obecne życie, chcę, pragnę,  żądam czegoś nowego i przyjemnego, czegoś beztroskiego i pięknego, chcę się wyzwolić! Droga do wyzwolenia prowadzi przez Pragę. Za tydzień rzucam  problemami  i wyjeżdżam na kilka dni do  L. i J. i ich domu z kominkiem, do Złotej Uliczki i Malej Strany, do knajpek i muzeów, do wyłączenia telefonu i bycia turystką z prawem leniwego włóczenia się po praskich uliczkach.
W tym roku ze względu na szczególne okoliczności nie zorganizowałam dzieciom ferii i choć w sumie same nie chciały wyjeżdżać, to był jednak błąd, wielki błąd. Naprawię go Pragą, piekną Pragą i wieczorami z moimi przyjaciółmi,  będę im gotować obiady i sybaryczyć do granic (nie)przyzwoitości.
Taki mam plan, pozwoli mi on przeżyć przyszły tydzień, Młodsza musi wyzdrowieć, Starsza nie może zachorować, tak dawno nigdzie nie wyjeżdżałam,  budowa zatrzymała mnie tu na miejscu jak zazdrosny kochanek, a krakowskie powietrze ciężkie od smogu nie pozwala głęboko oddychać.
Widok innego nieba zawsze działa na mnie kojąco, a ukojenia potrzebuję gwałtownie, odczuwam wielki jego niedobór, taki do granicy podrażnienia wszystkich moich czułości i wrażliwości.
Pojedziemy do Pragi przez Ołomuniec, jak zwykle tam się zatrzymam, a idąc do wielkiego sklepu Baty, sprawdzimy, czy zegar na Rynku dalej działa. Dawno nie kupiłam sobie nowych butów.
Pojadę do Pragi, bo muszę.
To kuracja dla zdrowotności i zmysłów nie pomieszania.
Li.


Jednak nie da się nie pisać o Sylwii :)

30 stycznia, 2011
Akcja „Sylwia” osiągnęła sukces w postaci zapewnienia jej dwóch miesięcy opłaconego mieszkania, rachunków i pieniędzy na jedzenie. Wiem o wysłanych do niej paczkach z pampersami, mlekiem, ciuszkami i słodyczami dla starszych dzieci. Czytam maile (odpiszę na wszystkie, obiecuję) i uśmiecham się do ekranu laptopa.
Pytacie co jest najbardziej potrzebne- wiadomo, że pampersy, jedzenie, kaszki, mleko i podstawowe środki czystości.
Ale ja, gdy robiłam jej pierwsze zakupy, kupiłam jej pachnącą sól do kąpieli, coś tylko dla niej, coś dla przyjemności i relaksu, na chwilę zapomnienia.
Bo wiem, że  gdy wejdzie do wanny z ciepłą wodą pełnej aromatycznej  piany, gdy zanurzy się w nią po szyję, gdy zamknie oczy, to na chwilę zapomni o problemach, taka pachnąca woda zawsze zalewa depresję i smutki.
(Trzeba ratować się wszystkimi dostępnymi sposobami, są dni gdy nie wychodziłabym z wanny cały dzień…)
Dopadła mnie jednak gorączka, wielkie dawki paracetamolu sztucznie ją obniżają, ale i osłabiają okrutnie, pozwolę sobie dziś na leżenie w łożku i ogólne marudzenie.
Pomarudzę więc o pomaganiu:
nie trzeba od razu używać wielkich słów, nazywać mnie aniołem, którym nie jestem (Ci,  co mnie znają pewnie pękają ze śmiechu, haha), pisać że zrobiłam coś wielkiego, że jestem niesamowita i takie tam inne bardzo mnie krępujące. Wbrew pozorom wcale nie jestem z tych określeń dumna, bardziej smutna i przygaszona.
Bo to straszne są czasy, w których pomoc człowiekowi w potrzebie nabiera nadzwyczajnej rangi i jest uświęcana.
Popatrzcie jak dużo w nas-ludziach jest dobra i wrażliwości, popatrzcie jaki odzew o pomoc przyszedł z takiego małego bloga jak mój. Popatrzcie jak od razu zadziałaliście, jak chciało Wam się wysyłać pieniądze, robić paczki, stać w kolejce na poczcie, popatrzcie  jaka tkwi w Was ta pierwotna przecież emocja wspólczucia, empatii i nie bój my się tego słowa-litości.
Nie piszcie, że robię coś nadzwyczajnego, bo po pierwsze nie jestem sama, bez Was nie byłoby tak wiele, po drugie potraktujmy to jako coś codziennego i normalnego, ja pomagam Tobie, Ty pomagasz mnie, słabszych trzeba chronić, a dzieci szczególnie, dzieci są zupełnie bezbronne.
Wyjątkowej łaskawości losu zawdzięczam to, że nie jestem w sytuacji Sylwii.
Bo mam zawód, bo mam rodzinę, na którą zawsze mogę liczyć, bo mam dom, który zawsze mogę zamienić na mniejszy, ech…
Ale przecież wystarczy jedna igraszka losu, jeden brak szczęścia, jedno nieszczęście i zaczyna walić się  mój świat.
Każdy może  mieć dużo i  mieć nic. Mieć kogoś i mieć nikogo.
W każdej sytuacji warto być przyzwoitym człowiekiem, ja głęboko wierzę w sprawiedliwość losu.
A co na to Lec?
Kiedy człowiek pokona przestrzeń międzyludzką?
Li.

Serce rośnie, ale gorączka niestety też.

29 stycznia, 2011
Obudził  mnie natrętny domofon i w tym samym momencie spłynęło olśnienie- stolarz!
Biedny ten człowiek chyba nigdy nie zobaczy mnie kompletnie ubranej…
Warto jednak było wstać skoro świt o godzinie ósmej i mieć już nareszcie skończoną szafę w przedpokoju. Będzie teraz panował w niej wyznaczony drążkiem  ład (haha), i porządek (haha), koniec z bezładnym rzucaniem kurtek i płaszczy na wieszak a la Thonet, co szczególnie uwielbiały koty moszcząc się na jego czubku.
Ferie tradycyjnie zaczęły się  chorobą Młodszej.
Wydziela z siebie ciepło wystarczające do ogrzania salonu, poziom marudzenia przekroczył punkt krytyczny, feryjne plany zrujnowały się zanim wyszły z fundamentów, a mnie zaczyna w charakterystyczny sposób boleć głowa, co może oznaczać, że za chwilę jedyną zdrową osobą będzie Starsza. Na chwilę, bo silne emocjonalne więzi pomiędzy nami mają niestety przełożenie na wzajemne zarażanie się jakimś grypowym paskudztwem.
Ratuję się herbatą z cytryną i imbirem i zaraz wyskoczę na Kleparz po składniki niezbędne do TEGO.
Miłej soboty, a na koncie Sylwii pieniądze rosną w sposób powodujący u niej gwałtowny wzrost ciśnienia i niemożność poprawnej z nią komunikacji, albowiem albo się śmieje, albo płacze, a generalnie brakuje jej słów. Zapytała mnie kim jest Li i o jakiego bloga chodzi. Zamarłam i mam prośbę- niech Was ręka boska broni w tytule przelewu podawać adres mojego bloga.
Jestem przecież poważnym pełnomocnikiem, wolałabym nie być czytaną przez moich klientów :)
Sylwia wie, że jestem inicjatorem pewnej akcji internetowej wśród moich przyjaciół i znajomych  i niech tak pozostanie na wieki.
Idę po cebulę, farmakologia nie działa, czas sięgnąć po środki sprawdzone na pokoleniach.
Li.