Eliminowanie braków.

17 października, 2010
Kupiłam lodówkę.
Jest jak kobieta Klimta, piękna, okazała i pełna przeciwieństw- na zewnątrz gorąca, w środku cudownie chłodna.
Pasuje do sofy, obie mają bujną osobowość i pewnie będą walczyć o uwagę i skupienie wzroku tylko na jednej z nich…
No i ten kolor wina, czerwonego wina!
Li.

Są takie rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić, ale wiadomo, że muszą zostać i już.

17 października, 2010
Nie muszę już kupować wygodnego fotela.
Zawsze to jedna pozycja z mojej listy braków mniej…
Wyeliminowanie fotela nastąpiło jednak z konieczności, a nie z wyboru, a działanie z konieczności dotknięte elementem pewnego przymusu radości nie przynosi. Rien de rien.
Fotel został wyeliminowany przez przywiezioną mi wczoraj ze sklepu sofę, choć nazwanie tego wielkiego klunkra, klamota, grata* (*niepotrzebne skreślić) sofą jest nieuprawnionym nadużyciem godzącym w dobre imię zgrabnych, wygodnych, przytulnych sof.
W salonie mam potwora zdolnego pomieścić na sobie jakąś ogromną ilość osób wraz z ich kotami i psami. W sklepie była mniejsza, jestem tego pewna!
Staram się najpierw zobaczyć plusy:
1. koniec domowych awantur o to, kto siedzi rozwalony na kanapie przy ogladaniu „Mam talent”, bo rozwalić się możemy spokojnie wszystkie trzy.
2. koniec kocich i psich awantur o najlepsze miejsce w nogach- miejsca jest, że hoho, miaumiau, hauhau.
3. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu fotela
4. oszczędność w postaci braku konieczności zakupu mebli, bo nic się już nie zmieści
5. możliwość przenocowania na tym czymś conajmniej czterech osob jednocześnie (co do razu wyklucza jakiekolwiek oszczędności haha..).
6. Wiecej plusów nie widzę, bo przesłania mi je to wielkie coś!
Minusy są ogromne:
1. nie pasuje mi do koncepcji i tu usprawiedliwia mnie fakt, że koncepcja narodziła się niedawno,
a sofę zamawiałam całe wieki koncepcji temu
2. nie da się na niej siedzieć z gracją i elegancją- nawet najlepiej wychowany człowiek zapada się w poduchy i rozwala jak naleśnik na patelni (co w sumie chyba jest plusem, jakby tak się blizej zastanowić…?)
3. zapomniałam, na śmierć zapomniałam, że w salonie przy tej ścianie nie mam kąta prostego, tylko ostry i teraz muszę kombonować, jak „zgubić” kąt.
4. więcej nie piszę, by się nie dobijać.
Ironia losu polega na tym, że będąc wielbicielką przytulnych, wysiedzianych sof i foteli, mam ogromne sofisko, którego nie jestem w stanie ogarnąć. Lądowisko dla helikoptera!
(Myśl o plusach, myśl o plusach, myśl o plusach…)
Li.

O brakach.

15 października, 2010
Nie pamiętam czym różniła się środa od wtorku.
Czwartek zapamiętałam, bo nareszcie dostałam swoją salonową podłogę.
Piątek podotykał mnie gwałtownie w czułe miejsca, a najbardziej to w głowę- jej ból otępił mnie na kilka popołudniowych godzin.
Parę minut temu zaczęłam sobotę.
Dobrze jest- kubek z herbatą z imbirem daje mi niezbędne do życia ciepło, mgła za oknem odgradza od ciemnego świata i jak mi Bóg miły to przedostatnia sobota w tej zimnej norze!
Brakuje mi tylko kilku rzeczy: kuchennego blatu, zlewu, baterii kuchennej, młynka na odpadki, lodówki, mebli do dzieci, łóżka do sypialni, dwóch szaf, szafek łazienkowych, lamp, wygodnego fotela, garnków do płyty indukcyjnej, drzwi, kilkudziesięciu żarówek, grzejnika-wieszaka do przedpokoju… ehm, to tylko kilka pozycji… zdobycie pieniędzy na te niezbędne do życia fanaberie nie powinno być problemem, muszę tylko pomyśleć.
Nie mam nic do sprzedania, ale za to wiele do kupienia.
Nie jest to uczciwy układ ze strony losu, o nie!
Li.

Ewolucja oczekiwań, czyli od mężczyzny do wałka.

11 października, 2010
Trzykrotnie przemalowywane ściany w salonie marszczyły się już od zniecierpliwienia. Łaskotane wałkiem z farbą w różnych kolorach były albo rozdrażnione, albo rozśmieszone albo zachowywały irytującą obojętność. Zwykłe i niezwykłe szarości, brudne różne róże, mniej lub bardziej aksamitne burgundy, czekoladowe i kakaowe brązy, trzy odcienie wrzosów, ech… codziennie spotykał mnie akolorystyczny pech.
W żadnym z tych kolorów nie było mi do twarzy, a bez twarzy nie mogłam trafić w ten jeden, jedyny odcień pełnego zadowolenia, spokoju i satysfakcji.
Do wczoraj.
Kolor wybrałam z mieszalnika, miał kosmicznie brzmiący symbol 10YR28072.
Jest kolorem moich marzeń, nie do określenia i jednoznacznego zaszeregowania, bo zawieszony pomiędzy szarością, a brązem ma w sobie kolory całego świata.
Głęboki, ale nie ciemny daje niesamowite możliwości aranżacji i grania tłem.
Ten kolor jest ciepło-gorzki, pachnie, otula mnie, zmiękcza, zachwyca i uszczęśliwia.
I po co mi mężczyzna, skoro do szczęścia wystarczą mi tylko pomalowane ściany?
Li.

Niedzielnie i w celu zapewnienia ciągłości informacji :)

10 października, 2010

Z plotek kamienicznych donoszę, że kamienica zyskała nowe, choć stare drzwi.
Poddane bolesnemu procesowi renowacji przez mistrza Jarząbka, starannie rozebrane z barchanowych warstw łuszczącej się olejnej farby pokazały swoje piękne oblicze, ze wzruszającymi zmarszczkami z przeszłości.
Został w nich mocno wytarty próg, deptany od 1887 roku przez mieszkańców, ich gości i złodziei.
Stare, nadtłuczone i popękane szybki witrażowe w nadświetlu trzeba było niestety wybić do ich ostatecznego końca, nie dały się wyciągnąć bez uszkodzenia drewna.
Ale mamy już wprawione nowe i choć współczesne, to znacznie piękniejsze.
Szerząc w kamienicy kult młodości, rzucają kiczowato cudne kolorowe zajączki na klatkę schodowę i rozjaśniają szare dni.
Dostałam je od męża mojej ulubionej maczki, artysty witrażowego i wrażliwego na moje błagania człowieka :)
Do pełnej urody klatce schodowej brakuje tylko koloru na ścianach i renowacji schodów.
Ale to przy oporze niektórych współwłaścicieli uda nam się zrobić pewnie dopiero na wiosnę.
I dobrze- znowu będzie okazja do zamieszania, podejmowania decyzji, radości ze zmian, pyłu i hałasu…
No dobra- żartuję. Pewnie będą współwłaścicielskie kłótnie, frakcje, reakcje i wojny, ale potem zapanuje pokój i spokój :)
Li.

Nocne rozmowy ze sprzętem AGD.

6 października, 2010
Wstałam w środku nocy szukając snu.
Kąty mieszkania zajęte kartonami nie pozwoliły się obszukać.
Pies na hasło „aport” nawet nie drgnął, a koty profilaktycznie zaczęły mruczeć z dezaprobatą.
Czując na sobie ciężar bezsennej samotności, zaprosiłam ją na kawę, bo co tak będę tu sama siedzieć?
Snuję się po domu, włączam pralkę i zmywarkę dla złamania ciszy.
Biorę prysznic, mam czas na peeling i balsam do ciała.
Dłużej niż zwykle wklepuję krem pod zmęczone oczy.
Patrzę na siebie i widzę smutek, on lubi nocne życie, wypełza wtedy z za dnia ukrytych w mojej głowie korytarzy i pokazuje swoją au naturel twarz.
Jestem w stanie nieustannego, tłumionego dziennym życiem smutku i nic na to nie poradzę.
Witaj smutku, czas więc się zaprzyjaźnić.
Idzie jesień,
Li.

Pokój Gusi, czyli Młodszej i fragment holu na górze.

2 października, 2010

Półki w przedpokoju- na prawo wejście do pokoju Starszej, na lewo do Młodszej, a zupełnie na lewo do kotłowni-widać brzuch mojego pieca :)

A tu pokój Agnieszki i bałagan książkowy. Układamy je powoli, och jak powoli…

Lampa z „Flo”, cudownie barokowa :)


Guśka lubi kolory i dobrze. Pasy na ścianach są ciężko wypracowanym kompromisem pomiędzy ścianą całą w mocnym fiolecie i jeszcze mocniejszym amarancie.
Reszta zdjęć za kilka dni!
Li.


Łazienka Dziewczyn.

2 października, 2010

Widok na łazienkę córek od strony okna. Daleko w tle pokój Agnieszki.

Przedziwne rzeczy dzieją się z kolorami na ścianach. Łazienka moich córek w rzeczywistości pomalowana jest na bardzo ciepły beż. Na niektórych zdjęciach beż sam robi się na szaro!


Tu jest prawdziwy kolor! To zdjęcie robiłam, gdy łazienka zalana była słońcem.
Nieszczęsna niebieska kabina, w rzeczywistości jej niebieskość ginie, ale na zdjęciu aż kłuje w oczy!
Brakuje zaplanowanego bardzo ozdobnego żyrandola, lamp nad lustro i… tysiąca drobiazgów :)
Poniżej widok od strony drzwi, których jeszcze nie ma.

Li.


Taras- moja kolejna miłość :)

2 października, 2010

No i kto nie wierzy, że kwitną mi clematisy ?

Kupiłam beznadziejne doniczki- miały być mrozodoporne, w fajnym kolorze jasnej, lekko spatynowanej szarości, a po pierwszym podlaniu zrobiły się w łaty pełne rdzawych wykwitów i wyglądają jak wykopaliska w fazie ostatecznego rozkładu. Musze je wymienić, bo obawiam się, ze nie przeżyją zimy, a moje clematisy, wiciokrzewy i pnące hortensje wraz z nimi.
Li.

Ametysty są pocałunkiem dla ściany :)

2 października, 2010

Tu na zdjęciu niedokończony jeszcze sufit w sypialni. Będzie podświetlany łagodnym, twarzowym światłem…:)

Powyzej widok na fragment toalety, która jest w tym samym kolorze co łazienka, ale na zdjęciu tego nie widać. W lustrze odbija się kabina prysznicowa.

Pomiędzy łazienką, a toaletą będą szklane drzwi.

Na ścianie jest kolor o nazwie „Malinowy krzew” :)
Szkoda, że na zdjęciu wychodzi tak ostro, w rzeczywistości jest pięknie przygaszony…

Bardzo podoba mi się mozaika, którą wyłożony jest m.in słupek na baterię do wanny. Wygląda jak macica perłowa, albo rozlana benzyna/by Aurora :) Pięknie się mieni, raz jest ciemna, raz jasna, ma w sobie fiolety, zielenie, szarości, niebieskości, róże… cudna!

Ametysty przyklejałam osobiście, choć uczciwie powiem, że nie wszystkie :)) Dopasowanie ich do wycięcia w płytkach wymagało sporej cierpliwości, której ja- jak wiadomo- nie mam :)

Widok na łazienkę od strony mojej sypialni. Kolory na ścianie są zdecydowanie bardziej przygaszone, nie takie ostre jak na zdjęciu…

Zapomniałam zrobić zdjęcie kabiny prysznicowej i toalety. Nadrobię następnym razem.

Teraz, gdy już znalazłam kabelek, to…:))

Li.

Schody- są jak biżuteria.

2 października, 2010

Widok od strony drzwi wejściowych.
Po lewej stronie gustowna folia zasłaniająca salon.
Po prawej stronie widać fragmencik toalety, wejście do mojej sypialni i szafę na buty.
Nie mam jeszcze drzwi wewnętrznych i to niestety widać:)

Stopnie są naprawdę pięknie wycięte, spisał się Pan Grześ- stolarz.


Tu widok z drugiego poziomu. Niestety, potwierdza się stara rodzinna prawda- nie potrafię robić zdjęć. Ale od czego wybraźnia?

Myślcie co chcecie, ja tam się w nich zakochałam :)
Li.

Pokój Karoliny, czyli Starszej :)

2 października, 2010

Po prawej stronie od wejścia jest szafa, a na ściętej ukośnie ścianie przykleiłam lustro, w którym fajnie odbija się ściana z półkami i lampa.
Powyżej-widok na pokój od strony okna.


Półki z regipsów podświetlane są ledami, ale na razie sterczą same kabelki…

Reszta za chwilę.

Li.


Niekończąca się historia.

2 października, 2010
Do wczoraj nie miałam jeszcze schodów, półek na książki, podłogi w sypialni i w salonie, pomalowanego przedpokoju, salonu, kuchni i sypialni. Druty na dole widowiskowo sterczały z puszek, a wszechobecny pył kpił sobie z zabiegów Pani Jadzi w postaci nieustannego mycia podłóg na górze. Lekko załamana podjęłam decycję, że w wynajętym mieszkaniu zostaję jeszcze na październik. Ulżyło mi i poszłam do pracy.
Wróciłam za pięć godzin:
1. stolarz był w trakcie montażu półek, a stopnie na schody pięknie wycięte i wybarwione leżały sobie jak gdyby nigdy nic czekając na zamontowanie.
2. przybyly niewiadomo skąd montażysta od podłóg kończył układanie podłogi w sypialni, gdzie chwilę wcześniej zostały pomalowane ściany
3. elektryk z uśmiechem na ustach ujarzmiał druty
4. znalazło się i szkło do półek w pokoju Starszej
5. stolarz od kuchni zadzwonił że będzie we wtorek.
6. Nie odwołałam firmy przeprowadzkowej.
Przyjechali wieczorem, zabrali tonę makulatury, ubraniowych śmieci i meble do wyrzucenia.
Przenieśli na górę trochę kartonów i teraz mamy rzeczy w dwóch mieszkaniach, nie mamy kanapy ani foteli, bo je wyrzuciłam, śpimy materacach, bo łóżka też wyrzuciłam, nikt nie wie, gdzie co ma, kartony triumfują, stan absolutnej tymczasowości i bałaganu.
Na górze są piękne łazienki, ale w wynajętej norze jest kuchnia. Pożyjemy więc chwilę na dwa fronty, wszak to tylko różnica dwóch pięter, po dwadzieścia sześć stopni schodów na piętro.
Kondycja w górę i szable w dłoń!
A teraz uwaga: kończę ładować aparat, idę na górę zrobić zdjęcia, zwłaszcza schodom, bo są absolutnie i bezwstydnie przepiękne!
Całusy dla wszystkich niecierpliwych,
Li.

Takie tam poranne, ciągle jeszcze spod szóstki, ale z jakże bliską perspektywą dwunastki!

28 września, 2010
Ostatnio w moim życiu jest tak jak z moją podświetlaną przez lampkę w podłodze ścianą w łazience- niby ją mam, ale nie mam, bo przez przewiercony przez hydraulika kabel nie dochodzi do niej prąd.
Jednak perspektywa kucia płytek w podłodze nie wzbudziła mojego entuzjazmu, łatwo doszłam więc do wniosku, że moje życie bez podświetlanej ściany będzie takie samo i że nie zgubię się w jego mroku. Mam ciągle wokół siebie dużo światła z wewnętrznych baterii, nawet gdy złośliwy los wyłącza mi prąd w ciągu nagle ciemniejącego od problemów dnia.
Tak-jestem zmęczona, czasem smutna, czasem śpiąca, blogowo milcząca, tkwię w stanie zawieszenia postępowania w sprawie procesu życiowego, ale już złożylam wniosek o jego podjęcie i za kilka dni, gdy nieodwracalnie zmienię numer mieszkania z 6-tki na 12-tkę, podłączę się do nowych akumulatorów w moim domu pod gwiazdami i odzyskam swój czas na życie bez marketów budowlanych, konsultacji, fachowców, popaprańców budowlanych i wypływającego z wysychającego źródła strumienia pieniędzy i stresu.
Dziś zuchwale i w ramach powrotu do siebie idę na „Carmen”.
Zrobię sobie hiszpańskie oko, o ile jeszcze pamiętam co to jest „smoky eyes”.
Od jutra będę mieć drewniane stopnie na schodach, półki na książki i szafy.
Myślę, że to będzie dobry powód do pokazania zdjęć.
:)
Li.

Piszę, żeby nie było, że nie piszę, ale co to za pisanie…

22 września, 2010
I kto by pomyślał, że będą mnie cieszyć jak wyspa Kuba gorące kaloryfery?
Od wczoraj licznik gazu pędzi do przodu, a moje mury grzeją się w cieple jak staruszka na przypiecku. Jest prawie dobrze, poza oczywiście doniesieniami, że gazu zabraknie…
Trwam w dziwnym stanie aktywnego oczekiwania, z budowy prawie nie wychodzę, wściekam się, że elektryk może dopiero w sobotę, a szafy będą dopiero we wtorek, mam bardzo mało czasu na przeprowadzkę, nie będę mieć kuchni, ani tysiąca innych rzeczy, ale czym to jest wobec własnego dachu, własnej ciepłej wody i własnego pieca, ogromnego i przytulnego, własnej ściany w kolorze czerwonego wina i nawet tego, że mojej kapryśnej, nastolatkowo niezadowolonej z życia Starszej „się podoba”.
Dochodzę do celu i choć jest to w stosunkach z życiem ciężko wypracowany orgazm, jestem usatysfakcjonowana i szczęśliwa.
Oraz przerażona, ale o tym następnym razem.
Li.

Jest tak, jak jest.

21 września, 2010
Poranne wstawanie w zaokiennych ciemnościach ma wiele uroku.
Cisza, domowy spokój, kawa z mlekiem i szansa na zebranie myśli są kuszącą przeciwwagą dla rozdzierającego ziewania i chęci powrotu do ciepłego łóżka.
Przede mną tydzień sprzątania i przenoszenia rzeczy.
Kolejna przeprowadzka znowu wymusi porządki, wyrzucenie butów nigdy nie noszonych, gazet nigdy nie przeczytanych, kremów nigdy nie użytych, wolna od zbieraności i niepotrzebności zacznę oswajać nowy adres.
Niedługo ogłoszę koniec mojej bezdomności i wtedy wrócę do pisania o tym co mi w duszy gra.
Na razie słyszę bezładną kakofonię, nieudolne strojenie instrumentów i smętne popisy solisty- złośliwego pecha.
Dzieje się dużo za dużo, z trudem to ogarniam.
Li.

Do wszystkich wiernych Jej pamięci.

12 września, 2010

Dziś minął rok od tego dnia.
W Pszczynie był pochmurny, trochę wietrzny dzień.
Na Rynku sprzedawano miód, a na cmentarzu grób Ilonki przykryty był kwiatami.
Rocznica śmierci- co za okrutna okazja do podarowania kwiatów.
Li.

Wszak nie dobija się koni…

9 września, 2010
Jestem uzależniona od pisania, ale czasem idę na odwyk.
Dzieje się tak, gdy nie jestem w stanie zebrać myśli, ani usiąść spokojnie z kawą przy laptopie.
Dzisiejsza historia śmieszy mnie od kilku dni i dotyczy Nemo wraz z jego kobietą koniem.
Nemo nie widział sie z dziećmi od lipca. Z sobie tylko znanych tajemniczych powodów.
Z moich obserwacji wynika, że na szczęście czas naprawdę leczy rany i nasze córki pochłonięte swoimi sprawami jakoś nie odczuwają nieobecności ojca.
Więzi na linii ojciec-dzieci pielęgnowane są via telefon, pod warunkiem jednakże że Młodsza wie, gdzie jest jej ładowarka, a Starsza ma ochotę telefon odebrać.
Ad rem jednak:
Nemo zadzwonił do Młodszej i zwierzył się jej z pragnienia posiadania kota.
Młodsza, która kociarstwo ma we krwi od razu dała mu numer do cioci D., czyli mojej przyjaciółki Dagmary, wielokrotnie tu przeze mnie w bałwochwalczy sposób opisywanej.
Nemo znał D. z dawnych czasów, zadzwonił, rozmawiał podobno niezwykle oficjalnie i powiedział, że po kota przyjedzie kobieta koń. Dla D. była to wielka gratka, bo nie miała (nie)przyjemności poznać kobiety z czasów, gdy ta świadczyła na rzecz naszych dzieci usługi opiekuńcze.
Kobieta koń wygląda podobno bardzo źle. Jest w dodatku smutna i co najlepsze z tej historii (jestem wredna i jest mi z tym dobrze:) ciągle narzekała na Nemo- a że ma serce z kamienia, a że rozstanie ze mną zmieniło go na niekorzyść (co za tupet, no no…), a że nie ma dla niej czasu, a że ciągle wraca późnym wieczorem, bo podobno siedzi u dzieci (u dzieci nie siedzi, więc pytanie- gdzie wieczorami przesiaduje Nemo? Gdzie jest Nemo?).
Potem zaczęła opowiadać, jaka to ja jestem wspaniała, z czego D. wysnuła wniosek, że może chce się ze mną na nowo zaprzyjaźnić… chyba z tej samotności, siedzi sama w domu na wsi i świadczy Nemo usługi gospodarskie.
Kobieta namówiona przez zniesmaczoną tymi wyznaniami D. wzięła dwa dorosłe koty, choć bardzo obawiała się reakcji Nemo (a D. do wydania pozostało jeszcze pięć kociaków).
Koty zamieszkały u Nemo w piątek, jeden na dzień dobry posikał jego ulubiony fotel, a drugi schował się gdzieś na całą dobę. Jak to koty w nowym miejscu.
W poniedziałek D. zadzwonila do kobiety konia z zapytaniem o kocie sprawy, a ta z płaczem wyjawiła straszną prawdę- jeden kot wyszedł z domu w sobotę i nie wrócił.
D. zapakowała więc do auta małego kocurka i zawiozła pogrążonej w żalu kobiecie kolejnego kota, choć gryzło ją sumienie kociary, czy aby na pewno dobrze robi. Na miejscu okazało się, że i drugi kot wybrał wolność, kobieta koń pogrążona jest w nieutulonym żalu, a Nemo nie ma.
D. zostawiła więc trzeciego kota, licząc, że dwa poprzednie- duże, wysterylizowane i dorosłe jakoś sobie na wsi poradzą. W chwili wsiadała do auta, żegnana kobietę konia trzymającą na rękach małego kocurka, z krzaków wyłonily się dwa zaginione koty.
Tym sposobem Nemo ma trzy koty i jest wściekły, kobieta koń nie czuje się taka samotna, Młodsza jest zadowolona z siebie i dzwoni do taty z zapytaniem: „jak tam koty?”, co oczywiście nie pozwala mu na żaden manewr pozbycia się któregokolwiek z nich, bo widzi, że dzięki kotom dziecko dzwoni do niego ze swojej inicjatywy, a do tej pory rzadko tak bywało, a D. dalej kombinuje co zrobić z resztą kociej ferajny.
Z tego wszystkiego najbardziej to mi konia żal.
Tak po babsku jest mi jej żal, choć nie zmienia to w niczym mojej na nią wściekłości.
A ja naprawdę nie mam czasu, by pisać. Od wczoraj mam grzejniki i piec.
Piec jest ogromny i zajmuje pół kotłowni.
Kocham mój nowy dom miłością absolutnie zaborczą, ślepą i nieobiektywną :)
Li.

Nie cierpię cierpieć.

2 września, 2010
Zaczęło się.
Starsza miała do szkoły na 7.30. Poranna panika sięgnęła zenitu.
Młodsza ugryzła tylko jeden kęs z własnoręcznie przeze mnie upieczonej bułki i przez piętnaście minut rozpaczała, że się spóźni bezsensownie biegając pomiędzy pokojami.
Buty zmienione zostały co najmniej trzy razy.
Nie znoszę roku szkolnego.
Konieczność uregulowania trybu życia tak cudnie wakacyjnie zwariowanego, konieczność pojścia na dwie wywiadówki i wiadomość o zaczynaniu przez Starszą lekcji o tak wczesnej porze wpędziła mnie od rana w zły humor i nic mnie dziś nie ukoi, chyba że… Zaraz zabieram cztery kubki z kawą i idę na budowę.
Popatrzę sobie, pomarudzę i będzie mi lepiej.
:)
Li.

Koniec jest już bliski.

30 sierpnia, 2010
Na tarasie zakwitł clematis. Jednym kwiatem o bladoróżowych płatkach.
Niesamowicie mnie to wzruszyło, mam już własnego kwitnącego clematisa, pierwszy raz w życiu!
Dzieci śpią z okazji ostatnich dni wakacji, a ja czuję, że czas zebrać wszystkie siły na najbliższy miesiąc.
Bo jednak wygląda na to, że zdążę przeprowadzić się do konca września!
I narodzę się na nowo.
A co na to Lec?
Czasem trzeba okres między przeszłością a przyszłością przeżywać w jakimś zastępczym czasie gramatycznym.
Li.

Same nowości i o tym, dlaczego trzeba słuchać matki.

28 sierpnia, 2010
Przedwczoraj zbiegając z wątpliwą gracją ze schodów uszkodziłam sobie nogę.
Ostry ból w łydce wskazywał na zerwanie mięśnia, ale szczęśliwie jest to tylko porządne jego naciągnięcie.
Unieruchomiona w domu zgrzytam zębami, najbardziej mi żal częstych wizyt na budowie, bo nie mogę chodzić, a zwłaszcza wchodzić.
Choć oczywiście wczoraj wieczorem nie wytrzymałam i weszłam na górę- trwało to jakieś dwadzieścia minut, ale dałam radę, a ten wysiłek podjęty w celu zobaczenia pomalowanej do końca łazienki był niczym dla widoku pięknych i subtelnych pasów (zdjęcia będą jak znajdzie się kabelek do aparatu. Albo jak go kupię, ale teraz przecież nie mogę wychodzić z domu…:)
O kolory na ścianach w pokoju spieram się ze Starszą, która po pierwsze oznajmiła mi, że jest „ohydnie” ( a moim zdaniem jest pięknie, ech…) i chce mieć „zwyczajny” pokój, cokolwiek to znaczy, po drugie stanowczo zażądała przemalowania świeżo pomalowanych ścian, po trzecie oznajmiła mi, że skoro ich nie przemaluję, to mnie nienawidzi i na koniec mało konstruktywnej rozmowy walnęła drzwiami od swojego pokoju.
Dalszy przebieg buntu naznaczony był wyjątkowo głośną muzyką, co jest o tyle niespotykane, że w naszym domu głośno muzyki słucham tylko ja, Starsza tego nie cierpi.
Wyrażanie nienawiści do matki warte widocznie było pewnego poświęcenia i zrobienia na złość sobie samej…
Posunęłam się do tego, że tylko jeden raz zwróciłam jej uwagę na ciszę nocną.
Reakcji nie było, ale za to ku mojej wielkiej uciesze pół godziny później do drzwi zapukała Policja wezwana przez sąsiada z kamienicy obok (a jeden Policjant był mi osobiście znany i lekko speszył się na mój widok, zważywszy na przyczynę wezwania, haha…). Wyjaśniłam miłym Panom przyczynę konfliktu, zapragnęli zobaczyć sporne ściany, drugi raz tego dnia wdrapałam się na budowę, wpadli w zachwyt, pooglądali sobie wszystko, podumali nad tarasem, postraszyli, że złodzieje mogą przejść do mnie po dachach i śmiertelnie poważnie pouczyli moje zbuntowane dziecko o konieczności ciszy nocnej i przy okazji o konieczności docenienia tego co robi dla niej matka oraz o tym, że kolory są fantastyczne i że oni chętnie tam zamieszkają.
Nie mówiąc o postraszeniu jej Sądem dla Nieletnich.
Starsza była w lekkim szoku, potem się popłakała i już mnie kocha, czyli sytuacja wróciła do pożądanej normy. Rozśmieszyło mnie jej spontaniczne wyznanie, że płyty Lady Sovereign nie znosi.
Tym sposobem po haniebnym zachowaniu przyszła natychmiastowa kara, jakie to wychowawcze !
I w dodatku nie przeze mnie wymierzona, ja jestem niewinna i z czystym sumieniem mogę powiedzieć słowa, których sama nie znoszę słuchać: „a nie mówiłam?”
:)
Li.

W sumie boję się, co będzie gdy skończę to całe budowlane zamieszanie…

23 sierpnia, 2010
Budzona od poniedziałku do soboty o wpół do siódmej rano mam już swój rytuał.
Po dzwonku na wpół śpiąca otwieram drzwi, podaję klucze, idę pod prysznic, robię kawę, idę na budowę, czuję jak napełnia mnie zadowolenie i chyba nawet poczucie szczęścia, głaszczę ściany, podlewam rośliny na tarasie, gadam z Panem Wojtkiem i Kubą, podziwiam ich naprawdę idealną robotę, z niechęcią schodzę na dół do wynajętej nory, dzieci śpią, koty śpią, pies śpi, zaglądam do kalendarza, planuję dzień i… cieszę się, że nie muszę iść do pracy na ósmą rano.
Wracam na budowę z drugim kubkiem kawy, szczegółowo omawiam sposób pomalowania pokoju Gusi, a zwłaszcza szerokość pasów żakardowego amarantu i batystowego fioletu na tle jedwabistego popielu, z czułością oglądam pąk na clematisie mając nadzieję, że tej jesieni zakwitnie, tam na górze czas płynie inaczej, jeszcze nieskażony stresem i pośpiechem.
Mniej piszę, rzadziej zaglądam do neta, prawie całe moje życie podporządkowane jest jednemu celowi- wprowadzeniu się do własnego, najwłaśniejszego domu we wrześniu.
Instynktownie czuję, że to uzdrowi moją wiecznie przeziębioną duszę, że da mi ciepło, którego od tak dawna mi brakuje, że da mi poczucie bezpieczeństwa, którego od tak dawna nie doświadczam, że da mi upragniony spokój i własne łóżko.
Dopuszczam jednak możliwość rozczarowania, rozczarowanie jest syjamską siostrą oczekiwania,
może poza adresem nic w moim życiu się nie zmieni?
Ale wtedy znowu będę szukać i czekać, bo nigdy, nigdy nie stracę nadziei na to, że będzie inaczej.
A co na to Lec?
Za każdym rogiem czyha kilka nowych kierunków.
Póki starczy mi sił i ochoty na próby.
Teraz nie jestem szczęśliwa. Nie znaczy to, że jestem nieszczęśliwa.
Jestem w stanie nijakim, a nijakości nienawidzę z całego mojego skorpionowego serca.
Li.

Dziennik budowy zbliża się do ostatniej kartki.

19 sierpnia, 2010
O szóstej rano obudził mnie dzwonek domofonu.
Gdyby to byli moi robotnicy, to mogłabym wybaczyć tę zbrodnię na bazie wzruszenia ich gotowością do pracy od samego rana.
Moi wykonawcy przyszli jednak pół godziny później, więc czeka mnie jeszcze dziś zrobienie awantury- naprawdę odetchnę z ulgą, gdy przestanę mieszkać w mieszkaniu będącym skrzynką kontaktową trzech ekip budowlanych.
Nie mówiąc o tym jak odetchnie mój pies- prawdziwie zmordowany koniecznością obszczekania każdego dzwonka.
Wrześniowy termin przeprowadzki wygląda coraz realniej.
Przestałam się martwić, że nie zdążę. Nie będę mieć pewnie kuchni, ale co tam- damy radę.
Jutro jadę do Skrzydlnej do stolarza pooglądać stan robót nad moimi drzwiami.
Na dolnym poziomie będą mieć wysokość 2,40 m, mieszkanie w kamienicy oblige, do sufitu mam trzy metry, naprawdę jest czym oddychać, cieszy mnie przestrzeń i mnóstwo dziennego światła.
Od poniedziałku będą rodzić się podłogi i kolory na ścianach, clematisy na tarasie puściły nowe wąsy, łazienka dzieci wygląda obłędnie, a niebieskie szkło kabiny tak bardzo mnie przerażające, po zamontowaniu straciło swoją niebieskość (no, prawie… Ale czyż piękno nie jest w oku patrzącego? ) i wtopiło się w otoczenie.
Znaczy się- nie ma co siać paniki, o!
Żyję w ogromnym stresie, ale jak idę na budowę to czuję się szczęśliwa.
No to idę :) Z porcją kawy dla wykonawców.
Cała trójka poddała się mojemu dyktatowi (choć wolę wersję: urokowi) i pije kawę pół na pół z mlekiem, zamiast paskudnej plujki.
Polubili też cukier trzcinowy zamiast białego, rafinowanego paskudztwa.
Jedyny minus tej zmiany to konieczność robienia im kawy przynajmniej dwa razy dziennie.
Ale są tego warci!
Li.
PS. Moja Starsza, mistrz bałaganiarstwa zapodziała gdzieś kabelek od aparatu.
Ewentualnie to sprawka Pożyczalskich.
Jak się dziś nie znajdzie, to kupię nowy i nareszcie pokażę zdjęcia.

Z jednej strony jestem matką nastolatki, z drugiej buduję dom. Trudno to wytrzymać, zaprawdę powiadam Wam!

17 sierpnia, 2010
Cierpię. Cierpię przeokrutnie. Męki cierpię.
Wpadłam we własne sidła i teraz muszę zachować twarz, a wszystko przez moje kombatanckie opowieści o licealnych, słodkich czasach, robieniu w konia rodziców i wakacjach w Bieszczadach ze znajomymi zamiast na obozie harcerskim, o czym przekonani byli rodzice.
Teraz cierpię i zaciskam zęby, bo moja Starsza jest gdzieś pod Gliwicami u znajomej pod namiotem na całe dwa dni.
W dodatku razem z koleżanką, która jednocześnie jest podobno ze Starszą u babci, czyli u mojej byłej teściowej w Chrzanowie.
Taka jest wersja dla rodziców koleżanki.
Wersja dla mnie- mam nadzieję- jest prawdziwa.
Razem z nimi jest dwóch (!!!!!!!!) kolegów, zabranych w celu i wyłącznie do rozłożenia namiotu. W (nie)rozłożeniu namiotu upatruję swoją nadzieję- rozkłada się go szybko, jak się wie jak.
Jak się nie wie, to ginie się w namiotowej płachcie i patykach z czegoś tam absurdalnie cienkiego
i rozkłada się go cztery godziny… A Starsza nie wie jak rozłożyć namiot na bank!
Namiot jest w wersji de luxe, ma dwie sypialnie, salon i duży przedsionek.
Jest sześcioosobowy, o matko, żeby tak pomieszały się im pałąki i pogubiły szpilki!
W dodatku w Krakowie leje deszcz, możliwe więc że pod Gliwicami też leje.
Nie mogę jednak tego się dowiedzieć, bo mam zakaz częstych kontaktów, a przecież nie chcę wyjść na nadopiekuńczą kwokę, którą zresztą jestem…
Cała reszta mojego świata też jest jak nierozłożony namiot.
Jestem chronicznie zmęczona, brakuje mi części zamiennych, ciągle nie skończyłam swojego dachu nad głową, ściana w pokoju Karolci ma odchylenie od pionu o całe cztery centymetry, a szkło w kabinie prysznicowej w łazience dzieci ma niebieski odcień.
Wyjątkowo nie pasuje on do płytek w kolorze ciepłej szarości, miedzi i srebra.
Zgrzyta mi w oczach, ale tak strasznie nie chce mi się niczego z tym robić, poza pomalowaniem ścian na niebiesko i udawaniem, że tak ma być.
Nie mogę doczekać się prac w mojej łazience, kupiłam takie cudne mozaiki i niestety, niestety te ametysty, którym tak się opierałam.
Uch, jestem słabą istotą, słabą…
Dziś życie jest beznadziejne, zalane deszczem i do prawdziwej szewskiej dupy.
Kto się ze mną nie zgadza, lepiej niech tego nie pisze.
Li.
Update:
Życie jak zwykle dopisało swój scenariusz.
Po godzinnym miotaniu się inteligentnej młodzieży z namiotem Starsza odkryła, że zapomniała zabrać pokrowca z pałąkami.
Namiot rozpięty został na patykach, a jego krucha konstrukcja wymogła pewne, spokojne zachowania.
No!

Jest tak gorąco, że nawet odgrzewane stare przepisy mogą ochłodzić :)

13 sierpnia, 2010

W piątek trzynastego, gdy upał obezwładnia można zrobić tylko jedno: CHŁODNIK!
Podaję dwie wersje- pierwsza jest dla kobiet, druga dla mężczyzn:

1. WERSJA DLA KOBIET:

Z chłodnikiem jest jak z gwałtowną miłością- koniec jest zimny, ale początek gorący i to w kolorze czerwonym, gdy żądze powodują masakrę wśród botwinki, siekanej na drobne kawałeczki, łącznie z jej sercem w postaci małego buraczka.
Wrzucenie tych posiekaności na odrobinę gorącej wody, wywołuje ekstatyczne jęki z garnka- na szczęście dla obyczajności, jęki te niedostępne są dla ucha zwykłego czlowieka- ich wysoka częstotliwość i zawarte w nich wyuzdane treści niepokoją natomiast koty.
Na gorące i seksowne spotkanie posiekanej botwinki, buraczka i wody przeznaczam okrutnie tylko parę minut- wystarczy to jednak, by początkową sztywność… surowca doprowadzić do tak upragnionego stanu bezbronnej miękkości…
Odstawiam to towarzystwo na bok, by ochłonęło z emocji i teraz mam do wyboru dwie czynności- w zależności od fantazji sięgam najpierw po jaja, lub też delikatnie pieszczę w dłoniach ogórki o fallicznym kształcie…, ech, te fantazje matki-natury- tak prowokujące swoim kształtem, ciekawe ileż to ogórków zostało zmiażdżonych przez żądne zemsty kobiety?
Dziś nie miałam jednak czasu na finezję i pieszczoty, i tak jak w niemieckim serialu (nie)obyczajnym- jaja do garnka i niech same dochodzą do twardości, a ogórki bez bielizny, nagie i nagle jakieś takie śmieszne, posiekałam w słupeczki.
By jednak nie zostawiać ich tak całkiem gołych, przykryłam je gustowną zieloną kołderką z koperku. Dodanie kilku wyciśniętych ząbków czosnku jest wyłącznie moją fantazją, będącą pozostałością romansu z pewnym Grekiem Tzatziki, od tej pory połączenie ogórka z czosnkiem ma dla mnie nieodparty urok.
W czasie rozbierania ogórków, jaja najwyraźniej pobudzone ich widokiem, osiągnęły stan doskonałej erekcji- ich twardość, tak widoczna gołym okiem, szybko jednak została przeze mnie złośliwie zlikwidowana za pomocą tarki o grubych otworach- jęki mogłyby obudzić umarłego, ale na mnie nie robiły wrażenia- wszak podobno ciągle pałam żądzą porozwodowej zemsty, a spersonifikowanie jaj miało terapeutyczną moc…;-)
A potem tylko miękkie przyjemności- rozbite w blenderze na gładko kwaśne mleko w mezaliansie z kefirem, wymieszane z botwinką, ogórkiem z koperkiem, jajkiem- teraz dopiero jest czas na pieprzenie i dla niepoznaki-solenie.
Orgia, prawdziwa orgia gdy smaki się mieszają, wnikają w siebie, i samo życie, gdy miłość z czerwoności popada w różowości- ot, takie wyblakłe uczucie, koniecznie podbite zapachem czosnku, z chrupiącym między zębami ogórkiem, z miękkimi cząsteczkami jajka, które tak gładko się połyka…
Chłodnik wchodzi tak aksamitnie, bez wysiłku, lekko, dużo i bez brzemiennych w kalorie konsekwencji.
Doskonały kulinarny kochanek na takie upalne dni.
Perwersyjnie można dodać kilka pokruszonych włoskich orzechów, mhmmmm… ten leciutki opór… zębów… .mhmmmm…
Daję słowo- można rozpalić zimnym chłodnikiem.
Wystarczy wąski strumyczek dla ochłody pomiędzy piersi… mhmmmm… (najlepsze są piersi z kurczaka;-).
2. WERSJA DLA MĘŻCZYZN:
– Wyjmij z lodówki, to co kupiła Twoja kobieta: kefir, jajka, ogórki i botwinę.
Nazwa botwina może Cię spłoszyć, ale spokojnie- to nic innego jak nastolatkowe buraczki z liśćmi.
– Przygotuj gar z gorącą wodą, co oznacza-uwaga- nalanie do garnka wody na wysokość 2-ch centymetrów.
– Botwinę umyj dokładnie, wypłukując spośród liści cząsteczki ziemi- uwierz mi, ma to znaczenie dla dalszej konsumpcji…
– Liście posiekaj nożem na drobne kawałki, nie dłuższe niż 4 milimetry, ale proszę- nie koncentruj się na porównywaniu jednego kawałka do drugiego, w tym akurat przypadku wielkość ma niewielkie znaczenie….
– Uważaj na palce, ups…odcięty?
– Po wizycie Pogotowia Ratunkowego, które opatrzyło Twoją rankę na paluszku, buraczki pokrój na cienkie plastry i pokrój w słupeczki, inaczej rzecz mówiąc- w prostokąty, o dwóch bokach wyraźnie dłuższych od pozostałych.
– Wrzuć to wszystko do gotującej się wody na parę minut, powiedzmy 4 (cztery).
Gdy botwina dochodzi, zajmij się jajami, ale proszę- nie stosuj tu wykładni rozszerzającej- mam na myśli wyłącznie jaja kurze.
– Kilka jajek, ilość w zależności od upodobań, ugotuj na twardo. Daj im 9 (dziewięć) minut, na pewno w tym czasie dojdą do stanu twardości, gdzie rolę viagry pełni gorąca woda.
– Botwina się studzi, jaja dochodzą, czas na ogórki- po pierwsze je rozbierz- to powinno przyjść Ci bez trudu. Po drugie posiekaj, a po trzecie dodaj do nich czosnek, ale nie w całości-wyciśnięty przez praskę.
A teraz czas na clou programu, skup się (przez te parę sekund nie myśl o seksie) i:
– miękką, wystudzoną botwinę połącz z ogórkami, startymi na grubej tarce jajkami (nie pisałam, że trzeba je obrać ze skorupki, wystudzić i zetrzeć na grubej tarce?), czosnkiem, teraz chwila popieprzenia sobie, ale takiego naprawdę solidnego, posolenia dla dodania smaczku,wrzucasz to wszystko do dobrze ubitego i wolnego od grudek kefiru… nawet nie wspominam Ci o zsiadłym mleku…
Daj sobie parę minut, by smaki się połączyły, smak… mhmmm…
Li.
P.S. Wersja de luxe, dla zrobienia wrażenia: zamiast jaj kurzych, użyj przepiórczych- są małe, ale warte uwagi- podaj je w chłodniku przekrojone wzdłuż.
Efekciarskie!

Remont wspomnień, czyli sposób na podniesienie nieco upadłego ego.

12 sierpnia, 2010
Ciesząc się słońcem wypiłam na tarasie poranną kawę.
Było mi prawie jak w Bułgarii, na tarasie L. i J. z widokiem na morze (dzięki Kochani za zaproszenie, ale ja bez mojej budowy nie mogę żyć).
Miasto jeszcze nie brzęczało porannym pośpiechem, można było przez chwilę poczuć się błogo
i wakacyjnie.
Chwila ta jednak nie chciała trwać dłużej i już mam w sobie niepokój konieczności załatwienia spraw i kupna takich na przykład drzwiczek rewizyjnych, czy fascynujących urodą kratek wentylacyjnych nie mówiąc o deklach.
Z wykończeniowego chaosu jak z piany wynurza się powoli moja mieszkaniowa najbliższa przyszłość. Będę mieć nareszcie swój dom. Dom, dom, dom!
Konsekwencje tego faktu są naprawdę kuszące- wróci do mnie obrażony wolny czas, zaniedbana chęć spotykania się z ludźmi, porzucona chęć gotowania, a nade wszystko poczucie bezpieczeństwa i możliwość zamknięcia drzwi przed światem. Mój dom- mój azyl.
Dla samych tych planów warto było mieszkać ponad trzy lata w tej wstrętnej wynajętej norze.
Wróciłam sobie do dni przeprowadzki, gdy myślałam, że sprzedając mieszkanie i wchodząc w bezdomność wynajmuję tymczasowe lokum na rok, może półtora.
Ale je ne regrette rien, rien de rien, mieszkając w kamienicy z budową na strychu zapuściłam korzenie, oswoiłam okolicę, mam swoje ulubione miejsca parkingowe, na podwórku posadziłam tuje, poznałam sąsiadów i przede wszystkim przypilnowałam swoich cegieł, murów i tego, by dom miał duszę. Ma!
Pierwszy raz w życiu byłam tak zdeterminowana na drodze do celu. Wbrew radom większości mojego świata myślę, że dobrze zrobiłam sprzedając pomałżeńskie mieszkanie.
Trzeba za sobą zamykać drzwi, nawet jak wpada się w brak komfortu i mieszkanie na mało malowniczych kartonach.
Brak poczucia bezpieczeństwa i kartonowy chaos czasem mnie dobijał, ale nigdy nie był to kołek osikowy wbity w samo serce, a pobudzenie do walki o lepszą i słuszną sprawę.
A co na to Lec?
Często dach nad głową nie pozwala ludziom rosnąć.
(Hm… i to że pokazałam niektórym niedowiarkom i nieżyczliwcom na co mnie stać, i że warto realizować marzenia jest może mało chwalebną przesłanką do dumy, ale jakże, jakże słodką…:).
Li.

Znowu notka sprawozdawcza, no i ile może kosztować sprzątanie?

10 sierpnia, 2010
Sytuacja wygląda tak:
Taras wyłożony płytkami prezentuje się pięknie.
Szyby do balustrady mają być jutro, montaż pergoli w czwartek. Z tym, że nie na pewno.
Łazienka dzieci ma być gotowa do końca tygodnia. Z tym, że nie na pewno.
Do 15-go września mam wyprowadzić się z wynajętego mieszkania. Z tym, że na pewno.
Prawdopodobny jest scenariusz, że wyląduję z kartonami, dziećmi, kotami i psem w środku wykończeniowego chaosu.
Mam nadzieję, że gotowa będzie przynajmniej jedna łazienka, podłogi u dzieci i ciepła woda.
Z tym, że nie na pewno.
Jakoś oswajam myśl o mieszkaniu na placu budowy.
Nie będę szukać kolejnego mieszkania do wynajęcia. Damy radę!
Na budowie są brudne okna.
Moja sąsiadka z kamienicy obok straciła pracę za dziewięćset złotych miesięcznie i podobno nie ma z czego żyć. Spotkałam ją pod naszą bramą, pożaliła mi się na temat swojej tragicznej sytuacji, więc wiedziona odruchem mojego kamiennego serca i przemożną chęcią posiadania czystego widoku na Kopiec Piłsudskiego zaproponowałam jej sto złotych za dzień mycia okien.
Zgodziła się z entuzjazmem.
Dałam jej pieniądze z góry, bo chciała sobie kupić jedzenie na sobotę i niedzielę.
W sobotę przyszła na cztery godziny, umyła wielkie okno tarasowe.
Wczoraj była podobno trzy godziny, dziś też trzy. W sumie umyła okna na drugim poziomie, ale tylko framugi, szyb podobno myć „się nie opłaca”. Bo i tak się zabrudzą. Pan Wojtek mi doniósł, że co pół godziny robi sobie kilkuminutową przerwę na papierosa.
Przyszła do mnie godzinę temu i zapytała, czy ta stówka to za wszystkie okna, bo to trochę za mało.
To ja jednak poczekam na powrót mojej ukochanej Pani Jadzi, która jest teraz na wakacjach
u swojej koleżanki „Zośki z Brzeska”. Pani Jadzia gdy chciałam jej dać podwyżkę, zaprotestowała gwałtownie, bo „ile może Pani Moniczko kosztować sprzątanie?”. Wynagradzam jej to kupując jedzenie i pachnącą sól do kąpieli, za którą Pani Jadzia przepada.
A moja sąsiadka nic więcej u mnie nie zarobi.
Osobiście uważam, że sto złotych za umycie okien w całym mieszkaniu to cena wystarczająca.
Ale może się mylę, jak zwykle…?
Li.

Wieczor w Krakowie z widokiem na beznadziejną przyszłość.

8 sierpnia, 2010
Herbatka z gruszki i melisy wlewa się ciepłą strużką w moje zimne od lęków i wiarybraków serce. Ukrywam się w pozorach poczucia bezpieczeństwa wynajętych nielubianych ścian.
Owijam się miękkim pledem w kolorze przegryzionej jagody, ogrzewam w kręgu lampy i sięgam po laptopa, by literami odgonić złe wciórności.
Od tak dawna towarzyszy mi lęk, a ciągle go nie oswoiłam, nie zauroczyłam, nie zniewoliłam.
Są dni, gdy odbiera mi głos i przygina do ziemi.
Nie wkładam wtedy wysokich obcasów, by ich stukotem nie prowokować czyhających po kątach życiowych niefartów.
Nie, nie jestem nieszczęśliwa.
Jestem, po prostu jestem, tak nijako jestem.
I chociaż coraz mniej przejmuję się opiniami na mój temat, to jednak coraz głębiej ukrywam
w sobie swoje pragnienia, coraz mniej wierzę w ludzi, coraz mniej wierzę w siebie.

I pomyśleć, że do pełzania po samopoczuciowym dnie wystarczy deszczowo-burzowy zły nastrój połączony z wizytą własnej matki, wiecznie niezadowolonej ze mnie, wiecznie krytykującej, wiecznie „wszystkowiedzącej”, wiecznie przekonanej o własnych racjach, a już na pewno o tym, że ona zrobiłaby wszystko lepiej, ładniej i szybciej.

Ciągle myślę o tym, co zrobić, by nie powielić tego cholernego genu toksycznej matki- miała go moja babcia, ma moja mama, ja ciągle walczę wszem i wobec głosząc, że moje córki są najpiękniejsze, najmądrzejsze i najcudowniejsze na świecie. Mówię to przede wszystkim im!
Dziś jest mi cholernie smutno, bo z płaczem obudziła się we mnie mała dziewczynka pragnąca tylko akceptacji i ciepła od własnej matki.
Jestem czterdziestotrzyletnią dziewczynką z ogromnym deficytem bezwarunkowej rodzicielskiej miłości.
/A to przecież taka normalna rodzina jest/.
Do nieszczęść tego świata trzeba dodać umiejętność nieokazywania miłości.
Li.

Znowu o kotach.

5 sierpnia, 2010
Młoda kotka, którą oprócz dwóch kociaków uratowałam z popowodziowej stodoły w Proszówkach, i która poszła w dobre ręce moich znajomych B. i T., okazała się być w ciąży. O niewdzięczna!
T. sprawę wykrył po dwóch tygodniach od jej zamieszkania z nimi, nabierając podejrzeń co do kształtu jej brzuszka i robiąc USG u weterynarza.
Teraz po ich mieszkaniu biegają cztery wyjątkowo żywotne kociaki, a moja wieloletnia przyjaźń z B. wisi na włosku cieńszym niż koci wąs.
B. nie lubi kotów, ale kocha swojego męża, dla niego jest zdolna znosić obecność kuwety w kuchni i kota na kanapie, ale ruchliwy koci przychówek ją wykańcza.
Mam więc na głowie kolejny koci problem i muszę rozwiązać go jak najszybciej.
D., moja ukochana przyjaciółka-kociara załamuje ręce, bo ma niestety coraz mniejszą liczbę znajomych chcących w ogóle słuchać o kotach, a co dopiero nimi się opiekować…
Ale cuda się zdarzają, poczekamy więc i my na jakiś cud, mamy czas do końca tygodnia.
D. kupiła działkę pod Krakowem, w linii prostej jakieś dziesięć kilometrów od swojego obecnego mieszkania.
Na działce pomieszkiwał bezdomny wielki, piękny czarny kocur, który niebacznie dał się D. złapać, no i niestety… stracił męskość, ku pewnie nieutulonemu żalowi okolicznych kotek.
Po kastracji dochodził do siebie w łazience D., a pewnego razu zeskoczył w sobie tylko wiadomy sposób z drugiego piętra i zniknął, zostawiając po sobie żal i łzy D.
Jakież było jej zdumienie, gdy tydzień później kocur jak gdyby nigdy nic pojawił się na działce. Jak przeszedł dziesięć kilometrów przez miasto, koci bóg jeden wie.
Podejrzewamy, że kierował się odgłosem samolotów, jako że działka D. położona jest niedaleko lotniska.
Są koty dla których wolność jest najważniejsza i przedkładają ją nad luksusy miękkiego fotela.
Zabieram kawę i idę na budowę. Czas na poranną inspekcję!
Li.

Warcholstwo jest rakiem narodu.

4 sierpnia, 2010

NA ZDJĘCIU: AKTUALNA SYTUACJA POD PAŁACEM PREZYDENCKIM;-))

Śledzę losy wojny krzyżowej i oczom nie wierzę.
Nagle garstka fanatyków i antysemitów zawładnęła przestrzenią publiczną.
Patrzę na nawiedzone i w pogrążone quasi-mistycznym szale panienki histerycznie łkające w chętne dla takich występów kamery i myślę, że wystarczyłby bojkot telewizyjno-prasowy, by sprawa zakończyła się z powodu braku pożywki, jaką są media.
Stłamszone na co dzień, wyśmiewane moherowe gospodynie domowe stają się świecącymi żądzą walki z antychrystem gwiazdami.
Stetryczali i zakompleksieni mężczyźni stojąc na czele tego ruchu czują się ważni i udzielają mediom wypowiedzi rojącą się od błędów polszczyzną.
Ech, ta polska skłonność do warcholstwa przenoszona w genach!
Wczoraj byłam na Kleparzu (dla niezorientowanych- plac targowy w centrum Krakowa) i na moich oczach na chodniku przewróciła się kobieta. Próbowała się podnieść, ale nie była w stanie. Nikt jej nie pomógł, co mnie zbulwersowało, ale gdy do niej podeszłam, to już wiedziałam dlaczego- była kompletnie pijana, wiła się po tym chodniku jak mucha zatopiona w miodzie, podciągnięta spódnica nie zakrywała jej wątpliwej czystości majtek, opuchnięta wstrętna twarz była poobijana, ohyda! Jakby jednak nie patrzeć- człowiek.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam na 112 mówiąc, że na placu leży pijana kobieta, niezborna ruchowo i że pewnie trzeba zawieźć ją do Izby Wytrzeźwień.
Stojące z kwiatami przekupki poparły mnie, ale za to stanowczy opór stawił przypadkowy mężczyzna, ze wzburzeniem pytający mnie, czy wiem ile kosztuje Izba Wytrzeźwień ( która w Krakowie znajduje się na ulicy Rozrywki, hehe).
I dlaczego chcę narazić tę biedną istotę na taki wydatek?
I pewnie ona nie ma tych pieniędzy i będą potrącać jej z renty!
Znaczy się -temat był mu dobrze znany.
Powiedziałam mu, że jak jej potrącą z renty to nie będzie miała za co pić i będzie to tylko z korzyścią dla niej, ale on- wiedziony widocznie poczuciem solidarności- podniósł z ziemi tę kupkę śmierdzącego nieszczęścia, zarzucił sobie na ramię i uniósł czym prędzej w stronę Plant, byle dalej ode mnie i jadącej już Straży Miejskiej. Pewnie porzucił ją w jakiejś bramie.
Na miejscu zdarzenia pozostał przybrudzony biały sweterek.
Zadzwoniłam znowu na 112, powiedziałam że wskutek spontanicznej społecznej, acz jednostkowej akcji obiekt został zabrany z pola widzenia i poszłam sobie dalej.
A co sobie pomyślałam to moje.

Pozornie te dwa zdarzenia-drewniany krzyż przez Pałacem Prezydenta i przyzwolenie społeczne na leżenie w upojeniu na ulicy nie mają nic wspólnego.
Ale tylko pozornie- pokazują niestety mentalność narodu, o!
Trzeba się temu przeciwstawiać, tylko nie mam pomysłu jak. Przecież nie pójdę się bić?
Li.

Sama nie wiem, czy narzekam czy nie. Raczej piszę sprawozdanie :)

3 sierpnia, 2010
Taras jest prawie skończony. Wygląda szałowo!
W piątek po zamontowaniu ostatniej pergoli zrobię zdjęcia. O ile oczywiście do tej końcowej czynności dojdzie, z ostrożności popartej doświadczeniem kobiety budującej wolę nic nie planować, bo już boleśnie doświadczyłam prawdy, że terminy w procesie wykończeniowym to rzecz względna.
Względną rzeczą są również wszelkie plany finansowe i plan wydatków- te tzw. dodatkowe koszty potrafią wykończyć przynajmniej mnie! Kanał do brodzika, fugi, silikony, płytki okapowe na taras (to ciekawa sprawa- dwadzieścia płytek okapowych kosztowało prawie tyle co dwadzieścia metrów kwadratowych płytek na taras! ) to i owo, spędzam dni w marketach budowlanych, a chciałoby się inaczej…
Na głowie mam dzieci, choć szczęśliwie w umiarkowanym stopniu- Starsza zajmuje się sobą,
a Młodsza zaczytana w kolejnych częściach „Feliksa, Neta i Niki” marudzi okresowo, między rozdziałami.
Z Nemo dziewczyny na wakacje nie pojechały, a ja z tego powodu dowiedziałam się, że jestem chora psychicznie.
Symptomem mojej choroby był stanowczy opór przeciwko powrotowi dzieci samotnie pociągiem trzynaście godzin do Krakowa. Nemo miał zamiar zabrać je nad morze na całe pięć dni, a potem odesłać do domu jak niepotrzebne paczki, jako że nad morzem na następny tydzień miała pojawić się kobieta koń.
Przełknęłam nawet te pięć dni, dobre i to na dziesięć tygodni wakacji i po trzech latach niezabierania dzieci, ale przełknąć trzynastogodzinnej podróży pociągiem nie mogłam ze zwyczajnego strachu podszytego zboczeniem zawodowym.
Gdyby chodziło o samą Starszą nie byłoby problemu, ale Młodsza to jeszcze takie dziecko…
A poza tym polskie pociągi to… No dobra, na punkcie (nie)bezpieczeństwa jestem przewrażliwiona, ale mam do tego prawo, przez przestępstwa jestem osaczana na co dzień.
Zgodziłam się na wagon sypialny, zamknięty przez konduktora, ale na to zgody nie wyraził Nemo, powiedział Starszej że jestem chora psychicznie, ona na niego się za to obraziła i odmówiła wyjazdu, Młodsza stanęła murem za Starszą i za mną i tym sposobem obie siedzą w domu.
Nemo zagroził im zerwaniem wszelkich stosunków i „dopilnowaniem by cała jego rodzina z nimi się nie kontaktowała”. Ech, miota i miota te swoje groźby, jakby nie zauważając, że dzieci są istotami myślącymi, a poza tym, że trzeba je kochać, trzeba też szanować.
Nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać, na wszelki wypadek jednak śmiechem zmarginalizowałam problem, śmiech z pewnością może być objawem choroby psychicznej, zwłaszcza w oczach kogoś tak pozbawionego poczucia humoru jak mój były mąż.
Pomyślałam przez chwilę o wakacjach, ale już mi przeszło.
Ilość codziennych konsultacji, konieczność wiecznych zakupów, chęć uczestniczenia w procesie twórczym na każdym etapie- ech- nie dam sobie tego odebrać.
Poza tym nie można mieć wszystkiego- budowanie domu i wakacje to sprawy finansowo wzajemnie wykluczające się, przynajmniej dla mnie.
Jestem bardzo zmęczona i czasami bardzo zniechęcona- do życia, byłych mężów, pracy i ludzi.
Ale idę sobie na budowę i znowu rosną mi skrzydła!
Rosną i opadają, to takie niezmienne prawo przyrody i właśnie z poczucia niezmienności tego prawa czerpię swoją siłę, Czasem słońce, czasem deszcz, czasem przestworza, czasem dno, alternatywa dla życiowej beznadziei jest zawsze!
Li- Wariatka.
P.S. Mam fajną czytelniczkę Danusię- jej były mąż też nie potrafi stanąć na wysokości zadania, zrzucając na nią w całości ciężar opieki nad dziećmi.
Danuśka ma marzenie– co to dla Was kliknąć i coś napisać :))
Liczy się ilość komentarzy, może jej marzenie spełni się dzięki Wam?

Trzeba pomagać szczęściu, o!

Z dziennika budowy.

30 lipca, 2010
Są takie dni jak dziś, gdy obudzona dzwonkiem domofonu i bez czułego pocałunku, ale za to z entuzjastycznie witającym mnie psem mam ochotę poprzenosić jakieś góry.
Zaokienny poranek mokry od deszczu energicznie wpływa przez okno wcale nie miejską świeżością, a lista spraw do załatwienia oscyluje pomiędzy koniecznością zakupu płytek do kotłowni (za całe 19,99 zł.), a wyjazdem do Bukowiny.
Po przedwczorajszym deszczu dach przecieka „tylko” w dwóch miejscach, zmniejszenie liczby przecieków postanowiłam potraktować optymistycznie i z prawdziwym podziwem dla naszych niezawodnych dekarzy oraz z nadzieją dojścia do zerowego ideału.
O morderczych myślach w tej pogodnej notce wspominać nie będę.
Za godzinę będzie transport z podłogą, podłoga to ważna rzecz.
Nie mówiąc o tym, że to kolejny krok zupełnie nieważny dla ludzkości, ale za to jaki ważny dla mnie!
Dowiedziałam się, co stało się z moim poprzednim fachowcem od tarasu, po dwóch tygodniach kompletnego milczenia L. udało się go dopaść.
Stracił telefon w wykopie, do którego zresztą wpadł razem z nim.
Oczywiście i na szczęście żyje.
Ale i tak nie przebił rekina Pana Romeczka, prawda?
Zabieram się za piątek i zobaczy się, na ile wystarczy mi tej porannej energii.
Są takie dni jak dziś, gdy wszystkie kłopoty przesłania bliżej niezidentyfikowana radość, prawdopodobnie radość życia, ale możliwe że się mylę i jest to zwyczajnie objaw postradania zmysłów.
Li.

Zwątpienia, afirmacje i takie tam inne.

29 lipca, 2010
Są dni, gdy mam wielkie chwile zwątpienia.
Najbardziej drażni mnie wtedy pewna osoba.
Nie znoszę jej serdecznie, unikam jej widoku, nie odzywam się do niej, nie uśmiecham, nabzyczam się i jakoś staram się przetrwać dzień w jej niechcianym towarzystwie.
Ale ona jest bardzo natrętna, nie opuszcza mnie na krok, siedzi we mnie i marudzi, jęczy, nie lubi świata i wpada w konflikty nawet z kubkiem do kawy, zarzucając mu za mało mleka.
Nie lubię w te dni swojej siebie w sobie.
Są dni, gdy jest mi źle na świecie i nic nie poradzę na hormonalne zawirowania, na niekorzystne niże, na denerwujące poranne telefony, a nic-nie-wychodzenie, na wszystkie nieszczęścia tego świata, na konieczność pojechania do Bukowiny na baseny termalne, na konieczność zafarbowania włosów, na konieczność podjęcia jakichkolwiek zawodowych czynności, na niespodziewane budowlane wydatki, niski kurs euro i globalne ocieplenie.
Są dni, gdy z wielkim lękiem myślę o przyszłości i boję się starości, oraz ciężkiej choroby, tego chyba boję się najbardziej.
Są dni, gdy ciągle myślę o Ilonce, i tak bardzo chciałabym by dała mi znak, że jednak gdzieś jest coś, co stłumiłoby moje lęki.
Są dni, gdy czuję się niepotrzebna i beznadziejna.
Są dni, gdy moja psychika topi się jak masło na gorącej patelni.
Na szczęście dziś wyszło słońce i Pan Wojtek wziął się za taras.
Jest szansa, że do jutra go skończy.
Na szczęście jeszcze nie umieram.
Na szczęście mam w życiu trochę szczęścia.
Na szczęście jestem ładna, a z resztą jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby nie było.
Na szczęście jestem mądra, a przecież mogę być jeszcze mądrzejsza, jak tylko będę chciała, a to że mi się nie chce jest wynikiem li i jedynie chwilowej głupoty.
Na szczęście uwierzyłam Lecowi, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Na szczęście mam swojego bloga i mogę w nim pisać o tym, co mi tylko w duszy gra, o!
Li.

Raport, czyli samo życie, albo niekończąca się powieść o ciągu przyczynowo-skutkowym.

26 lipca, 2010
Śmiesznie jest.
Taras trzeba robić od początku.
Fachowcy numer dwa są drożsi- zażądali czterech tysięcy złotych.
Fachowcy numer jeden byli o osiemset złotych tańsi.
Zapłaciłam im niestety zaliczkę w wysokości dwóch tysięcy złotych, czy ja nigdy niczego się nie nauczę?
Fachowcy numer dwa poprawiają po hydrauliku za wysoko poprowadzone odpływy.
Kują więc wylewkę zrobioną przez Wykonawcę.
Wykonawca z wylewką czekał specjalnie na zakończenie prac hydraulicznych- a to po to, by nie trzeba było jej kuć. Niestety trzeba.
Elektryk numer dwa poprawia po Panu Romeczku- fachowcy numer dwa przewiercili w podłodze jakieś kable, o których nikt nie miał pojęcia, a które wsadził tam Pan Romeczek i w sobie tylko wiadomym celu.
Pana Romeczka o te kable nie zapytam, bo obrażony jest na mnie śmiertelnie.
Elektryk numer dwa rozpaczliwe wezwany przybył natychmiast i siedzi na budowie od trzech godzin dumając co i jak.
Litwinki przybyły z ciocią Birute i wujkiem Antonasem.
Antonas dysponował mapą Polski sprzed czasów autostrad w związku z czym do Krakowa jechał przez Sandomierz. Trochę ciężka ta droga była…
Moja starsza córka zarezerwowała im hostel (bo egoistycznie odmówiłam goszczenia i cioci i wujka, dwie nastoletnie Litwinki wystarczą), ja sobie tym głowy nie zaprzątałam, nie sprawdziłam, a niesłusznie- hostel prowadzony jest przez Turków, turecki recepcjonista ledwo duka po polsku, a co dopiero w innym języku, choć turecki pewnie zna znakomicie, haha… miejsce dość podejrzane, jedyna zaleta, że tanie.
Ciocia i wujek uparcie do mnie mówią po rosyjsku, a ja nie gawarju pa russki, choć o dziwo sporo rozumiem, jednak lata nauki i młodości w czasach komunizmu gdzieś tam jeszcze odbijają się rosyjskim echem…
Ciągle muszę gdzieś jeździć, wozić, pokazywać drogę, dziś kupiłam im plan Krakowa, zaznaczyłam adres hostelu i niech sobie radzą beze mnie!
Ja mam wymienianą kanalizację i warunki polowe.
Litwinki w związku z tym mieszkają razem ze Starszą w luksusowym mieszkaniu mojego brata
i możliwe, że w związku z tym zatrą im się w pamięci negatywne wrażenia z Polski pozbawionej wody bieżącej i kanalizacji.
Z mojego wyjazdu na wakacje pewnie nic nie wyjdzie.
Ciągle muszę być na budowie, konsultować, wkurzać się, płacić, (do)kupować, zamawiać, organizować transport i takie inne mało fascynujące, a wymagające obecności czynności.
Dzieci (o dziwo!) to rozumieją. Zamiast wakacji będą mieć szybciej dom.
Z Litwinkami pojedziemy do Bukowiny na baseny termalne. Choć tyle!
Nie mam czasu na przyjemności, ale wczoraj przyjechała do mnie Jędza i gdzieś między nieszczęsnymi rurami a problemami, złapałam oddech i poszłyśmy sobie na pogaduchy przy sushi i było git.
„Uparcie i skrycie, ech życie kocham cię, kocham cię nad życie”!
Li.

O rety…

24 lipca, 2010
O rety… Wzdycham sobie jak starsza pani. No i w krzyżu mnie od tego wzdychania łamie, też jak starszą panią.
Niby mam iść wieczorem na imprezę, niby muszę „coś” ze sobą w związku z tym zrobić, ale mi się nie chce. Jak to starszej pani…
Ale komu by się chciało, gdyby dopadło go nieszczęście w postaci pękniętej rury kanalizacyjnej, tej jedynej niewymienionej przy okazji remontu kamienicy rury, a to z powodu braku zgody współwłaścicielki na rozwalenie ściany w jej mieszkaniu.
Teraz wszystko to co zwyczajowo spływa kanalizacją wpływa jej do pokoju, a nie jest to woda różana, o nie!
Ech, do poniedziałku rano nie mam więc toalety oraz łazienki. Resztki cywilizacyjnego honoru ratuje zlew w kuchni, ale z przyczyn oczywistych jego przydatność jest ograniczona.
Administratorka dała mi klucze do swojej toalety na parterze, sąsiad z góry zaoferował swoją łazienkę, latamy więc między piętrami, starając się nie nadużywać cierpliwości sąsiedzkiej, ale ze zgrozą myślę co będzie dalej- ja, dwie córeczki i dwie Litwinki, o rety… cholera jasna, dlaczego rury z reguły pękają w soboty? Hydraulicy rozłożyli ręce z obietnicą powrotu w poniedziałek, ale kto by tam wierzył hydraulikom!
Nie, nie jestem dziś szczęśliwa.
Muszę w dodatku wymyśleć jakieś przynajmniej tygodniowe wakacje z dziećmi, wyjazd córek z tatą nad morze nie wyszedł z powodów leżących po stronie taty, a szkoda by cały sierpień siedziały w Krakowie. Ciężko będzie mi porzucić sprawy budowlano-wykończeniowe, ale może i mnie przyda się widok innego nieba. Najpierw chciałam polecieć nad ciepłe morze i nic nie robić, tylko prażyć się na leżaku pod palmą z widokiem na morze, ale ja tak nie cierpię hoteli, tłumów i natrętnej turystyki, że ostatecznie zdecydowałyśmy, że damy się żreć komarom na Mazurach.
Może nie będzie upałów, może będzie zaciszna przystań, może będą kajaki, może ryby, może święty spokój, cisza i piękne zachody słońca na jeziorem.
Kuszące, prawda?
Li.

A takie tam babskie gadanie :)

22 lipca, 2010
Zaczynam fisiować. Znaczy się-wariować.
Widzę jakieś cienie na ścianie, słyszę głosy, zapominam o spotkaniach, odczuwam lęki przed wyjściem z chłodnej kamienicy na rozżarzoną ulicę, pół godziny stoję w upale przy aucie z włączoną klimatyzacją, zanim do niego wejdę, co w sumie wychodzi na to samo- rety, jak bardzo brakuje mi wakacji!
Wczoraj z pewną nieśmiałością zaczęłam przeglądać jakieś oferty i kto wie, czy na tydzień nie porzucę wykończeniowego bajzlu i nie wyjadę z przychówkiem w celach samoratunkowych reanimować się gdzieś nad morzem. Oczywiście natychmiast dla tak nierozważnego kroku znajdę tysiąc usprawiedliwień i niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie ma ochoty uciec z upalnego miasta na upalną plażę.
Odnalazł się fachowiec od tarasu. Podobno telefon wpadł mu do wykopu i zaginął na wieki.
Za dwa tysiące lat zostanie odnaleziony jako wielka archeologiczna sensacja.
A dziś jadę do Skrzydlnej, pod Limanową zamówić drzwi.
Jutro jadę do Kalwarii, zamówić granit na blat kuchenny.
Pomocnik mojego fliziarza pomylił sobie pomieszczenia i zamiast kotłowni zagruntował mi klejem do płytek garderobę, wymalowaną i gotową do zapełnienia. Uch!
Odkryłam również, że zapalenie światła w sypialni będzie wymagało najpierw zamknięcia za sobą drzwi, bo kontakt jest dokładnie za nimi.
O innych drobnych uciążliwościach nawet nie wspominam.
Wczoraj dogadałam się z bardzo fajnym facetem w sprawie kuchni.
Uprościłam ją maksymalnie-i wykonawca ma zakaz planowania psujących się cargo, bajerów i buzerów- mam mieć wygodne, pojemne szuflady i żadnych wiszących szafek.
Stan na dzień dzisiejszy jest następujący: nieustanny huk od cięcia płytek, między innymi od realizacji pomysłu pocięcia na kawałki trzech bardzo drogich płytek o wymiarach 50×50 cm (bo tylko na trzy takie było mnie stać cha, cha…), a to w celu zrobienia wrażenia, że jest ich dużo, przy cięciu jest oczywiście mnóstwo pyłu, co rodzi konieczność podarowania kolejnego wina sąsiadowi spod budowy od roku udręczonemu, kolejne zakupy, bo po zmianie koncepcji musiałam dokupić płytek, zakaz zmiany koncepcji wydany sobie samej, trzy przepiękne kute lampy, zapierające w piersiach dech z powodu ich nadzwyczajnej urody, chaosik i bałaganik, Pani Jadzia załamująca ręce nad ogromem prac porządkowych, ale za to już powoli, powoli widać efekty.
Nie mogę doczekać się końca, który będzie przecież początkiem czegoś nowego.
Kończę kawę i zabieram się za coś. Mam tyle roboty, że nie wiem od czego zacząć, cholera jasna, psia kostka i krew.
Li.

O Pradze, o braku płytek na tarasie, o miłości… :)

19 lipca, 2010
Wystarczy cały dzień leniwie powłóczyć się po pięknych miejscach, posiedzieć w klimatycznych praskich knajpkach, pogadać o wszystkim nieważnym i niczym ważnym, pośmiać się beztrosko, niecierpliwie czekać na sobotnią noc i lądowanie samolotu z Burgas, mocno przytulić młodszą córkę i wzruszyć się jej płaczem pełnym ulgi, że oto nastąpił kres „straszliwej” tęsknoty za mamą, a potem jeszcze ukryć się z L. w salonie z butelką wina i gadać do czwartej rano o tym, o czym gadają kobiety, by uznać, że był to świetny weekend.
A gdy do tego doda się dwie pary butów z wyprzedaży u Baty i dwa piękne koty z czeskiego szkła do mojej kociej kolekcji, to doprawdy chcieć więcej byłoby grzechem…

Fantastyczne popraskie samopoczucie czule przeniesione z niedzieli wściekło się dziś z braku widoku płytek na tarasie. Z tarasowym fachowcem nie ma kontaktu, jego telefon milczy, milczy, milczy, znowu pada deszcz bezlitośnie mocząc gumową wylewkę, a ja tłumiąc mordercze myśli skupiam wzrok na położonej przez innego fachowca podłodze w kuchni i mruczę sobie z ukontentowania, bo jest śliczna.
Tym samym równowaga w przyrodzie zostaje zachowana, czasem słońce, czasem deszcz, praca jednego równoważy brak pracy drugiego, jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby nie było, poweekendowo czuję w sobie Szwejka jak nic!
Nalewam kieliszek morawskiego wina, zabieram się za rozpakowywanie walizki, nie dam sobie zepsuć uroku minionego weekendu, gwałtownie zakochana w Pradze mam zamiar okupować dom L. i J. co jakiś czas. Myślę, że mnie nie wyrzucą, wszak trzeba pomagać takiej miłości :))
Li.


…:)

19 lipca, 2010

Na prośbę mojej koleżanki usunęłam notkę. Mam jednak nadzieję, że jakiś tam skutek odniosła.
Teraz miotam się pomiędzy i między, wieczorem opiszę wrażenia z Pragi, dwie pary nowych butów i dwie piękne figurki kotów.
Życie potrafi być piękne jak widok z mostu Karola :)
Li.


Wtorek-nie zawsze potworek.

13 lipca, 2010
Moje życie idzie sobie miarowo naprzód, nie oglądając się wstecz.
Dla mojego życia nie ma żadnego znaczenia wynik wyborów, awantura o krzyż (choć podoba mi się określenie Wojna Krzyżowa i nowa chrystianizacja Polski i Europy przez PiS, cha cha…), idiotyczne wywiady udzielane przez napuszone od buty posłanki typu Beata Kempa, afera kratkowa z teorią spiskową w tle i te wszystkie polskie bagienne specjalności.
Dla mnie życie to pobudka o wpół do siódmej rano, bo przyszedł elektryk, zanoszenie dwóch kaw na budowę- jedną z mlekiem i łyżeczką cukru, drugą czarną bez cukru, leniwe przeciąganie się na tarasie w słońcu o tej porze dnia jeszcze nie palącym, podlewanie clematisów z modłami, by wytrzymały upały, szykowanie się do pracy i takie tam codzienności.
Starsza z Londynu co jakiś czas przesyła wiadomości na gg, głównie jednego niestety rodzaju: kasa, kasa, kasa, przelej mi na kartę kochane pieniążki, najdroższa mamusiu, Młodsza z kolei z Burgas śle maile pełne tęsknoty i zapewnień, że zawsze jak do mnie pisze to „lecą jej łezki albo pot”.
Upał zahibernował moje koty, prawie nie ruszają się z miejsc, szczególnie preferując łazienkę, pies dyszy, ale zawsze jest chętny na spacer, a ja dziś nareszcie po kilku tygodniach przerwy umówiłam się na obiad z dziewczynami i mam nadzieję na leniwe popołudnie nad bakłażanami z ricottą w sosie ze świeżych pomidorów oraz dzbankiem zimnej wody z cytryną.
Życie potrafi być piękne, jak tylko uda się zamknąć uszy i oczy na ten beznadziejny, pełen złości
i nienawiści świat.
A co na to Lec?
Obserwujemy ciekawe zjawisko: bełkot jako środek porozumiewawczy między ludźmi.
Li.

Informacyjnie…

12 lipca, 2010
Weekend bezpowrotnie straciłam w paragrypowej gorączce i złym samopoczuciu.
Wczoraj, jakby mi było mało złych wciórności, znęcony upałami przyszedł do mnie mój osobisty Obcy, zaatakował wielkim bólem głowy i nudnościami, a przecież spędzenia wieczoru na samotnym rzyganiu nie brałam pod uwagę w niedzielnych planach…
Ale już dziś ciśnienie mojej niepokornej krwi zachowuje się grzecznie i normalnie, uspokojone lekami
i uśpione aż do następnego podstępnego ataku. Nienawidzę mojego braku kontroli nad czymś tak osobistym jak ciśnienie własnej krwi!
Dziś dałam sobie wolny od pracy dzień, zaraz pójdę na budowę, a potem schowam się w domu przed światem i przy zaciągniętych roletach spróbuję zacząć porządkować niezliczoną ilość papierzysk, zalegających stosami na miejscach wcale do tego nie przeznaczonych.
Zostały mi dwa dni do powrotu Starszej i przyjazdu Litwinek, Panie Boże miej mnie w swojej opiece, przyjmowanie gości w mieszkaniu z kartonami nie jest sytuacją komfortową. Na szczęście w czwartek rano zostawię to całe towarzystwo same i razem z moją ulubioną Jędzą wyjeżdżam do Pragi.
I niech się dzieje co chce!
Na budowie panuje chaos. Ale podobno jest to chaos kontrolowany. Nie przeze mnie jednak, o nie! Mnie opadają ręce i czekam co przyniesie czas!
Jestem bardzo zmęczona, tak bardzo że nawet nie chce mi się pisać bloga.
Biorąc pod uwagę moją dotychczasową kilkuletnią regularność w pisaniu, jest to objaw niepokojący nawet mnie samą.
Czas więc na czynności samoratunkowe-umówiłam się z kosmetyczką i z moim ulubionym Mongołem na serię masaży, muszę jakoś sama wygrzebać się z tego pełnego zamulonych problemów dna, bo inaczej zabraknie mi powietrza, utonę i będę prowadzić denne życie, a przecież moim żywiołem jest szybowanie w przestworzach!
A co na to Lec?
Dokąd zmierza życie? Tam gdzie Ty, dopóki idziesz.
Li.

Nihil novi.

8 lipca, 2010
Śniłam i śniłam, że dzwoni dzwonek, a on naprawdę wkroczył w mój senny poranek i przyniósł za sobą kolejnych fachowców- oto do przedstawienia Pan Wojtek i Pan Kuba i się zobaczy co zrobią z moich łazienek. Długo drapali się po głowach nad kombinacją płytek z mozaiką, ale podobno to są prawdziwi mistrzowie. Jak oni wszyscy…
Życie bez dzieci płynie mi nadzwyczaj przyjemnie, to się nazywa wolność, czy jakoś tak. Chwilowo więc wyzwolona z niewoli macierzyństwa tęsknię sobie za nimi całkiem przyjemnie i nareszcie mam czas dla siebie.
Idę na budowę. Wypiję tam poranną kawę, podleję rośliny, pogadam, poustalam, pooglądam, pomarudzę, nacieszę się słońcem na tarasie i będę stwarzać wrażenie, że ja tu pilnuję i beze mnie ani rusz.
Zdjęcia będą jak choć jedna rzecz będzie w całości skończona.
Ale zapowiada się pięknie, zaprawdę powiadam Wam, bez fałszywej skromności…
Miłego dla Was w ten piękny czwartek!
Li.

Zawsze gdzieś musi być dziura w całym!

7 lipca, 2010
Wiedziałam, że jak umyję auto, specjalnie dla dobra budowy nie myte od pół roku to będzie padało.
I pada, pada, pada na mój świeżo wysmarowany płynną gumą taras… ech, co za przewidywany pech!
Wstałam rano bez pieśni na ustach. Czy ten deszcz to jakiś test na moją wytrzymałość?
Kiepsko w nim wypadnę, jestem już przecież na granicy, gdzie pomiędzy mną a szaleństwem jest cienka, czerwona linia, a deszcz jest niemile widziany, bo nad naszą piękną, naprawdę piękną nadbudową jest wyjątkowo pechowy dach.
Tym razem jednak trudno było dachowi odmówić prawa do przeciekania, skoro beztroski hydraulik Krawczyk w opadniętych klasycznie portkach, wyprowadzając zimą komin do czegoś tam, wyciął w nim dziurę i pozostawił ją niezabezpieczoną, bo przecież nie można nazwać zabezpieczeniem niedbale wciśniętą w dziurę piankę.
A dekarz o wdzięcznym nazwisku Ogórek (tak, podam te nazwiska do publicznej wiadomości!!!) łażący po dachu tam i z powrotem, od kilku miesięcy ciągle przeze mnie wzywany na interwencję, tej jednej podobno dziury nie zauważył i woda podstępnie lała się i lała po kominie, nie ujawniając przez kilka miesięcy swojej obecności, jak najbardziej złośliwy rak.
I nie jest ważne, że to nie ja mam wzdętą podłogę, rozwarstwione regipsy i pleśń.
Stało się to pod moim dachem, nad moim marzeniem!
Wczoraj rano odbyła się u mnie w mieszkaniu konfrontacja jednego z drugim.
Hydraulik to miglanc, a dekarz to cwaniak, ale nie ze mną takie numery Ogórku z Krawczykiem, straszne konsekwencje będą wyciągnięte, o tak!
Z rzeczy zdecydowanie przyjemniejszych donoszę, iż moja Starsza ukochana córka kończy dziś szesnaście lat. Wczoraj szczęśliwie z Totnes dotarła do Londynu, przejawia taką dozę samodzielności, że strach się bać co będzie…
Mam jeszcze tydzień względnego spokoju do jej powrotu i najazdu dwóch Litwinek.
Zaczynają się roboty łazienkowe, w piątek podłogowe, rozglądam się za kuchnią, ceny kuchni budzą śmiech, oto jak łatwo wysoką ceną można wynieść na nowobogackie salony coś co jest kuchnią i kuchnią pozostanie. Paździerz zawsze będzie tylko paździerzą, jak mawia pewien P.
Wszystko idzie w dobrym kierunku, tylko ten dach mnie martwi i denerwuje…
Li.

Jestem Mamutem, a oprócz tego jak wsiadam i jadę, to błądzę, ale zawsze znajduję drogę do domu :)

5 lipca, 2010

Dostałam wczoraj od Starszej zdjęcie znad angielskiego morza z dyskretnym napisem w lewym rogu:)
Wróciłam z weekendu szczęśliwie nieszczęśliwa.
Wszystko oczywiście przez płacz mojej córki, która nagle na lotnisku w Pradze przypomniała sobie, że jedzie bez swojego mamutka. O rety!
Samolot do Burgas na nasze nieszczęście miał prawie dwugodzinne spóźnienie, Gusia miała więc czas na ryki, a zapłakana wyglądała jakby siłą wywożona była za granicę.
Sytuacja została przez L. opanowana na tyle, że mogłam dać buzi i zostać po niewłaściwej stronie barierki. Ale czułam się samotna! Taka samiuśka na wielkim lotnisku… Poużalałam się nad sobą i powlokłam na parking do auta, trzeba było wracać do kraju.
Po drodze w parkomacie opłaciłam kartą parking, automat wypluł mi bilet i karteczkę, na niej napisane było coś po czesku, więc nie wzbudziło mojego zainteresowania, a szkoda!
O tym co napisane było na karteczce pomyślałam dopiero stojąc bezradnie przed szlabanem, który nie chciał się otworzyć i uparcie odmawiał przyjęcia biletu, a kolejka aut za mną rosła i rosła…
No cóż, trzeba było wysiąść z auta, podnieść dumnie głowę do góry i podejść pewnym krokiem na drżących nogach do auta stojącego za mną, przyznać że mam problem z biletem i oczekiwać pomocy… (Na karteczce z parkomatu jak byk napisane było, że „oplaty ne pobrano”).
Miły Czech poszedł ze mną do innego automatu (a kolejka nadal rosła), i nawet pożyczył mi na wieczne nieoddanie 100 koron, bo automat lekce sobie ważył wszystkie moje karty!
Podziękowałam, posłałam przez okno całuska i ruszyłam w drogę, mając zakodowany kierunek: Hradec Kralove. Dlaczego pojechałam na Karlove Vary- nie mam pojęcia.
Udaję sama przed sobą, że nazwy jakoś takie podobne są…
O tym, że jadę dokładnie w przeciwnym kierunku zorientowalam się po dwudziestu kilometrach, zjazd z autostrady był po następnych kilkunastu, klnąc na czym świat stoi, zawróciłam i już naprawdę solennie obiecałam sobie zakup GPS-a.
Granicę przekroczyłam w Kudowie, stamtąd była już tylko godzina drogi do Paczkowa, do mojej ulubionej czarownicy O., wpadłam w sam środek przyjmowania gości, wypiłam wino i poszłam spać na dwanaście długich godzin.
A w niedzielę w pobliskim Otmuchowie było Lato Kwiatów, słynna od lat impreza, kupiłam sobie na taras clematisy i pnące hortensje, nabrałam sił i energii, w nocy wróciłam do Krakowa i od dziś realizuję bardzo napięty plan.
Ale weekend miałam naprawdę udany, nawet z tymi momentami kompletnego odmóżdżenia!
No i ze wstydem przyznaję, że nie głosowałam, całe szczęście Komorowski wygrał bez mojego głosu, bo ojciec groził mi wydziedziczeniem…:)
Biorę się do roboty,
Li.

Ta cholerna rekrutacja!

30 czerwca, 2010
Wpadłam w sam środek rekrutacji do liceum, Starsza sobie anglikuje, a ja nic z tego nie rozumiem.
Stan faktyczny jest taki, że dostała się do LO, drugiego na swojej liście, a można było wskazać trzy szkoły. Oczywiście teraz okazało się to istnym nieszczęściem- nie to liceum (najbardziej chciała do „szóstki”, przyjaciółka najbliższa dostała się wprawdzie do tego samego liceum, ale do innej klasy, „Mama zrób coś” i takie tam…).
No cóż, jak się napisało test gimnazjalny grubo poniżej swoich możliwości na 74 punkty to takie są oto efekty. Angielski z kolei, za który ma maksymalną liczbę punktów nie liczy się do kwalifikacji.
No to po co jest?
Czytam te drakońskie zasady elektronicznej rekrutacji i widzę, że do 1-go lipca muszę w szkole do której się dostała złożyć oryginał świadectwa. W przeciwnym razie miejsce jej przepada.
No i teraz nie wiem co robić, czy ryzykować i czekać na drugą rekrutację licząc na zwolnienie jakiegoś miejsca w „szóstce” czy też złożyć dokumenty w „dziesiątce” i mieć święty spokój, tym bardziej że ta szkoła jest blisko nas, prawie za rogiem i skończyłyby się te jej wieczne dojazdy.
A „dziesiątka” ma poziom przyzwoity, podobno.
O rety, no co mam zrobić, no co?
Starsza oczywiście teraz ma gwałtowny przypływ ambicji, nie pamiętając już jak matka truła jej codziennie za uchem- ucz się!
O! Ale ja też matki nie słuchałam…, to się nazywa chichot historii, ech…
Li.

Początek wakacji.

29 czerwca, 2010
Jednej się już pozbyłam, drugiej pozbywam się za trzy dni, oto efekt odwiecznej walki matczynej miłości z pragnieniem świętego spokoju i czasu dla siebie.
Życie wraz ze słońcem nabiera koloru jak pomidor na tyczce.
Taras nareszcie ma okazję wyschnąć i może da się uszczelnić i upiększyć, kredytowa forsa rozpycha mi kieszeń i pozwala na pewną rozrzutność, w mojej głowie ułożyły się kolory i pomysły, ech… wszystko mija, nawet najdłuższa zmija, a życie znowu jest piękne.
W piątek jadę do Pragi, wrócę w sobotę i od niedzieli przez dwa tygodnie będę mieć wakacje
i czas tylko dla siebie. I znowu powrócą nocne włóczęgi, rowery nad Wisłą, siedzenie w ogródkach na Rynku, życie towarzyskie i uczuciowe, nie ma to jak urlop od bycia zapracowaną matką-żywicielką.
Ale najbardziej cieszy mnie szukanie i znajdowanie.
Li.

Orzeł wylądował.

28 czerwca, 2010
Dziecko złożyło raport, że stoi już na angielskiej ziemi, a nawet na peronie dworca w Bristolu i czeka na pociąg.
Czyli większość moich wyimaginowanych problemów, jakże rujnujących mi od kilku dni wyobraźnię ma za sobą- wylądowała szczęśliwie, bagażu jej nie zgubiono, znalazła busa na dworzec, kupiła bilet, ufff… za półtorej godziny będzie w Totnes!
I wtedy odetchnę na dobre i może nawet pośmieję się ze swojej histerii.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to pierwsza jej tak samodzielna podróż, ale jak widzę daje radę!
Stwierdzam też z wielkim bo spuchniętym z dumy zadowoleniem, że warto było od kilku lat wysyłać ją- hen, hen w szeroki świat gdzie musiała przełamywać barierę językową i mówić po angielsku- dziś rano przyszła wiadomość, że po wytypowaniu przez szkołę i zdaniu testów dostała się do programu DiAMEnt z języka angielskiego.
No!
Ten wyjazd do Anglii nie jest tani. Rzekłabym nawet, że jest bardzo drogi.
Jako dziecko posiadające szczęśliwie dwoje rodziców Starsza zwróciła się do ojca z prośbą o dołożenie się do kieszonkowego. Potrzebuje pieniędzy na późniejszą podróż do Londynu, na życie przez tydzień w Londynie, a kto tam był to wie…
Ku mojemu wielkiemu zadziwieniu Nemo wcale nie uchylił się od dania jej pieniędzy.
Ale zanim zdążyłam ucieszyć się z tej nadzwyczajnej zmiany, Starsza przekazała mi warunek otrzymania przez nią zawrotnej sumy dwudziestu funtów- otóż miała po nie przyjechać do jego domu, jakieś dwadzieścia kilometrów od Krakowa, do domu do którego konsekwentnie nie jeździ, a to z powodu jej niechęci do spotykania się z kobietą koniem.
No więc o te dwadzieścia funtów Starsza jest uboższa, ale za to złudzeń co do roli ojca w jej życiu ma też jakby mniej.
Ale ma mnie!
Li.

O tym, jak moja córka wpadła w konflikt lojalności i takie tam inne bajdurzenie :)

26 czerwca, 2010
Wiadomo, że nie toleruję papierosów, a w mojej obecności palacze mają ciężkie życie… muszą wychodzić na zewnątrz i takie tam utrudniające…
Dymu papierosowego nie znoszę i już- od razu mam wizję jak wzgryza się w moją skórę, włosy, płuca, uch… zapach ciała przesiąkniętego dymem odrzuca mnie na wstępie, co oczywiście znacznie ogranicza krąg mężczyzn mogących mnie ewentualnie zainteresować, bo przecież nie przytulę się do palacza, a bez przytulania -co to za życie!
Niepalących nie ma zbyt wielu, prawdopodobnie więc umrę samotna, ale za to ładnie pachnąca.
Moje córki wychowywane w drastycznie skrajnym antynikotynowym rygorze same źle reagują na dym.
Oczywiście mają moje pozwolenie na spróbowanie tego śmierdzącego szczęścia- sama popalałam w liceum i na studiach, szczęśliwie jednak w nałóg nie wpadłam, w odróżnieniu od wielu teraz jakże nieszczęśliwych z tego powodu znajomych.
Rozumiem jednak jego niszczącą siłę, bo widzę jak wiele moich cudownych, mądrych i silnych koleżanek zmaga się z rzucaniem palenia, mogę im tylko współczuć i nie pozwolić palić w swoim towarzystwie, co jest niczym innym niż moim wsparciem ich walki z uzależnieniem i honni soit, qui mal y pense.
Ad rem: Starsza szukając w mojej torbie kluczy, znalazła papierosy.
Oskarżycielski jej wzrok prawie mnie zabił, ale bez trudu uwierzyła w moje tłumaczenie, że idąc do aresztu odwiedzić klienta- zagorzałego palacza, muszę mieć dla niego papierosy, bo inaczej on nie jest w stanie ze mną rozmawiać. Jest to jedyna sytuacja, gdy dobrowolnie zgadzam się na pobyt w jednym zamkniętym pomieszczeniu z palaczem, cel uświęca środki niestety.
Papierosy jak wyrzut sumienia zostały na jej biurku i oczywiście znalazła je Młodsza, regularnie przeglądająca rzeczy Starszej, a to zgodnie z odwiecznymi zwyczajami młodszego ciekawskiego rodzeństwa.
Zadzwoniła natychmiast do Starszej i wywiązał się taki oto dialog:
– znalazłam papierosy i powiem Mamie!
– nie mów nic!
– a co z tego będę mieć?
– a co chcesz?
– lody Magnum i zwolnienie z obowiązku kupna prezentu urodzinowego!
– dobra!
Młodsza schowała papierosy i poszła ze mną na obiad. Nie mając pojęcia o siostrzanych negocjacjach widzę, że dziecko jakieś takie markotne. Podpytuję więc od niechcenia, a ona wybuchając płaczem pęka, że znalazła u siostry papierosy, że obiecała za loda że mi nie powie, ale musi powiedzieć, bo loda i tak jej kupię, a siostra ma papierosy…itd.
W trakcie mojej rozmowy z nią zadzwoniła Starsza i opowiedziała mi historię negocjacji z Młodszą i tego, że ją wypuściła, by zbadać jej lojalność. A ja mam udawać, że o niczym nie wiem, ale koniecznie mam jej powiedzieć jej czy Młodsza doniosła mi o całej historii.
Młodszej nic nie powiedziałam, ale Starszej potem natarłam uszu za takie podpuszczanie młodszej siostry.
Mam niestety smutną świadomość, że to już ostatnie chwile takiej szczerości młodszego dziecka w stosunku do mnie, bo w miarę upływu lat będą coraz bardziej trzymać siostrzaną sztamę i o wszelkich niecnych występkach dowiem się ostatnia.
Ot, napisało mi się parę słów przy sobocie.
Przede mną zakupy, pakowanie, udzielanie ostatnich rad, których dziecko nie słucha.
W poniedziałek leci do Bristolu, tam musi znaleźć odpowiedni autobus, dotrzeć na dworzec kolejowy, kupić bilet do Totnes i wsiąść do pociągu nie byle jakiego.
Rany boskie, ale mnie czeka dzień! Zanim ona dotrze do Ruth, ja osiwieję.
Bardzo trudne jest jednak to usamodzielnianie dzieci…
Li.

Życie wirtualne też potrafi zmęczyć.

24 czerwca, 2010
Nie piszę, bo chwilowo zapadłam na laptopowstręt.
Choroba ta objawia się drgawkami na widok laptopa, ewentualnie komputera.
Spadło na mnie wraz z pyłem wulkanicznym tak wiele pracy, że pisanie zawodowe śni mi się po nocach, zdominowało moje palce i zamknęło mi umysł na przyjemności.
Ale będzie lepiej, bo gorzej już być nie może.
Niech no tylko przyjdą te wakacje, Starsza do Anglii wylatuje już w poniedzialek, Młodszą zawożę do Pragi za tydzień, do 14-go lipca będę wolną, białą kobietą!
Potem oczywiście przyjdzie kara za przyjemności wolności- Starsza wraca z Anglii i przyjmuje gości, dwie- rany boskie- litewskie nastolatki poznane w Turcji.
No ciekawa jestem gdzie je pomieszczę pomiędzy wykańczaniem domu, siebie, kartonami i przeprowadzką. Przyjeżdżają do nas podobno na dwa tygodnie, pomysły jak zapewnić im rozrywki skończyły mi się na wyjeździe na baseny termalne do Bukowiny…
Ech, pomyślę o tym jutro.
Dziś stać mnie tylko na myślenie jak przetrwać, nie zwariować, jak zaplanować wydawanie pieniędzy, bo bank nareszcie raczył dać mi kredyt.
Wrócę tu- niebawem.
Są takie chwile w życiu kobiety, gdy nie ma siły na nic więcej poza podtrzymywaniem podstawowych funcji życiowych.
Ale za to nareszcie mam prąd we własnych gniazdkach i coraz więcej nadziei na poranną kawę na tarasie.
Jak się zmobilizuję, to powrzucam zdjęcia.
Pod warunkiem jednak, że je nareszcie zrobię.
:)
Li.

Idę na łatwiznę :)

14 czerwca, 2010
Jestem tak bardzo zajęta, że nawet nie mam czasu napisać jak bardzo!!!
W celu jednak zachowania pewnej „pamiętnikarskiej” ciągłości postanowiłam uchylić Wam rąbek tajemnicy z mojego życia sprzed trzech lat.
Moi starzy czytelnicy byli wprowadzeni w temat, inni może pośmieją się z ludzkiej głupoty, a śmiech to przecież zdrowie.
Dopuszczam oczywiście możliwość, że moje poczucie humoru różni się od Waszego poczucia humoru, ale wtedy możecie pośmiać się ze mnie, a zwłaszcza z mojego przekonania, że mam poczucie humoru, nie mówiąc o powalającym dowcipie;-))
No i kto uwierzy w te teksty, to trąba!
(Choć niestety ślepa wiara w pisane przeze mnie teksty przejawiła się u wielu czytelników portalu motoryzacyjnego Interii- wskazują na to komentarze, zaprawdę powiadam Wam- nad komentarzami w necie powinny być prowadzone poważne badania, co za przekrój palantów, o rety! A komentarze mnie bawiły jak mało co, zwłaszcza te na mój temat pod „Listami do Drogiej Redakcji”).
Co jakiś czas wrzucę Wam kolejne linki, o ile oczywiście będziecie chcieli, w tamtych czasach byłam dość płodna, pisałam poważne naukowe rozprawy opisujące wyniki równie poważnych badań, lub też „Listy do Redakcji zatroskanej czytelniczki”, a to z powodu miłej przyjaźni z pewnym Panem Redaktorem.
Przyjaźń przetrwała, ale moje pisanie dla Interii nie… z powodu czystego lenistwa oczywiście.
Kusi mnie jednak, by znowu wsadzić kij w mrowisko…;-))
No to dajemy:
Jak kobieta trzyma kierownicę– poważne badanie naukowe z poważnymi wnioskami.
Seks a kolor Twojego samochodu– jeździsz może czerwonym, Skarbie? ;-)
List numer 1, od niego się zaczęło, pobity wówczas został rekord komentarzy pod motoryzacyjnym tekstem- 1227! A ja dowiedziałam się, że jestem krową, idiotką i coś tam coś tam… równie odkrywczego…
Mam nadzieję, że wróci do mnie ta stara Li, bez tych cholernych problemów, które dławią śmiech w gardle i przygniatają do ziemi poczucie humoru!
Li.

Smutna niedziela.

13 czerwca, 2010
Czekam na brata.
Jedziemy razem do Pszczyny, do Ilonki, dziś obchodziłaby 32-gie urodziny.
Wszystkich życzliwych Jej pamięci proszę o ciepłą myśl.
Ja o Niej pamiętam każdego dnia, tęskniąc beznadziejną tęsknotą nie do spełnienia i wciąż niepogodzona z niesprawiedliwością losu.
Zaraz na Kleparzu kupię piękne kwiaty.
W tamtym roku na urodziny też kupiłam Jej kwiaty, donice i ziemię, wsadzałam potem te sadzonki do donic przy Niej, pamiętam jak się z tego cieszyła.
Dziś te donice stoją na tarasie u mojego brata, beznamiętne i obojętne wobec przemijania.
W tamtym roku w Jej urodziny patrzyłyśmy z okna na moje dzieci i brata, zabrał je przejażdżką kabrioletem jakiego kupił dla łysej Ilonki-„to najlepsze auto dla kobiet, które nie muszą martwić się o fryzurę”-powiedział.
Ech…
Li.