Jakoś tak- nijak.

22 września, 2009
Bujam się na koleinach życia, a od tego bujania boli mnie głowa.
W celach więc samoratunkowych przyjęłam pewną kuszącą propozycję i od czwartku do niedzieli bujać się będę we Lwowie.
Jadę sprawdzić co tam Panie słychać za wschodnią granicą. I podobno pójdę do lwowskiej opery.
Zostawiam moje dziewczyny wcale faktem mojego wyjazdu nie zmartwione. Starsza planuje „bewu”, czyli babski wieczór, a Młodszej szykuje się „wuzetbe”, czyli wieczór z babcią. Pani Ewa zaklepana, zakupy zrobi się jutro, chyba się cieszę…, tak-cieszę się!
I popatrzę sobie na inne niebo, to zawsze mnie koi. Może nawet znajdę jakiegoś lwowskiego kota do mojej kolekcji kocich figurek?
No i ten Lwów, ufff!
Li.

Słowo na poniedziałek.

21 września, 2009
Brakuje mi słów, by opisać uroczystość kremacji i pogrzebu.
Serce rwało się na kawałki, a oczom brakowało łez.
Pomilczę więc sobie trochę, bo to jest taki smutek małomówny, smutek który nie potrzebuje słów i publiki, musi się wysmucić sam, musi sam ułożyć się wygodnie do wiecznego snu.
Dziś świeci słońce zapowiadając piękną jesień.
Miłego dnia Wam wszystkim
Li.

Prepiątkowo.

16 września, 2009
Nie będę lubiła tego tygodnia, w moich wspomnieniach niech się zamaże i nigdy później do mnie nie wraca. Ból głowy, ból serca, ból myśli, miotam się między granicami rozpiętych emocji, sama już nie wiem, co mi może przynieść ukojenie.
Sen odszedł ode mnie i nie chce wrócić, bezsenność igra sobie ze mną co noc, a podkrążone oczy nie dają się mocy najlepszego korektora.
Tkwię po uszy w nieszczęśliwości i niech sobie tam zostanę, dopóki sama nie wyciagnę się za uszy i nie trzasnę za sobą drzwiami z napisem „Powrotu nie ma”.
Potem pogadam z Ilonką, pożegnam się z nią na chwilę zwaną życiem i będę znowu iść do przodu, bo dopóki idę to żyję.
Przede mną problemy do pokonania i zadania do wykonania.
Nie wiem co się zmieni, nie znam swojej przyszłości, nie sądzę jednak by odejście Ilonki zmieniło moje życie. Będzie w nim tylko występować stały brak jednego jego elementu, unikatu nie do podrobienia, bo egzemplarz made in Ilonka był tylko jeden.
Li.

Samo(po)czucie.

15 września, 2009
Czuję się jak pusta butelka. Mam kształt, ale nie mam środka.
Jestem bardzo zmęczona, a szukanie przyjemniejszych pól myślowej eksploracji z góry skazane jest na niepowodzenie.
Budowa- ble, ble… dach- ble, ble…, elektryk- ble, ble…
Dominuje jeden Ilonkowy temat i wszystkie tej dominacji konsekwencje.
Niby jest normalnie- żyję, pracuję, buduję dom, spotykam się z ludźmi, śmieję się jak zawsze często, bo okazji do śmiechu nigdy mi nie brakuje, zaprzątają mi głowę dzieci, ich zajęcia szkolne i pozaszkolne, wymiana klocków hamulcowych i wybór drzewa na podłogę, a jednak jest inaczej- nagle wpadła mi w życie wielka okazja, taka której nie da się przepuścić, to okazja do płaczu w pełnej rozpiętości od łez zaledwie szklących oko do płynących strumyczków rujnujących makijaż… to okazja z samego nieba, bo przecież nie żaden inny, a tylko boski wyrok skazał Ilonkę na los w postaci braku dalszego losu.
Niby jest normalnie, a jednak dzień siekany jest telefonami, pytaniami, dotykaniami w samą ranę, współczuciem, żalem i straszną, nie do objęcia rozumem rozpaczą Rodziców Ilony.
Niby jest normalnie, a jednak w piątek będę na Jej pogrzebie.
Zgodnie z życzeniem mojego brata i Rodziców Ilonki ceremonia ma mieć ściśle prywatny i rodzinny charakter.
Nie chcę się zastanawiać nad tym, czy to dobrze, czy to źle.
Na Jej ślubie było ponad dwieście osób, na pogrzeb przyszłoby pewnie tyle samo.
I ślub i pogrzeb jest dla żywych, między gratulacjami a kondolencjami jest jednak zasadnicza różnica.
Myślę, że mój brat zwyczajnie już nie ma na to siły.
Li.

Są sprawy, które dzieją się pomimo…

14 września, 2009
-Chyba oszalałaś kobieto-powiedział do mnie kolega Krzyś po przeczytaniu podobno „bandyckiego” i „nie do przyjęcia” kosztorysu na prace elektryczne.
Zacny ten mężczyzna pooglądał fachowym okiem budowę, pochwalił, pozachwycał się (tu jakby nie miał innego wyjścia, bo ja poza zachwytem niczego innego nie przyjmuję) i wziął sprawy elektryczne w swoje ręce, obiecując przysłać mi swojego pracownika, geniusza napięcia i prawdziwego maestro instalacji elektrycznych.
Geniusz ten był akustykiem u Marka Grechuty, już to samo nastraja mnie do niego entuzjastycznie. Ma podobno wizje i pomysły. I zrobi mi czary-mary na tarasie, bo chcę tam mieć głośniki, z sączącą się muzyką w ciepłą letnią noc.
I podświetli mi schody tak jak chcę.
I nie będzie marudził z powodu mojej chęci posiadania w salonie czterech wiszących lamp, a ani jednej z nich na środku pokoju.
I zrozumie, że w łazience potrzeba mi naprawdę dużo kontaktów.
A już na pewno zrozumie, że ja nie muszę znać się na elektryczności, by wiedzieć jakiego światła pragnę w sypialni, a jakiego w kuchni.
I tym sposobem grzecznie rozstałam się dziś z dotychczasowym elektrykiem, który zirytował mnie w samo południe kręcąc swoim nosem w kształcie żarówki na wszystkie moje sugestie, traktując mnie lekceważąco z pozycji elektrycznego macho, podkreślając, że nie znam się na elektryce, a ja przecież do dziś pamiętam, że prąd elektryczny to uporządkowany ruch elektronów swobodnych.
Cena, a raczej honorarium za usługi maestro ma być czterokrotnie mniejsza, co jest przyjemnym dodatkiem, ostatecznie oszczędzanie jest ze wszech miar wskazane.
A z innych plotek donoszę, że jutro od rana dach będzie ubierał się w piękną blachodachówkę w kolorze gorzkiej czekolady.
Życie…
Ech, to życie… okrutne, piękne, szczęśliwe, bezwzględne… pomimo wszystko-życie.
Li.

Snucie…

14 września, 2009
Jak koty osowiałe w deszczowy dzień, snują mi się po głowie smutne myśli.
I niech tak zostanie, bo smutek musi się wysmucić, by potem skrystalizować się w stałej postaci nigdy nie zaspokojonej tęsknoty, złożonej w sercu na przechowanie do końca życia.
Będę w sobie pielęgnować tęsknotę za Ilonką, nigdy tak blisko nie dotknęła mnie śmierć, nigdy tak blisko nie szepnęła mi wprost do ucha: „Memento mori”, nigdy nie byłam zmuszona zmierzyć się bezpośrednio z beznamiętną i prostą prawdą, że w obliczu śmierci jesteśmy niewiele znaczącym pyłem, a dobra jakie mamy na ziemi nie znaczą nic.
Ilonka powiedziała parę miesięcy temu: „Mam wszystko i nie mam nic, bo mam raka”, przywołuję sobie te słowa właśnie dziś, gdy przede mną są poważne decyzje finansowe, gdy zastanawiam się nad wysokością kredytu na wykończenie domu, a ja przecież nigdy nie byłam minimalistką. I chcę powalczyć sama ze sobą, bo czy naprawdę będzie miała wpływ na moje życie droga wanna Villeroy&Boch?
A parę minut temu zadzwonił mój brat i powiedział, że odebrał Ilonkę, była lekko uśmiechnięta, a na jej twarzy malował się spokój…
Powiedział mi: wyglądała ładnie- jak zwykle.
Li.

Historia jagodowych szpilek.

13 września, 2009

Te buty w sierpniu ubiegłego roku oglądałam w Hego’s, i właściwie to do dziś nie wiem, dlaczego nie kupiłam ich od razu, tylko poprosiłam o odłożenie mi jednej pary do wieczora. Miałam zamiar po pracy wpaść do Galerii Krakowskiej i przymierzyć je jeszcze raz, ale oczywiście sobie zapomniałam.
Gdy przyszłam po nie następnego dnia okazało się, że zostały sprzedane, a była to ostatnia para w moim rozmiarze 38.
(Na zdjęciu wyszedł kolor jaśniejszy, w rzeczywistości są ciemniejsze, w soczystym kolorze przekrojonej leśnej jagody).

A potem był wieczór panieński Ilonki i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to Ilonka gwizdnęła mi te cudne szpilki sprzed nosa. Pośmiałyśmy się z tego, dobrze pamiętam ten dzień pełen śmiechu dla gości, ale dla Ilony pełen skrywanego bólu, bo właśnie w tę pamiętną sobotę dziewiątego sierpnia 2008 roku Obcy przypuścił pierwszy atak, mylnie wtedy przez lekarzy uznany za wypadnięcie dysku.
W TYM dniu TE szpilki miała na sobie pierwszy i ostatni raz.
Przygnębiające jest porządkowanie rzeczy zostawionych przez naszych bliskich na tym świecie.
Ze smutkiem odkrywa się prawdę dawno odkrytą, że po odejściu kochanej osoby życie nawet nie przystaje w zadumie, tylko nie oglądając się za siebie idzie dalej.
Żyjącym zostaje szafa pełna niepotrzebnych już ubrań, torebek, butów, łazienka pełna kosmetyków, ulubione perfumy, drobiazgi dzienne i nocne, wszystko w co ubiera się codzienność.
Te buty zabrałam dla siebie, będę je wkładać na szczególne okazje, będę o nie dbać, nigdy ich się nie pozbędę.
I choć nie muszę mieć takich symboli, by pamiętać o Ilonce, to będą one dla mnie wieczną przypominajką o przewrotności losu i o koniecznej wobec tego losu pokorze.
Wszystko to marność nad marnościami.
Li.


(*) (*) (*)…

11 września, 2009

Ilonka odeszła dzisiejszej nocy.
Wcale nie czuję ulgi, tylko wielki żal.


List do I. z prośbą do Anioła o jak najszybsze przekazanie.

10 września, 2009
Kochana Ilonko,
dziś nie potrafię już o Tobie pisać, nie mogę, wyrywam sobie sama serce, nic nie da szukanie najpiękniejszych słów, wszystko co napiszę nawet otulone w miłość i ogromny smutek jest niczym wobec Twojego pełnego cierpienia odchodzenia, Twojej własnej, samotnej walki o każdy oddech, rurek z tlenem w Twoim nosie, rurek w Twoich żyłach, tych uporczywie piszczących od skaczących wskaźników monitorów.
Kochana Ilonko,
z całego serca życzę Ci spełnienia naszych marzeń najskrytszych i jak najszybszego końca Twojej ziemskiej drogi, dojdź nareszcie do kresu, podejmij jeszcze ten jeden wysiłek i doczołgaj się do granicy między światłem, a wiecznym cieniem, zwolnij swoje serce z pracy ze skutkiem natychmiastowym, niech przestanie nareszcie bić.
Kochana Ilonko,
my już po prostu nie możemy wytrzymać Twojego cierpienia, nie potrafimy Ci pomóc, tak Cię proszę, nie walcz już.
Kochana Ilonko,
gdy dziś trzymałam Twoją dłoń, poczułam lekkie jak puch ściśnięcie moich palców, jestem tego pewna, że dałaś mi znak, że wiesz że jestem przy Tobie.
Kochana Ilonko,
wiesz… od tego płaczu ciągle boli mnie głowa i skacze ciśnienie, zapominam brać te cholerne leki…
Proszę Cię, pozwól mi Cię opłakiwać bez tej przygniatającej świadomości, że cierpisz.
Li.

Jeden telefon z głupim dowcipem…

10 września, 2009
Wieczorem byłam u Ilonki i wylałam rzekę łez. Jest bardzo źle, bardzo.
Dostała wieczorem ogromną dawkę morfiny, bo cierpi strasznie, na noc została sama, jest nieświadoma, otumaniona narkotykami, niestety nie można z Nią być na Oddziale Intensywnej Terapii na noc, i tak dzięki naszemu koledze rodzina może być przy niej przez większość doby.
A dziś rano, gdy mój brat z rodzicami I. przyjechał do szpitala, okazało się, że szpital otoczony jest przez Policję, bo podobno podłożono w nim bombę. Nikt nie może wejść, Mama Ilony płaczem i łzami ubłagała, by jej wejść pozwolono i szczęśliwie trafiła na wrażliwego człowieka.
Tacie I. i mężowi wejść już się nie udało.
Stoją bezsilnie pod szpitalem, gdzie trwa akcja poszukiwania bomby, której na pewno nie ma, ale przecież sprawdzić to trzeba.
Nawet to nie zostało im oszczędzone w ostatnich godzinach życia Ilonki, rzucam klątwę na tego „dowcipnisia”, niech go piekło pochłonie!
Li.

Środa urody życiu doda.

9 września, 2009
Będę dziś dla siebie dobra i dam sobie wolny dzień, choć wizja wizyty u dentysty w samo południe skutecznie psuje mi humor. Niby nic nie boli, ale zawsze to dentysta, banie się go jest jednym z moich najstarszych lęków, do dziś pamiętam koszmar przypinania mnie pasami w celu usunięcia zęba mlecznego. Moje dzieci wolne są od tej traumy i chwała bogu.
A teraz spokojnie piję sobie kawę, patrzę na szalejące koty, Młodsza już w szkole, Starsza jeszcze śpi, bo może, robię sobie plan dnia, którego na bank nie będę się trzymać, słońce za oknem, stuki na budowie, za parę minut na poranną rozmowę przyjdzie Wykonawca, odganiam od siebie myśli o konieczności wizyty w serwisie z autem, bo coś mi stuka w tylnym kole, może przestanie, dzień zapowiada się spokojnie i pogodnie, bez nagłych burz i wyładowań, a pod wieczór wpadnę do I.
I dla mojego smutku i mojej za Nią tęsknoty nie ma najmniejszego znaczenia fakt, czy będę na zewnątrz smutna, zapłakana, nieumalowana, czy zrezygnuję ze swoich marzeń, czy nie będę robić sobie przyjemności, czy nie będę cieszyć się budową, czy będę widowiskowo rozpaczać i zmieniać swoje przyzwyczajenia.
I. odchodzi, ale moje życie trwa.
Tragedią jest odchodzenie I., szczęściem jest moje życie.
Nie muszę tego godzić, dopasowywać jednego do drugiego.
Wystarczy, że za nią bardzo tęsknię, choć przecież nie moja tęsknota jest tu najważniejsza, I. zostawia za sobą wielkie dziury w sercach wielu ludzi, jest to najpiękniejszy dowód dla sensu Jej istnienia, jest najważniejszym dowodem życia na wypadek śmierci, I. kocha i jest kochana, nie odchodzi samotnie.
Piszę to dla tych, którzy zarzucają mi brak uszanowania „majestatu śmierci”.
O tych, którzy zarzucają mi, że piszę „medycznego harlequina” i że wszystko wymyślam dla poklasku, przez litość nie wspomnę.
A po jej śmierci pójdę do kosmetyczki, zażyczę sobie masażu twarzy i będę myśleć o I.
Uwielbiała to i jestem pewna, że będzie wtedy ze mną.
Li.

U Ilonki bez zmian.

8 września, 2009
Ilonka dziś nie odzyskała świadomości.
Jej brat przywiózł z Warszawy lek o nazwie Selol, nie jest jeszcze dopuszczony do obrotu, nie przeszedł nawet badań klinicznych, jego skład został wynaleziony przez lekarzy z Wojskowej Akademii Medycznej, ma w sobie potężną dawkę selenu, podobno w chorobach nowotworowych potrafi zdziałać cuda. Dostać go można za darmo na Akademii, lekarze chętnie go udzielają ciekawi efektów…
Jak słusznie zauważyli lekarze Ilonki, na pewno jej nie zaszkodzi, a może pomóc.
Podaje się go dwa razy dziennie, jest w formie oleistej zawiesiny.
Wtorek-potworek znowu nie zawiódł.
Pozłościł mnie, pokonfliktował z czasem, wysłał na drugą w tym tygodniu wywiadówkę, a kto by tam lubił chodzić na wywiadówki dzieci, skoro jeszcze tak niedawno człowiek z drżeniem serca czekał na powroty z wywiadówek własnej matki, która niestety z reguły musiała sporo nasłuchać się na temat takiego „zdolnego lenia” jak ja. No i potem wyciągała bolesne konsekwencje…
Na razie mam do rozwiązania problem z gwałtownie ujawniającą się co rano nagłą niechęcią Młodszej do szkoły. Dziecko zaczyna boleć brzuch, nie chce jeść śniadania i idzie do szkoly wyjątkowo nieszczęśliwa. Podpytana na tę okoliczność zeznała, że bardzo się boi, postraszona przez nauczycieli, że „czwarta klasa to wielki przełom, że już nie będzie im tak łatwo jak w trzeciej, że są większe wymagania, że jak ktoś nie da rady, to będzie powtarzał klasę”… itd., o rety, moje biedne, przerażone dziecko przez trzy lata z rzędu wpisywane do złotej księgi uczniów ma nagle wizję szkoły jako miejsca kaźni.
Poszłam więc na wywiadówkę wyjaśnić sytuację, bo przecież nie ścieżką strachu ma prowadzić droga do wiedzy oświetlana przez kaganek oświaty.
Niestety nowa wychowawczyni mojej córki to klasyczny nauczycielski beton, jaka szkoda! Poprzednia była cudowną, ciepłą i bardzo inteligentną kobietą.
W charakterze terapii zapowiedziałam więc Młodszej, że życzę sobie, aby dostała pałę z każdego przedmiotu. Nadmierne ambicje posiadania samych piątek i szóstek należy tępić w zarodku, od czasów szkolnych nie cierpię prymusów.
Ale ten niedobry wtorek-potworek przyniósł mi dziś też radość z łażenia pod własnym dachem, są już zamontowane wszystkie krokwie i są jaskółki!
Olbrzymie! I mają swój własny przepiękny widok!
Górują nad okolicą, czy nie pisałam niedawno, że będzie to najładniejsza kamienica na ulicy? Teraz jestem absolutnie przekonana, że w całej okolicy!
Dach robią prawdziwi cieśle, górale z poczuciem humoru.
Ta bardzo lubię snuć się po budowie podpatrując i podsłuchując, śmiejąc się z ich świńskich dowcipów, smakując zapach ciętego drzewa, brodząc w trocinach, ech… wybuduję sobie dom i będę go mieć. Lubię mieć dom.
Dom dodaje pewności siebie.
Wiem to tak dokładnie, bo odkąd sprzedałam mieszkanie, to straciłam grunt pod nogami i teraz ciągle muszę brnąć do brzegu.
Ale jest już niedaleko.
Li.

A takie tam…

8 września, 2009
Osadzona w życiu mam swoje codzienne sprawy, mam też sprawy nadzwyczajne powodujące wybuchy radości i wzruszeń, mam przyjaciół i znajomych, mam rodzinę, koty i psa i idę sobie albo lekkim krokiem, albo powłócząc nogami do swoich celów, czasem oberwę po nosie, czasem dostanę skrzydeł, ale żyję, ciągle żyję, intensywnie żyję, to moje codzienne życie jest moją szansą na dalsze życie.
Planuję przyszłość z właściwym mi rozmachem, planuję nareszcie porządnie nauczyć się włoskiego, planuję kiedyś sprzedać strych i wybudować dom pod miastem, planuję za rok wakacje na Sardynii z moją koleżanką Jędzą, ciągle przecież nie poznałam Sardynii od pasa w dół, a podróżowanie autem po Europie, z namiotem i z dziećmi ma urok nie do odparcia.
Plany, plany, plany- jak nie wychodzą, to można je zastąpić innymi, bo plany są zastępowalne.
Tylko ludzi w sercu nie można zastąpić, gdy ktoś odchodzi to zawsze przez boleśnie w nim wyrwaną dziurę, taką nie do załatania, ciągle krwawiącą, mam w sercu kilka takich dziur po osobach mi niegdyś bliskich, ale jeszcze nigdy nikt mnie nie opuszczał bez możliwości powrotu wybaczeniem, tak ostatecznie, tak już bardzo tęskniąco, tak już bardzo brakująco, tak okrutnie niepotrzebnie.
A stan I. powoli, nieubłaganie, zgodnie z przewidywaniami lekarzy pogarsza się z każdym dniem.
W tych rzadkich chwilach świadomości, gdy morfina uwalnia ją ze swoich kajdan, Ilonka pyta co tu robi, rozmawia z mężem o powieszeniu półek na pamiątki z ich dalekich podróży, daje mi całusa prosto w usta i mówi, że czeka na operację we Francji.
A już po chwili od wybudzenia łapie się za głowę i zaczyna jęczeć z bólu.
Śmierć złodziejka- kradnie ludzkie plany, kradnie ludzkie życie.
Li.

Trudno znaleźć tytuł.

6 września, 2009
Napięcia w rodzinie nie da się wyłączyć.
Ani nawet zmniejszyć, bo ono rośnie z godziny na godzinę.
Ilonka powoli idzie w stronę światła.
Maksymalne dawki morfiny i innych środków przeciwbólowych nie pomagają jednak zupełnie uśmierzyć bólu, w rzadkich chwilach przebudzenia Jej twarz ściąga się z powodu cierpienia.
To nas wszystkich boli najbardziej, ta bezradność w walce z bólem.
Największym życzeniem bliskich jest by odeszła jak najszybciej, by już tak niepotrzebnie nie cierpiała.
Scenariusz nakreślony przez lekarzy nie ma happy endu, nie ma nawet cienia nadziei.
I nie ma tu zastosowania cudowna pewność, że cuda się zdarzają.
Jej życie może się skończyć za parę godzin, może za parę dni, a może jej silny organizm da jej więcej czasu. Prawdopodobnie obrzęk mózgu wywoła wylew i zupełnie straci świadomość.
Wczoraj od Jej brata dowiedziałam się, że w Polsce nie udało się przeżyć żadnej kobiecie z mięsakiem i nikomu z mięsakiem na kręgosłupie.
To jest wiedza mi zupełnie niepotrzebna, bo jest tylko dowodem na to co już wiem- nie ma nic bardziej kruchego nad ludzkie życie i nic bardziej niepewnego niż przyszłość.
Muszę to wziąć pod uwagę w moich planach.
Li.

Nihil novi, tylko gorzej.

5 września, 2009
Wczoraj mój brat przyznał mi się, że odkrył mojego bloga i że popłakał się czytając ostatnie notki.
Tak to jest z tajemnicami, gdy na wspólnie użytkowanym w pracy kompie zostawia się ślady.
Licencję czytała cała rodzina, łącznie z Rodzicami Ilonki, tutaj pisząc bardziej osobiście
i w związku z pogarszającym się stanem zdrowia Ilony upublicznienia w rodzinie I. bloga nie chciałam, ciężko przecież czytać o cierpieniu kogoś tak bliskiego.
Może kiedyś… kiedyś dam im adres tego bloga, bo tu zapisałam moje życie z ich córką.
Ech…
Wczoraj zadzwoniła do mnie z Paryża D. będąca w kontakcie z profesorem, mającym operować Ilonkę 30-go września. Okazało się, że Francuzi podczas badań wykryli, że coś jest w płucach, zaskoczeni natomiast są przerzutami do mózgu. Jednak oficjalnie operacja nie jest jeszcze odwołana.
A guz w pniu mózgu czyni coraz większe spustoszenia. Ilonka już prawie nie widzi, zaczyna się obrzęk mózgu, który powoduje coraz koszmarniejszy ból. Wczoraj wieczorem stanowcza pani doktor postawiła sprawę jasno- stan I. jest terminalny i albo zwiększy dawki morfiny i Ilonka już nie będzie się wybudzać i w związku z tym nie czuć bólu, albo każde jej przebudzenie się będzie się dla niej wiązało z cierpieniem.
I trudno powiedzieć ile to potrwa, bo wysportowana i niepaląca I. ma bardzo mocne serce, które ciągle chce żyć.
Ostateczność tego stwierdzenia poraziła mającą matczyną nadzieję Mamę Ilonki.
Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co czuje matka tracąca dziecko.
Ja usycham z tęsknoty za moimi córkami po tygodniu ich nie widzenia.
Li.

Egoistycznie, bo prawie tylko o mnie.

3 września, 2009
Dziś było inaczej. I. chwilami odzyskiwała przytomność i zamieniała parę słów.
Pocałowała moją rękę i uśmiechnęła się do mnie uśmiechem na całe moje życie.
Przebudzenia się są jednak drogo okupione wzmagającym się bólem głowy, dostawała więc kroplówkę z czymś mocno znieczulającym, popadała w niebyt bez reakcji na bodźce, potem znowu powoli otwierała oczy, takie błędne koło z naszym wyczekiwaniem na Jej przebudzenie.
Wiemy już, że w mózgu są trzy guzy, niedobre nieoperacyjne guzy, będą robić coraz więcej zła, coraz bardziej uciskać i sprawiać coraz większy ból.
Byłam dziś u niej dwa razy, słabo sobie radzę z emocjami, ale przy niej jestem uśmiechnięta,
a gdy zaczynam ją głaskać po głowie to wskaźniki na monitorach zaczynają przyspieszać i nawet wszczynać alarm z powodu nagle szybszego pulsu. Czuje ta moja kochana, łysa pałka, że jestem obok….
Tak mi smutno, ona nie zasłużyła na taki los, tyle naszych babskich interesików nie zakończonych, tyle ją ominie babskich spraw, nie będzie wiedziała jakim przereklamowanym dramatem jest czterdziestka, nie urodzi sobie ślicznej córeczki, nie będzie wiedziała jaki obcas będzie najmodniejszy w następnym sezonie, nie zobaczy jak urządziłam sobie dom i w dodatku zostawia mnie samą na pastwę niedobrego losu, bo kto mi przypomni o wizycie u kardiologa, kto zapyta czy wzięłam rano leki, kto mnie opieprzy, że ich nie wzięłam, kto będzie się o mnie martwił wyłącznie z powodu bezinteresownej miłości, kto mnie będzie akceptował ze wszystkimi moimi wadami i niedoborem zalet, kto będzie ukochaną ciocią moich córek, kto będzie wymagał ode mnie wysłania sms-a nawet w środku nocy na potwierdzenie, że wróciłam z dalekiej podróży…
Mój brat traci żonę, jej Rodzice tracą jedyną córkę, a ja tracę Ilonkę.
Już czuję się bardzo samotna.
-Śmierć powinna mieć siwe włosy, a nie stukać wysokimi obcasami- tak mi dziś na gg napisała maczka.
Li.

Memento mori…

2 września, 2009
Nadzieja upadła wraz z wynikiem dzisiejszych badań- Obcy uderzył w płuca i mózg, przerzuty są potężne, a co gorsza- nieoperacyjne. I tak szybko powstały, przecież niedawno miała zrobione badanie PET, które nie wykazało zmian nowotworowych poza kręgosłupem!
Ilona umiera i nic już nie możemy zrobić. Zaskakujące nas nagłe pogorszenie się Jej stanu okazało się podstępnym atakiem Obcego.
Nie jest już w stanie walczyć, nie wie co się z nią dzieje, jest nieprzytomna i otumaniona od pompowanych w nią leków, a jej ciało bardzo mizerne i wychudzone, gubiące się w plątaninie żyłek i kabli w niczym nie przypomina dawnej, pięknej, pogodnej I.
Pożegnałam się z nią, ucałowałam, potrzymałam za rękę.
Jestem pewna, że mimo zasłony nieprzytomności czuje, że jesteśmy razem z nią.
Nie wiem, ile potrwa Jej agonia, lekarze nie dają wiele czasu.
Oby tylko nie cierpiała, oby nie cierpiała, dość już tego niepotrzebnego nikomu cierpienia.
Są przy niej Rodzice, brat i mąż.
Tak trudno zrozumieć i tak trudno uwierzyć.
Li.

Informacja

2 września, 2009
Francuzi podjęli decyzję o operacji, termin wyznaczony jest na 30 września.
Przy stole ma stać wieloosobowy skład operujący.
Wcześniej I. w Paryżu ma przejść kolejne badania.
Francuzi twierdzą, że Ilonka po wszczepieniu protez kręgów po trzech dniach będzie chodzić.
A dziś w nocy… ech, straciła przytomność i jest na intensywnej terapii.
I nie wiemy dlaczego.
Li.

Czasem słońce, a czasem porażka.

1 września, 2009
Dziś spadł mi na głowę świat, ale bez utraty przytomności.
Ciągle zapominam, by nie ufać i nie wierzyć nikomu, poza rodzicami i bratem.
Będę mieć sporo problemów, bo widocznie Los uznał, że mam ich za mało.
Jasne, że sobie poradzę, zawsze sobie radzę, teraz tylko jestem trochę bardziej mięciutka, bo mój pancerzyk Skorpiona mam ponadgryzany przez emocje, przez dziury świecę gołym, nadwrażliwym ciałem.
Przyszłam wieczorem do domu, popłakałam sobie trochę, to mi zawsze pomaga, łzy myją zakurzone zwoje, są paliwem dla myśli i wyostrzają spojrzenie.
I od razu urodziła mi się zuchwała myśl-a może rewolucyjna zmiana jest mi potrzebna?
Może wyzwoli nowe moce i nowe pomysły? Ostatnio czułam jak energia we mnie zaledwie się tli…
Stłumiam w zarodku tę rewolucję, bo nie ufam już swojej Przyszłości, kto wie co przyjdzie jej do głowy, kto wie, czy nie obdarzy mnie Obcym, jakie przyniesie mi cierpienia…
Ech, spadł mi na głowę mój bezpieczny świat, w sumie szkoda, że bez utraty przytomności, mogłabym przez chwilę nie myśleć.
Tak cholernie nie chce mi się znowu walczyć.
A jutro napiszę o decyzji Francuzów.
Dziś nie mam już siły, dziś mam tylko swoje zmartwienie, przytulę się do dzieci i poudaję, że jest wczoraj.
Li.

Poranne i bolesne uświadomienie sobie żałosnej, życiowej sytuacji.

1 września, 2009
Koniec wakacji, dwie dorastające córki, konieczność „niezbędnych „zakupów do szkoły, broń boże związanych z działem artykułów szkolnych… – wczorajsze popołudnie i wieczór zrobiło ze mnie cyborga z porfelem na wierzchu.
Koniec wakacji to koniec późnego wstawania i późnego chodzenia spać, rany boskie jak ja nienawidzę tego szkolnego kieratu, gdy w półprzytomności robię śniadania i znowu nie mam czasu dla siebie.
Dwie córki, cztery koty i pies wystarczą na umeblowanie każdego poranka.
Dopijam kawę i czas witać dzień powstaniem (Lec).
:)
Miłego dla Was!
Li.

Sprawozdanie z weekendu bez happy endu.

30 sierpnia, 2009
Sobota zaczęła się barwnie.
Rano wjechałam na autostradę, drobnymi ze schowka w aucie zapłaciłam 6,50 złotych, spieszyłam się, jechałam szybko gdzie się dało szybko jechać, czyli prawie nigdzie, zatankowałam na Orlenie przed bramkami w stronę Katowic, poszłam zapłacić 232,48 groszy i… ups!
Odkrycie, że nie mam ze sobą porfela zajęło mi kilka sekund, ale tłumaczenie się przed obsługą trwało całe wieki.
Uratował mnie mój NIP, fakt wcześniejszego tankowania na tej stacji przybrał barwy poręczenia.
Zostawiony w zastawie dowód osobisty, dowód rejestracyjny i legitymacja zawodowa dała przemiłemu kierownikowi gwarancję, że jeszcze tu wrócę. Pożyczył mi nawet swoje prywatne dwadzieścia złotych, musiałam przecież jakoś wydostać się z autostrady i na nią wrócić, w sumie do sforsowania za pomocą sześciu złotych i pięćdziesięciu groszy miałam trzy bramki.
Wróciłam do Krakowa po portfel, potem oddałam honorowy dług i już mogłam spokojnie dojechać do celu, a celem był hotel, gdzie moja Starsza pod opieką moich znajomych poza pływaniem i wakacjowaniem dokarmiała białą kocią rodzinę.
Zwabienie więc do klatki kota o dwóch różnych oczach nie było trudne, naiwne stworzenie wyskoczyło z żywopłotu na sam szelest worka z karmą.
Dziś kociak przejechał w klatce podróżnej 140 km,
zaliczył weterynarza cmokającego nad jego niesamowitymi dwukolorowymi oczami, przeżył spotkanie z naszymi kocimi rezydentami, pofukał na Szarego, dał się obwąchać Maszy i…
i… już się zadomowił, mruczy niesamowicie, jest ślicznym kocurkiem, ale kiedyś będzie z niego prawdziwy kocur, dałyśmy mu na imię Szeryf- widać, że lubi rządzić, a zgodnie z tradycją każdy nasz kot w imieniu musi mieć „sz”.
Szczęściarz, szczęściarz!
A wieczorem pojechałam do I. i chce mi się płakać.
We wtorek Francuzi dadzą ostateczną odpowiedź co do operacji- czy się podejmą i ewentualnie kiedy. Z tego co powiedział bratu profesor, którego niestety już nie lubię i któremu niestety już za grosz nie ufam za tę jego nieodpowiedzialność w robieniu nadziei, potrzebny jest zespół conajmniej trzech chirurgów, dwóch onkologów, dwóch ortopedów, neurochirurgów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Koszt operacji drastycznie wzrasta, ale nie to jest najgorsze.
Najgorsze jest to, że I. jest tak słaba i cierpiąca, że zobojętniała na wszystko.
Bardzo ją boli głowa, nic na ten ból nie pomaga, nawet morfina.
Wygląda bardzo źle, tak źle, że jestem tym porażona. Widziałam ją przecież zaledwie półtora tygodnia temu. Nie do wiary, jak ten Obcy ją wykańcza, nie do wiary.
To wszystko jest jak koszmarny sen.
Cholernie pospolite określenie, ale brak mi słów, zresztą jakkolwiek to nazwę, to słowa i tak spłycą przekaz emocji.
Słowa są nekrologiem myśli (Lec).
Li.

Takie tam… z wyrzutami i oknami.

28 sierpnia, 2009
I. w Paryżu walczy o życie, a ja zajmuję się bzdurami. I mam cholerne wyrzuty sumienia, że mnie to tak cieszy.
Tak, tak- wiem, że nie moja wina, wiem, że mam prawo itd.
Ale ziarno goryczy w tej mojej radości jest. I. nie widziała jeszcze strychu po rozpoczęciu budowy, gadałyśmy tylko na ten temat godzinami.
Chodzę na budowę z kawą i bez kawy, z L. i jej facetem, ze znajomymi, z Wykonawcą, bez Wykonawcy, z Panią Jadzią, która chce „tylko zobaczyć Pani Moniczko, ile będzie sprzątania”, zawsze jest powód, by kilka razy dziennie wdrapać się po chwiejnej drabinie i pooddychać swoim powietrzem.
Od poniedziałku nareszcie zacznie swoje prenatalne życie dach, w całości urodzić ma się w ciągu tygodnia, a dziś wybrałyśmy z L. piękne okna, kolor tabasco. Mogłyśmy poszaleć, bo „kolega kolegi” szczęśliwy producent tychże, dał nam spory rabat pozwalający na wybranie najlepszych okien w przyzwoitej cenie i już przynajmniej wiem co oznacza zwrot „okna sześciokomorowe”. Pozbyłam się myśli o oknach drewnianych, może kiedyś… gdy będę mieć dom z ogrodem…
Na razie ma być łatwo i bezproblemowo.
W przyszłym tygodniu inny kolega tego samego kolegi też pozwoli nam poszaleć i wybrać blachodachówkę, o rety- to naprawdę podniecająca czynność, mhmmmm….
Chodzę, miłośnie głaszczę cegły, codziennie oglądam swój widok z okna, drobiazgowo sprawdzam postępy robót zauważając wszystko, a naprawdę jest czego pilnować.
Nie mam o budownictwie najmniejszego pojęcia, ale pilnuję!
No!
Li.

Czasem słońce, czasem deszcz…

27 sierpnia, 2009
Nic z tego nie rozumiem. Rien de rien.
Francuski cudotwórca nagle zmienił zdanie, operacja zostaje przełożona, podobno za mało wnikliwie przyjrzał się wynikom.
Jakby wcześniej nie zauważył, że Obcy zaatakował I. w dwóch miejscach- w odcinku lędźwiowym i w odcinku piersiowym, a jedynym sposobem na dostanie się do Obcego pasożytującego na kręgach piersiowych jest operacja od strony klatki piersiowej, to jest niezwykle niebezpieczne, w Polsce takich operacji jeszcze się nie robi.
Ech…, wieczorny telefon od brata zamknął mi oczy na uroki wieczoru spędzanego w domu znajomych pod Krakowem. Nagle wszystko poszarzało i gwiazdy zgasły.
Bo jak to? Co to za cudotwórca? Najpierw dał nam taką wielką nadzieję, wielką jak cała Francja, by teraz ją odebrać, zostawiając jej tyle co nic?
Nic z tego nie rozumiem.
Kolejne badania odkrywają nagle nowe dla niego okoliczności.
Waha się. nie jest już taki pewny, zdecydowanie tylko przekłada termin operacji.
Bo obszar operacyjny jest za duży, bo do tej pory jednorazowo wymieniał tylko dwa kręgi, a tu trzeba od razu cztery, bo…
Nic z tego nie rozumiem, bo jak mógł mówić, że wie co ma robić, gdy nie wiedział?
Na razie I. ma robioną arteriografię, trzeba sprawdzić, którymi żyłami płynie pożywienie dla Obcego. Po chemii jest go o połowę mniej, aż o połowę i tylko o połowę.
Nic z tego nie rozumiem, ale jest mi smutno jak cholera.
Idę spać. Nie ma dzieci, przytulę się do kota.
Li.

Dla Psiarzy ta notka.

25 sierpnia, 2009
Przyszła dziś do mnie Pani Ewa, nie widziałyśmy się trzy tygodnie. W czasie mojej nieobecności opiekowała się kotami i wzięła do siebie naszego psa.
W związku z tym moja Młodsza sporządziła umowę o opiekę nad psem, zmusiła Panią Ewę do jej podpisania, sama też się podpisała, mało tego- podpisał się i pies łapą odciśniętą w bliżej niezidentyfikowanej substancji, choć wygląda mi ona na dżem truskawkowy.
Rzadko piszę o naszej suce, chyba zupełnie skociałam.
A przecież Kara, zwana Karą Boską to cudny okaz kundla z ujmująco wiernym spojrzeniem.

Kocha nas nad życie, wszystkie trzy, z kotami żyje w pełnej symbiozie, choć przetykanej awanturami o zawartość miski.
Trudno komuś spoza naszego stada zdobyć jej zaufanie.
Da się pogłaskać, bo za pieszczoty dałaby się zabić, a już przynajmniej głodzić, ale potem trzeba pilnować swoich nogawek, bo potrafi przypaść do nich w najmniej spodziewanym momencie.
Jest najlepszą przyzwoitką, przy niej nie mam szansy nawet na niewinny pocałunek…
Ad rem:
Pani Ewa umowy dopełniła, oddała mi psa żywego i świetnej formie.
A ja parskam ze śmiechu, czytając sobie sporządzony przez Młodszą „dokument”.
Przepisałam go wiernie, a tytułem wyjaśnienia dodam, że Pani Ewa ma lat 57, a jej „chłopak Wacław” jest od niej trochę młodszy. Lala to suka Pani Ewy, rozpuszczona jak nieboskie stworzenie, nasze psy się lubią, choć czasem walczą o wpływy.

Umowa objęcia opieki
nad psem suką Karą
przez Panią Ewę i jej chłopaka Pana Wacława, gościnnie mama Pani Ewy, gdy Pani Ewa albo jej chłopak Pan Wacław nie będą mieć czasu.
ORGANIZACJA DNIA:
1. Wyprowadzanie jej minimum 3 razy dziennie.
2. Dbać o nią jak o własne oko w głowie.
3. Codziennie bawić się, pieścić i całować minut 12 albo więcej
4. Kara za złamanie umowy wynosi pracę przez 4 tygodnie na darmo.

DIETA:
1. Maks jedno serduszko dziennie, choć najlepiej wcale ich nie dawać Karze bo jest za gruba.
2. Kara ma pić dużo wody.
3. W misce ma być cały czas sucha karma.
4. Raz na tydzień można jej dac paluszek lub ucho, ale małe!!!!!!!!!!
5. Gdy Pani Ewa lub Pan Wacław karmią Lalę proszę zamykać Karę lub Lalę w innym pokoju żeby nie jadła za dużo.

I tu następują stosowne podpisy.
Umowa wprawdzie nie jest jednoznaczna, daje możliwość różnej interpretacji, ale to pierwsza umowa sporządzona przez moje dziecko i jestem z niej dumna.
Moja krew!
:)
Li.

Vouloir, c’est pouvoir.

25 sierpnia, 2009
Vive la France!
Wieści z Paryża zapachniały jak najlepsze francuskie perfumy.

Francuski chirurg-onkolog, sława podobno światowa, fenomen i cudotwórca, po dzisiejszej konsultacji z I. w roli głównej i wykonaniu już na miejscu w swojej klinice serii badań (notabene tych badań, na wynik których w Polsce zawsze trzeba czekać kilka tygodni, a Francuzi opisują je od ręki…, ech…), podjął decyzję o podjęciu się eliminacji Obcego i zrekonstruowaniu Ilonie zniszczonych przez nowotwór kręgów.
Termin operacji ustalony został na 9-go września, cena na około 40 tys Euro, na szczęście nie jest to kwota, której nie można zdobyć rodzinnymi siłami, I. zostaje z moim bratem w Paryżu do piątku, bo Francuzi chcą poddać ją dalszym badaniom.
Będzie dobrze, bo nie może przecież być inaczej.
Teraz czeka nas wszystkich maksymalna mobilizacja, ale przecież un pour tous, tous pour un.
:)
Li.

Lepiej uwięzić myśli w głowie.

24 sierpnia, 2009
Zwyczajnie nie chce mi się pisać.
Uwięziłam swoje myśli w głowie i jestem tylko oczekiwaniem na wieści z Paryża, a wszystkie przydarzające mi się w międzyczasie historie śmieszno-romansowo-kocie niech sobie poczekają na swoją kolej, albo zamilkną na wieki.
Bo TE sprawy meblują sobą moje myśli tak, że już nie ma miejsca na nic innego.
To istne zawalimyśli, zwaliste, ciężkie i niezgrabne, nie da się ich wepchnąć w kąty i zakamarki umysłu, stoją rozkraczone na środku, zabierają światło i absorbują sobą uwagę.
Mam ochotę wpaść pomiędzy nie z siekierą i zacząć rąbać.
Po kawałku, metodycznie, rozprawić się z każdą, unicestwić, roztrzaskać na drzazgi, a potem spalić i znowu cieszyć się jasną stroną życia.
A co na to Lec?
Tak samo jak przed palcem wymierzonym w oko zamyka się powieka, tak i przed pewnymi myślami broni się instynktownie mózg.
Nawet od wewnątrz.
Ciężko wydobyć z tego zawalonego umysłu choć trochę optymizmu, ale go wydobywam.
Jak mantrę powtarzam: będzie dobrze, będzie dobrze, przecież nie może być inaczej.
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie…
Obiecałam Ilonce zrobić dla niej coś bardzo ważnego, coś co ma szansę zrealizować się dopiero w przyszłości, specjalnie dla niej, a obietnicy przecież złamać nie mogę, dana pod słowem zobowiązuje, nie może mnie więc zostawić samej, mamy swoje plany, a przecież najważniejsze to mieć plan!
No!
Li.

Samobiczowanie

21 sierpnia, 2009
Zawiodłam się na sobie samej.
Ten zawód wżera mi się w myśli, nie pozwala o sobie zapomnieć, pokazuje się światu i rumieniąc mi ze wstydu policzki, wypływa na twarz stanowiąc poważną konkurencję dla mojego makijażu.
Jestem na siebie wściekła i długo będę czekać na samowybaczenie, a za grzech zwątpienia dam sobie ciężką pokutę, tak jak ciężki jest mój wstyd.
Wczoraj wieczorem pojechałam do I., pożegnać się z nią przed jej wyjazdem.
Do Krakowa wracam w poniedziałek wieczorem, a I razem z moim bratem będzie już wtedy w Paryżu.
I. jest pełna nadziei. Mój brat, pomimo wszystkiego-też.
A ja, naczelna rodzinna optymistka, zmamiona przez lekarzy i wygooglane wiadomości na temat tej cholernej osteosarcomy wpadłam w Rzekę Zwątpienia i tak dałam nieść się bezmyślnie do Źródła Beznadziei.
A przecież póki tli się choć iskra, zawsze jest nadzieja na ogień.
A co na to Lec?

Dokąd zmierza życie? Tam gdzie ty, dopóki idziesz.
Wydawało mi się, że racjonalne podejście do choroby I. pozwoli mi na mniejsze emocje i łatwiejsze pogodzenie się z nieuchronnym.
To był błąd, bo racjonalizm często jest odhumanizowany, użycie rozumu wyklucza wiarę w cuda, a przecież cuda się zdarzają, samo życie cudem jest.
Gdybym mogła spojrzeć sobie w oczy, może zobaczyłabym tam spojrzenie dawnej Li, która nigdy się nie poddawała i zawsze zawsze szła do przodu.
A co na to Lec?
Pamiętaj, jeśli Twoja pozycja jest nie do obrony-możesz ją przecież zdobyć.
Li.

Pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie!

20 sierpnia, 2009
Spędziłam wczorajszy wieczór u przyjaciółki na wsi.
Tydzień temu porzuciła Kraków i przeprowadziła się z rodziną do nowo wybudowanego domu w miejscu absolutnie cudownym. Kupiła działkę w samym środku zabitej dechami wsi, więc szczęśliwie nie mieszka na nowym osiedlu wśród nieśmiertelnych iglaków na idealnie wystrzyżonych trawnikach. Ma w ogrodzie zieleń wiejską, wybujałą i niepokorną. Jaśminy, brzozy, modrzewie i bzy przepychają się u płota i są takie piękne! W starej drewutni mieszkają sowy, pies nie wie co robić ze szczęścia na wielkim podwórku, a kot rasy egzotycznej zwariował i szaleje po drzewach.
Wyszłyśmy w nocy przed dom, powietrze pachniało zielenią i wsią, świerszcze świerszczyły,
a niebo obnażyło się do błyszczących gwiazd.
Aż nie chciało mi się od niej wyjeżdżać…
Rano poszłam z kawą na budowę.
Miałam tam spotkanie na szczycie w sprawie okien, rzecz należało omówić odpowiednio długo i szczegółowo, rozmowy na temat budowy mogę prowadzić w nieskończoność, co za ulga, że Wykonawca ma do mnie cierpliwość, sama mu się dziwię, ja bym siebie nie zniosła.
Miasto wstawało ze snu, szum aut z każdą minutą psuł powietrze, a niebo zasnute smogiem z trudem utrzymywało swoją niebieskość. Popatrzyłam na to wszystko mając w oczach wczorajsze gwiazdy i pomyślałam sobie, że pomieszkam tu kilka lat, a potem wybuduję sobie dom, na wsi, pomiędzy wiejskimi domami, ze starymi drzewami, na wsi, która nie jest modna, w odległości do 20-tu kilometrów od Krakowa.
-co Pan na to Panie Zenku?
-nie ma sprawy Pani Moniczko, wybuduję Pani następny dom.
-no to jesteśmy umówieni!
Najważniejsze to mieć plan, n’est-ce pas?
:)
Li.

A nic ważnego, tak tylko sobie piszę- o życiu…

18 sierpnia, 2009
Sierpień w Krakowie ma urok astrów i pomidorów malinowych z Kleparza.
Odwiozłam dziś Starszą do babci po mieczu, snuję się sama między godzinami i mam przed sobą aż dwa wolne wieczory, mogę je przehulać i roztrwonić tylko na siebie, stan dla matki dwójki absorbujących córek wielce pożądany.
Idę na rower, pojadę wzdłuż Wisły do Ilonki, jest bardzo słaba, ale mobilizuje się na poniedziałkowy lot do Paryża, we wtorek ma mieć konsultację w klinice, my wiemy, że to najważniejsza, decydująca o dalszym życiu konsultacja, ale ona nie ma tej świadomości.
Nie chcę się nad tym zastanawiać, czy to dobrze czy źle.
Jak widzę jaka jest krucha, słaba i cierpiąca, to nie wydaje mi się właściwym dokładać jej cierpienia. Z drugiej strony ciągle gdzieś tam we mnie odbijają się echem słowa lekarki z Kliniki Leczenia Bólu, że powinna o tym wiedzieć, bo „może ma na tym świecie jakieś sprawy jeszcze do załatwienia, może będzie chciała komuś coś powiedzieć…”.
Ech, nie do mnie należy decyzja o stopniu informacji. Ilona ciągle ma nadzieję na wyzdrowienie, ta nadzieja dodaje jej sił. Jest bardzo inteligentna, myślę że domyśla się prawdy, ale to jest ten rodzaj prawdy, który najtrudniej przyznać przed samym sobą.
Będę ją wspierać wszystkimi moimi mocami, ale gdy mnie znowu zapyta czy umiera, znowu skłamię, z całą mocą skłamię. I zmienię temat, opowiem coś śmiesznego, tak-jestem tchórzem, małym tchórzem, ale nie potrafię, nie potrafię!
I niech Bóg mi wybaczy.
Zapakuję do mojego rowerowego koszyka wielką naręcz astrów, dziś są jej imieniny i choć wychowana na Śląsku nigdy ich nie obchodziła, to jednak weszła do rodziny, gdzie każda okazja do dania prezentu jest starannie wytykana i pamiętana. Raz zapomniałam o imieninach mojego ojca, rany boskie, prawie groziło mi wydziedziczenie, a to fatalne przeoczenie tatuś pamięta mi do dziś, wiele jeszcze musi upłynąć darowanych mu butelek koniaku, by zapomniał.
Jadę.
Li.

Uprawianie kociarstwa w Spa.

17 sierpnia, 2009
Powroty do domu są konieczne, zwłaszcza dla kotów.
Szary nie opuszcza mnie na krok, Masza i Sasza przechadzają się z pionowo postawionymi zadowolonymi ogonkami i mruczą, och jak one mruczą… Pani Ewa przychodziła do nich codziennie, ale widocznie pieszczot było za mało.
A na zdjęcia poniżej jest niesamowita kocia gromadka, karmiłyśmy to towarzystwo z moją Starszą nie mogąc nie ulec urokowi kotów kubek w kubek białych.
Ten maluch poniżej ma jedno oko niebieskie a drugie brązowe, tak jak jego matka.
Na zdjęciach nie ma wszystkich kotów, w sumie jest siedem białych egzemplarzy, coś niesamowitego, babcia, matka, brat matki (tu strzelam, to tylko moje podejrzenie) i cztery małe kociaki.
Mieszkają na działce obok hotelu, przełaziły przez żywopłot i organizowały sobie żarcie :)
A plan jest taki, że pięknooczasty maluch będzie mój.
Wracam po niego w weekend i ani słowa na ten temat.
Mam trzy koty, mogę mieć i cztery, zamiast męża :)




Zrobiłam rezerwację od czwartku do poniedziałku. Zaglądnęłam do kalendarza i jeszcze mogę sobie pozwolić na kilka dni przyjemności.
Trochę się pomasuję, poupiększam, podkarmię koty, no i ukradnę tego jednego.
Najważniejsze to jest mieć plan.
:)
Li.

Jak jednym pytaniem zrobić z siebie idiotkę?

15 sierpnia, 2009
Późnym wieczorem, po przeraźliwie nudnej i mało śmiesznej komedii „Operacja Dunaj”, a brak śmieszności to dla komedii przecież grzech nie do wybaczenia, mając w aucie cztery rozbawione z zupełnie innego powodu niż film kobiety i będąc bez grosza w porfelu poszukiwałam bankomatu.
Władowałam się w ciasne uliczki Bielska i u zbiegu jednej z drugą spotkałam Policję w radiowozie.
Uchyliłam okno:
-Proszę Pana, szukam bankomatu, najchętniej Millennium.
Pan Policjant popatrzył na auto pełne śmiejących się do niego kobiet i zapytał:
-Ma Pani Visę?
A ja na to, kompletnie bezmyślnie:
-Wizę??? Do Bielska???
I już w chwili, gdy to idiotyczne pytanie wyleciało mi z ust, zaczęłam się śmiać, śmiać tak bardzo, że jeszcze teraz mam drgawki, zwłaszcza gdy przypomnę sobie ogromniejące ze zdziwienia oczy policjanta.
Zadziwiające w tej historii jest to, że nie dmuchałam w balonik.
:)
Li.

Zaraz wracam do Spa, może na chwilę zapomnę.

13 sierpnia, 2009
Niebo rozrzutnie pozbywa się deszczu i moje cegły mokną.
Tym razem jednak nie obawiam się zalania sąsiadów, ten drugi strop jest solidny i nieprzemakalny.
Mury na drugim poziomie powyznaczały sobą już kształt pomieszczeń, wściekle zielone krokwie wykąpane w środku grzybo-korniko-bójczym zajęły sobą podwórko i niecierpliwie czekają na poniedziałek, gdy zaczną nowe życie w konstrukcji dachu.
Budowa idzie zgodnie z planem, a nawet lepiej. Kosztorys ani nie drgnie w niepożądaną dla każdego inwestora stronę, a Wykonawca wyczerpująco odpowiada na moje najgłupsze pytania.
Jeszcze tylko trzy tygodnie i nareszcie będę mieć swój dach.
Inne sprawy nie mają takiego szczęścia.
Idą kulawo w niepożądanym kierunku, prowadzone przez kompletnego dyletanta, bez wyobraźni i sumienia, nie można go spersonifikować dla wyciągnięcia konsekwencji, jest niewyraźny i rozmyty, ale swoim złem wciska się w życie naszej rodziny.
Nie rozumiem tego, nie potrafię się pogodzić, czuję straszną bezradność i pieką mnie oczy na samą myśl.
Wygląda na to, że lekarze w Polsce rozłożyli szeroko swoje ręce w geście bezradności i nie są w stanie już nic zaproponować I.
Teraz podobno czekają na to, co powiedzą Francuzi po konsultacji w Paryżu 25-go sierpnia.
A gdyby nie było tej konsultacji, to na co by czekali?
Na jeden z najważniejszych składników chemioterapii Ilonie skończył się tzw. limit życia, co oznacza, że podanie następnej dawki spowoduje nieodwracalne uszkodzenia jej organizmu.
Wczoraj mój tata powiedział mi, że wyznaczono jej bardzo odległy termin następnego cyklu chemii, co nie wróży najlepiej, a teraz ma wdrożone leczenie stricte paliatywne.
Sprawdziłam znaczenie tego pojęcia i jestem przerażona.
Li.

Jestem, bo gdzie mam być jak nie tu?

11 sierpnia, 2009
Siedzę w pracy. Tak, tak- w pracy.
Musiałam wrócić na trzy dni do Krakowa, między innymi z powodu pewnego klienta, histerycznie nastawionego do wymiaru sprawiedliwości, a jednocześnie pełnego nieuzasadnionej wiary we mnie, co oznaczało niestety, że nikt mnie w jego sprawie zastąpić nie mógł.
No cóż, nec Hercules contra plures, causa perdita, tak czy siak.
Śmiać mi się chce, bo sprawa była o czapkę gruszek, zwykłe wykroczenie drogowe, ale ugodzony honor długoletniego kierowcy nie pozwolił mu na przyjęcie mandatu.
Hm…, bo w sumie za co ten mandat? Za niewinne przejechanie, nota bene na oczach Policji, skrzyżowania na czerwonym świetle i za brak kierunkowskazów przy zmianach pasów ruchu?
Z powodu etyki zawodowej nie mogę otwarcie manifestować swojej radości z przegranej, ale jako kierowca cieszę się, że sprawiedliwość zatriumfowała, jak zwykle mam rozdwojenie jaźni ;-)
Zostawiłam za sobą bezstres, sen i przyjemności i wróciłam wczoraj w nocy pod szare krakowskie niebo.
Dziś boli mnie głowa od spadających mi na nią wraz z deszczem problemów, rzeczywistość zaskrzeczała, sił dodaje mi tylko świadomość, że w Spa została moja walizka i córka, więc powód by tam jeszcze wrócić mam niepodważalny.
W czwartek wieczorem znowu będę leżeć pod dłońmi masażysty, rano obudzą mnie ptaki, a nie szum miasta i betoniarki, przez chwilę będę mogła znowu poudawać, że mnie nie ma dla nikogo.
Bardzo jestem zmęczona swoją potrzebnością.
Bo to nie jest potrzebność, która ukoi i przytuli, która da satysfakcję…
TA potrzebność jest wymagająca, bezwzględna i nie licząca się z tym, że jestem tylko człowiekiem. Dla TEJ potrzebności jestem automatem bez prawa przestoju, bez prawa do urlopu i wyłączenia telefonu.
Wolny zawód to naprawdę najbardziej wyrafinowana forma niewolnictwa, ech… jak kusi myśl o wyzwoleniu, jak kusi!
Muszę sobie tylko znaleźć jakieś łatwe, proste i przyjemne źródło zarobku!
I have a dream…
Li.

Co robię w ciągu dnia?

7 sierpnia, 2009
Byłam dziś na wycieczce rowerowej. Było cudnie- łapałam oddech leżąc w rowie po każdym podjeździe pod górę, z wiatrem we włosach zjeżdżałam w dół, słońce opaliło mi blade kolana, a widoki gór były piękne.
Stres przywleczony z Krakowa powoli umiera tu od świeżego powietrza i nadmiaru przyjemnych zajęć, bo dzień mam sprawiedliwie podzielony między masaże ręczne i wodne, basen i gimnastykę, rower i kosmetyczne zabiegi.
Masażysta beznamiętnie wytrzymuje moje jęki, masuje jak szatan, jego dotyk boli mnie w ten szczególny sposób, gdzie chwilowy ból za chwilę przeradza się w wielką ulgę. Ale na końcu zawsze mnie głaszcze, delikatnie wmasowując oliwkę, ledwo muskając moją skórę, zamieniam się w oczekiwanie na jego dotyk, wstaję z uczuciem niedosytu, nie mogąc już doczekać się następnego razu.
Niesamowicie relaksuje mnie sauna, jestem w niej z reguły sama, mogę być swobodna, nago, sama ze swoimi myślami, te zimne topią się z gorąca zanim mnie zatrują, a te ciepłe leniwie we mnie sobie płyną, ciesząc się z prostych przyjemności.
Dużo śpię i rzadko włączam telefon, dzieci mnie oszczędzają, wczoraj przetańczyłam cały wieczór, czytam po jednej książce dziennie, a dziś nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia.
Czytam „Wzgórza Toskanii” F. Mate i tak rozpaczliwie pragnę żyć inaczej, spokojniej, blisko natury, ech … spokojnie, jeszcze tylko dwanaście dni i takie myśli schowają się we mnie głęboko, znowu wpadnę w utarte ścieżki stresu i pośpiechu, znowu będzie tak jak zwykle, znowu będę prowadzić rabunkową gospsdarkę samej siebie, wstydliwie zapominając o wszystkich obiecanych sobie zmianach.
Tylko co zrobić z uwierającą myślą, że mój czas nie stoi w miejscu, coraz mniej go mam na takie życie jakiego pragnę i coraz mniej na miłość, nawet jeżeli to tylko będzie miłość do siebie samej?
Li.

Prasówka.

6 sierpnia, 2009
Z uwagą obserwuję rozwijającą się aferę z „surogatką”- kobietą, która wynajęła swój brzuch i urodziła dziecko bez jednego wspólnego z nią genu. Obserwuję z uwagą, ale i z niepokojem, bo znając polską chorą (nie)sprawiedliwość i częsty brak odwagi sędziów do wydania wyroków tzw. odważnych, zwyczajnie boję się o los tego dziecka. Zwłaszcza po idiotycznych wypowiedziach ministra sprawiedliwości o handlu dziećmi.
Nie ufam „surogatce” za grosz, nie wierzę w jej ani jedną dobrą intencję. Nie była dziewicą pierworódką, urodziła przedtem troje dzieci, w tym jedno oddała do adopcji, bo było niepełnosprawne. Nie wierzę ani w szok poporodowy, ani w nagle obudzoną miłość do synka.
To jedynie sprytne, cyniczne, prymitywne babsko, które chce kosztem dziecka zapewnić sobie utrzymanie, bo wiadomo że biologiczny ojciec będzie zobowiązany do alimentacji dziecka, a podejrzewam że możliwości alimentacyjne ma spore. To niepracująca, utrzymująca się z opieki społecznej i alimentów szantażystka i egoistka nie zastanawiająca się nad tym, że może rozwalić bezpieczny świat dziecka.
Ufam, że sytuacja dziecka się nie zmieni- zostanie przy biologicznym ojcu, bo to on od jego urodzenia zajmuje się z nim i nawiązał więź emocjonalną. Sądy coraz częściej orzekają na korzyść ojców, kończą się czasy idiotycznego przekonania, że lepsza najgorsza matka niż najlepszy ojciec.
Tylko dziecka żal. Zawsze żal mi dziecka. Kto wie, do czego posunie się kobieta, która dla zysku sprzedała swój brzuch.
Semper mater certa est, Rzymianie wiedzieli co mówią, ale nie znali się wtedy na genetyce.
Mnie ciśnie się na usta inna rzymska paremia: Pacta sunt servanda.
Całym sercem stoję po stronie biologicznego ojca i jego żony.
Wyobrażam sobie ich rozpacz i przerażenie, wyobrażam sobie w jakim muszą żyć niepokoju i lęku. Niech moc będzie z nimi!
Li.

SPAnie w SPA

5 sierpnia, 2009
Śpię i śpię. Niedawno wstałam, ale zaraz znowu zasnę.
SPAnie mnie utula i koi.
Boli mnie całe ciało, czuję każdy mięsień, to stres wrzeszczy bólem w moim środku z rozczarowania nic-nie-robieniem, nigdzie-się-nie-spieszeniem i wyłączeniem telefonu. Nareszcie mam wakacje- ułomne, bez palm i słońca, ale wakacje.
Dziś nawet nie zadzwoniłam do Wykonawcy, a powinnam -zwłaszcza po wczorajszym porannym incydencie, gdy zamiast cukru trzcinowego do naszej porannej rytualnej kawy wsypałam mu dwie łyżeczki soli.
Dzielny był- przełknął pierwszy pokaźny łyk bez plucia, nie był jednak w stanie ukryć zaskoczenia niespodziewanym smakiem i to na szczęście zauważyłam.
Mam nadzieję, że uwierzył w moje gorące zapewnienia, że nie był to ukryty sposób na pokazanie mojego niezadowolenia z jego działań ;-)
Idę na kolację, a potem dalej będę tkać sobie kosmetyczne przyjemności w materii życia, bo jak ja sama sobie nie zrobię przyjemności, to kto?
Woda mi szumi za oknem, a niebo jest gwiaździste.
Li.

Hej ho, hej ho po stropie dziś się szło!

3 sierpnia, 2009

Zamknęłam oczy i weszłam po drabinie. Efekt zapiera dech w piersiach!

Jeden z robotników od soboty dwa razy dziennie polewa strop wodą. Oczywiście, że teraz bardzo przydałby się deszcz, ale równie oczywiste jest to, że nie spadnie go ani kropla, to taka lekcja pokory, że nigdy do końca nie ma się tego czego się chce.
Powoli zbieramy się z dziewczynami do wyjazdu do Spa, dziwne- jakoś nie mam na to ochoty, tak trudno będzie mi się rozstać z moimi cegłami i tym pięknym stropem, brak mi będzie moich codziennych inspekcyjek, picia kawy z widokiem i tej ogromnej radości z tego niezauważalnego kroku dla ludzkości, ale jakiego wielkiego dla czło-Li-wieka!
A z kronikarskiego obowiązku by/Pepys donoszę, że sobotnia „wiecha” była nadzwyczaj udana, zjawił się nawet mój tata, wydarzenie o tyle doniosłe, że była to jego pierwsza wizyta na budowie. Wódka lała się prawie tak szybko jak beton z pompy, kilku osobom urwał się film, ale nie mnie niestety- ja wypiłam tylko symbolicznego łyka, mam nadzieję, że moja absynencja nie spowoduje jakiejś katastrofy budowlanej.
Tłumaczy mnie jedynie to, że ktoś musiał być trzeźwy!
Ostatecznie to budowa, przepisy bhp i takie tam…:)
Li.

Przed godziną zero.

31 lipca, 2009

Zdjęcia na czwartym piętrze zrobił mi majster Jacek. Dla mnie to teraz teren niedostępny jak kosmos, ciągle nie opanowałam lęku przed wejściem na rusztowanie, a niech to! Ale mam obiecane prowizoryczne schody, realizacji tej obietnicy będę zajadle pilnować!
Tu początki zbrojenia stropu:


Taką śliczną, regularną krateczkę można tylko pokochać, a już conajmniej podziwiać!

Ten strop ma trzymać w ryzach cała nadbudowę, samego betonu będzie ponad pięćdziesiąt ton, trudno mi to sobie wyobrazić… Tam gdzie stoją robotnicy, będzie mój taras- na drugim planie widać lipę, której zapach będę sobie wdychać w długie, letnie wieczory, takie jak dziś :)

Jak tak patrzę na tę wielką ilość stali, czuję niezwykłą wdzięczność do losu za nadzwyczajny spadek jej ceny.

Zrobiłam zakupy na jutrzejsza imprezę. Na podwórku stoi już stół pięknie zbity z desek ze stylowym blatem z płyty OSB.
Postaram się przemycić na niego coś poza kiełbasą i wódką, zresztą to nie ma większego znaczenia- ważne, że zalanie stropu to kolejny krok do przodu, coraz bliżej domu dla mnie i dzieci. Bardzo tęsknię za swoim domem, za ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. I nie chcę tego od nikogo, wybuduję sobie sama. Nieistotne, czy ktoś to doceni, czy będzie podziwiał, czy będzie zazdrościł… Istotne, że to ja będę dumna z samej siebie.
Jutro będzie dla mnie ważny dzień, nareszcie będę mieć własny sufit nad głową!
Li.

Piątkowy poranek bez mleka, to poranek w złym humorze.

31 lipca, 2009
Niemożność zrobienia sobie pierwszej porannej kawy z powodu braku mleka, od rana wpędziła mnie w zły humor i biada każdemu, kto wpadnie w moje ręce.
Nie pomaga mi w poprawie samopoczucia jazgot piły za oknem i warkot betoniarki, te wszystkie stuki, huki i przekleństwa tak znienawidzone przez sąsiadów, a mnie przecież do niedawna brzmiące słodkim allegro con moto.
Oj, nie lubię nie mieć mleka, nie lubię!
Pijąc więc zieloną herbatę, porządkuję myśli, nadaję im numery, tworzę jedną kolejkę dla uprzywilejowanych, a drugą dla natrętnych, mam tyle spraw na głowie, że ciągle mi jakaś z niej spada, łamie, a ja muszę poskładać ją w jedną całość.
Praca, dzieci, budowa, Ilona, te cztery sprawy oznaczone są kolorem najważniejszości i nie będę nadawać im numerów.
Sprawy budowlane toczą się swoim torem, bez żadnych zakłóceń.
Dziś wieczorem odpowiednie służby zamykają ulicę, będzie zagrodzona do jutra do godzin popołudniowych. Jest to niezbędne z powodu posadowienia na jezdni wielkiej betoniary z pompą pompująca beton bezpośrednio na strop. Ech… będzie się działo.
Najważniejsze jednak ma być po tym, bo zakończenie tego etapu budowy jest podobno tak bardzo ważne, że mam zrobić imprezę z powodu tzw. „wiechy”, miejsce-podwórko, gości- ośmiu robotników, Wykonawca, sąsiedzi, ja i moi goście.
L. poleciała sobie wczoraj na wakacje do Norwegii, sama więc muszę reprezentować inwestorki, co zresztą uczynię z radością.
Ilonka, ech… tu sprawy nie toczą się właściwym torem.
Na dzień dzisiejszy Obcy zaatakował siedem kręgów i nie pokazuje żadnej reakcji na chemioterapię poza wyniszczeniem organizmu.
Szukamy pomocy za granicą.
Mój drugi brat jest lekarzem i pracuje we Francji.
Otworzyła się tam możliwość konsultacji i ewentualnie operacji w dwóch klinikach, jedna z nich ma ogromne sukcesy w onkologii. Francuscy lekarze widzieli już wyniki badań, nie ukrywają że jest to wyjątkowo ciężki przypadek, ale widzą szansę na operację, czego nie widzą lekarze w Polsce. Wizyta w Paryżu wyznaczona jest na koniec sierpnia, Ilonka ma za zadanie przetrwać kolejną chemię, zaczyna ją dziś.
Trzymajcie za nią kciuki, ślijcie dobre myśli, jest to bardzo potrzebne.
To co się z nią dzieje jest tak bardzo niesprawiedliwe i takie okrutne, że brak słów.
Li.

Foto-raport.

30 lipca, 2009

Never Say Never Again- kabelek miał być bezpowrotnie zgubiony, a jednak się znalazł.
Mogę więc z dumą pokazać postępy robót, niezmiennie oczywiście trwając w zachwycie ;-)

Tu, gdy już widać było zarys okien poczułam się jak w domu. Moim ulubionym miejscem na picie kawy jest to okno po prawej stronie, stamtąd mam piękny widok na Lasek Wolski i Kopiec Piłsudskiego. To widok z mojej sypialni na salon.

Ściany ścianami, ale sufit musi być- przygotowania do wylewania belek stropowych (czy jakoś tak).

Konstruowanie szalunku pod wylanie stropu nad trzecim piętrem, tu widok na salon L.

Posadzony las stempli (albo sztycy?)


Tu też rośnie.

A tu zdjęcia z akcji ratunkowej po zalaniu, nogi należą do L. i K. Godzinami zbieraliśmy wodę miotłami do kanalizacji.

Obrazy z zalania. Czyż nie wygląda to prawie jak w Wenecji?

Zebraliśmy całą tę wodę. O tyle mniej wpadło do sąsiadów.

A tu niestety miejsce dla mnie już niedostępne- czwarte piętro, można się tam dostać tylko po rusztowaniu, a na samą tylko myśl, że mogłabym tam wejść mam atak paniki ;-)

Zdjęcie zrobił robotnik, ale to było tydzień temu. Idę dziś po nowe! Na pewno są już zbrojenia (czy jakoś tak), w sobotę będzie wylany strop. A jak wyschnie, to mają być zrobione prowizoryczne schody, by takie pańcie jak ja mogły się na nie wdrapać.

Rety, patrzę na to i nie mogę ciągle uwierzyć, że to moje!

Li.


Wanny, kabiny, armatura, płytki, kuchnie, podłoga…

29 lipca, 2009
Oglądnęłam sobie TO
i się wzruszyłam.
Zgubiłam kabelek od aparatu i nawet wiem gdzie, w związku z tym wiem, że na pewno go już nie znajdę. Muszę go więc kupić, w dodatku jak najprędzej, jeszcze przed przyjazdem Starszej, bo to jej aparat i jej kabelek. Tym samym sensacyjne zdjęcia z zalania budowy muszą trochę poczekać na publikację, ale nic a nic nie stracą ze swojego uroku, przynajmniej dla mnie ;-))
W sobotę zamykamy ulicę i zalewamy płytę, a potem świętujemy.
Od tej pory budowa nabierze nowego wymiaru, bo już będzie konstruowany dach.
Niewątpliwie w związku z tym doniosłym wydarzeniem, pojawią się nowe inspekcje i nowi „życzliwi”.
Ale co tam, damy sobie radę! Na razie w sferze budowlanej mam większe zmartwienia- otóż kilka
dni temu zaglądnęłam do tylko jednego sklepu z łazienkami i niech dobry Bóg ma mnie w swojej opiece, będzie mi to bardzo potrzebne.
W sklepie z butami nigdy nie mam zawrotów głowy, ale na widok tak przerażającej ilości wanien prawie omdlałam. Wcale mnie nie pociesza fakt, że przynajmniej jest w czym wybrać, skoro już przewiduję, że kupując tę jedną rzecz natychmiast pożałuję, że nie kupiłam tamtej drugiej…
Celem uniknięcia zabójczych dylematów i prowadzenia rozsądnej polityki finansowej postanowiłam zakreślić sobie jakieś ramy kwot, poza które nie wolno mi wyjść, a to pod karą dożywotniego pozbawienia wolności z kredytem w charakterze krat.
Macie jakiś pomysł w jakich rozsądnych granicach można liczyć wykończenie metra kwadratowego?
Bez złotych klamek i kosmicznej kuchni!
Na pierwszym poziomie będę mieć: salon połączony z kuchnią, spiżarnię, moją sypialnię z łazienką tylko dla mnie (och, może tam jeszcze kogoś wpuszczę), a w niej i wannę i prysznic, toaletę dla gości, dwie garderoby- wszystko około 70 metrów kwadratowych, na drugim piętrze dwa pokoje dla dzieci po ok 19 metrów, łazienkę ok. 9-ciu metrów, hol, pralnię z suszarnią, kotłownię z piecem na gaz, wszystko ok. 70-ciu metrów, do tego ponad dwudziestometrowy taras.
Pewna jestem tego, że na podłodze chcę mieć deski olejowane i nie chcę szafek wiszących w kuchni.
Rety, ale będę mieć co robić przez najbliższe miesiące!!!
Li.

Wtorek-potworek, jak co tydzień.

28 lipca, 2009
Obudziło mnie długie i przeciągłe wycie piły mechanicznej na mojej własnej budowie. Zanim doprowadziłam do przytomności niewyspane zmysły, myślałam że to wycie śmierciożerców- wczoraj byłam z Młodszą na nowym Harrym Potterze i niech ręka mi uschnie, jeżeli napiszę tym filmie cokolwiek dobrego.
Znowu jestem rozczarowana ekranizacją, a tak uwielbiam książki o Potterze, ciągle któryś tom mam pod ręką, otwieram na chybił-trafił i czytam dla przyjemności.
Tym bardziej drażni mnie oglądanie takiego gniota. Nigdy nie oglądałam filmu, który byłby lepszy niż książka, ale mimo wszystko liczę na to, że przynajmniej się nie rozczaruję.
I znowu nie tym razem…film jest mroczny, ponury, smutny, pełen przemocy, z uwypukloną warstwą miłosno-cmokająco-ściskającą się po kątach Hogwartu- nic tylko zabierać na niego wrażliwe dziesięciolatki, które potem ściskają za rękę i wkładają głowę pod pachę.
Brakowało mi przeciwwagi dla dominującego zła, brakowało ciepłych kolorów i nadziei.
To tak jakby dobry świat poddał się i nie walczył.
Całkiem spokojnie wypijam pierwszą kawę, przede mną wtorek-potworek.
Za tydzień o tej porze będę już w SPA, trzymam się mocno tej myśli, daję się jej nieść przez pracę i spotkania, bo gdy będę leżeć sobie pod kojącymi dłońmi masażysty, to dzisiejsze zmęczenie będzie tylko złym wspomnieniem.
Miłego dla Was!
Li.

Raz w miesiącu jak pokuta.

27 lipca, 2009
I nagle nie wiadomo skąd przychodzi taki poniedziałek jak dziś, gdy ciężko wstać z łóżka, gdy boli serce, gdy jakoś tak smutno, a tęsknota za nie wiadomo czym napływa do oczu łzami nie wiadomo skąd. Wszystko drażni, a już najbardziej budowlany hałas za oknem.
Szczekanie własnego psa budzi wściekłość, Wykonawcy nie zaprasza się na codzienną kawę, dziecka nie chce się przytulić, koty przegania się ze stołu, a mina widoczna w lustrze pokazuje… o rety, co ona pokazuje???
Wściekłą babę z PMS.
Idę na rower, a potem się zobaczy.
A co na to Lec?
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.
Nudziarz!
Li.

A momenty były?

25 lipca, 2009
Obudził mnie w nocy.
Delikatnie…
Nie pozwolił mi już zasnąć do rana, absorbując sobą całą moją uwagę.
Zmysły miałam napięte jak struny fortepianu, ale…
… Ale nie było mi dobrze, bo to tylko ten cholerny deszcz!
Spędziłam dziś z L. i jej facetem kilka (nie)upojnych godzin na walce z żywiołem.
Przyjechał Wykonawca z robotnikiem i walczyliśmy z wodą na miotły, wiadra i folie.
Spływała wszędzie, stała na stropie, kapała nieubłaganie, lała się strumyczkami po ścianie sąsiadów poniżej, spływała sobie po schodach, lekceważyła plandeki, folie, szalunek, kpiła sobie z nas w żywe oczy, ale i tak udało nam się sporo jej wlać do kanalizacji, o tyle jej mniej zaleje sąsiadów.
A wszystko to przez próżność i okresowe umiłowanie porządku.
Po jaką jasną cholerę prałam tapicerkę w aucie? Mogła sobie dalej być pełna psiej sierści.
Po co był mi ten wosk na karoserii? Brudne auto jeździ tak samo…
No to mam za swoje, nie należy lekceważyć tradycji, zaprawdę powiadam Wam.
Uroczyście obiecuję sobie nie myć auta do samego końca dachu!
A jutro będą nowe zdjęcia. Jak tylko znajdę pewien kabelek.
Li.

Takie tam…moje…

24 lipca, 2009
A na Kleparzu są już astry, odmierzyły sobą połowę wakacji.
Kupiłam wielki bukiet i poczułam smuteczek upływu kolejnego lata.
Upał odbiera mi chęci do pracy, jedyny życiowy zapał przejawiam w sprawach budowlanych, uskrzydlona dzisiejszą obietnicą Wykonawcy, że zamieszkam u siebie jeszcze w tym roku, wierzę mu bez zastrzeżeń, sprzeniewierzając się jednocześnie swojej świętej zasadzie nie dawania wiary mężczyznom.
Wszystko idzie tak jak ma iść czyli z problemami, które da się rozwiązać, z koniecznymi wizytami w urzędach, które przebiegają w przyjacielskiej atmosferze, a nawet za bardzo przyjacielskiej- dziś zastanawiałam się jak dużo mogę wytrzymać dla mojego marzenia, gdy musiałam znosić seksistowskie dowcipy pewnego podtatusiałego urzędnika na temat mojego dekoltu.
Ale pewną konieczną zgodę dał mi od ręki, co urodziło we mnie klasyczne rozdwojenie jaźni- jedna Monia nie cierpi seksistów i miała w związku z nim pogardliwe myśli, a druga w imię wyższych celów wypina piersi do przodu i korzysta z ich uroku nie do odparcia, w pakiecie dokładając trzepot rzęs i bezradność w spojrzeniu.
Zębami ze złości zgrzytam potem, ale za to mam to czego chcę.
Są jednak takie życiowe sprawy, gdy nic mi nie pomaga, gdy nic nie mogę zrobić, gdy… ech, bezradność to straszny stan, dopiero go poznaję, ja naprawdę nigdy nie bywałam bezradna. Nigdy!
A teraz jestem tak rozpaczliwie bezradna i nie pomaga mi to, że ramię w ramię w tej bezradności tkwi cała moja rodzina.
Naprawdę nie wiadomo, w którą stronę się zwrócić, wszędzie jest ciemno.
Li.

Smutne buty

22 lipca, 2009
Możliwe, że dziś będzie oberwanie chmury z gradobiciem i piorunami kulistymi, bo oddałam auto do myjni ze zleceniem gruntownego sprzątania z praniem tapicerki włącznie.
Pogoda mi takich fanaberii nie podaruje…
Jest mi smutno i mam tego powody, które co gorsza nie są nic a nic wydumane.
Ani nawet wyolbrzymione.
Są realne, namacalne, nie do przeskoczenia, ani nawet nie do obejścia, a już na pewno nie do zlekceważenia.
Nie można ich zagłuszyć ani oglądaniem pokrycia na dach, ani oglądaniem ofert okien, ani nawet planowaniem tarasu. Nie dają się zasłonić rusztowaniem z mało gustowną zieloną siatką.
Są. Bolą. Bardzo bolą. Wywołują ogromny lęk. I żal.
Ech…
Wczoraj robiłam porządki w butach i znalazłam zapomnianą oryginalną i seksowną parę, kupioną rok temu na ślub mojego brata i I.
Leżały w szafie ze swoimi wysokimi obcasami, takie śliczne i… smutne od nienoszenia.
Miałam je na sobie tylko jeden raz.
Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.
To wszystko co dzieje się teraz z I. wydaje mi się koszmarnym snem.
A buty ubiorę, gdy wyzdrowieje.
Li.
Update:
W nocy była gwałtowna burza z piorunami, znowu sąsiedzi z drugiego piętra zostali zalani.
Na szczęście w tych samym miejscach…
Postanowiłam stanowczo nie myć auta do końca sierpnia. Aż do wybudowania dachu!

Czasem słońce, czasem deszcz, ale ostatnio ciągle deszcz.

21 lipca, 2009
A jednak stało się to, co się stać musiało, bo przecież jak coś może się stać, to wiadomo że mnie na pewno się przydarzy. Zgodnie więc z tą zasadą, ulewny deszcz w nocy z soboty na niedzielę przeciekł przez mury, szczeliny dylatacyjne i inne mikrootwory zalewając sąsiadów na drugim piętrze.
Nie miałam o tym jednak pojęcia, beztrosko pławiłam się z dziećmi w cudownym basenie w Ciechocinku, podczas gdy L. z Wykonawcą walczyła z żywiołem. Nie odbierałam telefonu tułającego się gdzieś po dnie torebki i szczęśliwie wiadomość ta dopadła mnie dopiero późnym popołudniem, gdy stojąc w korku pod Łodzią zainteresowałam się nieodebranymi połączeniami.
Zrelasowana, wymoczona i wymasowana przyjęłam cios jakby łagodniej.
Och, żeby tak zawsze można było przed ciosami losu najpierw się relaksować! O ileż życie byłoby łatwiejsze…
Skutek zalania jest taki, że Wykonawca w stanie przedzawałowym skierował na budowę jeszcze kilku ludzi i teraz szalowanie górnej płyty pędzi jak szalone. Ma być wylana w przyszłą sobotę i wtedy nareszcie niestraszne nam będą deszcze i burze, co niewątpliwie wpłynie też na poprawienie stosunków sąsiedzkich.
Wszyscy mieszkańcy kamienicy mają już dość tej budowy, nie ma się co oszukiwać. Mieszkających tu starszych ludzi niewiele obchodzi to, że kamienica zyska na wyglądzie. Oni pragną spokoju i ciszy, a od dwóch miesięcy mają nieustanny hałas. Nie wzrusza ich ani wymiana starych rur na nowe, ani perspektywa nowego dachu, ani projekt ładnej elewacji, bo jak powiedział mi sąsiad: Ponad pięćdziesiąt lat tu mieszka i było dobrze, a teraz jest źle.
Ciekawa jestem, czy w wieku siedemdziesięciu lat też będę taka obojętna.
Na razie uwielbiam zmiany, są one motorem mojego życia, cieszy mnie budowanie czegoś nowego, daje mi satysfakcję, uskrzydla, wzbogaca każdy dzień.
Marazm i stagnacja, czasem mylona z poczuciem bezpieczeństwa nadaje codzienności czarno-białe kolory, a taki zestaw dobrze wychodzi tylko na fotografii.
Starość nie musi być taka zwykła i nudna, jestem niej coraz bardziej bliska, choć trudno się z tym pogodzić i nie widzę siebie zamkniętej w domu, z obowiązkowym wyjściem tylko na zakupy i do kościoła.
Ale są i inne zmiany, te niechciane, niepożądane, wręcz odpychające.
I. po trzech tygodniach wyszła ze szpitala.
Nie jest lepiej, chyba nawet jest gorzej.
Szpikowana wszystkim co ma jej pomóc jest słaba, wycieńczona i smutna.
Nie mam pojęcia co będzie dalej.
Ten Obcy spowszedniał, wżarł się w nasze życie, ale nie da się go oswoić.
Li.

Inspekcja za inspekcją

17 lipca, 2009
Przez ostatnie dni byłam w tak wielkiej zajętości, że nawet na budowę zaglądałam rzadziej (co i tak oznacza jakieś pięć razy dziennie).
Inspekcja była i sobie poszła, ale donos miał większe pole rażenia, bo według przecieków z tejże inspekcji poszedł też na Policję, do prasy i do tv.
Policja przyszła dziś osobiście w postaci prawdopodobnie dzielnicowego, a jedyną osobą jaką przymusił do złożenia zeznań była niewinna Młodsza, która „skoczyła sobie tylko po loda” do sklepiku obok. Pan Policjant zatrzymał moje nieletnie dziecko przed bramą poważnym pytaniem, czy wie co to za budowa i czy jest na to pozwolenie. Młodsza zeznała, że to budowa mamy, że nie wie czy jest pozwolenie, ale jak pozwolenia nie ma, to mama na pewno je załatwi.
Po czym odraportowała mi przez telefon w wielkim przejęciu treść rozmowy, a mnie wzruszyła jej wiara w moje możliwości, cha cha…
Najważniejszą inspekcją była jednak ta wczorajsza, w osobie mojej Mamy, która już zapomniała o tym, jak to kazała mi sprzedawać strych i kupować „zwykłe trzy pokoje”, bo na budowie wpadła w prawdziwy zachwyt, pusząc się przed majstrem i nadymając, że ja to niby „jej krew”, bo Ona wybudowała dwa domy. Nie szczędziła mi też jakże cennych rad, udało mi się je wszystkie natychmiast zapomnieć.
A dziś, po tych inspekcyjnych stresach spędziłam popołudnie u kosmetyczki, tradycyjnie zasypiając przy masażu, relaks miałam cudowny i do tego mam tak cudownie wypieszczone i wypielęgnowane stopy, że aż mi żal chodzić nimi po ziemi. W związku z tym fruwam sobie w obłokach i jutro lecę do mojej Starszej do Ciechocinka.
Minęły dwa tygodnie od mojej ostatniej wizyty, czas na inspekcję :)
Li.

Chce mi się nic.

16 lipca, 2009
Wstałam z wielkim trudem.
Z jeszcze większym ustaliłam, że dziś jest już czwartek, dzień powrotu Młodszej do domu.
Znowu w lodówce będzie musiało być jakieś jedzenie, coś tam trzeba będzie zrobić, by podłączyć tv, odłączoną przy stawianiu rusztowania, ech… nic mi się nie chce, upał mnie wykańcza i mogę się założyć, że nie jestem w tym stanie odosobniona.
I jak zwykle -gdy temperatura przekracza 30 stopni- czuję przemożne pragnienie przytulenia się do jakiegoś zimnego drania.
Może być taki zimny jak lód!
Li.

Powtórka z rozrywki, dla odegnania złych wciórności.

14 lipca, 2009
Z piersiami jest spory kłopot.
Jest to ten delikatny fragment ciała, tak uwielbiany przez koneserów, który gdy występuje saute nie budzi tych właściwych emocji i doznań.
Musi być na nich jakieś garnie, coś co zaintryguje… za czym podążą zmysły…
Piersi nie lubią być brutalnie traktowane, wskazane jest delikatne ugniatanie, ot tak tylko, by odcisnąć ślad palców.
Są oczywiście tacy niedouczeni brutale, którzy walą w delikatne piersi, miażdżą je i niszczą ich niepowtarzalny kształt, zdecydowanie tym samym wyczerpując znamiona przestępstwa znęcania się. Do odosobnienia z nimi!
Ja należę do tej grupy wrażliwców, którzy piersi traktują z należytą im delikatnością.
Ad rem:
Potrzebujemy: piersi sztuk dwie.
Z czasów głębokiej młodości pamiętam przerażającą sztukę Iredyńskiego, pod tytułem „Trzecia pierś”, od tej pory staram się, by piersi zawsze występowały w duecie, ewentualnie dopuszczam kwartet, wtedy jest sprawiedliwie.
Bierzemy piersi w swoje dłonie, absolutnie z największą delikatnością.
Kładziemy je na deseczce i delikatnie ugniatamy.
Następna operacja jest dla takich wrażliwców jak ja bardzo nieprzyjemna- trzeba wziąć ostry nóż i naciąć piersi, robiąc w każdej z nich kieszonkę.
Potrzebuję:
bułkę pszenną, ale prawdziwą, nie dmuchaną, taka przaśną, ciężką, ewentualnie może być weka, nazywana w mniej cywilizowanych regionach kraju bułką paryską.
Moczę bułkę w mleku, dobrze odciskam i dodaję do niej kopiastą łyżkę prawdziwego masła, pęczek posiekanej zielonej pietruszki, zmiażdżoną (ach, ta wszechobecna przemoc) główkę czosnku, dwa żółtka, dużo przypraw w zależnosci od upodobań, soli i oczywiście pieprz, kto by tam nie lubił pieprzu…
Wszystko mieszam tak, że poszczególne składniki tracą swoją tożsamość, stając się jedną wielką masą na razie bez przyszłości, ale już wiadomo, że to ich smakowa przeszłość zdeterminuje ich przyszłość.
Bardzo delikatnie do tej masy wpuszczam trochę elity w postaci białka z dwóch jajek, wyłącznie takiego w stanie najwyższej sztywności, uprzejmie proszę bez żadnych skojarzeń, (do których jednak jak najbardziej macie prawo…)
Mieszam masę z elitą, bardzo delikatnie i taką już pomieszaną klasowo wkładam do kieszonek wyciętych w piersiach.
Piersi układam w naczyniu żaroodpornym, posmarowanym oliwą, każdy kto miał oliwkę na piersiach, wie jaka to przyjemność, staram się ułożyć je kieszonkami do góry, by masa z nich nie emigrowała do Irlandii, a już conajmniej poza kieszonki.
Z pozostałej części masy robię coś w rodzaju kołderki, z własnych doświadczeń wiem, jak bardzo piersi nie lubią zimna. I takie przykryte wkładam do solarium, temperatura 185-200 stopni, piekę je przez 45 minut, do zrumienienia się kołderki.
Wyciągam i podaję.
Pomieszana społecznie masa wniknęła masłem w piersi, są dzięki temu niezwykle delikatne, przez długotrwałe zespolenie przeszły aromatem czosnku i pietruszki, co za podniecający zapach…mhmmmmm…
Kołderka z wierzchu jest chrupiąca, ze środka rozpływa się w ustach, wystarczy ją tylko do tych ust wziąć.
Kto by tam nie lubił piersi?
Smakowitych doznań.
;-)
Li.