Polityka to dopiero potrafi zdołować!

27 stycznia, 2013

Samopoczucie mam dalej pod psem (choć pewnie nie  pod takim jak moja suka- zadowolona z siebie leży na kanapie i obgryza kość, fundując mi kolejną plamę),
a wieści dochodzące ze  świata za oknem wcale mi nie pomagają.
Ciekawa jestem Waszego zdania o odrzuceniu przez- pożal się Boże-
Sejm możliwości dyskusji nad wszystkimi projektami ustaw dotyczących związków partnerskich.
Śledziłam tę sprawę i jestem zdruzgotana-
po pierwsze nie przygotowaniem posłów,
(bo mam wrażenie że większość nawet nie przeczytała tego nad czym dyskutowała,
przy czym trudno nazwać dyskusją debatę o tak niskim poziomie),
po drugie kolejnym pokazem polskiego grajdoła i zapyziałego zaścianka, szafującego wytartymi do dziur komunałami bez pokrycia,
po trzecie  wystąpieniem ministra sprawiedliwości,
które tylko kolejny raz  potwierdza jak wielką pomyłką jest obsadzenie tego człowieka z Krakowa na to stanowisko.
Całym sercem jestem za związkami partnerskimi, za małżeństwami wśród osób tej samej płci, za wolnością, równością i brakiem dyskryminacji.
Nie godzę się na nadawanie małżeństwu osób różnej płci pierwszeństwa przed inną formą związku.
Bo niby dlaczego?
Jakie mam prawo do regulowania cudzego życia?
Do wnikania w intymność?
W kwestii orientacji seksualnej i uczuć każdy ma prawo do godności.
Kto chce- niech bierze ślub i modli się, by nie był tym co trzecim małżeństwem, które się rozpadnie.
Kto nie chce- niech żyje jak chce!
Małżeństwo jest wymysłem człowieka,
powstało wraz z biurokracją i nie z nadania boskiego.
Czuję wstyd i smutek, jak dobrze, że moja córka chce wyjechać z tego kraju, sprzyjam jej całym sercem.
Li.


Każdy ma swój margines wytrzymałości.

26 stycznia, 2013

Moją bezsenność zaczynam rozpatrywać w kategoriach kary boskiej, zawiniłam widocznie kolorowymi snami
i teraz męczę się pokutą bezsnu.
Boli mnie cały środek, a najbardziej czubek głowy,
magiczne miejsce z przejściem dla myśli w stronę czynu,
mam tam awarię otwierania i przy wejściu kłębi się myślotłum,
tratując mnie od środka.
(Tylko czarne myśli nielegalnie przemycają się przez oczodoły,
już wiem dlaczego ostatnio tak bardzo pociemniały mi oczy).
Muszę, muszę się ratować,  znaleźć (samo)rozwiązanie, zrobić rewolucję,
oczyścić umysł, wrócić do korzeni,
bo na razie jestem, a jakby mnie wcale nie było.
Jak wyrwany, nikomu niepotrzebny słonecznik- wspomnienie niegdysiejszego pełnego słońca.
W dzień jeszcze potrafię się śmiać, w nocy umiem tylko się bać.
Czy ja wariuję? Czy wpadam w depresję?
Czy powinnam zacząć szukać pomocy?
Nie umiem sobie poradzić z czymś tak mi nieznanym,
nieprzyjaznym i przerażającym- ja przecież nie umiałam być nieszczęśliwa!
A teraz jestem i czuję,
jak to moje nieszczęście zaczyna zabierać moje życie.
Li.


Słowo na piątek.

25 stycznia, 2013

Są dni, które mają w sobie szczególną wrażliwość i miękkość.
Łatwiej mnie wtedy zranić, wejść pod mój pancerzyk skorpiona,
skopać poczucie wartości i odebrać iluzję poczucia bezpieczeństwa.
Ogarnia mnie wtedy rozpacz i kompletne zniechęcenie.
I tylko resztką instynktu przetrwania hamuję chęć zamknięcia drzwi, wyłączenia telefonu i zakopania się sześć stóp pod ziemią we własnym łóżku.
Nie mam siły na życie.
A co na to Lec?
Świat jest chyba stożkowaty, największe jest dno.
Codziennie otwieram kalendarz,
by sprawdzić w którym jestem dniu tygodnia
i powtarzalność  czynności budzi we mnie przerażenie.
Nowy tydzień niesie ze sobą stare problemy, natrętne rachunki,
brak oczekiwań, spektakularne rozczarowania
i coraz mniej sensu.
A co na to Lec?
Życie zmusza człowieka do wielu czynności dobrowolnych.
Bo nie tak miało wyglądać moje życie, nie tak.
Każdy jest kowalem własnego losu, święcie w to wierzę,
ale skąd wziąć motywację do dmuchania w miechy?
Skąd czerpać energię, by chciało mi się tak bardzo,
jak bardzo mi się nie chce?
Odpuszczam sobie zbyt wiele, zamieniam się w domowy bamboszek, znoszony i przydeptany, ot taki do wyrzucenia bez żalu.
Sama bym się wyrzuciła.
A co na to Lec?
„Głowa do góry!”-rzekł kat zarzucając stryczek.

(I do tego nie mam ani jednej kapsułki, nawet bezkofeinowej).
Li.


Pamiętniki z wakacji.

25 stycznia, 2013

Poszłam z U. i P. na kolację do „Taco”,
pośmiałyśmy się, pogadałyśmy,
od razu cieplej w ten zimny czas.
Karolcia pisze maile i jak tu się nie śmiać?:
„Drogi Mamucie,
od dwóch dni Mary sukcesywnie próbuje okraść ten sam sklep. Podejrzewam, że  gdyby kontynuowała tradycję i chciała też  to zrobić jutro, to by jej się nareszcie udało,
bo Szwedzi są tacy mili, że nie protestują!
Tylko patrzą i patrzą.
Wczoraj kupowałyśmy dokładnie to samo,
Mary stała pierwsza w kolejce.
Zapłaciła, po czym zapakowała zakupy do torebki
i zadowolona z siebie poszła do drzwi.
Zarówno ja, jak i przystojny szwedzki kasjer (do którego Mary pała gorącą miłością ) popatrzyliśmy na nią w osłupieniu.
On nie odezwał się ani słowem, ja natomiast wykrztusiłam z siebie „co robisz…?”
Zakupy Mary bowiem pozostały na swoim miejscu za kasą,
gdzie położył je kasjer po skasowaniu,
moje natomiast magicznie zniknęły z taśmy!
Mary popatrzyła na mnie zdziwiona-biedna, tak się rozmarzyła o tym Szwedzie,  że z wrażenia próbowała zabrać nie zapłacone rzeczy, swoje skasowane natomiast zostawiając przy kasie.
Dzisiaj byłyśmy w tym samym sklepie i był tam ten sam kasjer.
Mary miała zapłacić 54 korony, dała banknot 50
i dziarsko odeszła, odwracając się dopiero przy drzwiach.
I znowu przystojny Szwed intensywnie na nią patrzył swoimi intensywnie niebieskimi oczami, ja też i to bardzo znacząco, ale Mary widziała tylko jego spojrzenie,  bo wydawało jej się, że oznacza odwzajemnione uczucie,  haha.
Patrzyli więc sobie w oczy, a Szwed był coraz bardziej zdezorientowany…
Musiałam przerwać ten romantyczny moment i rozwiać jej złudzenia szepcząc, że intensywny wzrok Szweda
wynika z faktu, iż znowu chciała go okraść
(tym razem na 4 korony). Mary jest niepocieszona…”

„…Odwiedziłyśmy dzisiaj również super second-hand,
kupiłam sobie sweter z H&M za 70 koron!
Jutro poszukamy ich więcej, super są tu  second-handy- nie ma nic z rzeczy typu-wielkie kosze i wszystko po 5 zł…”

„…Jutro przeznaczymy też na poszukiwania kota…
Jest to trudne, bo o ile widziałam już nawet figurkę smutnego gościa
w czapce kucharskiej i bogato zdobionej sukni ślubnej siedzącego na kłodzie drewna, to  ładnego kota w przyzwoitej cenie jeszcze nie widziałam
(tamten o którym Ci pisałam wcześniej kosztuje 400 zł, więc wybacz…)…”

„… Kocham bardzo!
Mam czapkę z największym pomponem w Szwecji i bardzo się cieszę że ją kupiłam :]
A ze statku Vikingów faktycznie nici,  bo nas nie stać!…”

K.


Chyba nici ze statku Vikingów.

24 stycznia, 2013

Widzę, że mogę spokojnie robić kopiuj-wklej: )

„Drogi Mamucie,
Od rana szukamy czapki- na razie bez skutku, ale się nie poddajemy!
Nie mam pojęcia skąd Szwedzi biorą te wszystkie super czapki
z pomponami, bo w sklepach są same nieładne.

Zaraz jedziemy znowu do tej dużej galerii Gallerian,
teraz jesteśmy w ostatnim sklepie jeździeckim w mieście,
którego Mary jeszcze nie obczaiła.
Jest ławeczka, więc nie narzekam i czekam cierpliwie.
Trafiłyśmy tu po dużych bojach, bo Mary za bardzo nie ufała mojej orientacji w terenie, ale po tym jak naciskałam żebyśmy poszły w lewo,
a nie w prawo, jak chciała,
a sklep był faktycznie po lewej, ufa mi już całkowicie.
Satysfakcja z trafienia dzięki mnie jest większa nawet od satysfakcji, że jej burczenie na mnie po drodze było nieuzasadnione, bo szłyśmy dobrze!…”

„…Kupiłam Gusi fajną koszulkę na wyprzedaży,
a sobie na dziale męskim, która wygląda jak damska,
bo w ogóle na dziale męskim są tutaj same damskie rzeczy
typu swetry w panterkę!
Jak mówiłam, zaraz jedziemy do Gallerian na dalsze poszukiwania czapki, teraz siedzimy w naszym lobby  pod ostrzałem spojrzeń arabskich dzieci.
Mary kłóciła się ze mną, że są z Indii,
ale widziałam,   że ich fejs jest od prawej do lewej, więc ha!…”

„…Bardzo nas śmieszy czytanie twojego blogaska… a co do tego co ktoś napisał w komentarzu, żebyś mi podziękowała,
że pozwalam się dzielić to wiesz… zupełnie jakbym miała coś do gadania!…”

„…Po drodze do Gallerian wstąpimy jeszcze do banku
gdzie spytam się, o co chodzi z błędem na bankomacie,
który wyskakuje jak Mary chce wypłacić przelew od Krysi,
bo wyświetla się, że w tej chwili to niemożliwe.
Czuję się takim super załatwiaczem spraw!…”.

„…Zamiast chodzić na dzikie party,  Mary wieczorami siedzi
w łóżku i z zapartym tchem wgłębia się w blogaska.
Doszła już do wakacji!…”

„… Szukałyśmy Lidla i z niemożności odnalezienia go na jakiejkolwiek mapie
(po prostu wiedziałyśmy że gdzieś tu jest, bo był przedwczoraj)
pytałyśmy ludzi o drogę.

Wszyscy kierowali nas w tę samą stronę,
przy czym jedna pani wspomniała, że ostatnio
była tam 15 lat temu i nie wiedziała, że ciągle istnieje!
Okazało się, że kierowali nas do klubu,
który nazywa się Lidl lub podobnie…
Ach ci Szwedzi…”.

Czy można zazdrościć własnemu dziecku?
Można! Wiele bym dała, by snuć się teraz beztrosko po Sztokholmie,
nawet w cienkiej czapce…
Póki co, siedzę w pracy, snuję się tylko w myślach
i nawet nie patrzę za okno.
Li.

Wiadomość z ostatniej chwili:
„…Kupiłam czapkę w Kapphalu, na którą patrzyłam
w Polsce kilka miesięcy  temu, potem  żałowałam,
że jej nie kupiłam!
Ma ogromny pompon, więc lans będzie niebiański:P…”


Cd.

24 stycznia, 2013

Mój rytm doby zwariował.
Położył mnie do łóżka o dziesiątej,
dosłownie ścinając mnie z nóg.
Wstać nakazał o wpół do drugiej, dał trzeźwość umysłu
i brak chęci na sen.
No cóż, odpiszę Starszej na maila, wezmę długą kąpiel
i zacznę dzień.


A ze Szwecji płyną kolejne wiadomości:
„… w sklepie jeździeckim Mary szalała kupując
różowe czapeczki na uszy dla konia i złoty brokatowy bat!

„…Zgubiłyśmy się w Ikei i prawie dostałyśmy ataku paniki, bo ona jest w kształcie ślimaka/koła i ciągle chodziłyśmy w kółko,
a na dodatek śledził nas jakiś straszny,
naprawdę straszny starszy pan
w czarnym płaszczu.
Gdyby miał czarne okulary to pomyślałabym,
że sztokholmska policja namierzyła Mary
za to nieszczęsne 100€.

Na szczęście był niegroźny i uciekłyśmy mu gdzieś na dziale poduszek (potem nas znalazł, ale tylko dziwnie się patrzył
i nic nie mógł zrobić, bo dla odmiany stałyśmy w miejscu, więc
nie mógł za nami podążać).
Wyjście znalazłyśmy śledząc z kolei innego pana,
bo wyglądał jakby tam zmierzał i faktycznie,
wyprowadził nas prosto na kasy!…”

„… Sztokholm jest piękny!
Ach, winie Cię za to, że się tu nie urodziłam…”

„…W Szwecji w restauracji IKEA nie ma łososia!
Skandal na wielką skalę, co to w ogóle ma być?
W dodatku jak się o niego spytałam, to pan bardzo się
zdziwił i pokazał mi na wędzonego.
Wszystkie te historie o tym że Szwedzi
są zdrowi, bo jedzą dużo ryb to bujda,
narodowym jedzeniem są tu hot dogi
bo są dosłownie wszędzie!…”

I tym sposobem minął im kolejny dzień.
(A ja mogę wyręczyć się mailami na blogasku).
Jestem w wielkim niedoczasie, znowu!
Dopiero co wygrzebałam się spod sterty zaległości,
a już wpadłam pod następną.
Niekończąca się to historia, z jednej strony gwarancja pracy,
z drugiej gwarancja zmęczenia i frustracji.
Cieszę się, że mogę choć poczytać o tym,
jak moja córka dobrze się bawi, że ma przygody,
że chce jej się tym ze mną dzielić,
że pisze, że kocha w jednej linijce z zapytaniem,
jaki ma limit na karcie.
Tęsknię i trudno mi się pogodzić z tym,
że wyfruwa w szeroki świat.
Ale jak mus to mus.
Li.


I cóż że ze Szwecji?

23 stycznia, 2013

Maile krążą, a ja dziękuję niebiosom za wi-fi.
Karta została użyta, uzasadnienie poniżej:
„...Jesteśmy teraz w centrum handlowym na kawie, zapłaciłam twoja kartą, bo był bezdotykowy terminal i nie musiałam jej podawać kasjerowi!…”
Oczywiście popadły w tarapaty:
„…Jak Mary wymieniała euro w kantorze, to okazało się, że jej 100 € jest fałszywe i spędziłyśmy tam 30 min, podczas kiedy badali je na wszystkie strony ultrafioletem, żeby w końcu zakomunikować, że je zabierają i że Policja się z nami skontaktuje! Mary zapobiegawczo zapomniała swojego numeru i podała numer do Krysi, haha.
Ale spisali jej wszystkie dane z dowodu i w ogóle,
więc zrobiło się niebezpiecznie!
Od razu poczułam uderzenie miłości do naszych kantorowców, chyba przywiozę im to piwo z Lidla za 3k!
Mary jest załamana i się boi, na szczęście Krysia obiecała się wszystkim zająć i dosłać pieniądze, bo to ona wymieniała gdzieś to 100 euro!

Będzie zabawnie jak dostaną wezwanie na przesłuchanie do ambasady szwedzkiej…
(Może przywiozę im jednak dwa piwa?…”)

„…Zaraz spróbujemy znaleźć DARMOWY Ikea bus (tak w tym kraju jest coś za darmo!) i jechać do tej Ikei i centrum handlowego, bo moje uszy przybrały niebezpieczny kolor czerwieni…”

Najwidoczniej co wyjazd, to znajomość z Policją jest obowiązkowa. Przypomina mi się  afera z Tunezji, rany boskie (malarstwo włoskie:).

Li.


Trudno wypuszcza się dziecko w świat, ale jak mus to mus.

23 stycznia, 2013

Nie wiem co zrobić, by wylecieć z rankingu blogów.
Tkwię w tej pierwszej dziesiątce w towarzystwie,
od którego trzeba uciekać co sił w wirtualnych nogach,
Bo ja piszę dla siebie i tych z Was,  którym chce się ze mną pogadać,
albo przynajmniej przez chwilę czytania o mnie pomyśleć.
Popularność zawsze niesie za sobą ryzyko przypadkowych wirtualnych spotkań, a na to jestem za leniwa,
by nie rzec-nieśmiała.
Chce mi się być w kącie i mieć stamtąd swoje zdanie,
którego konsekwencją jest pisanie tego co mi się podoba,
a nie tego co chcieliby czytać przypadkowi czytelnicy.


Znowu wstałam skoro świt, życie nocne daje mi przynajmniej upragniony czas tylko dla siebie, spokój i ciszę.
A korespondentka ze Szwecji donosi rzeczy straszne, które oczywiście bardzo mnie śmieszą, uwielbiam jej maile z podróży, to świat do którego nie mam już bezpośredniego dostępu, mogę tylko łapczywie czytać, co mi pisze.
Bawi mnie jej zdziwienie rzeczami oczywistymi,
ale przecież  każdy ma swoją Amerykę do odkrycia.
Niestety dorosła i już nigdy nie będzie dzieckiem z matką na wakacjach.
Oddajmy jej głos:

„Mamut!!!
Nasz pokój ma 2×2 m2 (serio, zrobię zdjęcie i potem wyślę)
i nie ma okien.
Najbardziej komiczne jest to, że przestrzeń wspólna jest przeogromna i jest wielkie lobby, a pokój jest taki jak dwie nasze pralnie i jak wchodzimy razem z Mary,  to najpierw ona wchodzi, zamyka drzwi i przechodzi dalej,
a dopiero potem ja, haha.

Ogólnie Sztokholm jest super, tylko za drogi i za zimny,
ale dajemy radę, delikatnie przemarzając.
Jesteśmy strasznie zmęczone i zaraz idziemy spać,
pomyliłyśmy ulice w drodze z dworca centralnego do hotelu,
wysiadłyśmy na złym przystanku metra
i błądziłyśmy 2h,  dopóki nie przejęłam od Mary mapy
i nie okazało się, że jesteśmy praktycznie na naszej ulicy…”

„Jedzenie w sklepach jest strasznie drogie, wiesz że 3 paczki papieru toaletowego kosztują tu 50 zł?”

„…Mogę zapomnieć o zdrowym odżywianiu, bo najtańsze są bułki (mimo że i tak kosztują średnio 14 koron = 7zł) no ale oczywiście nie oszczędzamy aż tak bardzo,
na śniadanie kupiliśmy sobie po smoothie i babeczce…”

„..Ogólnie jest fajnie, miasto jest naprawdę piękne, jutro planujemy jechać do największej Ikei i centrum handlowego, więc pewnie kupię sobie jakiś sweter albo czapkę (bardzo bym chciała, bo w mojej zamarzają mi uszy,
a tu wyobraź sobie panuje zasada, że im większy pompon tym większy lans), a potem będę głodować, haha.

Pojutrze też już mamy zaplanowane, chcemy iść do największego w EU sklepu jeździeckiego (no, kto chce ten chce, ale przecież wiem,  jak Mary to cieszy) a potem do tego muzeum ze statkiem Wikingów, ale kosztuje 130 koron, więc same nie wiemy czy warto, ale innego statku Wikingów nie ma!”.

Dziecko pojechało bez swojej karty bankomatowej, która połknięta przez bankomat nie została na czas odzyskana.
Dałam jej na wszelki wypadek (o święta naiwności!) swoją kartę kredytową.

„…Najgorzej to się czuję bez mojej karty, bo to taka niemoc :( Będę bała się płacić kartą Twoją, bo Szwedzi są strasznie praworządni i dzisiaj poszłyśmy do Lidla, ale nic nie kupiłyśmy w końcu, a nie było wyjścia
dla klientów bez zakupów, więc wzięłyśmy najtańszą rzecz w sklepie tj. 330 ml bardzo podejrzanego „piwa” za 3k , to jest w ogóle najtańsza rzecz jaką widziałam w całej Szwecji (w której jest od wczoraj ),  2% alkoholu i pani nas obie spytała o dowody!
Chyba boimy się to wypić swoją drogą, więc stoi
tu sobie i się z niego śmiejemy…”

„…Wzięłyśmy po 2 gripexy profilaktycznie bo -10 C mrozu i pokój bez okna, ale za to z  dziwnymi wiatrakami, to nie za dobre połączenie.
Właśnie zamilkłyśmy na chwilę i okazało się,  że jest tu bardzo głośna rura- lol -mam nadzieje że zasnę, bo normalnie nie mogę spać, gdy  słyszę Twoją muzykę z dołu, masakra!…”

„…Znalazłam ci strasznie ładnego kota, ale w takiej
sklepo-pracowni (jest na wystawie) że aż się boję wejść zapytać o cenę,
ale odważę się w końcu…”
( w domyśle- mogę użyć Twojej karty?
Ale jak ładnie podane;-)

Rzuciłam niewinną uwagę, że nie zawsze śpi się w luksusie
i okazało się, że trafiłam w czuły punkt podróżnika:
„CZY TY KOBIETO WIESZ DO KOGO TY MÓWISZ W OGÓLE!
Uwierz mi, ja już swoją lekcję braku luksusu miałam!

Lwów, Psków, Smoleńsk i wiele innych miejsc
tak strasznych, że Ci się nawet nie śniło! …”

„…Przeczytałyśmy w internecie, że ktoś miał tu w łóżku robaki i od razu nas wszystko swędzi, mimo że pokój w przeciwieństwie do łazienek jest turbo czysty…”

Myślę, że trzeba wysłać ją do Azji.
Już sobie wyobrażam maile.
Li.


Poranne plotki.

22 stycznia, 2013

Popatrzyłam ze zgrozą na jej stopy rozmiar 40, ubrane w dwie różne skarpetki.
Nie będzie Ci głupio na lotnisku, gdy będziesz przechodzić przez bramki? Ściągniesz buty i co?
Jak to co? Dwie różne skarpetki to jest mój znak rozpoznawczy i wszyscy już tak noszą!

I tak oto z niechlujstwa można uczynić cnotę.
Jest i bonus dla mnie, od dziś lekceważę dobieranie skarpet
w pary, nie znoszę tego robić, siebie do małżeńskiej pary
dobrałam wszak fatalnie.

Starsza kilkanaście minut temu pojechała z koleżanką na lotnisko
w Pyrzowicach, lecą dziś na cztery dni do Sztokholmu.
Odbieram je w sobotę o 14.00 i wpadłam na chytry plan połączenia lotniska z wcześniejszą wizytą u Magdy-Kseny,
będę już tak blisko, że to byłby grzech zaniechania.
Po drodze zabiorę Sisi i jedyne do czego muszę się przyłożyć,
to wyjazd z Krakowa w okolicach szóstej rano.
Ale znam takich co mnie obudzą:)

Mam przed sobą dwa dni wolności od moich zstępnych.
Guśka wraca pojutrze z zesłania u babci,
skruszona i pogodzona z losem.
Kilka razy dziennie zapewnia, że mnie kocha.
Przez telefon.
No cóż, zobaczy się rachunek za ten miesiąc.

Wstaję i idę sprawdzić stan auta, rano muszę być na Policji,
a wczoraj spóźniłam się na spotkanie- auto miałam idealnie pokryte lodem jak najlepszą glazurą,
godzinę zabrało mi doprowadzenie go do stanu używalności.

Wtorek-potworek uważam za zaczęty.
Mam świetny humor. Bez uzasadnienia!
Li.


O niczym, więc dużo za dużo.

22 stycznia, 2013

Chorowanie na poziomie zwykłej infekcji jest nawet przyjemne.
Można sobie dużo wybaczyć, podjadać dla zdrowia ptasie mleczko,
przesnuć się w szlafroku i gumce recepturce na włosach,
mieć w nosie cały świat i swój prywatny Katar.
Potem tylko trzeba się nabiegać, by dogonić sprawy,
które nie chciały położyć się i smarkać razem ze mną.
(Ta notka będzie zupełnie o niczym, ale muszę ją napisać,
by zakończyć pewien wątek, pewną znajomość i pewne złudzenia,
co do osoby, którą gościłam w swoim domu).
Od tygodnia kotłował się tu temat Marianny,
mniej lub bardziej zasadnie,
nie chce mi się wnikać w to kto i dlaczego kogoś wkurza,
wiadomo- nie wszyscy są entuzjastami hasła: Kochajmy się!
A już tego zrzędę statlera waldorfa kochać trudno,
choć ja go kocham i uwielbiam nad życie.
Wiadomo, że w komentarzach czasem aż iskrzy,
sympatie i antypatie rozkładają się w zależności od pory dnia,
andropauzy i PMS piszącego, ot- odbicie piekiełka z reala, choć uczciwie rzecz biorąc muszę przyznać, że z reguły jest miło i przyjemnie.
(Miałam pisać o niczym, a meandruję).
Ad rem: z Marianną z reguły było mi nie po drodze, różniło nas inne poczucie humoru, spojrzenie na świat i spora różnica wieku.
Ale była nić sympatii i tolerancja, z mojej strony nawet duża- czego probierzem była moja (nie)reakcja na zrobioną przez nią awanturę o niezaproszenie na spotkanie z paniąstarszą ( w sumie szczęka opada mi na to wspomnienie do dziś).
Nie z każdym muszę się zaprzyjaźniać,
ale z każdym mogę pogadać.
Marianna założyła bloga www.umarianny.wordpress.com.
Pomijam, co tam wypisywała na mój temat, przebolałam.
Ale tego, że wpuściła do siebie największego i najwredniejszego trolla XXI wieku- Koko vel ptysiek, vel ewawilińska, trolla  który tak bardzo dokuczał umierającej Chustce, który pisał wredne komentarze na mój temat u viki, który obrażał viki, który pluje jadem, ale pod innym  nickiem potrafi  każde słowo podlewać miodem- Mariannie nie wybaczę.
W ferworze niechęci do mojej osoby (choć doprawdy nie wiem w czym zawiniłam, to ja powinnam obrazić się za podrywanie statlera;-), nie zauważyła,
że Koko vel ewawilińska szydzi z niej bezlitośnie.
Marianno, u mnie od dziś  lądujesz w spamie,
mówię Ci ładne: żegnaj,
w każdej sytuacji należy być przyzwoitym człowiekiem
i nie obchodzi mnie co na to Seneka Młodszy.
Ani Lec.
Li.


Studium sobotniego popołudnia.

19 stycznia, 2013

Wstałam, spojrzałam w lustro, jęknęłam i wróciłam do łóżka,
by dalej spać.
Wszak sen dodaje urody, a ja mam braki na jakieś sto lat.
Spać, spać, spać i śnić kolorowo, by mieć przeciwwagę dla szarości na jawie.
(W taki dzień jak dziś nawet czerwone auta są mniej czerwone).
Spać, spać, spać, by nie dopuszczać czarnych myśli i przespać problemy,
spać, spać, spać, by mieć usprawiedliwienie dla nie zajmowania się tym, czym zajmować się na jawie powinnam.
A powinnam przede wszystkim rozebrać choinkę,
choć chyba rozebrać jej bardziej się nie da-
nagle straciła wszystkie igły,
leżą pod nią grubą, zieloną warstwą, z upodobaniem wylegują się na niej koty, potem wraz z nimi igły wędrują po całym domu,
spadając w miejsca bardzo egzotyczne, takie jak łóżko Młodszej.
Muszę więc wstać, muszę, muszę, muszę.
Wstanę, zrobię sobie kawę, udam, że nie zauważam
podrzuconych przez  Starszą kapsułek z bezkofeinową,
wezmę prysznic, ubiorę się, unikając spojrzenia w lustro,
zbiorę włosy w kucyka, włączę głośno muzykę i będę udawać,
że rozbieranie choinki, sprzątanie, pranie i odkurzanie
jest najlepszym pomysłem na spędzenie sennego,
sobotniego popołudnia w wielkim mieście.
Na szczęście wieczór zapowiedział się z miłą wizytą.
Li.


Krótkie info prosto z łóżka.

18 stycznia, 2013


Wszystkich sceptyków- (tak, tak zapamiętałam sobie,
KTO szczególnie wątpił w moją siłę charakteru i przewidywał,
że nie wytrzymam w postanowieniu ukarania:) informuję,
że moje młodsze dziecko jest już pogodzone z losem.
Co prawda zaczyna fikać i przysyłać mi sms’y typu:
„no dobrze. Ale jak mi taki numer zrobisz w wakacje,
to NIGDY Ci nie wybaczę!”, ale ja odczytuję z nich wyłącznie pozytywy-
wie, że nabroiła, wie, za co ponosi karę i wie, że kara jest słuszna.
Kocham ją okrutnie, cóż zrobić.
Jestem znowu chora, nie pomnę, który to już raz tej zimy.
Gorączka, osłabienie, bóle wszystkich kości i koszmarny ból głowy.
Tak spędziłam czwartek- nic-nie-wartek.
Dziś nie będzie niestety lepiej.
Oby to nie była grypa, TA grypa.
Wracam pod kołdrę.
Li.


Jestem najgorszą matką na świecie i jestem z tego dumna!

16 stycznia, 2013

Wymierzanie kary ukochanym córkom zawsze było moją słabą stroną
i najjaśniejszym przykładem mojej konsekwentnej niekonsekwencji.
Bo jak karać kogoś, kogo tak bardzo się kocha?
A teza o karaniu dla dobra dziecka jakoś mnie nigdy nie przekonywała.
Do dziś.
Bo oto dziś nadszedł sądny dzień dla mojej Młodszej i kara jest potężna.
Tak potężna, że dowiedziałam się, iż jestem najgorszą matką na świecie- automatycznie weszłam więc do elitarnego klubu matek burzliwie dojrzewających nastolatek.
Kara jest również dotkliwa, przemyślana przeze mnie starannie,
to kara na wspomnienie której będą napływać do oczu dziecka łzy.
Jest to więc- mam nadzieję- kara bardzo wychowawcza, zapamiętywalna.
Przykro mi, ale muszę być twarda nie miętka.
Młodsza kolejny raz z rzędu przekroczyła dozwolony limit
150 złotych na rozmowy
z komórki, raz przełknęłam rachunek 400 złotych, następny był trochę niższy- 320 złotych,  uznałam że robi postępy,
potem znowu skoczyła na 360 złotych, to było miesiąc temu, przeprowadziwszy z nią rozmowę, wykazałam bezsens dzwonienia na komórkę przyjaciółki z Ełku, gdy może dzwonić z naszego domowego telefonu po godzinie 18.00 bez limitu,
wkurzyłam się na tekst, że „nie chce się jej schodzić po słuchawkę na dół”,
ale miałam nadzieję, że moje argumenty o tym, że lepiej kupić sobie fajne buty niż nabijać kiesę T-mobile trafiły do tej główki z blond lokami.
Dzisiejszy rachunek na kwotę 400 złotych zmusił mnie do działań ekstremalnych i oświadczenia,
że oto przegadała koszty podróży do Ełku na super ferie z przyjaciółką.
Trudno, zostanie w domu, będzie obrażona, nieszczęśliwa,
ale może zapamięta po wsze czasy czym jest kryzys, recesja, konieczność ograniczeń, prośba matki i konieczność spojrzenia dalej niż czubek własnego noska.
Serce mi pęka, bo bardzo cieszyła się na ten wyjazd,
ale nie mogę ulec, nie mogę!
I jutro kupuję jej pre-paida, koniec z luksusem abonamentu.
Aż  nauczy się, że pieniądze nie spadają z nieba.
Co o tym myślicie?
Li.

Zdjęcie winowajczyni.
Ściągnięte z jej profilu na fb, więc może nie zabije. Bardzo je lubię.

Guś2


To nie jest reklama, tylko odruch płynący z głębi mego serca.

15 stycznia, 2013

Wiele znam sposobów na sprawienie sobie przyjemności,
ale TEN jeden sposób zawsze jest w czołówce rankingu,
relaksuje mnie i rozluźnia przed kolejnymi spięciami,
których- jak wiadomo z moich jęczących notek-
los mi nie oszczędza.
Ale gdyby nie TEN sposób, to częste spięcia doprowadziłyby mnie do gwałtownego wzrostu napięcia i byłoby po mnie.
I jaki nastałby wtedy żal, przynajmniej u niektórych…:)
TEN sposób trzeba stosować przynajmniej raz w tygodniu,
skóra po nim gładka i napięta,
pachnie pomarańczami albo lawendą,
bolący kręgosłup zapomniał sam o sobie,
a dusza śpiewa/jęczy/mruczy z rozkoszy masującego dotyku.
Dzielę się teraz z Wami moim wielkim skarbem,
telefonem do masażystki Liliany, która przychodzi do domu,
ceny ma niezwykle konkurencyjne, nie liczy czasu,
bo dopóki porządnie nie wymasuje, to nie wychodzi.
602641045, powiedzcie, że dzwonicie ode mnie!
Nie będziecie żałować,
Li.


Za nic mam teraz całe zło świata.

14 stycznia, 2013

Przetrwałam poniedziałek i spotkała mnie nagroda
w postaci spokojnego wieczoru.
Miałam iść na Koncert Noworoczny Aptekarzy,
ubiegłoroczny był cudowny,
ale coś mnie tak bardzo ciągnęło za rękę w stronę mojej kanapy,
że uległam i zaległam.
I oczywiście od razu ukułam teorię, której główną tezą jest ten oto dowcip:
Siedzi na ławce dwóch staruszków i jeden do drugiego mówi:
„Wiesz Karolku, mówili mi, że na stare lata nie będę mógł,
a mnie się po prostu nie chce”.

Tak, wiedziałam że kiedyś nadejdzie ten dzień,
gdy przedłożę wygodę ciała nad rozkosze ducha.
I jest mi dobrze, laptop, muzyka, latte,
polarowy pled w kolorze śliwki węgierki,
śnieg padający za oknem
i ciepły brzuch Szarego grzejącego mi bose stopy.

Viki przysłała mi w mailu dowcipy o staruszkach
(żeby mieć czas przywyknąć):
Osiemdziesięcioletnia wdowa wraca z randki ze swoim dziewięćdziesięcioletnim narzeczonym.
– I jak było, mamo? – pyta córka.
– Wyobraź sobie, musiałam mu dać trzy razy w twarz!
– Co ty powiesz, dobierał się do ciebie?
– Nieeee, tylko myślałam, że umarł…

Hej, hej! Róbcie to co ja, a będzie Wam dobrze!
Li.


Poniedziałek może spieprzyć cały tydzień. Ale nie musi!

14 stycznia, 2013

Jasny dzień przepędził ducha i napędził ciemne problemy.
(To ja już wolę strach przed duchem, proszę losu!)
Jeżeli poniedziałek ma determinować mój tydzień,
to ja muszę odczarować fatalne pierwsze wrażenie
pobudki w ciemnościach.
Spieniłam więc idealnie mleko, wlałam do niego espresso,
czas na najmilszą chwilę poranka, jak dobrze,
że rzuciłam ten nikomu niepotrzebny odwyk, mam swój rytuał,
który napędza mnie do twórczego działania.
Najważniejsze to mieć swoją górę, plan na jej zdobycie
i spokój dla jego realizacji.
Metr po metrze, powoli, bez niepotrzebnych emocji,
eliminując toksyny, niedowiary, przeszkadzacze, utrudniacze,
i wątpiacze, od czasu do czasu pociągając życiodajny łyk latte
idę w wybranym kierunku.
Jest mi trudno, bo nienawidzę się wspinać.
Ale jeszcze bardziej nie lubię spadać,
idę więc w kierunku nieba, mając nadzieję na raj.
Czego i Wam życzę, ciągle pełna złudzeń co do swoich możliwości.
A co na to Lec?
Między jednym a drugim niebytem trzeba samemu starać się
o swoje utrzymanie.
Li.


Słyszę kogoś.

13 stycznia, 2013

Ktoś jest u mnie w domu. Słyszę go wyraźnie.
Niepokoi psa, nagle otwiera drzwi do schowka,
gasi światło w górnej łazience i zrzuca kubek z blatu kuchennego.
Kara strzyże uszami, siedzi w napięciu wypisanym na pysku,
nagle zaczyna szczekać w przestrzeń salonu,
widać że widzi kogoś, kogo ja nie widzę.
Pozapalałam światła w całym domu i skuliłam się w kącie kanapy.
Jeszcze nie wiem, czy się boję,
ale na pewno odczuwam głęboki niepokój
i jakąś taką elektryczną atmosferę.
Czuję dreszcze przebiegające mi przez ciało,
czuję zimny powiew nie wiadomo skąd,
słyszę na górze hałas, zupełnie nie koci.
Starszej nie ma, telefon nagle się wyładował,
odważam się włączyć ładowarkę,
coraz bardziej czuję się nieswojo, ale jeżeli jest to duch,
to dlaczego miałby zrobić mi krzywdę?
Wołam po cichu mojego ojca, Dżordż ratuj!
Niech mi pomoże, rany boskie, malarstwo włoskie,
jestem kompletnie nieodporna na takie zdarzenia.
Pies teraz warczy, wpatrzony w jeden punkt,
niech mnie ktoś uratuje, bo zaraz umrę ze strachu!
Teraz wszystkie cztery koty
przyszły razem do salonu,
siedzą obok mnie w wyjątkowej zgodzie
i patrzą się przed siebie badawczo.
Pilnują mnie, ale przed kim?
Li.
PS. Parę minut temu spadły dwie bombki.
Wisiały na haczykach. Haczyki zostały na gałązkach.


Koniec przerwy.

13 stycznia, 2013

Dziesięć dni temu poszłam na odwyk.
Pierwsze objawy głodu pojawiły się po dwóch dniach.
Najbardziej bolała mnie dusza i prawa ręka bezproduktywnie sięgająca po kubek, którego nie było.
Dziś pękłam.
Musiałam jeszcze tylko wybłagać u Starszej, że pojedzie,
że kupi choć dwa opakowania.
Sama zostałam w łóżku,
wcale się przy tym nie usprawiedliwiając,
bo kiedy mam leżeć cały dzień, jak nie w sobotę?
Niedobre dziecko, które z tego powodu prawie wydziedziczyłam, przetrzymało mnie do późnego wieczoru.
Ale za to, gdy jednym pewnym ruchem ręki
wsadziłam kapsułkę w ekspres, gdy poczułam TEN zapach,
gdy sięgnęłam do lodówki po mleko z datą ważności do 14-go stycznia,
gdy zaczęłam je spieniać, gdy wlałam do kubka, gdy łyknęłam…. ach…
gdy plułam, a tego nie miałam w planach…
Nigdy, przenigdy nie kupujcie mleka w Lidlu,
będę w sobie pielęgnować dzisiejszy zawód po kres dni moich.
Na szczęście w lodówce było jeszcze mleko z Biedronki,
tym samym uznałam wyższość jednego dyskontu nad drugim
i noga moja w Lidlu chwilowo nie postanie
(i tak Starsza robi zakupy).

I nic innego mnie dziś nie zawiodło.
Spędziłam ciepły dzień na dbaniu o siebie, domowym kołderkowaniu, samomarudzeniu, grzaniu się i odkrywaniu
zalet ferii- Młodsza od wczoraj u babci po mieczu,
do Ełku zawożę ją dopiero za tydzień.
(Przez kilka następnych dni będzie w domu panował zwyczajny spokój, przerywany co najwyżej kocimi utarczkami).
Niedługo Starsza leci z koleżanką na kilka dni do Sztokholmu,
cały przyszły tydzień mam wolną chatę,
otwierają się przede mną fantastyczne możliwości,
których pewnie nie wykorzystam.

Dochodzi czwarta rano.
Jestem rześka i pełna energii.
Nie śpi ktoś, aby spać mógł ktoś.
Pilnuję, by płatki śniegu równo spadały na moje parapety.
Li.


Ogłoszenie parafialne.

11 stycznia, 2013

Ogłaszam chwilową przerwę w pisaniu.
Trzeba przewietrzyć i pomyśleć.
Nie będę pisać co na to Lec, ani  Seneka Młodszy.

Li.
PS. Chwilową! :)


Experto credite.

10 stycznia, 2013

Gdybym miała zrobić ranking kłębiących się  wokół mnie smutków,
gdzie nie ja jestem główną bohaterką,
ale ja je zawodowo muszę przyjąć, oddzielić, wyłuskać, wysłuchać, pomóc,
czasem kimś potrząsnąć, czasem z przekonaniem odmówić pomocy,
a czasem podziałać terapeutycznie samym zainteresowaniem,
to numerem uno byłaby niemiłość.
Ileż tej niemiłości wokół,  jest stałym wątkiem w materii życia.
Niemiłość– uczucie podstępne, tchórzliwe, bolesne.
Nigdy nie przychodzi nagle, nie jest prostym odwróceniem miłości,
bo nie uderzy jak piorun,
nie wywoła drżenia-wzruszenia i błyszczących oczu…
Niemiłość jest rakiem miłości. Toczy.
Powoli zżera ciepło, wspólność, czułość.
Nie pozwala już na terapię dotykiem.
Odpycha czuły gest, broni przed pocałunkiem,
patrzy drwiąco na niedoskonałości ciała,
nie zauważając że sama w lustrze się nie odbija,
a lustro jest przecież prawdomówne- jakim przerażającym widmem
musi być niemiłość, że nie chce jej oglądać nawet lustro?
Tyle tej niemiłości– u Ciebie i u Ciebie.
I u Ciebie mój przyjacielu, i u Ciebie moja miła…
Wy, tak o Was mówię moi kochani, też w niej trwacie,
oszukując się jeszcze wzajemnie,
ale już powoli otwierając oczy w zrozumieniu i poczuciu klęski.
Czasem sobie tak myślę, wysłuchując kolejnej historii,
że niemiłością
cywilizowany człowiek omija zakaz tortur.
Bo nic tak nie boli, nic.
Experto credite.
Li.


Lubię czasem pisać o niczym, a to przecież o życiu, suchej jedlinie i igłach w herbacie.

8 stycznia, 2013

Jodłowe igły spadają mi na głowę i wpadają w klawiaturę.
(Takie cuda to tylko w Krakowie).

Siedzę przy stole pod lampą przybraną jedliną, wysuszona wydaje ostatnie tchnienie, a siedzące na niej świątecznie przebrane motyle umierają wraz nią, ostatecznie kończąc wątek uroczo kiczowatych bożonarodzeniowych ozdóbek.
lampa1

lampa2

lampa3

lampa4

lampa5
Pada śnieg, jest cudnie!
(Ale niedługo zacznę hodować hiacynty, wszak idzie wiosna!)
I właściwie tyle mam do powiedzenia w ten wtorkowy wieczór.
Do herbaty wpadły mi igły i toną.
Li.
PS. Śledzę sprawę Katarzyny Waśniewskiej, matki Madzi.
I przypominam sobie swój wpis, o ten.
Bardzo mi smutno, że miałam rację. Ale nawet w najgorszych snach nie przypuszczałam, że miałam racje aż tak.


Wpis prawie polityczny:)

7 stycznia, 2013

Bardzo podoba mi się sędzia Igor  Tuleya- ten,
który wydał wyrok w I Instancji w sprawie Doktora G.
Za uzasadnienie wyroku  i napiętnowanie metod działania CBA z czasów
Ziobry i Kamińskiego ma u mnie szacun, wielki szacun.
Będę trzymać kciuki, by nie zadziobały go kruki,  wrony i  kury. 
Bo stojąc po drugiej stronie czuje się czasem ogromną bezsilność.
Jakie jest Wasze zdanie? Ciekawam!
Li.


7 stycznia, 2013

Powołuję do życia na ekranie, a potem jednym ruchem zabijam
niewinne mojemu niezadowoleniu litery,
drażnią mnie złożone z nich słowa.
Nie śpię, trwam nocnie, przekroczyłam weekendowe limity snu
i teraz muszę odrobić to w czuwaniu.
Tym samym rozpoczęłam nakręcanie kolejnej spirali bezsenności,
pęknie pewnie na koniec tygodnia.
Ale nie jest mi źle, dom jak zwykle przyjaźnie mnie otula,
pozwala pomyśleć i przemyśleć.

Niedzielnie popołudnie spędziłam z człowiekiem, którego życie jest splątane jak talerz spaghetti- nie wiadomo, gdzie początek,
a gdzie koniec kolejnych wątków i spraw.
Prawomocnie skazany wyrokiem za czyn, którego nie popełnił,
stara się walczyć o siebie, ale ze smutkiem widzę,
że brakuje mu już sił i chęci.
Dotknęła go ironia przypadku, zwykły pech, pomówienie,
ludzki błąd i ogrom nieszczęścia. Trudni to przeciwnicy.
Ile można w życiu od życia znieść?

Ale nie jest to smutna notka, bo ja wiem, że będzie z nim dobrze.
Uda mu się, uda.
Ma w sobie to COŚ.

I wtedy jego życie będzie poukładane jak płaty lasagne, o!
Li.


Takie tam… łóżkowe sprawy.

5 stycznia, 2013

Za dwa tygodnie czeka mnie podróż do Ełku.
Popatrzyłam w Google, ech- zaledwie 519 kilometrów,
sześć godzin z postojem na kawę i wrócę tego samego dnia.
Po konsultacjach „z jeżdżącymi w tamte strony” już wiem,
że tak łatwo nie będzie,
postanowiłam więc jechać pociągiem- zaledwie osiem godzin,
wezmę sobie nową książkę J. Rowling i jakoś to przeżyję.
Ale niechętnie, niechętnie…
Co gorsza będę tam musiała jechać tydzień po tygodniu,
może są jacyś chętni na podróż z Krakowa?
Zrobimy imprezkę w pociągu,
z intymnymi zwierzeniami
w bladym świetle przedziałowych jarzeniówek w tle.
Z nowości donoszę, że padł mi kręgosłup,
ma ochotę tylko leżeć i pachnieć,
natarty więc rozgrzewającą maścią roztacza wokół mnie
charakterystyczny dla staruszek zapach kamfory.
Tak, dziś jestem starą kobietą i bardzo mam ochotę taką pozostać, przynajmniej mam usprawiedliwienie dla nie wychodzenia z łóżka,
kotów grzejących mnie z każdej strony,
wyciszonego telefonu i ogólnego „tumiwisizmu”,
który jest cudownym stanem nieprzejmowania się
nikim i niczym poza sobą oczywiście.
Miłego wieczoru!
Li.


I sok malinowy może być źródłem mocy:)

1 stycznia, 2013

Racjonalna strona mej  natury chwilowo odsypia (nie)szaleństwa ostatniej nocy, do ucha dochodzi więc ta,  co z reguły głęboko ukryta przed wymagającym światem, a najbardziej ukochana i najbliższa- szalona, nieprzewidywalna i tęskniąca za jasną stroną życia- Ja,
mieszkająca we mnie Ja, ta Ja, która z konieczności wymuszonej względami ekonomicznymi, życiowymi i oczekiwaniem społeczeństwa zeszła do podziemia i czeka na znak do wyzwolenia.
Problemy kiedyś będą mieć swój kres i wtedy nastanie czas beztroski.
Ta myśl trzyma mnie przy życiu i pomaga w utrzymaniu swoich własnych lochów, tłoczę tam świeże powietrze,
przechowuję najlepsze pomysły i czekając na samowyzwolenie staram się przeżyć na powierzchni.
Nie wiem co przyniesie mi rok 2013.
Nie spodziewam się żadnych znaczących zmian, poza tymi których mogę sama dokonać, zwłaszcza po pokonaniu zbyt mocno  ogarniającego mnie lenistwa.
Nie mam wygórowanych oczekiwań, mam tylko jedno życzenie- chcę być zdrowa, chcę by moi bliscy byli zdrowi, bo jak będzie zdrowie,  to ze wszystkim innym dam sobie radę.
Pomarudzę, posmęcę, pojęczę, zwłaszcza na blogu, bo w realu na jęczenie nałożyłam embargo z wysokimi karami za jego złamanie.
Mam świetny humor, chce mi się znowu przenosić góry,
odganiam myśl, że to tylko złudzenie wywołane magią przełomu roku,
wolę myśleć, że to efekt ładowania baterii przez ostatnie dwa leniwe tygodnie, przytulania dzieci, głaskania kotów, picia niezliczonej ilości herbatek z imbirem, cytryną i sokiem malinowym mojej byłej teściowej-
jej już niestety nie ma w moim życiu, ale na szczęście dzieci wożą mi kontrabandę.

soki
Dom pachnie dobrą energią,
choć nieżyczliwi powiedzą, że to lawendowy odświeżacz powietrza.
No cóż, wszystko można zracjonalizować, spospolicić,
spłycić i postawić w szeregu.
Ja wolę moją interpretację i nie dam jej sobie odebrać.
Dobrego dla Was!
Li.


Nie da się uciec od dzisiejszej nocy.

31 grudnia, 2012

Trudny mam ten koniec roku,
ale przecież walczyć z trudnościami jest rzeczą ludzką.
Jest mi ciężko, ergo sum.
Zamknęłam się w sobie, uszczelniając system wypływu energii,
kumuluję ją jak bateria, jestem wdzięczna losowi za świetnie rozwinięty system samoratunkowy,
jego ukoronowaniem będzie zamówiona dziś wizyta u kosmetyczki,
kojący masaż dopełni dzieła odrodzenia się po raz kolejny.
Dom śpi, muzyka gra, na tę chwilę nic nie muszę,
odgrodziłam się od problemów kawą z mlekiem
i słońcem wpadającym w choinkowe bombki
(a zgodnie z jedynie obowiązującym nurtem dekoratorskim choinka ubrana jest w koty).

bombki
Nałożyłam embargo na czarne myśli ,
jestem dziś bezmyślnym bytem, który chce być szczęśliwym człowiekiem.
Ubieram się mentalnie w czerwoną sukienkę
i wbijam w zapomniane chwilowo przekonanie,
że to ja jestem kowalem własnego losu.
W 2012 roku nie miałam siły, by dźwigać kowalski młot
i zaledwie podtrzymywałam płomień w piecu,
ale przecież nie można tracić nadziei.
Sobie życzę minimalistycznie-odrobinę lepszego Nowego Roku,
a Wam hojnie-tego,  czego tylko pragniecie.
Li.


Potwór i cud.

23 grudnia, 2012

Mam dobrą koleżankę z ogromnym ogrodem,
w którym niegdyś sadziła malutkie, słodziutkie choinki.
Teraz ma przerażający gąszcz kilkumetrowych olbrzymów.
Choinkę obiecywała mi od początku grudnia,
ale jakoś tak puszczałam te słowa mimo uszu,
zbyt egzotycznym wydawało mi się ścięcie drzewka w ogrodzie,
przewiezienie do mnie,
mam przecież Kleparz na wyciągnięcie ręki
i zgrabne, hodowlane jodły czekające na klienta całą noc.
I właśnie zaplanowałam wczoraj,
że taką jodłę kupię w sobotę rano,
niedużą, jakieś metr pięćdziesiąt,
z wiotkimi gałązkami zniechęcającymi koty do penetracji od stojaka po czubek…
Tja…
Darowanemu koniowi nie zagląda się … itd, więc
wczorajszy późny, mroźny wieczór spędziłam na lodowatym wietrze,
usiłując bez wyrwania drzwi wydobyć z wielkiego auta A. jeszcze większą choinkę-potwora czterometrowego, będącego uciętym czubkiem siedmiometrowej jodły z grubym pniem.
Po godzinie stękań i sapań „drzewko” zaległo na chodniku przed kamienicą,
a A. odjechała koić gniew męża, wykończonego operacją wsadzania potwora do auta.
Nie czekała, aż moja opadnięta szczęka wróci do pozycji właściwej.
Zostałam z prezentem,
którego samodzielnie nie byłam w stanie nawet podnieść,
a co dopiero wnieść na trzecie piętro.
Wysokość mojego mieszkania to równe trzy metry,
ale to był szczegół przez A. pominięty.
W pakiecie dorzuciła mi jednak piłę i tą piłą,
tak tą właśnie piłą, po godzinie piłowania na parterze kamienicy,
gdzie udało mi się wtargać potwora przy pomocy Starszej,
upiłowałam z dołu metr, a z góry pół metra.
Walczyłam do drugiej w nocy i mam pod drzwiami zmasakrowane drzewko, którego nie mam odwagi wnieść do domu.
A darczyńca domaga się zdjęć…:)
Za to przydarzył mi się pierwszy wigilijny cud,
taki prawdziwy cud- jakieś dwa miesiące temu zorientowałam się,
że w dokumentach samochodowych nie mam
ani potwierdzenia ubezpieczenia,  ani prawa jazdy.
Pierwsze podejrzenie padło na Policję, że nie oddała
jak bezczelnie i bez przyczyny zatrzymała mnie do kontroli.
No bo przecież nie gubi się prawa jazdy ot,  tak!
Ciągle jednak nie miałam czasu na załatwienie tej sprawy,
albo też trwając w starannie pielęgnowanym cudzie niepamięci,
jeździłam bez dokumentów.
(I nie ma co pytać, na co liczyłam w razie „w”).
Wczoraj Starsza powiedziała mi,
że ma dla mnie prezent pod choinkę, który nic jej nie kosztował, bo został znaleziony przez jej przyjaciółkę Klaudię.
Ale że będę bardzo szczęśliwa.
Jak to prezent znaleziony? Dlaczego szczęśliwa?
Sami rozumiecie, że tak rozpalona moja ciekawość
nie mogła nie zostać zaspokojona NATYCHMIAST.
A odkąd dziecko zrobiło prawo jazdy i codziennie podbiera mi auto,
to zyskałam nową, wielką siłę nacisku.
Gdy zobaczyłam swoje prawo jazdy,
to jakbym schudła 20 kg od razu,
tak wielka była moja radość.
Prawko zostało znalezione w moim własnym aucie,
w bałaganie za przednim fotelem, co -po pierwsze-absolutnie skłania mnie do zrobienia niezwłocznego porządku,
bo kto wie, co tam może jeszcze zalegać, i -po drugie- stanowi wyraźny dowód, że cuda się zdarzają.

Wesołych Świąt dla Was!
Li.


Pokoncertowo.

22 grudnia, 2012

tort

Nie było mnie na koncercie dla Magdy,
ale mam z pierwszej ręki i wiadomości
i zdjęcie tortu pokoncertowego
(i jaka śliczna śfinka na tym torcie,
Aśka kwiczałaby z zachwytu:)
Udał się i koncert i tort, ilość sprzedanych biletów zawstydziła wszystkich sceptyków,
artyści dali z siebie wszystko,
co przełożyło się na ilość wzruszenia zatykającego gardła,
to był świetny początek przyszłej Fundacji „Chustka”,
niech moc będzie z Nimi, trzeba wspierać, sympatyzować,
w razie potrzeby działać i pamiętać, że to Ty możesz być następny.

Jestem do niczego, a mam być do wszystkiego.
Czy ktoś wie, gdzie w Krakowie
można kupić taki sprytny młynek do parmezanu?
Z uroczą korbką?
Szukam na prezent.
Li.


I kotu można zazdrościć.

21 grudnia, 2012

Szaruś
Są dni, gdy zazdroszczę własnym kotom wolnego,
nieskrępowanego, niczym nie zaburzonego snu.
Mam nadzieję, że gdy opadnie ze mnie kurz tygodnia
i adrenalina spali się samoczynnie
w płomieniu świątecznych świec,
będę mogła wejść do łóżka, wyłączyć telefony
i spać, spać, spać.
Ale cieszę się na te przespane Święta!
Li.


Bezsenność w Krakowie.

20 grudnia, 2012

I znowu liczenie baranów nic nie pomogło, zmęczona bezproduktywnym leżeniem,  modleniem się o sen
i ku zdumieniu zaspanych kotów,
wstałam i jakoś muszę dotrwać do rana.
(Nastawiłam pralkę i zmywarkę,
szumią kojąco zabijając nocną ciszę).
Dzieci śpią, pies ani nie drgnie,
tylko ukochany Bobcio wstał razem ze mną
i mrucząc od czasu do czasu,
porozumiewawczo mruży swoje dwukolorowe oczy.
(Ułożył się wygodnie na stosie ważnych papierzysk na stole
i swoim miękkim brzuszkiem od razu odjął im ważności).
Głaszczę go po aksamitnym futerku, mamy nocną sztamę niezakłóconą kocio-psią konkurencją.
Kilka ostatnich dni bardzo mnie zmęczyło, skacząca gorączka odebrała mi ochotę do pracy, choć z kronikarskiego obowiązku muszę zanotować fakt,
że gdy mam trzydzieści sześć i sześć  pracować też mi się nie chce.
(Szkoda, że wszyscy z którymi mogłabym pogadać przez telefon-śpią).
Głęboka noc ma swój urok, ale z reguły szybko go traci,
a to na samą myśl o porannej konieczności wyjścia z domu.
Będę mieć podkrążone oczy i opóźnioną reakcję- mogę być łatwym łupem, ale na szczęście moi poranni przeciwnicy procesowi nie czytają mojego bloga.
(Czary-mary, mam taką nadzieję).
Li.


Idą, będą, przeminą, a narobić się trzeba.

18 grudnia, 2012

Robię Wigilię. Pierwszy raz w życiu.
Oczywiście ma być niezwykła, magiczna,
a potrawy wigilijne mają wprowadzić gości w osłupienie nad moim kunsztem kulinarnym, gotowanie na ekranie oblige.

Będzie nasza trójka, mama, mój brat z narzeczoną
i Gabriel- Meksykanin z krwi i kości.
Siedem osób, plus pies i cztery koty.
Zrobiłam dziś listę potraw, na zielono zaznaczając te,
które pracowicie i w pocie czoła kupię w najgłębszej tajemnicy.
Te w czerwieni zrobię osobiście i mam w sumie na to wielką ochotę.
Na szczęście kartka jest głównie zielona…
Li.

PS. Szaruś jest w szoku-jak to? Nie będzie lepienia pierogów???

Szary


Kochaj bliźniego swego i jego kota też!

17 grudnia, 2012

kotodani2kotodani1kotodani4kotodani3

Mam nowe koty- dwa znalazłam dziś w skrzynce pocztowej,
z samiuśkiej Ameryki (ingrid, dzięki są prześliczne!),
a to śliczności malutkie jak orzeszek dostałam od Ani M.
(dla porządku podam, że to kot niemiecki).

Biało-niebieski sybaryta mnie rozkłada…

(A na tym szarym kocie wygląda jak uosobienie dolce far niente.
I leciutko perwersyjnie:).

Z zazdrością-Li.

PS. Bileciki :)


… (dłuuuga ta notka, więc skróciłam tytuł).

17 grudnia, 2012

Każdy ma chyba już dość nasilających się
okołobożonarodzeniowo próśb o wsparcie kogoś i czegoś.
Ale nie  da się nie zauważyć, że otacza nas wieniec nieszczęść,
z którymi nie da się walczyć- li i jedynie- siłą charakteru,
gdy potrzebne są pieniądze- nie na nowy krem pod oczy,
a na lekarstwo ratujące życie, czy niwelujące wyniszczający ból.

Obiecałam sobie solennie, że już nigdy nie będę angażować się w żadną pomoc na moim blogu.
Nie będę apelować, prosić, pośredniczyć i zbierać.
Ci co mnie czytają od dawna- wiedzą dlaczego,
Ci co mnie czytają od niedawna, wiedzieć nie muszą.
Nie, po prostu nie.
Żadnych więcej apeli, maili i notek za serce łapiących.

Ale człowiek musi wiedzieć, że może liczyć na drugiego człowieka i nawet od solennych obietnic zwalnia stan wyższej konieczności i zwyczajne poczucie, że to ja przecież mogę być następna- na kogo wypadnie, na tego bęc, nie mam żadnej gwarancji, że nie zachoruję na raka. Żadnej.
Bo obliczu tej właśnie choroby stoi się przed murem z napisem NFZ, obowiązuje kolejka i przestarzałe procedury.
Wiem, co piszę, bo wiem, ile starań naszej- było nie było-lekarskiej rodziny wymagało leczenie Ilonki.
Ta wiedza budzi mój strach.

Będąc więc człowiekiem, nie mogę być obojętna.

Pamiętam też dobrze swoją bezsilność, gdy ból był tak wielki, że nie do ukojenia.

Lubię Magdę, nawet bardzo ją lubię.
Jest ciepłą, dobrą kobietą.
Mieszka w małym miasteczku, ma niewielkie możliwości.

Ludzie „znający Chustkę”, na czele z Piotrem, jej Niemężem, choć mężem, chcą przekuć chustkowe nieszczęście na coś naprawdę wielkiego- Fundację zajmującą się walką z bólem
i pomocą ludziom chorym na raka.
W projekt zaangażowało się wiele osób.
Rejestracja Fundacji w KRS-ie wymaga czasu, na razie działa Akcja „Chustka” i w ramach tej właśnie akcji organizowana
jest pomoc dla Magdy.

W piątek 21 grudnia w Warszawie odbędzie się koncert,
z którego dochód w całości zostanie przekazany na rzecz Magdy- bilet kosztuje 100 złotych i całe 100 złotych dostanie Magda. Fundacja „Alivia”, której Magda jest podopieczną nie pobierze od wpłat żadnych prowizji, zwyczajowo pobieranych na działalność statutową Fundacji.
To samo dotyczy portalu e-bilet.
Zapytacie na co? Przeczytajcie tu.

Nie trzeba jechać na ten koncert, choć oczywiście wspaniale byłoby zobaczyć pełną salę.
Ale trzeba kupić bilet, można  złożyć się na niego w kilka osób,
nie wierzę, że nie da się tego zrobić.
Pięć osób to dwadzieścia złotych na osobę…

W sobotę do pociągu z Warszawy do Krakowa wsiadła panistarsza -Kinga wraz z Agnieszką Olejnik, przyszłym Prezesem Fundacji Chustka.
W przedziale były już dwie kobiety, które nie zwracając uwagi na innych, rozmawiały o sprawach firmowych, podwyżkach, zwolnieniach, korporacji…
w pewnym momencie zmieniły temat i jedna z nich zaczęła opowiadać drugiej o jakimś koncercie,
o dziewczynie która ma raka, małą córeczkę, nie ma pieniędzy na leczenie,
o tym, że jej znajoma aktorka organizuje ten koncert od strony artystycznej,
druga kobieta wyciągnęła 100 złotych i poprosiła o kupno biletu,
choć nie będzie mogła przyjść…
Kinga z Agnieszką nie mogły uwierzyć w to co słyszą, to była jakaś magia,
w końcu nieśmiało przyznały,
że one też są od tego koncertu, wzruszenie, z tamtej strony deklaracja większej pomocy…

Opowiadały mi o tym zdarzeniu w sobotnie popołudnie w mojej ulubionej knajpce na Kazimierzu, siedziałyśmy nad kawą
i innymi pysznymi, o których nie wspomnę
i zgodnie uznałyśmy, że to był ZNAK.

Li.


Ten weekend będę opisywać przez kilka dni.

17 grudnia, 2012

Dużo by opisywać, zostawię to sobie na potem,
ale tego jednego nie zostawię: Ania M. doprowadziła mnie
do stworzenia definicji gościa doskonałego-
ma być taki jak Ona.
Gość doskonały  bez znudzenia głaszcze psa i honoruje wszystkie koty.
Gość doskonały, gdy zauważa że gospodyni po nocnych przejściach
z 40-stopniową gorączką dziecka i alarmowym telefonem
dzwoniącym o wpół do czwartej rano,
w samo południe zasypia na kanapie,
na chwilę tylko przykładając głowę do jednej z poduszek,
to lekceważy konieczność zdążenia na pociąg o 12.55,
kładzie się cichutko i zasypia obok.

Na szczęście zdążyłyśmy na pociąg o 15.00.

:)

Li.


Realnie smaczna sobota.

15 grudnia, 2012

Przekręty blogowe to jedno, a życie to drugie.
Mam dziś szczególną sobotę, bo pod wieczór wpada na kolację
z jutrzejszym śniadaniem Ania M, której blog jest dla mnie źródłem nieustannej zazdrości- bo pytam, jak można, jak można tak smakowicie kondensować słowa i jak można robić TAKIE zdjęcia?
A w południe zupełnie niespodziewanie staję do raportu przed Kingą-paniąstarszą, która przyjeżdża do Krakowa w sprawach Fundacji Chustka, razem w dodatku z samą Prezeską.
Zerwałam się więc z łóżka przed południem, co stanowi pogwałcenie świętej soboty, ale jednocześnie jest wyrazem mojej miłości do tej kobiety,
muszę być zwarta, gotowa i czekać na sygnał.
Tym samym oddalam się truchtem z zadyszką od spraw blogowych,
niech się wydzieje to co ma się wydziać, my wiemy, oni też wiedzą, najważniejsze być w zgodzie z własnym sumieniem.
Miłej soboty Wam życzę!
Li.


Causa finita.

14 grudnia, 2012

Namawiałam, prosiłam, nudziłam, przypominałam (i nie-),
zależało mi. Bardzo mi zależało.
Ale nie zależy mi aż tak, by nisko upaść i działać metodami przeciwnika.
Pierwsza myśl była taka- pobić ich własną bronią.
Ale druga myśl jest taka- nigdy nie równaj w dół w stronę dna.
I dlatego odpuszczam, z wielkim żalem odpuszczam,
nie głosujmy przez proxy i Tora, nie ma to najmniejszego sensu,
do dnia dzisiejszego na blog Precla zagłosowało wielu ludzi,
trzeba to uszanować i nie profanować ich głosów sztucznym nabijaniem statystyk.
A blog prowadzony przez Gosię, to naprawdę świetny blog,
od sześciu lat pisany z tą samą lekkością i polotem
o sprawie bardzo trudnej, niewyobrażalnie trudnej- nieuleczalnej chorobie dziecka.
Stanowi jednocześnie źródło informacji dla osób w takiej samej sytuacji.

Kiedyś napisała do mnie pewna kobieta,
która ode mnie trafiła do Precla i tam przeczytała notkę
o nosicielstwie chorób genetycznych.
Akurat była na etapie życia,
w którym starała się o dziecko i pod wpływem słów Gosi,
zrobili z mężem badania genetyczne.
Okazało się, że obydwoje noszą w sobie gen,
który dałby im chore dziecko, ze stuprocentową pewnością.
Zdecydowali się na adopcję.

Jest mi bardzo przykro, ale przecież taki właśnie jest ten nasz świat-
pełen oszustw, cwaniaczków i drobnych kanciarzy.
Niech im będzie, niech wygrają, z jakiegoś powodu uważali, że zwycięstwo im się należy.
Niezależnie od tego jak gorzki będzie mieć smak,
bo czy można cieszyć się z takiej wygranej?
Wygrać głosami wirtualnych IP, to dopiero satysfakcja!

A Ty Gofer jesteś najlepsza, ja Ci to mówię :)
Li.

PS. I zrobiła się afera, widocznie taki już mój los…


W tym samym miejscu, dziesięć lat później.

14 grudnia, 2012

Dziesięć lat temu.
Sprawa rozwodowa, reprezentuję pozwanego- młodego mężczyznę,
powódką jest 26-letnia, pewna siebie, atrakcyjna, wyszczekana kobieta.
Z niezrozumiałych przyczyn zajadle walczy
o każdą godzinę kontaktu ojca z synem.
Nie, bo nie. Na złość.

Dziś, reprezentuję tego samego mężczyznę,
naprzeciwko ta sama kobieta, choć inna,
schowana w sobie, ze zniszczoną, obrzękniętą twarzą,
ma rozbiegane oczy,
rzadkie, mysie włosy, drżą jej ręce.
Wyszła właśnie z odwyku.
Syn, o którego „dobro” tak walczyła,
cztery lata temu Policja przywiozła do domu ojca,
bo ona była w stanie kolejnego upojenia alkoholowego.
Jej konkubent z wyrokiem za znęcanie się,
ma zakaz zbliżania się do niej i do dwójki ich dzieci,
dzieci- dwa biedne maluchy,
kolejny raz jej odebrane, są w rodzinie zastępczej,
syn-ten z małżeństwa z moim klientem, nie chce jej widzieć.
Zrujnowane życie? Ma dopiero 36 lat.
Solennie przysięga, że nigdy już nie sięgnie po alkohol.
Skończyła trudne studia, a dorywczo sprząta,
o ile ktoś da jej pracę.
Obserwuję ją, widzę jak bardzo się wstydzi.
Nie jest mi jej żal.
Nie czuję empatii.
Skrzywdziła swoje dzieci, to nie-wy-ba-czal-ne.

Sąd pozbawił ją dziś władzy rodzicielskiej,
z punktu widzenia prawa nie może już decydować o swoim dziecku.
Z punktu widzenia dziecka… ech…
Li.
PS. Precel! Ja tylko nie przypominam:)
Kurczę, niewiele nam brakuje do pierwszej pozycji,
ogłaszam pełną mobilizację, jeszcze tylko dziś i jutro, pamiętajcie, by głosować też z telefonów,
wiele z Was ma internet w telefonie, prawda?
Wchodzimy na bloga Precla, na pomarańczowy banerek na końcu każdej notki, klikamy jeden i drugi raz,
a potem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku
przytulamy się do swojego dziecka/kota/psa/fretki/kobiety/mężczyzny/cioci/wujka/siebie samego.
I absolutnie zniewalamy swym urokiem wszystkich znajomych,
by głosowali! Na pewno Wam się chce!
A Ci co nie mają uroku, działają siłom i godnościom. Osobistom.
Blog Precla jest jednym z piękniejszych świadectw rodzicielstwa,
wzrusza mnie. Do łez.


Poranne zapienienie.

13 grudnia, 2012

Wstałam, włączyłam ekspres, poszłam pod prysznic,
wróciłam, dom pachniał już kawą, wzięłam do ręki mleko,
wlałam je do dzbanuszka, spieniłam, wlałam do kubka,
dolałam kawy, z niecierpliwością łyknęłam,
zszokowałam kubki smakowe, wyplułam, sprawdziłam,
spieniłam kefir, przynajmniej już wiem,
że kefir też potrafi się zapienić.
Zapieniłam się razem z nim, okulary są mi już niezbędne.
Tak zaczął się mój dzień…
Ale będzie tylko lepiej.
(Widać słońce przebijające się przez smog).
Za dwie godziny będę na kawie z Gosią, Mamą Precla
(głosujecie? Głosujemy!).
Bo inaczej nie spojrzę Jej w oczy:)
Li.


Nihil novi.

12 grudnia, 2012

Zostały trzy dni do końca konkursu
i więcej nie będę nuuuudzić o głosowanie na Precla
Bardzo Was proszę, jeszcze jeden zryw, klik, klik
z każdego dostępnego komputera i telefonu, klik, klik,
a ile radości!

Li.


Monitoring wewnętrznego powietrza.

12 grudnia, 2012

Jestem rozbita jak kotlet schabowy w podrzędnym barze-
cieniutko i do granicy przezroczystości.
Opanierowana w codzienne problemy,
zmagam się z męczącym dniem,
czekając na spokój nocy.
Powietrze w Krakowie zdominował smog, widzę go wyraźnie,
a wyobraźnia podsuwa mi obrazy trujących dioksyn,
wpadających bez pozwolenia w moje płuca.
Marzy mi się sosnowy las, inhalacje
i ucieczka z tego wielkiego miasta,
co ja, u licha, tu robię?
Zawsze chciałam mieszkać nad morzem, wdychać jod,
w nocy widzieć gwiazdy na niebie,
a truję się w samym centrum
najbardziej zanieczyszczonego miasta w Polsce.
Na własne życzenie.
Gdzie podziały się moje marzenia?

Jestem wściekła.
Jestem wściekła, bo mój własny los kpi sobie ze mnie,
gra w nie-wiadomo-co, wystawia na próby,
męczy, poniewiera i jeszcze ośmiela się mamić mnie wyobrażeniem,
że mam na niego jakikolwiek wpływ.
Jestem wściekła, bo ciągle w to wierzę, w ten wpływ,
w wykuwanie własnego losu, w afirmację
i moc pozytywnego myślenia.
Jestem wściekła, bo najbardziej chyba boli mnie rozdarcie pomiędzy oczekiwaniem, a rzeczywistością.

Myślę pozytywnie, myślę pozytywnie, myślę pozytywnie,
wszystko mija, nawet najdłuższa żmija,
będzie dobrze, bo nie może być inaczej.
Lubię przekraczać granice swojej własnej wściekłości,
bo za nimi są nowe możliwości,
trzeba przewietrzyć ten duszny smog niewiary w siebie,
kurde, kurde, kurde, no!
Li.


Przypominajka

10 grudnia, 2012

Jest poniedziałek, wykorzystuję to bez skrupułów,
bo w poniedziałki czyta mnie najwięcej osób
(niektórzy widocznie lubią fatalny początek tygodnia;-)
i proszę (choć oczywiście obiecałam, że prosić nie będę,
skrzyżowałam jednak palce, więc się nie liczy):
Głosujcie na blog o Preclu, głosujcie,
bo spadliśmy z pierwszego na drugie,
a drugie to nie to samo co pierwsze!
Wiem, wiem- nudzę tym częstym przypominaniem, ale cóż robić- głosować trzeba codziennie, takie są zasady.
A więc moi kochani, zróbcie dziś coś małego, miłego
acz pożytecznego
i kliknijcie najpierw tu,
a potem w pomarańczowy banerek na końcu notki
i w zdanie pod banerkiem.
Z Preclem na barykady!
Głosowanie trwa do 15-go grudnia.
Li.


Praca, wino, muzyka, niedzielny wieczór.

9 grudnia, 2012

Przespałam pół niedzieli, we śnie miałam piękniejsze życie,
nie chciałam się obudzić,
ale mokre pocałunki głodnego psa zrobiły swoje…
No cóż… jaka królewna, taki królewicz.
A teraz otworzyłam wino, potoczyłam wzrokiem po najbliższej okolicy,
nikt nic ode mnie nie chce, Starsza w kinie,
Młodsza zamknięta w swoim pokoju, koty śpią, pies śpi,
muzyka zupełnie nie przypadkowa zdominowała ciszę,
mogę spokojnie zabrać się do pracy,
a nawet nabrałam na nią ochoty.
Okrągłe prawnicze zwroty pisane w niedzielny wieczór noszą
w sobie leciutki dotyk frywolności
i może nawet będą lżejsze niż zwykle,
ostatecznie podlane dobrym winem, swobodniej tańczą pomiędzy znaczeniami i wspinają się na wyżyny interpretacji,
niedostępne dla tych pisanych przy zwykłej kawie.
Oto tajemnica sukcesu… ;-)
Li.


Internet wynosi, koronuje, niszczy i zabija.

8 grudnia, 2012

Wszystkie portale, które najpierw na głównej stronie
pisały o udanym żarcie australijskich dziennikarzy,
którzy podszywając się pod królową Elżbietę,
uzyskali od pielęgniarki informację o stanie zdrowie księżnej Kate,
teraz na głównej piszą o śmierci tej pielęgniarki,
podkreślając że osierociła dwoje dzieci.
I huzia na Józia, teraz dziennikarze to hieny,
mają krew na rękach, trzeba ich zlinczować.
Zawieszeni w pracy, są podobno ” w stanie szoku”.
Mnie jest ich żal.
Są, li i jedynie, produktem zapotrzebowania dzisiejszego świata na takie właśnie informacje,
na podniecanie się gawiedzi, której to aktorce widać majtki,
a która ma w śmieciach kartony po piwie.
Nie rozumiem tej kobiety-pielęgniarki,
bo nic i nikt nie powinien zachwiać jej życiem do tego stopnia,
by zostawiła dwójkę swoich dzieci.
Że poszedł śmiech po internecie i w brukowcach?
Za chwilę będzie inne, „godne” śmiechu wydarzenie.
Może ktoś nie ogoli pach, a komuś wypadnie jedynka.
Pryszczate nastolatki, bezrobotni hejterzy, sfrustrowane gospodynie domowe, będą siedzieć po drugiej stronie
swoich przestarzałych kompów i przez chwilę poczują się ważni,
bo w ich mniemaniu dokopali komuś wrednym komentarzem.
A niech mają,
paradoksalnie moja przygoda w „Ugotowanych”
i komentarze pod programem pokazały mi śmieszność przejmowania się opiniami w necie.

Bardzo szkoda mi tych osieroconych dzieci,
będą dorastać w przekonaniu,
że nie były dla swojej matki najważniejsze na świecie.
Li.

PS. Kobiety! I Wy Mężczyźni też- wejdźcie na bloga viki, proszę.
Tam się robi coś ważnego dla innej matki i innego dziecka.

I zupełnie nie przypominam o głosowaniu na Precla,
że trzeba wejść tutaj, zjechać na koniec notki,
kliknąć w pomarańczowy banerek, a potem w zdanie pod nim.
Spadliśmy z pierwszego miejsca,
ale przy odpowiedniej mobilizacji możemy tam wrócić.
Głosowanie trwa jeszcze tylko sześć dni,
trzeba głosować codziennie,
liczy się dosłownie każdy głos!
To tak tytułem(nie)przypominania:)


W piątek pracy początek.

7 grudnia, 2012

Dziś bardzo ciężko pracuję.
Fizycznie.
Przerzucam tony słów, wykopuję nagie fakty,
zapisałam już kilkanaście stron białego papieru.
Boli mnie głowa, przeciągam się, wciągam zapach kawy
i z niechęcią pracuję dalej.
Nic dobrego, nic złego, czasem chwilowe oderwanie się,
lepieje są śmiechotwórcze,
dzień niezauważalnie przeszedł w noc,
ot, taki sobie piątek, trochę smutny, trochę pouśmiechany,
bez ruszania się z domu, bardzo telefoniczny,
bardzo z ludźmi bez ludzi.

Czasem mam ochotę walnąć swoim życiem
o pobliski klasztorny mur,
roztrzaskać, podeptać skorupy,
by nie ulec pokusie ich sklejania
i pójść przed siebie nareszcie wolna, wolna!
Przeraża mnie perspektywa starzejącej się monotonii.
Co robić, co robić, co ZROBIĆ?

Pomyślę o tym jutro, przede mną jeszcze sporo pracy
i na pewno weekend z pracą w tle.
Jestem zmęczona i przytulam się do Szarego kota.
Zawsze to Ktoś:)
Li.

PS. Obiecałam sobie, że nie będę przypominać Wam
o głosowaniu na Precla i patrzcie jak dotrzymuję obietnicy!
Nic a nic nie przypominam. Pękam z dumy ;-)

Lepiej wyrwać sobie włos
niż na Precla oddać głos???


Notka o tym, co mnie nie obchodzi.

7 grudnia, 2012

Wczoraj dowiedziałam się kompletnie nieistotnej rzeczy,
a mianowicie, że z hukiem wyleciałam z listy linków na kilku blogach,
po tym jak śmiałam wyrazić swoje zdanie
na temat pewnego wpisu pewnej blogerki.
Obraziłam majestat, a jej wierni poddani wykluczyli mnie ze społeczeństwa.
Generalnie mam to w głębokim niepoważaniu,
ważniejsze dla mnie jest zdanie osób,  na których zdaniu mi zależy,
śmieszy mnie,
że i w blogosferze są zaciekli zwolennicy podziałów,
jak nie przymierzając  na PiS i PO.
A ja tylko wyraziłam swoje zdanie, bez ataków i agresji.
Te zaczęły się w komentarzach, u mnie nie moderowanych,
ale o dziwo do przyjęcia,
tam starannie moderowanych,
w związku z czym wyjątkowo wstrętnych.
Ach, te delikatne ręce moderacji, mogą tak wiele… ;-)
Ad rem, bo jak zwykle zbaczam w mroczne rejony
– nie interesuje mnie to, kto umieszcza linka do mojego bloga,
zdecydowana większość nie umieszcza, a i tak czyta.
Piszę dla siebie i dla tych czytelników, którzy tak jak ja „znają Józefa”,
i nawet jak się ze mną nie zgadzają,  to i tak „znają Józefa”.
Cenię sobie szczerość i śmiech,
fałsz wyczuwam na odległość, a pozłotkę widzę w ciemnościach,
choć przyznaję- czasem daję się złapać,
ale na szczęście potrafię się uwolnić,
nie wpadam jak bezmyślna  mucha do słoika pełnego sztucznego miodu.
Niewiele mam teraz czasu,
sprawy płoną mi na biurku z pośpiechu,
ale zawsze mam czas, by tu zaglądnąć i przesłać Wam uśmiech.
:)
Li.

PS. Ale nie jest to hasło do nowej wojny, o nie!

Nawet kosztem tego, że nie wejdzie tu dwadzieścia tysięcy rozemocjonowanych osób,
które mogłyby zagłosować na Precla
(wcale, a wcale nie przypominam o głosowaniu, jestem przecież wzorem konsekwencji:)


Łańcuch na choinkę:)

6 grudnia, 2012

photo (13)photo (15)photo (16)photo+1photo+2Patrząc od góry:

Kara, Masza, Sasza, Bobcio i Szary.
Wieczór, już czas na sen.
Ale jeszcze bacznie można z kanapy śledzić,
czy coś aby nie wpada do miski (Kara),
można ostrzyć pazury na psa leżącego na kanapie (Masza),
można być uosobieniem wdzięku i gracji (Sasza),
można kokietować jednym niebieskim okiem,
gdy drugie-zielone-śpi (Bobcio),
a można być czymś dużym, mięciutkim  i szarym (Szary).
Zdjęcia by Starsza.
Li.


Nota z pretensjami.

5 grudnia, 2012

Nie głosujecie na Precla.
Oczywiście zwracam się do tych, którzy nie głosują.
Na nic moje prośby i groźby:(
Spadliśmy z hukiem z pierwszego miejsca
i dupa boli.
A do tego boli serce. Serce w rozterce.
W każdym razie nie będę więcej prosić.
/Foch/.
Dziś ostatni raz!
Wchodzimy tu, klikamy na pomarańczowy banerek
i na zdanie, które pokaże się pod banerkiem.
Proste!
A może przynieść tak dużo radości.
Osobiście czuję tę porażkę, auć!
W dodatku wróciłam z zakupów prezentowych.
Też boli, choć przyjemniej.
Li.


Przeczyta kto chce, pomoże kto chce.

5 grudnia, 2012

W moich linkach żyje sobie Magda- Ksena.
Wiem, że wielu z Was czyta Jej bloga.
Napiszę szczerze: po akcji dla Chustki i zebranych wówczas batach,
po których ślady mam do dziś, obiecałam sobie,
że nigdy już nie zaangażuję się w żadną pomoc,
nie będę czytać żadnych blogów z chorobą w tle,
nie dam się wciągnąć emocjonalnie w nie moje życie,
w nie moje sprawy, w nie moje problemy,
w nie moją walkę o zdrowie.
Przy Magdzie jednak wszystkie moje zapewnienia poszły w kąt,
zwyczajnie wymiękam,
ta Dziewczyna warta jest każdej poświęconej Jej minuty,
każdej emocji,
każdej złotówki, każdej uwagi.
Jest inna niż Chustka i nie zrozumcie mnie źle.
Aśka była medialna, szła jak taran do przodu,
Magda jest wycofana, skromna i pełna dumy.
Sama by nie poprosiła.
Gadamy czasem przez telefon,
w niedługiej przyszłości mam zamiar
wpaść do niej na sobotnią kawę.
Ma córeczkę i trzeba jej pomóc, kurde, no!
Nie może być inaczej.
Na Jej rzecz będzie koncert, jest już podopieczną Fundacji „Alivia”,
tu macie wszystkie informacje,
a bilety na koncert można kupić w kilka osób
i wcale tam nie pojechać. Wystarczy kupić!
Na co zbieramy?
Na to by nie bolało, by dostała lepsze leki,
nierefundowane przez NFZ, by nie cierpiała bez powodu,
by miała poczucie, że nie jest odstawiona na boczny tor,
tylko jedzie pełną parą i ma siłę na zmaganie się z chorobą.
Takie nastały czasy, że jak człowiek nie pomoże człowiekowi,
to zostaje on samotny w obliczu choroby i nieszczęścia,
bo na instytucje stworzone do takiej pomocy przez człowieka,
pełne pracujących w nich ludzi, liczyć nie można.
Zapominają, że mogą być następni?
Że na kogo wypadnie, na tego bęc?
O tempora, o mores!
Ale na szczęście nicki mają ludzkie oblicza i na to liczę.
Li.

PS. „Stary” sposób pomocy jest oczywiście wskazany,
piszcie do viki, na vikiblog@vp.pl.

I głosujcie na Precla, spadamy dramatycznie!
To zaledwie dwa kliknięcia, bardzo Was proszę…


Wszystkie Baśki to fajne dziewczyny!

4 grudnia, 2012

Jakoś tak mam w życiu szczęście do Basiek!
Nie mogę więc nie zauważyć, że dziś Barbary:)
Kochane Baśki, najlepszego dla Was!
Niech życie będzie bardziej znośne,
niech wszystko złe mija, niczym najdłuższa żmija,
niech wtorki-potworki przynoszą pieniędzy worki,
a środa zawsze urody doda.
Całuję imieninowo!
Li.

A w prezencie klikamy na Precla,
lada moment stracimy pozycję lidera i będzie wstyd na światłowodach!
Wchodzimy tutaj, zjeżdżamy wzrokiem na koniec notki, klikamy w pomarańczowy banerek, a potem w to, co pod nim. I już!
Wyniki głosowania są tu.


Ostatnio albo spałam, albo się śmiałam.

3 grudnia, 2012

Kancelaria prawna. Adwokat mówi:
– Pani Kowalska, żeby rozwód był z winy męża, musimy na niego coś mieć. Czy mąż pije?
– Nie, skąd, jakby tylko spróbował, to ja bym mu dala…
– Czy nie daje pieniędzy?
– Nie, absolutnie… Oddaje wszystko co do grosza, gdyby mi tylko schował złotówkę, to ja bym mu dala…
– A może bije panią?
– Tylko rękę by podniósł, to bym go przez okno pogoniła…
– A co z wiernością?
O! Tu go mamy! Drugie dziecko nie jest jego!

Małżeństwo leży w łóżku. Nagle odzywa się żona:
– Dawniej całowałeś mnie przed snem…
Kiedy mąż ją pocałował, mówi:
– Dawniej przed snem gryzłeś mnie w szyję…
A mąż wkłada kapcie i gdzieś idzie. Żona pyta:
– A ty dokąd?
– Po zęby.

Jak mogłeś powiedzieć swoim kolegom,  że ożeniłeś się ze mną
dla pieniędzy? Przecież ja nie miałam żadnych pieniędzy!
– A co miałem im powiedzieć?

Dowcipy dostałam w mailu.
Dziś wszystko mnie śmieszy, więc nie potrafię ocenić,
czy są śmieszne. Ja tam się pośmiałam.
Ale możliwe, że śmieszne nie są,
tym samym mam kolejny dowód na siłę kreacji rzeczywistości-
nawet dowcipy mogą być śmieszne,
gdy tylko się  chce, by były śmieszne.
Muszę się śmiać, trzeba jakoś przetrwać  grudzień.
Aby więc do stycznia, żeby już było i po Świętach i po Sylwestrze.

Jeszcze tylko 12 dni głosowania na Precla, ludzie, ludzie, ludzie!
Ogłaszam mobilizację, bo spadamyyyyy…
A wystarczy tylko wejść tu, kliknąć na banerek i na to jedno zdanie,
które się pod banerkiem ukaże.
Wiem, nie każdemu się chce.
Ale właśnie chodzi o to, żeby się chciało.
Li.