Lubię zostawiać sobie w pamięci miłe knajpiane wieczory,
gdzie w menu śmiech podlany tanim vino da tavola,
dużo wina,
jedzenia, gadania i swobody usprawiedliwionej długoletnią znajomością.
A potem poszliśmy na puste, białe Błonia, było pięknie,
aż nierealnie,
Kopiec świecił księżycowym światłem,
a lekki mróz szczypał w policzki.
Nie zrobiłam połowy rzeczy zaplanowanych na tę sobotę,
ale łatwo uwalniam się od wyrzutów sumienia,
sprawianie sobie przyjemności jest obowiązkiem każdego obywatela,
sprawy niezbędne wystarczająco zatruwają mi dni
od poniedziałku do piątku,
w weekend chcę żyć uważniej i szczęśliwiej,
spać do południa, zamawiać pizzę i cieszyć się,
zwyczajnie cieszyć się.
Że jestem i mogę.
Cudownie powinnie kręci mi się w głowie.
Li.
Powinnie, przedsennie.
10 lutego, 2013Kolejny tydzień dalej od dnia narodzin.
8 lutego, 2013Wróciłam do domu z dalekiej podróży po ludzkich problemach.
Prysznic z peelingiem oczyścił ciało, ale nie odtruje duszy,
która mimowolnie wchłania w siebie zło,
jakie człowiekowi wyrządza drugi człowiek.
A co na to Lec?
I cóż ty na to, Fizyko?
Oziębłość stosunków między ludźmi powstaje wskutek tarć między nimi.
Wysmarowałam się balsamem pachnącym pomarańczą,
staram się szybko odbudować granicę,
za którą tylko jasna strona życia.
Chcę pomamusiować, upiec ciasto,
ugotować dobre jedzenie dla jutrzejszych gości,
zawinąć się w domowy kokon bezpieczeństwa
i nie pozwolić, by ktoś lub coś zepsuło mi ten weekend.
Muzyka, gotowanie, wino i śmiech!
A co na to Lec?
Jestem nonkonformistą-rzekł-mój niezłomny ascetyzm zwalczam konsekwentnym hedonizmem.
Taki mam plan, a najważniejsze to mieć plan!
A co na to Lec?
Niektórym do szczęścia brakuje naprawdę jedynie szczęścia.
Li.
Mam siłę, mam! Tylko czasem muszę jej poszukać.
8 lutego, 2013Są takie dni, gdy budzę się i nic nie czuję.
Nie wiem, czy mam humor, czy nie,
plany na dzień też jakieś niezdecydowane,
głowa gdzieś tam pulsuje rodzącym się bólem,
ale w sumie nie boli, śnieg za oknem niby wygląda, a już nie wygląda.
Chce kawę, ale nie chce mi się jej robić,
siedzę jeszcze w łóżku i toczę walkę o mój dzień.
Albo zacznę go dobrze, albo źle.
I wtedy zaczyna działać instynkt, wstaję i włączam CD
z „I will survive” Glorii Gaynor,
głośno, bardzo głośno, biodra same zaczynają się kołysać,
to jest jedna z tych piosenek, które wdzierają się we mnie szeroką falą, podrzucają do góry
i dają siłę na tę cholernie ciężką wspaniałą codzienność!
Miłego dnia dla Was!
Li.
Nigdy nie wiadomo, jakie widoki przyniesie wieczór.
7 lutego, 2013Założyłam, że mam dobry humor i miałam!
Przez cały dzień świeciłam jak słońce
i fruwałam nad ziemią.
Ot, siła autosugestii i notki na blogu, jakie to proste!
Wieczorem uśmiech stał się moim przekleństwem,
bo nadszedł jeden szczególny moment,
w którym zachowanie powagi było konieczne,
niezwykle konieczne,
a uśmiech ciągle wypływał mi na twarz.
(Bolą mnie usta od zagryzania).
Powód do śmiechu był -rzekłabym-szczególny,
miał rozmiar pistacji i był dowodem na absolutne zaufanie
jakim obdarzył mnie pewien zażywny pan,
któremu żona w procesie zarzuciła brak możliwości współżycia.
Pan był oburzony i w ferworze tego oburzenia postanowił mi pokazać,
że żona kłamie!
Nawet się nie zorientowałam, kiedy stał przede mną obnażony
i tylko szerokość biurka dzieliła mnie od…
Pozwolę sobie w tym miejscu zamilknąć.
Trudno ochłonąć, ale nadal się uśmiecham!
Li.
Można życie podać na nie i na tak.
6 lutego, 2013Pada śnieg, wróciła zima i biorę to bardzo osobiście.
Ale nie będę jęczeć i narzekać, nie, nie nie!
(Choć oczywiście mam na to wielką ochotę).
Postanawiam mieć dobry humor, ostatecznie skoro jestem w stanie przekonać opornego klienta do swojej wizji procesu, to dlaczego nie miałabym przekonać siebie, że jest cudownie?
Zaczynam od teraz:
miękkie płatki śniegu łagodnie opadają na okoliczne śmieci, nadając im bajkowe kształty. Ślicznie, ślicznie jest.
Stoję w oknie i cieszę się nie wiadomo z czego.
Może z możliwości przemoczenia butów?
Wszystko ma swoje dobre strony.
Lepiej nosić wodę w butach
niż być żoną męża w Utah.
Ot, na tyle mnie dziś stać.
Ale w komentarzach proszę o lepieje:)
Li.
Tęskno, tęskno mi.
6 lutego, 2013Nie umiem przejść do (nie)porządku dziennego
nad ostatnimi wpisami- i moimi i Waszymi.
Dostaję maile i nie wiem co odpisać,
bo nie jestem ekspertem od miłości,
trochę znam się tylko na niemiłości
…
Czasem czuję wielką tęsknotę.
Nie wiem według jakiej jej wielkość liczona jest skali,
nie wiem nawet gdzie jest kres jej tęskniących możliwości,
gdy tęsknię to wydaje mi się, że bardziej nie można.
Ale mogę normalnie żyć,
a w tęsknocie prawdziwej żyć podobno się nie da.
Może więc coś, co dla mnie jest wielką tęsknotą,
dla innych byłoby zaledwie tęsknotką.
Ta tęsknota jest smutna,
i nie wiadomo kiedy przychodzi, obejmuje mnie całą.
Wysysa ze mnie energię, pudruje mnie żalem,
gdzie firma nieznana i jakość pudru kiepska.
Tęsknię za czasem przeszłym, już tęsknię za tą chwilą,
która tylko wspomnieniem.
Ta moja tęsknota naprawdę jest beznadziejna- przecież wczoraj nigdy już do mnie nie wróci, nieodwracalna jest śmierć czasu przeszłego.
Odmierzam czas zawodowymi zapiskami w moim kalendarzu- tu rzadko zaglądam w dzień przeszły,
interesuje mnie tylko dzień dzisiejszy i przyszłość.
To co było zapisane do zrobienia wczoraj, już nie interesuje mojego dzisiaj.
Powinnam wziąć przykład z kalendarza
i przewracać tylko kartki do przodu.
Nie potrafię jednak odciąć się od tego wczoraj,
ciągle przecież powtarzam, że moja przeszłość zdeterminowała moją przyszłość.
A może dlatego tak tęsknię za przeszłością,
bo już się jej nie boję?
Bo oswoiłam jej strach, smutki, żal, trudy i problemy?
Bo wygrałam z nią, skoro wciąż idę w przyszłość?
Tęsknię, bo przeszłość jest czymś znanym, czymś bezpiecznym,
już niezaskakiwalnym?
Przyznaję się-tęsknię, bo umierając z ciekawości co do mojej przyszłości,
tak cholernie jej się boję,
bo czasem wolę sobie poumierać z nie-wiadomo-za-czym tęsknoty, niż z kolejnego zawodu w przyszłości!
A co na to Lec?
Gdybym był wiedział wtedy to, co wiem dziś,
nie wiedziałbym tego dzisiaj.
Li.
Paradoks macierzyństwa.
5 lutego, 2013Ciężki kaliber miały komentarze pod poprzednią notką.
A tego dostałam kilkadziesiąt maili, niektóre aż bolały.
Miłość-niemiłość-ułomna miłość.
Trudna ta macierzyńska miłość, gdy rozczarowanie dzieckiem przeradza się w skierowaną przeciwko niemu złość.
W żadnym innym związku nie da się zdrowo kochać bez lubienia,
ale w tym związku-matki z córką tak właśnie z reguły jest.
Jest silna miłość, ale nie ma wzajemnej sympatii, co za paradoks.
Ułomna to miłość, zubożona.
Nie można bez siebie żyć, ale życie razem jest nieznośne.
Jesteś matką, i:
kochasz i chcesz jak najlepiej
kochasz, a wściekasz się, że to nie wychodzi
kochasz, a nie akceptujesz autonomii
kochasz, a czujesz poirytowanie, że nie jest tak, jak Ty chcesz.
Kochasz, bo urodziłaś, bo czujesz się odpowiedzialna,
ale nie lubisz, bo niewiele Was nie łączy, wiele dzieli,
a emocje nie pozwalają się porozumieć.
Jesteś córką, i:
kochasz, bo to matka, a matka jest tylko jedna.
kochasz, bo urodziła, a mater semper certa est,
kochasz, bo wychowała,
kochasz, bo pomaga, jak może i jak umie,
ale nie lubisz, bo krytykuje,
rani, wtrąca się, doprowadza do ostateczności,
do łez, do poczucia beznadziei
i zaniżonej samooceny.
Dlatego, będąc córką i matką- walczę
o lubienie, o dużo śmiechu,
o wspólne sprawki, o spontaniczne przytulanie,
o przewalanie się w łóżku,
o zaufanie i brak lęku przed powiedzeniem prawdy,
o „kocham Cię” w sms-ie, o więź, prawdziwą więź,
nie wynikającą z wpisu w akcie urodzenia,
a o taką, co rodzi się z prawdziwej, pełnej miłości.
Li.
Plany na przyszłość na podstawie doświadczeń teraźniejszości.
3 lutego, 2013Ukochany kot patrzy na mnie uważnie,
widzi mój niehumor i smuty-druty.

Tarmoszę go po stojących aksamitnych uszkach,
pręży się, zaczyna mruczeć,
wyciąga się jak struna pochłonięty sprawianą mu przyjemnością,
jest obok mnie, zawsze wierny i przytulny.
Niezakłócona niczym relacja kot-człowiek, miłość za miłość,
kocia akceptacja najdziwniejszych ludzkich pomysłów,
typu pies w łóżku,
jestem wdzięczna moim kotom, że dają się pieścić i kochać.
Czekam, aż minie luty, zimowy niedobry czas.
Marzec zawsze przynosi inne powietrze i nieuchronność wiosny.
Jestem zmęczona życiem,
ludźmi i latającymi wokół zupełnie niepotrzebnymi emocjami.
Życie jest takie jedno,
nie będę go trawić na nikomu nie przynoszące pożytku czcze dyskusje.
Ale wiem jedno- gdy to ja będę kobietą pod siedemdziesiątkę,
to nigdy-przenigdy-nigdy nie będę marnowała
reszty danego mi jeszcze czasu w zamknięciu się na świat
i wydatkowaniu energii na poddawanie się politycznym obsesjom.
Bo wtedy chciałabym być kochaną babcią i wspierającą matką.
Chciałabym zabierać moje wnuki w dalekie podróże,
chciałabym, by do mnie dzwoniły,
bym była im bliska,
chciałabym, by pomogły mi naprawić na sobie wszystkie błędy mojego macierzyństwa,
chciałabym mieć kółko (nie)różańcowe koleżanek,
młodych (nie)staruszek,
które pojadą ze mną do SPA, albo na wycieczkę do Pcimia,
zamiast zamykać się w kręgu swoich fobii i uprzedzeń,
chciałabym nigdy nie roztrząsać swoich chorób,
nie licytować się w ilości leków
i zobaczyć nareszcie norweskie fiordy,
Etnę, Madagaskar i Lidzbark Warmiński.
Li.
Kierunkowa notka.
3 lutego, 2013Nie piszę, bo nie mam ochoty.
Bloga czyta niestety moja matka i mam z tego powodu wiele przykrości.
(W tym miejscu pragnę (nie)podziękować którejś z mamy koleżanek, która ujawniła mój nowy adres bloga.
Przy okazji zapytam: czy Panie naprawdę muszą mnie czytać?
I rozmawiać na temat tego co napisałam z moją mamą?
Czy to jest podniecające?).
Kocham moją mamę, ale niestety dzielą nas poglądy polityczne
i generalnie poglądy na życie
i choć ja potrafię przejść nad tym do porządku dziennego, oddzielając rodzinę od polityki,
to moja mama tego nie potrafi
i z reguły nasze rozmowy kończą się kosmiczną awanturą,
bo mama nie znosi jakiegokolwiek sprzeciwu i odmiennego zdania.
Jestem tym bardzo zmęczona.
Mama reprezentuje nurt ultra-konserwatywny,
niezdolny do jakiegokolwiek kompromisu,
przekonany o własnej wyższości i racji.
Rasa nadludzi, skojarzenie jest jednoznaczne.
Ciekawe, co by zrobiła, gdybym związała się z jakąś fajną kobietą…
Mama pisze u mnie zapalczywe komentarze,
ale przez tę zapalczywość wpada do spamu
i niech tak zostanie, to mój blog,
tu jej nie zapraszam.
Li.
Są dni, gdy nie piszę, a wtedy…
1 lutego, 2013… zamykam za sobą ciężki tydzień z ciśnieniem 203/110 w tle.
Przysięgam- biorę pigułki, codziennie.
Ale jak przychodzi wielki stres połączony ze zmęczeniem
i gwałtowną zmianą pogody,
to padam jak ścięty len i robię cztery rzeczy:
leżę w ciemnościach, jęczę, rzygam (excuse-moi)
i modlę się o koniec, bo ból głowy jest nie do zniesienia.
Potem zasypiam snem kamiennym i rano mam 113/78.
To nie jest normalne, nienawidzę tych stanów słabości,
ale przynajmniej już potrafię je przewidzieć,
bo narastający, specyficzny ból głowy daje mi znak o zmarnowaniu reszty dnia.
Ale dziś już piątek, na szczęście mało intensywny,
a nawet przyjemny, będzie dobrym wstępem do weekendu,
w sobotni wieczór idę na imprezę, w niedzielę do kina,
śniegi stopniały,
chce się wychodzić z ciepłej norki hen! na szeroki świat.
(Dziękuję Wam za głosowanie na bloga Zakurzonej,
dzięki Wam dostała się do drugiego etapu konkursu,
znowu trzeba będzie wysłać sms-a, pomożecie?)
Czas witać dzień powstaniem! (Lec)
Wstaję więc o tej barbarzyńskiej porze, sen już mnie opuścił,
może zrobię coś pożytecznego,
a może tylko pożytecznie poleżę sobie w łóżku
z herbatą i książką, w ciepłym kręgu lampy,
ze śpiącymi kotami,
gdy świat jeszcze nic ode mnie nie chce.
A może wyskoczę po świeże bułki na Kleparz
i zszokuję własne dzieci?
Li.
Przypominajka:)
30 stycznia, 2013Czas mnie goni dziś do roboty, z trudem mu się wyrwałam,
ale nie mogę nie napisać, że została tylko jedna doba głosowania na blog Zakurzonej.
Proszę o sms-y, to ledwie złotówka plus 23% VAT, czyli 1,23 zł,
i to w całości na cel charytatywny.
Przypominam numer 7122, a treść E00567 (dwa zera, a nie dwa O).
Proszę, proszę, proszę!
Głosowanie tylko do jutra, do godziny 12.00!
Brakuje nam kilkudziesięciu głosów, by mieć pewność,
że zostaniemy w pierwszej dziesiątce,
co to jest przy liczbie czytelników mojego bloga, no kochani?
Li.
Podnoszę się.
28 stycznia, 2013Rzuciłam wszystko i poszłam hen! na wrzosowisko
do teatru Ateneum gościnnie w Operze Krakowskiej.
Pośmiałam się, choć nie beztrosko, bo sztuka ma drugie dno
i śmiać się tu nie ma z czego. Wskazana ostrożność!
Ale Barciś i Tyniec niezawodni.
Recenzja, którą mogłabym sama napisać (gdyby nie to,
że została już napisana) jest tu.
Dzień kończę (samo)obietnicą lepszego jutra.
Odniosłam dziś wielki zawodowy sukces, trochę dodał mi skrzydeł,
jeszcze jestem jak kiwi nielot,
ale przynajmniej znowu mam ochotę na latanie!
Li.
PS. Zapomniałabym:) Trwa konkurs na Bloga Roku.
Jak zwykle bardzo Was proszę o sms-a, w tym roku na bloga Zakurzonej,
to naprawdę dobry blog i musimy wejść do pierwszej dziesiątki
(ech, jak ja kocham tego ducha współzawodnictwa:)))!
Liczę na Was kochani, jak zwykle!
Sms o treści : E00567 (tam są dwa zera!) na numer 7122.
Głosowanie jest tylko do środy, więc komórki w dłoń,
nasi muszą być górą:)
Polityka to dopiero potrafi zdołować!
27 stycznia, 2013Samopoczucie mam dalej pod psem (choć pewnie nie pod takim jak moja suka- zadowolona z siebie leży na kanapie i obgryza kość, fundując mi kolejną plamę),
a wieści dochodzące ze świata za oknem wcale mi nie pomagają.
Ciekawa jestem Waszego zdania o odrzuceniu przez- pożal się Boże-
Sejm możliwości dyskusji nad wszystkimi projektami ustaw dotyczących związków partnerskich.
Śledziłam tę sprawę i jestem zdruzgotana-
po pierwsze nie przygotowaniem posłów,
(bo mam wrażenie że większość nawet nie przeczytała tego nad czym dyskutowała,
przy czym trudno nazwać dyskusją debatę o tak niskim poziomie),
po drugie kolejnym pokazem polskiego grajdoła i zapyziałego zaścianka, szafującego wytartymi do dziur komunałami bez pokrycia,
po trzecie wystąpieniem ministra sprawiedliwości,
które tylko kolejny raz potwierdza jak wielką pomyłką jest obsadzenie tego człowieka z Krakowa na to stanowisko.
Całym sercem jestem za związkami partnerskimi, za małżeństwami wśród osób tej samej płci, za wolnością, równością i brakiem dyskryminacji.
Nie godzę się na nadawanie małżeństwu osób różnej płci pierwszeństwa przed inną formą związku.
Bo niby dlaczego?
Jakie mam prawo do regulowania cudzego życia?
Do wnikania w intymność?
W kwestii orientacji seksualnej i uczuć każdy ma prawo do godności.
Kto chce- niech bierze ślub i modli się, by nie był tym co trzecim małżeństwem, które się rozpadnie.
Kto nie chce- niech żyje jak chce!
Małżeństwo jest wymysłem człowieka,
powstało wraz z biurokracją i nie z nadania boskiego.
Czuję wstyd i smutek, jak dobrze, że moja córka chce wyjechać z tego kraju, sprzyjam jej całym sercem.
Li.
Każdy ma swój margines wytrzymałości.
26 stycznia, 2013Moją bezsenność zaczynam rozpatrywać w kategoriach kary boskiej, zawiniłam widocznie kolorowymi snami
i teraz męczę się pokutą bezsnu.
Boli mnie cały środek, a najbardziej czubek głowy,
magiczne miejsce z przejściem dla myśli w stronę czynu,
mam tam awarię otwierania i przy wejściu kłębi się myślotłum,
tratując mnie od środka.
(Tylko czarne myśli nielegalnie przemycają się przez oczodoły,
już wiem dlaczego ostatnio tak bardzo pociemniały mi oczy).
Muszę, muszę się ratować, znaleźć (samo)rozwiązanie, zrobić rewolucję,
oczyścić umysł, wrócić do korzeni,
bo na razie jestem, a jakby mnie wcale nie było.
Jak wyrwany, nikomu niepotrzebny słonecznik- wspomnienie niegdysiejszego pełnego słońca.
W dzień jeszcze potrafię się śmiać, w nocy umiem tylko się bać.
Czy ja wariuję? Czy wpadam w depresję?
Czy powinnam zacząć szukać pomocy?
Nie umiem sobie poradzić z czymś tak mi nieznanym,
nieprzyjaznym i przerażającym- ja przecież nie umiałam być nieszczęśliwa!
A teraz jestem i czuję,
jak to moje nieszczęście zaczyna zabierać moje życie.
Li.
Słowo na piątek.
25 stycznia, 2013Są dni, które mają w sobie szczególną wrażliwość i miękkość.
Łatwiej mnie wtedy zranić, wejść pod mój pancerzyk skorpiona,
skopać poczucie wartości i odebrać iluzję poczucia bezpieczeństwa.
Ogarnia mnie wtedy rozpacz i kompletne zniechęcenie.
I tylko resztką instynktu przetrwania hamuję chęć zamknięcia drzwi, wyłączenia telefonu i zakopania się sześć stóp pod ziemią we własnym łóżku.
Nie mam siły na życie.
A co na to Lec?
Świat jest chyba stożkowaty, największe jest dno.
Codziennie otwieram kalendarz,
by sprawdzić w którym jestem dniu tygodnia
i powtarzalność czynności budzi we mnie przerażenie.
Nowy tydzień niesie ze sobą stare problemy, natrętne rachunki,
brak oczekiwań, spektakularne rozczarowania
i coraz mniej sensu.
A co na to Lec?
Życie zmusza człowieka do wielu czynności dobrowolnych.
Bo nie tak miało wyglądać moje życie, nie tak.
Każdy jest kowalem własnego losu, święcie w to wierzę,
ale skąd wziąć motywację do dmuchania w miechy?
Skąd czerpać energię, by chciało mi się tak bardzo,
jak bardzo mi się nie chce?
Odpuszczam sobie zbyt wiele, zamieniam się w domowy bamboszek, znoszony i przydeptany, ot taki do wyrzucenia bez żalu.
Sama bym się wyrzuciła.
A co na to Lec?
„Głowa do góry!”-rzekł kat zarzucając stryczek.
(I do tego nie mam ani jednej kapsułki, nawet bezkofeinowej).
Li.
Pamiętniki z wakacji.
25 stycznia, 2013Poszłam z U. i P. na kolację do „Taco”,
pośmiałyśmy się, pogadałyśmy,
od razu cieplej w ten zimny czas.
Karolcia pisze maile i jak tu się nie śmiać?:
„Drogi Mamucie,
od dwóch dni Mary sukcesywnie próbuje okraść ten sam sklep. Podejrzewam, że gdyby kontynuowała tradycję i chciała też to zrobić jutro, to by jej się nareszcie udało,
bo Szwedzi są tacy mili, że nie protestują!
Tylko patrzą i patrzą.
Wczoraj kupowałyśmy dokładnie to samo,
Mary stała pierwsza w kolejce.
Zapłaciła, po czym zapakowała zakupy do torebki
i zadowolona z siebie poszła do drzwi.
Zarówno ja, jak i przystojny szwedzki kasjer (do którego Mary pała gorącą miłością ) popatrzyliśmy na nią w osłupieniu.
On nie odezwał się ani słowem, ja natomiast wykrztusiłam z siebie „co robisz…?”
Zakupy Mary bowiem pozostały na swoim miejscu za kasą,
gdzie położył je kasjer po skasowaniu,
moje natomiast magicznie zniknęły z taśmy!
Mary popatrzyła na mnie zdziwiona-biedna, tak się rozmarzyła o tym Szwedzie, że z wrażenia próbowała zabrać nie zapłacone rzeczy, swoje skasowane natomiast zostawiając przy kasie.
Dzisiaj byłyśmy w tym samym sklepie i był tam ten sam kasjer.
Mary miała zapłacić 54 korony, dała banknot 50
i dziarsko odeszła, odwracając się dopiero przy drzwiach.
I znowu przystojny Szwed intensywnie na nią patrzył swoimi intensywnie niebieskimi oczami, ja też i to bardzo znacząco, ale Mary widziała tylko jego spojrzenie, bo wydawało jej się, że oznacza odwzajemnione uczucie, haha.
Patrzyli więc sobie w oczy, a Szwed był coraz bardziej zdezorientowany…
Musiałam przerwać ten romantyczny moment i rozwiać jej złudzenia szepcząc, że intensywny wzrok Szweda
wynika z faktu, iż znowu chciała go okraść
(tym razem na 4 korony). Mary jest niepocieszona…”
„…Odwiedziłyśmy dzisiaj również super second-hand,
kupiłam sobie sweter z H&M za 70 koron!
Jutro poszukamy ich więcej, super są tu second-handy- nie ma nic z rzeczy typu-wielkie kosze i wszystko po 5 zł…”
„…Jutro przeznaczymy też na poszukiwania kota…
Jest to trudne, bo o ile widziałam już nawet figurkę smutnego gościa
w czapce kucharskiej i bogato zdobionej sukni ślubnej siedzącego na kłodzie drewna, to ładnego kota w przyzwoitej cenie jeszcze nie widziałam
(tamten o którym Ci pisałam wcześniej kosztuje 400 zł, więc wybacz…)…”
„… Kocham bardzo!
Mam czapkę z największym pomponem w Szwecji i bardzo się cieszę że ją kupiłam :]
A ze statku Vikingów faktycznie nici, bo nas nie stać!…”
K.
Chyba nici ze statku Vikingów.
24 stycznia, 2013Widzę, że mogę spokojnie robić kopiuj-wklej: )
„Drogi Mamucie,
Od rana szukamy czapki- na razie bez skutku, ale się nie poddajemy!
Nie mam pojęcia skąd Szwedzi biorą te wszystkie super czapki
z pomponami, bo w sklepach są same nieładne.
Zaraz jedziemy znowu do tej dużej galerii Gallerian,
teraz jesteśmy w ostatnim sklepie jeździeckim w mieście,
którego Mary jeszcze nie obczaiła.
Jest ławeczka, więc nie narzekam i czekam cierpliwie.
Trafiłyśmy tu po dużych bojach, bo Mary za bardzo nie ufała mojej orientacji w terenie, ale po tym jak naciskałam żebyśmy poszły w lewo,
a nie w prawo, jak chciała,
a sklep był faktycznie po lewej, ufa mi już całkowicie.
Satysfakcja z trafienia dzięki mnie jest większa nawet od satysfakcji, że jej burczenie na mnie po drodze było nieuzasadnione, bo szłyśmy dobrze!…”
„…Kupiłam Gusi fajną koszulkę na wyprzedaży,
a sobie na dziale męskim, która wygląda jak damska,
bo w ogóle na dziale męskim są tutaj same damskie rzeczy
typu swetry w panterkę!
Jak mówiłam, zaraz jedziemy do Gallerian na dalsze poszukiwania czapki, teraz siedzimy w naszym lobby pod ostrzałem spojrzeń arabskich dzieci.
Mary kłóciła się ze mną, że są z Indii,
ale widziałam, że ich fejs jest od prawej do lewej, więc ha!…”
„…Bardzo nas śmieszy czytanie twojego blogaska… a co do tego co ktoś napisał w komentarzu, żebyś mi podziękowała,
że pozwalam się dzielić to wiesz… zupełnie jakbym miała coś do gadania!…”
„…Po drodze do Gallerian wstąpimy jeszcze do banku
gdzie spytam się, o co chodzi z błędem na bankomacie,
który wyskakuje jak Mary chce wypłacić przelew od Krysi,
bo wyświetla się, że w tej chwili to niemożliwe.
Czuję się takim super załatwiaczem spraw!…”.
„…Zamiast chodzić na dzikie party, Mary wieczorami siedzi
w łóżku i z zapartym tchem wgłębia się w blogaska.
Doszła już do wakacji!…”
„… Szukałyśmy Lidla i z niemożności odnalezienia go na jakiejkolwiek mapie
(po prostu wiedziałyśmy że gdzieś tu jest, bo był przedwczoraj)
pytałyśmy ludzi o drogę.
Wszyscy kierowali nas w tę samą stronę,
przy czym jedna pani wspomniała, że ostatnio
była tam 15 lat temu i nie wiedziała, że ciągle istnieje!
Okazało się, że kierowali nas do klubu,
który nazywa się Lidl lub podobnie…
Ach ci Szwedzi…”.
Czy można zazdrościć własnemu dziecku?
Można! Wiele bym dała, by snuć się teraz beztrosko po Sztokholmie,
nawet w cienkiej czapce…
Póki co, siedzę w pracy, snuję się tylko w myślach
i nawet nie patrzę za okno.
Li.
Wiadomość z ostatniej chwili:
„…Kupiłam czapkę w Kapphalu, na którą patrzyłam
w Polsce kilka miesięcy temu, potem żałowałam,
że jej nie kupiłam!
Ma ogromny pompon, więc lans będzie niebiański:P…”
Cd.
24 stycznia, 2013Mój rytm doby zwariował.
Położył mnie do łóżka o dziesiątej,
dosłownie ścinając mnie z nóg.
Wstać nakazał o wpół do drugiej, dał trzeźwość umysłu
i brak chęci na sen.
No cóż, odpiszę Starszej na maila, wezmę długą kąpiel
i zacznę dzień.
…
A ze Szwecji płyną kolejne wiadomości:
„… w sklepie jeździeckim Mary szalała kupując
różowe czapeczki na uszy dla konia i złoty brokatowy bat!
„…Zgubiłyśmy się w Ikei i prawie dostałyśmy ataku paniki, bo ona jest w kształcie ślimaka/koła i ciągle chodziłyśmy w kółko,
a na dodatek śledził nas jakiś straszny,
naprawdę straszny starszy pan
w czarnym płaszczu.
Gdyby miał czarne okulary to pomyślałabym,
że sztokholmska policja namierzyła Mary
za to nieszczęsne 100€.
Na szczęście był niegroźny i uciekłyśmy mu gdzieś na dziale poduszek (potem nas znalazł, ale tylko dziwnie się patrzył
i nic nie mógł zrobić, bo dla odmiany stałyśmy w miejscu, więc
nie mógł za nami podążać).
Wyjście znalazłyśmy śledząc z kolei innego pana,
bo wyglądał jakby tam zmierzał i faktycznie,
wyprowadził nas prosto na kasy!…”
„… Sztokholm jest piękny!
Ach, winie Cię za to, że się tu nie urodziłam…”
„…W Szwecji w restauracji IKEA nie ma łososia!
Skandal na wielką skalę, co to w ogóle ma być?
W dodatku jak się o niego spytałam, to pan bardzo się
zdziwił i pokazał mi na wędzonego.
Wszystkie te historie o tym że Szwedzi
są zdrowi, bo jedzą dużo ryb to bujda,
narodowym jedzeniem są tu hot dogi
bo są dosłownie wszędzie!…”
I tym sposobem minął im kolejny dzień.
(A ja mogę wyręczyć się mailami na blogasku).
Jestem w wielkim niedoczasie, znowu!
Dopiero co wygrzebałam się spod sterty zaległości,
a już wpadłam pod następną.
Niekończąca się to historia, z jednej strony gwarancja pracy,
z drugiej gwarancja zmęczenia i frustracji.
Cieszę się, że mogę choć poczytać o tym,
jak moja córka dobrze się bawi, że ma przygody,
że chce jej się tym ze mną dzielić,
że pisze, że kocha w jednej linijce z zapytaniem,
jaki ma limit na karcie.
Tęsknię i trudno mi się pogodzić z tym,
że wyfruwa w szeroki świat.
Ale jak mus to mus.
Li.
I cóż że ze Szwecji?
23 stycznia, 2013Maile krążą, a ja dziękuję niebiosom za wi-fi.
Karta została użyta, uzasadnienie poniżej:
„...Jesteśmy teraz w centrum handlowym na kawie, zapłaciłam twoja kartą, bo był bezdotykowy terminal i nie musiałam jej podawać kasjerowi!…”
Oczywiście popadły w tarapaty:
„…Jak Mary wymieniała euro w kantorze, to okazało się, że jej 100 € jest fałszywe i spędziłyśmy tam 30 min, podczas kiedy badali je na wszystkie strony ultrafioletem, żeby w końcu zakomunikować, że je zabierają i że Policja się z nami skontaktuje! Mary zapobiegawczo zapomniała swojego numeru i podała numer do Krysi, haha.
Ale spisali jej wszystkie dane z dowodu i w ogóle, więc zrobiło się niebezpiecznie!
Od razu poczułam uderzenie miłości do naszych kantorowców, chyba przywiozę im to piwo z Lidla za 3k!
Mary jest załamana i się boi, na szczęście Krysia obiecała się wszystkim zająć i dosłać pieniądze, bo to ona wymieniała gdzieś to 100 euro!
Będzie zabawnie jak dostaną wezwanie na przesłuchanie do ambasady szwedzkiej…
(Może przywiozę im jednak dwa piwa?…”)
„…Zaraz spróbujemy znaleźć DARMOWY Ikea bus (tak w tym kraju jest coś za darmo!) i jechać do tej Ikei i centrum handlowego, bo moje uszy przybrały niebezpieczny kolor czerwieni…”
Najwidoczniej co wyjazd, to znajomość z Policją jest obowiązkowa. Przypomina mi się afera z Tunezji, rany boskie (malarstwo włoskie:).
Li.
Trudno wypuszcza się dziecko w świat, ale jak mus to mus.
23 stycznia, 2013Nie wiem co zrobić, by wylecieć z rankingu blogów.
Tkwię w tej pierwszej dziesiątce w towarzystwie,
od którego trzeba uciekać co sił w wirtualnych nogach,
Bo ja piszę dla siebie i tych z Was, którym chce się ze mną pogadać,
albo przynajmniej przez chwilę czytania o mnie pomyśleć.
Popularność zawsze niesie za sobą ryzyko przypadkowych wirtualnych spotkań, a na to jestem za leniwa,
by nie rzec-nieśmiała.
Chce mi się być w kącie i mieć stamtąd swoje zdanie,
którego konsekwencją jest pisanie tego co mi się podoba,
a nie tego co chcieliby czytać przypadkowi czytelnicy.
…
Znowu wstałam skoro świt, życie nocne daje mi przynajmniej upragniony czas tylko dla siebie, spokój i ciszę.
A korespondentka ze Szwecji donosi rzeczy straszne, które oczywiście bardzo mnie śmieszą, uwielbiam jej maile z podróży, to świat do którego nie mam już bezpośredniego dostępu, mogę tylko łapczywie czytać, co mi pisze.
Bawi mnie jej zdziwienie rzeczami oczywistymi,
ale przecież każdy ma swoją Amerykę do odkrycia.
Niestety dorosła i już nigdy nie będzie dzieckiem z matką na wakacjach.
Oddajmy jej głos:
„Mamut!!!
Nasz pokój ma 2×2 m2 (serio, zrobię zdjęcie i potem wyślę)
i nie ma okien.
Najbardziej komiczne jest to, że przestrzeń wspólna jest przeogromna i jest wielkie lobby, a pokój jest taki jak dwie nasze pralnie i jak wchodzimy razem z Mary, to najpierw ona wchodzi, zamyka drzwi i przechodzi dalej,
a dopiero potem ja, haha.
Ogólnie Sztokholm jest super, tylko za drogi i za zimny,
ale dajemy radę, delikatnie przemarzając.
Jesteśmy strasznie zmęczone i zaraz idziemy spać,
pomyliłyśmy ulice w drodze z dworca centralnego do hotelu,
wysiadłyśmy na złym przystanku metra
i błądziłyśmy 2h, dopóki nie przejęłam od Mary mapy
i nie okazało się, że jesteśmy praktycznie na naszej ulicy…”
„Jedzenie w sklepach jest strasznie drogie, wiesz że 3 paczki papieru toaletowego kosztują tu 50 zł?”
„…Mogę zapomnieć o zdrowym odżywianiu, bo najtańsze są bułki (mimo że i tak kosztują średnio 14 koron = 7zł) no ale oczywiście nie oszczędzamy aż tak bardzo,
na śniadanie kupiliśmy sobie po smoothie i babeczce…”
„..Ogólnie jest fajnie, miasto jest naprawdę piękne, jutro planujemy jechać do największej Ikei i centrum handlowego, więc pewnie kupię sobie jakiś sweter albo czapkę (bardzo bym chciała, bo w mojej zamarzają mi uszy,
a tu wyobraź sobie panuje zasada, że im większy pompon tym większy lans), a potem będę głodować, haha.
Pojutrze też już mamy zaplanowane, chcemy iść do największego w EU sklepu jeździeckiego (no, kto chce ten chce, ale przecież wiem, jak Mary to cieszy) a potem do tego muzeum ze statkiem Wikingów, ale kosztuje 130 koron, więc same nie wiemy czy warto, ale innego statku Wikingów nie ma!”.
Dziecko pojechało bez swojej karty bankomatowej, która połknięta przez bankomat nie została na czas odzyskana.
Dałam jej na wszelki wypadek (o święta naiwności!) swoją kartę kredytową.
„…Najgorzej to się czuję bez mojej karty, bo to taka niemoc :( Będę bała się płacić kartą Twoją, bo Szwedzi są strasznie praworządni i dzisiaj poszłyśmy do Lidla, ale nic nie kupiłyśmy w końcu, a nie było wyjścia
dla klientów bez zakupów, więc wzięłyśmy najtańszą rzecz w sklepie tj. 330 ml bardzo podejrzanego „piwa” za 3k , to jest w ogóle najtańsza rzecz jaką widziałam w całej Szwecji (w której jest od wczoraj ), 2% alkoholu i pani nas obie spytała o dowody!
Chyba boimy się to wypić swoją drogą, więc stoi
tu sobie i się z niego śmiejemy…”
„…Wzięłyśmy po 2 gripexy profilaktycznie bo -10 C mrozu i pokój bez okna, ale za to z dziwnymi wiatrakami, to nie za dobre połączenie.
Właśnie zamilkłyśmy na chwilę i okazało się, że jest tu bardzo głośna rura- lol -mam nadzieje że zasnę, bo normalnie nie mogę spać, gdy słyszę Twoją muzykę z dołu, masakra!…”
„…Znalazłam ci strasznie ładnego kota, ale w takiej
sklepo-pracowni (jest na wystawie) że aż się boję wejść zapytać o cenę,
ale odważę się w końcu…” ( w domyśle- mogę użyć Twojej karty?
Ale jak ładnie podane;-)
Rzuciłam niewinną uwagę, że nie zawsze śpi się w luksusie
i okazało się, że trafiłam w czuły punkt podróżnika:
„CZY TY KOBIETO WIESZ DO KOGO TY MÓWISZ W OGÓLE!
Uwierz mi, ja już swoją lekcję braku luksusu miałam!
Lwów, Psków, Smoleńsk i wiele innych miejsc
tak strasznych, że Ci się nawet nie śniło! …”
„…Przeczytałyśmy w internecie, że ktoś miał tu w łóżku robaki i od razu nas wszystko swędzi, mimo że pokój w przeciwieństwie do łazienek jest turbo czysty…”
Myślę, że trzeba wysłać ją do Azji.
Już sobie wyobrażam maile.
Li.
Poranne plotki.
22 stycznia, 2013Popatrzyłam ze zgrozą na jej stopy rozmiar 40, ubrane w dwie różne skarpetki.
–Nie będzie Ci głupio na lotnisku, gdy będziesz przechodzić przez bramki? Ściągniesz buty i co?
– Jak to co? Dwie różne skarpetki to jest mój znak rozpoznawczy i wszyscy już tak noszą!
I tak oto z niechlujstwa można uczynić cnotę.
Jest i bonus dla mnie, od dziś lekceważę dobieranie skarpet
w pary, nie znoszę tego robić, siebie do małżeńskiej pary
dobrałam wszak fatalnie.
Starsza kilkanaście minut temu pojechała z koleżanką na lotnisko
w Pyrzowicach, lecą dziś na cztery dni do Sztokholmu.
Odbieram je w sobotę o 14.00 i wpadłam na chytry plan połączenia lotniska z wcześniejszą wizytą u Magdy-Kseny,
będę już tak blisko, że to byłby grzech zaniechania.
Po drodze zabiorę Sisi i jedyne do czego muszę się przyłożyć,
to wyjazd z Krakowa w okolicach szóstej rano.
Ale znam takich co mnie obudzą:)
Mam przed sobą dwa dni wolności od moich zstępnych.
Guśka wraca pojutrze z zesłania u babci,
skruszona i pogodzona z losem.
Kilka razy dziennie zapewnia, że mnie kocha.
Przez telefon.
No cóż, zobaczy się rachunek za ten miesiąc.
Wstaję i idę sprawdzić stan auta, rano muszę być na Policji,
a wczoraj spóźniłam się na spotkanie- auto miałam idealnie pokryte lodem jak najlepszą glazurą,
godzinę zabrało mi doprowadzenie go do stanu używalności.
Wtorek-potworek uważam za zaczęty.
Mam świetny humor. Bez uzasadnienia!
Li.
O niczym, więc dużo za dużo.
22 stycznia, 2013Chorowanie na poziomie zwykłej infekcji jest nawet przyjemne.
Można sobie dużo wybaczyć, podjadać dla zdrowia ptasie mleczko,
przesnuć się w szlafroku i gumce recepturce na włosach,
mieć w nosie cały świat i swój prywatny Katar.
Potem tylko trzeba się nabiegać, by dogonić sprawy,
które nie chciały położyć się i smarkać razem ze mną.
(Ta notka będzie zupełnie o niczym, ale muszę ją napisać,
by zakończyć pewien wątek, pewną znajomość i pewne złudzenia,
co do osoby, którą gościłam w swoim domu).
Od tygodnia kotłował się tu temat Marianny,
mniej lub bardziej zasadnie,
nie chce mi się wnikać w to kto i dlaczego kogoś wkurza,
wiadomo- nie wszyscy są entuzjastami hasła: Kochajmy się!
A już tego zrzędę statlera waldorfa kochać trudno,
choć ja go kocham i uwielbiam nad życie.
Wiadomo, że w komentarzach czasem aż iskrzy,
sympatie i antypatie rozkładają się w zależności od pory dnia,
andropauzy i PMS piszącego, ot- odbicie piekiełka z reala, choć uczciwie rzecz biorąc muszę przyznać, że z reguły jest miło i przyjemnie.
(Miałam pisać o niczym, a meandruję).
Ad rem: z Marianną z reguły było mi nie po drodze, różniło nas inne poczucie humoru, spojrzenie na świat i spora różnica wieku.
Ale była nić sympatii i tolerancja, z mojej strony nawet duża- czego probierzem była moja (nie)reakcja na zrobioną przez nią awanturę o niezaproszenie na spotkanie z paniąstarszą ( w sumie szczęka opada mi na to wspomnienie do dziś).
Nie z każdym muszę się zaprzyjaźniać,
ale z każdym mogę pogadać.
Marianna założyła bloga www.umarianny.wordpress.com.
Pomijam, co tam wypisywała na mój temat, przebolałam.
Ale tego, że wpuściła do siebie największego i najwredniejszego trolla XXI wieku- Koko vel ptysiek, vel ewawilińska, trolla który tak bardzo dokuczał umierającej Chustce, który pisał wredne komentarze na mój temat u viki, który obrażał viki, który pluje jadem, ale pod innym nickiem potrafi każde słowo podlewać miodem- Mariannie nie wybaczę.
W ferworze niechęci do mojej osoby (choć doprawdy nie wiem w czym zawiniłam, to ja powinnam obrazić się za podrywanie statlera;-), nie zauważyła,
że Koko vel ewawilińska szydzi z niej bezlitośnie.
Marianno, u mnie od dziś lądujesz w spamie,
mówię Ci ładne: żegnaj,
w każdej sytuacji należy być przyzwoitym człowiekiem
i nie obchodzi mnie co na to Seneka Młodszy.
Ani Lec.
Li.
Studium sobotniego popołudnia.
19 stycznia, 2013Wstałam, spojrzałam w lustro, jęknęłam i wróciłam do łóżka,
by dalej spać.
Wszak sen dodaje urody, a ja mam braki na jakieś sto lat.
Spać, spać, spać i śnić kolorowo, by mieć przeciwwagę dla szarości na jawie.
(W taki dzień jak dziś nawet czerwone auta są mniej czerwone).
Spać, spać, spać, by nie dopuszczać czarnych myśli i przespać problemy,
spać, spać, spać, by mieć usprawiedliwienie dla nie zajmowania się tym, czym zajmować się na jawie powinnam.
A powinnam przede wszystkim rozebrać choinkę,
choć chyba rozebrać jej bardziej się nie da-
nagle straciła wszystkie igły,
leżą pod nią grubą, zieloną warstwą, z upodobaniem wylegują się na niej koty, potem wraz z nimi igły wędrują po całym domu,
spadając w miejsca bardzo egzotyczne, takie jak łóżko Młodszej.
Muszę więc wstać, muszę, muszę, muszę.
Wstanę, zrobię sobie kawę, udam, że nie zauważam
podrzuconych przez Starszą kapsułek z bezkofeinową,
wezmę prysznic, ubiorę się, unikając spojrzenia w lustro,
zbiorę włosy w kucyka, włączę głośno muzykę i będę udawać,
że rozbieranie choinki, sprzątanie, pranie i odkurzanie
jest najlepszym pomysłem na spędzenie sennego,
sobotniego popołudnia w wielkim mieście.
Na szczęście wieczór zapowiedział się z miłą wizytą.
Li.
Krótkie info prosto z łóżka.
18 stycznia, 2013
Wszystkich sceptyków- (tak, tak zapamiętałam sobie,
KTO szczególnie wątpił w moją siłę charakteru i przewidywał,
że nie wytrzymam w postanowieniu ukarania:) informuję,
że moje młodsze dziecko jest już pogodzone z losem.
Co prawda zaczyna fikać i przysyłać mi sms’y typu:
„no dobrze. Ale jak mi taki numer zrobisz w wakacje,
to NIGDY Ci nie wybaczę!”, ale ja odczytuję z nich wyłącznie pozytywy-
wie, że nabroiła, wie, za co ponosi karę i wie, że kara jest słuszna.
Kocham ją okrutnie, cóż zrobić.
Jestem znowu chora, nie pomnę, który to już raz tej zimy.
Gorączka, osłabienie, bóle wszystkich kości i koszmarny ból głowy.
Tak spędziłam czwartek- nic-nie-wartek.
Dziś nie będzie niestety lepiej.
Oby to nie była grypa, TA grypa.
Wracam pod kołdrę.
Li.
Jestem najgorszą matką na świecie i jestem z tego dumna!
16 stycznia, 2013Wymierzanie kary ukochanym córkom zawsze było moją słabą stroną
i najjaśniejszym przykładem mojej konsekwentnej niekonsekwencji.
Bo jak karać kogoś, kogo tak bardzo się kocha?
A teza o karaniu dla dobra dziecka jakoś mnie nigdy nie przekonywała.
Do dziś.
Bo oto dziś nadszedł sądny dzień dla mojej Młodszej i kara jest potężna.
Tak potężna, że dowiedziałam się, iż jestem najgorszą matką na świecie- automatycznie weszłam więc do elitarnego klubu matek burzliwie dojrzewających nastolatek.
Kara jest również dotkliwa, przemyślana przeze mnie starannie,
to kara na wspomnienie której będą napływać do oczu dziecka łzy.
Jest to więc- mam nadzieję- kara bardzo wychowawcza, zapamiętywalna.
Przykro mi, ale muszę być twarda nie miętka.
Młodsza kolejny raz z rzędu przekroczyła dozwolony limit
150 złotych na rozmowy
z komórki, raz przełknęłam rachunek 400 złotych, następny był trochę niższy- 320 złotych, uznałam że robi postępy,
potem znowu skoczyła na 360 złotych, to było miesiąc temu, przeprowadziwszy z nią rozmowę, wykazałam bezsens dzwonienia na komórkę przyjaciółki z Ełku, gdy może dzwonić z naszego domowego telefonu po godzinie 18.00 bez limitu,
wkurzyłam się na tekst, że „nie chce się jej schodzić po słuchawkę na dół”,
ale miałam nadzieję, że moje argumenty o tym, że lepiej kupić sobie fajne buty niż nabijać kiesę T-mobile trafiły do tej główki z blond lokami.
Dzisiejszy rachunek na kwotę 400 złotych zmusił mnie do działań ekstremalnych i oświadczenia,
że oto przegadała koszty podróży do Ełku na super ferie z przyjaciółką.
Trudno, zostanie w domu, będzie obrażona, nieszczęśliwa,
ale może zapamięta po wsze czasy czym jest kryzys, recesja, konieczność ograniczeń, prośba matki i konieczność spojrzenia dalej niż czubek własnego noska.
Serce mi pęka, bo bardzo cieszyła się na ten wyjazd,
ale nie mogę ulec, nie mogę!
I jutro kupuję jej pre-paida, koniec z luksusem abonamentu.
Aż nauczy się, że pieniądze nie spadają z nieba.
Co o tym myślicie?
Li.
Zdjęcie winowajczyni.
Ściągnięte z jej profilu na fb, więc może nie zabije. Bardzo je lubię.
To nie jest reklama, tylko odruch płynący z głębi mego serca.
15 stycznia, 2013Wiele znam sposobów na sprawienie sobie przyjemności,
ale TEN jeden sposób zawsze jest w czołówce rankingu,
relaksuje mnie i rozluźnia przed kolejnymi spięciami,
których- jak wiadomo z moich jęczących notek-
los mi nie oszczędza.
Ale gdyby nie TEN sposób, to częste spięcia doprowadziłyby mnie do gwałtownego wzrostu napięcia i byłoby po mnie.
I jaki nastałby wtedy żal, przynajmniej u niektórych…:)
TEN sposób trzeba stosować przynajmniej raz w tygodniu,
skóra po nim gładka i napięta,
pachnie pomarańczami albo lawendą,
bolący kręgosłup zapomniał sam o sobie,
a dusza śpiewa/jęczy/mruczy z rozkoszy masującego dotyku.
Dzielę się teraz z Wami moim wielkim skarbem,
telefonem do masażystki Liliany, która przychodzi do domu,
ceny ma niezwykle konkurencyjne, nie liczy czasu,
bo dopóki porządnie nie wymasuje, to nie wychodzi.
602641045, powiedzcie, że dzwonicie ode mnie!
Nie będziecie żałować,
Li.
Za nic mam teraz całe zło świata.
14 stycznia, 2013Przetrwałam poniedziałek i spotkała mnie nagroda
w postaci spokojnego wieczoru.
Miałam iść na Koncert Noworoczny Aptekarzy,
ubiegłoroczny był cudowny,
ale coś mnie tak bardzo ciągnęło za rękę w stronę mojej kanapy,
że uległam i zaległam.
I oczywiście od razu ukułam teorię, której główną tezą jest ten oto dowcip:
Siedzi na ławce dwóch staruszków i jeden do drugiego mówi:
„Wiesz Karolku, mówili mi, że na stare lata nie będę mógł,
a mnie się po prostu nie chce”.
Tak, wiedziałam że kiedyś nadejdzie ten dzień,
gdy przedłożę wygodę ciała nad rozkosze ducha.
I jest mi dobrze, laptop, muzyka, latte,
polarowy pled w kolorze śliwki węgierki,
śnieg padający za oknem
i ciepły brzuch Szarego grzejącego mi bose stopy.
Viki przysłała mi w mailu dowcipy o staruszkach
(żeby mieć czas przywyknąć):
Osiemdziesięcioletnia wdowa wraca z randki ze swoim dziewięćdziesięcioletnim narzeczonym.
– I jak było, mamo? – pyta córka.
– Wyobraź sobie, musiałam mu dać trzy razy w twarz!
– Co ty powiesz, dobierał się do ciebie?
– Nieeee, tylko myślałam, że umarł…
Hej, hej! Róbcie to co ja, a będzie Wam dobrze!
Li.
Poniedziałek może spieprzyć cały tydzień. Ale nie musi!
14 stycznia, 2013Jasny dzień przepędził ducha i napędził ciemne problemy.
(To ja już wolę strach przed duchem, proszę losu!)
Jeżeli poniedziałek ma determinować mój tydzień,
to ja muszę odczarować fatalne pierwsze wrażenie
pobudki w ciemnościach.
Spieniłam więc idealnie mleko, wlałam do niego espresso,
czas na najmilszą chwilę poranka, jak dobrze,
że rzuciłam ten nikomu niepotrzebny odwyk, mam swój rytuał,
który napędza mnie do twórczego działania.
Najważniejsze to mieć swoją górę, plan na jej zdobycie
i spokój dla jego realizacji.
Metr po metrze, powoli, bez niepotrzebnych emocji,
eliminując toksyny, niedowiary, przeszkadzacze, utrudniacze,
i wątpiacze, od czasu do czasu pociągając życiodajny łyk latte
idę w wybranym kierunku.
Jest mi trudno, bo nienawidzę się wspinać.
Ale jeszcze bardziej nie lubię spadać,
idę więc w kierunku nieba, mając nadzieję na raj.
Czego i Wam życzę, ciągle pełna złudzeń co do swoich możliwości.
A co na to Lec?
Między jednym a drugim niebytem trzeba samemu starać się
o swoje utrzymanie.
Li.
Słyszę kogoś.
13 stycznia, 2013Ktoś jest u mnie w domu. Słyszę go wyraźnie.
Niepokoi psa, nagle otwiera drzwi do schowka,
gasi światło w górnej łazience i zrzuca kubek z blatu kuchennego.
Kara strzyże uszami, siedzi w napięciu wypisanym na pysku,
nagle zaczyna szczekać w przestrzeń salonu,
widać że widzi kogoś, kogo ja nie widzę.
Pozapalałam światła w całym domu i skuliłam się w kącie kanapy.
Jeszcze nie wiem, czy się boję,
ale na pewno odczuwam głęboki niepokój
i jakąś taką elektryczną atmosferę.
Czuję dreszcze przebiegające mi przez ciało,
czuję zimny powiew nie wiadomo skąd,
słyszę na górze hałas, zupełnie nie koci.
Starszej nie ma, telefon nagle się wyładował,
odważam się włączyć ładowarkę,
coraz bardziej czuję się nieswojo, ale jeżeli jest to duch,
to dlaczego miałby zrobić mi krzywdę?
Wołam po cichu mojego ojca, Dżordż ratuj!
Niech mi pomoże, rany boskie, malarstwo włoskie,
jestem kompletnie nieodporna na takie zdarzenia.
Pies teraz warczy, wpatrzony w jeden punkt,
niech mnie ktoś uratuje, bo zaraz umrę ze strachu!
Teraz wszystkie cztery koty
przyszły razem do salonu,
siedzą obok mnie w wyjątkowej zgodzie
i patrzą się przed siebie badawczo.
Pilnują mnie, ale przed kim?
Li.
PS. Parę minut temu spadły dwie bombki.
Wisiały na haczykach. Haczyki zostały na gałązkach.
Koniec przerwy.
13 stycznia, 2013Dziesięć dni temu poszłam na odwyk.
Pierwsze objawy głodu pojawiły się po dwóch dniach.
Najbardziej bolała mnie dusza i prawa ręka bezproduktywnie sięgająca po kubek, którego nie było.
Dziś pękłam.
Musiałam jeszcze tylko wybłagać u Starszej, że pojedzie,
że kupi choć dwa opakowania.
Sama zostałam w łóżku,
wcale się przy tym nie usprawiedliwiając,
bo kiedy mam leżeć cały dzień, jak nie w sobotę?
Niedobre dziecko, które z tego powodu prawie wydziedziczyłam, przetrzymało mnie do późnego wieczoru.
Ale za to, gdy jednym pewnym ruchem ręki
wsadziłam kapsułkę w ekspres, gdy poczułam TEN zapach,
gdy sięgnęłam do lodówki po mleko z datą ważności do 14-go stycznia,
gdy zaczęłam je spieniać, gdy wlałam do kubka, gdy łyknęłam…. ach…
gdy plułam, a tego nie miałam w planach…
Nigdy, przenigdy nie kupujcie mleka w Lidlu,
będę w sobie pielęgnować dzisiejszy zawód po kres dni moich.
Na szczęście w lodówce było jeszcze mleko z Biedronki,
tym samym uznałam wyższość jednego dyskontu nad drugim
i noga moja w Lidlu chwilowo nie postanie
(i tak Starsza robi zakupy).
…
I nic innego mnie dziś nie zawiodło.
Spędziłam ciepły dzień na dbaniu o siebie, domowym kołderkowaniu, samomarudzeniu, grzaniu się i odkrywaniu
zalet ferii- Młodsza od wczoraj u babci po mieczu,
do Ełku zawożę ją dopiero za tydzień.
(Przez kilka następnych dni będzie w domu panował zwyczajny spokój, przerywany co najwyżej kocimi utarczkami).
Niedługo Starsza leci z koleżanką na kilka dni do Sztokholmu,
cały przyszły tydzień mam wolną chatę,
otwierają się przede mną fantastyczne możliwości,
których pewnie nie wykorzystam.
…
Dochodzi czwarta rano.
Jestem rześka i pełna energii.
Nie śpi ktoś, aby spać mógł ktoś.
Pilnuję, by płatki śniegu równo spadały na moje parapety.
Li.
Ogłoszenie parafialne.
11 stycznia, 2013Ogłaszam chwilową przerwę w pisaniu.
Trzeba przewietrzyć i pomyśleć.
Nie będę pisać co na to Lec, ani Seneka Młodszy.
Li.
PS. Chwilową! :)
Experto credite.
10 stycznia, 2013Gdybym miała zrobić ranking kłębiących się wokół mnie smutków,
gdzie nie ja jestem główną bohaterką,
ale ja je zawodowo muszę przyjąć, oddzielić, wyłuskać, wysłuchać, pomóc,
czasem kimś potrząsnąć, czasem z przekonaniem odmówić pomocy,
a czasem podziałać terapeutycznie samym zainteresowaniem,
to numerem uno byłaby niemiłość.
Ileż tej niemiłości wokół, jest stałym wątkiem w materii życia.
Niemiłość– uczucie podstępne, tchórzliwe, bolesne.
Nigdy nie przychodzi nagle, nie jest prostym odwróceniem miłości,
bo nie uderzy jak piorun,
nie wywoła drżenia-wzruszenia i błyszczących oczu…
Niemiłość jest rakiem miłości. Toczy.
Powoli zżera ciepło, wspólność, czułość.
Nie pozwala już na terapię dotykiem.
Odpycha czuły gest, broni przed pocałunkiem,
patrzy drwiąco na niedoskonałości ciała,
nie zauważając że sama w lustrze się nie odbija,
a lustro jest przecież prawdomówne- jakim przerażającym widmem
musi być niemiłość, że nie chce jej oglądać nawet lustro?
Tyle tej niemiłości– u Ciebie i u Ciebie.
I u Ciebie mój przyjacielu, i u Ciebie moja miła…
Wy, tak o Was mówię moi kochani, też w niej trwacie,
oszukując się jeszcze wzajemnie,
ale już powoli otwierając oczy w zrozumieniu i poczuciu klęski.
Czasem sobie tak myślę, wysłuchując kolejnej historii,
że niemiłością
cywilizowany człowiek omija zakaz tortur.
Bo nic tak nie boli, nic.
Experto credite.
Li.
Lubię czasem pisać o niczym, a to przecież o życiu, suchej jedlinie i igłach w herbacie.
8 stycznia, 2013Jodłowe igły spadają mi na głowę i wpadają w klawiaturę.
(Takie cuda to tylko w Krakowie).
…
Siedzę przy stole pod lampą przybraną jedliną, wysuszona wydaje ostatnie tchnienie, a siedzące na niej świątecznie przebrane motyle umierają wraz nią, ostatecznie kończąc wątek uroczo kiczowatych bożonarodzeniowych ozdóbek.


Pada śnieg, jest cudnie!
(Ale niedługo zacznę hodować hiacynty, wszak idzie wiosna!)
I właściwie tyle mam do powiedzenia w ten wtorkowy wieczór.
Do herbaty wpadły mi igły i toną.
Li.
PS. Śledzę sprawę Katarzyny Waśniewskiej, matki Madzi.
I przypominam sobie swój wpis, o ten.
Bardzo mi smutno, że miałam rację. Ale nawet w najgorszych snach nie przypuszczałam, że miałam racje aż tak.
Wpis prawie polityczny:)
7 stycznia, 2013Bardzo podoba mi się sędzia Igor Tuleya- ten,
który wydał wyrok w I Instancji w sprawie Doktora G.
Za uzasadnienie wyroku i napiętnowanie metod działania CBA z czasów
Ziobry i Kamińskiego ma u mnie szacun, wielki szacun.
Będę trzymać kciuki, by nie zadziobały go kruki, wrony i kury.
Bo stojąc po drugiej stronie czuje się czasem ogromną bezsilność.
Jakie jest Wasze zdanie? Ciekawam!
Li.
…
7 stycznia, 2013Powołuję do życia na ekranie, a potem jednym ruchem zabijam
niewinne mojemu niezadowoleniu litery,
drażnią mnie złożone z nich słowa.
Nie śpię, trwam nocnie, przekroczyłam weekendowe limity snu
i teraz muszę odrobić to w czuwaniu.
Tym samym rozpoczęłam nakręcanie kolejnej spirali bezsenności,
pęknie pewnie na koniec tygodnia.
Ale nie jest mi źle, dom jak zwykle przyjaźnie mnie otula,
pozwala pomyśleć i przemyśleć.
…
Niedzielnie popołudnie spędziłam z człowiekiem, którego życie jest splątane jak talerz spaghetti- nie wiadomo, gdzie początek,
a gdzie koniec kolejnych wątków i spraw.
Prawomocnie skazany wyrokiem za czyn, którego nie popełnił,
stara się walczyć o siebie, ale ze smutkiem widzę,
że brakuje mu już sił i chęci.
Dotknęła go ironia przypadku, zwykły pech, pomówienie,
ludzki błąd i ogrom nieszczęścia. Trudni to przeciwnicy.
Ile można w życiu od życia znieść?
…
Ale nie jest to smutna notka, bo ja wiem, że będzie z nim dobrze.
Uda mu się, uda.
Ma w sobie to COŚ.
…
I wtedy jego życie będzie poukładane jak płaty lasagne, o!
Li.
Takie tam… łóżkowe sprawy.
5 stycznia, 2013Za dwa tygodnie czeka mnie podróż do Ełku.
Popatrzyłam w Google, ech- zaledwie 519 kilometrów,
sześć godzin z postojem na kawę i wrócę tego samego dnia.
Po konsultacjach „z jeżdżącymi w tamte strony” już wiem,
że tak łatwo nie będzie,
postanowiłam więc jechać pociągiem- zaledwie osiem godzin,
wezmę sobie nową książkę J. Rowling i jakoś to przeżyję.
Ale niechętnie, niechętnie…
Co gorsza będę tam musiała jechać tydzień po tygodniu,
może są jacyś chętni na podróż z Krakowa?
Zrobimy imprezkę w pociągu,
z intymnymi zwierzeniami
w bladym świetle przedziałowych jarzeniówek w tle.
Z nowości donoszę, że padł mi kręgosłup,
ma ochotę tylko leżeć i pachnieć,
natarty więc rozgrzewającą maścią roztacza wokół mnie
charakterystyczny dla staruszek zapach kamfory.
Tak, dziś jestem starą kobietą i bardzo mam ochotę taką pozostać, przynajmniej mam usprawiedliwienie dla nie wychodzenia z łóżka,
kotów grzejących mnie z każdej strony,
wyciszonego telefonu i ogólnego „tumiwisizmu”,
który jest cudownym stanem nieprzejmowania się
nikim i niczym poza sobą oczywiście.
Miłego wieczoru!
Li.
I sok malinowy może być źródłem mocy:)
1 stycznia, 2013Racjonalna strona mej natury chwilowo odsypia (nie)szaleństwa ostatniej nocy, do ucha dochodzi więc ta, co z reguły głęboko ukryta przed wymagającym światem, a najbardziej ukochana i najbliższa- szalona, nieprzewidywalna i tęskniąca za jasną stroną życia- Ja,
mieszkająca we mnie Ja, ta Ja, która z konieczności wymuszonej względami ekonomicznymi, życiowymi i oczekiwaniem społeczeństwa zeszła do podziemia i czeka na znak do wyzwolenia.
Problemy kiedyś będą mieć swój kres i wtedy nastanie czas beztroski.
Ta myśl trzyma mnie przy życiu i pomaga w utrzymaniu swoich własnych lochów, tłoczę tam świeże powietrze,
przechowuję najlepsze pomysły i czekając na samowyzwolenie staram się przeżyć na powierzchni.
Nie wiem co przyniesie mi rok 2013.
Nie spodziewam się żadnych znaczących zmian, poza tymi których mogę sama dokonać, zwłaszcza po pokonaniu zbyt mocno ogarniającego mnie lenistwa.
Nie mam wygórowanych oczekiwań, mam tylko jedno życzenie- chcę być zdrowa, chcę by moi bliscy byli zdrowi, bo jak będzie zdrowie, to ze wszystkim innym dam sobie radę.
Pomarudzę, posmęcę, pojęczę, zwłaszcza na blogu, bo w realu na jęczenie nałożyłam embargo z wysokimi karami za jego złamanie.
Mam świetny humor, chce mi się znowu przenosić góry,
odganiam myśl, że to tylko złudzenie wywołane magią przełomu roku,
wolę myśleć, że to efekt ładowania baterii przez ostatnie dwa leniwe tygodnie, przytulania dzieci, głaskania kotów, picia niezliczonej ilości herbatek z imbirem, cytryną i sokiem malinowym mojej byłej teściowej-
jej już niestety nie ma w moim życiu, ale na szczęście dzieci wożą mi kontrabandę.

Dom pachnie dobrą energią,
choć nieżyczliwi powiedzą, że to lawendowy odświeżacz powietrza.
No cóż, wszystko można zracjonalizować, spospolicić,
spłycić i postawić w szeregu.
Ja wolę moją interpretację i nie dam jej sobie odebrać.
Dobrego dla Was!
Li.
Nie da się uciec od dzisiejszej nocy.
31 grudnia, 2012Trudny mam ten koniec roku,
ale przecież walczyć z trudnościami jest rzeczą ludzką.
Jest mi ciężko, ergo sum.
Zamknęłam się w sobie, uszczelniając system wypływu energii,
kumuluję ją jak bateria, jestem wdzięczna losowi za świetnie rozwinięty system samoratunkowy,
jego ukoronowaniem będzie zamówiona dziś wizyta u kosmetyczki,
kojący masaż dopełni dzieła odrodzenia się po raz kolejny.
Dom śpi, muzyka gra, na tę chwilę nic nie muszę,
odgrodziłam się od problemów kawą z mlekiem
i słońcem wpadającym w choinkowe bombki
(a zgodnie z jedynie obowiązującym nurtem dekoratorskim choinka ubrana jest w koty).

Nałożyłam embargo na czarne myśli ,
jestem dziś bezmyślnym bytem, który chce być szczęśliwym człowiekiem.
Ubieram się mentalnie w czerwoną sukienkę
i wbijam w zapomniane chwilowo przekonanie,
że to ja jestem kowalem własnego losu.
W 2012 roku nie miałam siły, by dźwigać kowalski młot
i zaledwie podtrzymywałam płomień w piecu,
ale przecież nie można tracić nadziei.
Sobie życzę minimalistycznie-odrobinę lepszego Nowego Roku,
a Wam hojnie-tego, czego tylko pragniecie.
Li.
Potwór i cud.
23 grudnia, 2012Mam dobrą koleżankę z ogromnym ogrodem,
w którym niegdyś sadziła malutkie, słodziutkie choinki.
Teraz ma przerażający gąszcz kilkumetrowych olbrzymów.
Choinkę obiecywała mi od początku grudnia,
ale jakoś tak puszczałam te słowa mimo uszu,
zbyt egzotycznym wydawało mi się ścięcie drzewka w ogrodzie,
przewiezienie do mnie,
mam przecież Kleparz na wyciągnięcie ręki
i zgrabne, hodowlane jodły czekające na klienta całą noc.
I właśnie zaplanowałam wczoraj,
że taką jodłę kupię w sobotę rano,
niedużą, jakieś metr pięćdziesiąt,
z wiotkimi gałązkami zniechęcającymi koty do penetracji od stojaka po czubek…
Tja…
Darowanemu koniowi nie zagląda się … itd, więc
wczorajszy późny, mroźny wieczór spędziłam na lodowatym wietrze,
usiłując bez wyrwania drzwi wydobyć z wielkiego auta A. jeszcze większą choinkę-potwora czterometrowego, będącego uciętym czubkiem siedmiometrowej jodły z grubym pniem.
Po godzinie stękań i sapań „drzewko” zaległo na chodniku przed kamienicą,
a A. odjechała koić gniew męża, wykończonego operacją wsadzania potwora do auta.
Nie czekała, aż moja opadnięta szczęka wróci do pozycji właściwej.
Zostałam z prezentem,
którego samodzielnie nie byłam w stanie nawet podnieść,
a co dopiero wnieść na trzecie piętro.
Wysokość mojego mieszkania to równe trzy metry,
ale to był szczegół przez A. pominięty.
W pakiecie dorzuciła mi jednak piłę i tą piłą,
tak tą właśnie piłą, po godzinie piłowania na parterze kamienicy,
gdzie udało mi się wtargać potwora przy pomocy Starszej,
upiłowałam z dołu metr, a z góry pół metra.
Walczyłam do drugiej w nocy i mam pod drzwiami zmasakrowane drzewko, którego nie mam odwagi wnieść do domu.
A darczyńca domaga się zdjęć…:)
Za to przydarzył mi się pierwszy wigilijny cud,
taki prawdziwy cud- jakieś dwa miesiące temu zorientowałam się,
że w dokumentach samochodowych nie mam
ani potwierdzenia ubezpieczenia, ani prawa jazdy.
Pierwsze podejrzenie padło na Policję, że nie oddała
jak bezczelnie i bez przyczyny zatrzymała mnie do kontroli.
No bo przecież nie gubi się prawa jazdy ot, tak!
Ciągle jednak nie miałam czasu na załatwienie tej sprawy,
albo też trwając w starannie pielęgnowanym cudzie niepamięci,
jeździłam bez dokumentów.
(I nie ma co pytać, na co liczyłam w razie „w”).
Wczoraj Starsza powiedziała mi,
że ma dla mnie prezent pod choinkę, który nic jej nie kosztował, bo został znaleziony przez jej przyjaciółkę Klaudię.
Ale że będę bardzo szczęśliwa.
Jak to prezent znaleziony? Dlaczego szczęśliwa?
Sami rozumiecie, że tak rozpalona moja ciekawość
nie mogła nie zostać zaspokojona NATYCHMIAST.
A odkąd dziecko zrobiło prawo jazdy i codziennie podbiera mi auto,
to zyskałam nową, wielką siłę nacisku.
Gdy zobaczyłam swoje prawo jazdy,
to jakbym schudła 20 kg od razu,
tak wielka była moja radość.
Prawko zostało znalezione w moim własnym aucie,
w bałaganie za przednim fotelem, co -po pierwsze-absolutnie skłania mnie do zrobienia niezwłocznego porządku,
bo kto wie, co tam może jeszcze zalegać, i -po drugie- stanowi wyraźny dowód, że cuda się zdarzają.
Wesołych Świąt dla Was!
Li.
Pokoncertowo.
22 grudnia, 2012Nie było mnie na koncercie dla Magdy,
ale mam z pierwszej ręki i wiadomości
i zdjęcie tortu pokoncertowego
(i jaka śliczna śfinka na tym torcie,
Aśka kwiczałaby z zachwytu:)
Udał się i koncert i tort, ilość sprzedanych biletów zawstydziła wszystkich sceptyków,
artyści dali z siebie wszystko,
co przełożyło się na ilość wzruszenia zatykającego gardła,
to był świetny początek przyszłej Fundacji „Chustka”,
niech moc będzie z Nimi, trzeba wspierać, sympatyzować,
w razie potrzeby działać i pamiętać, że to Ty możesz być następny.
…
Jestem do niczego, a mam być do wszystkiego.
Czy ktoś wie, gdzie w Krakowie
można kupić taki sprytny młynek do parmezanu?
Z uroczą korbką?
Szukam na prezent.
Li.
I kotu można zazdrościć.
21 grudnia, 2012
Są dni, gdy zazdroszczę własnym kotom wolnego,
nieskrępowanego, niczym nie zaburzonego snu.
Mam nadzieję, że gdy opadnie ze mnie kurz tygodnia
i adrenalina spali się samoczynnie
w płomieniu świątecznych świec,
będę mogła wejść do łóżka, wyłączyć telefony
i spać, spać, spać.
Ale cieszę się na te przespane Święta!
Li.
Bezsenność w Krakowie.
20 grudnia, 2012I znowu liczenie baranów nic nie pomogło, zmęczona bezproduktywnym leżeniem, modleniem się o sen
i ku zdumieniu zaspanych kotów,
wstałam i jakoś muszę dotrwać do rana.
(Nastawiłam pralkę i zmywarkę,
szumią kojąco zabijając nocną ciszę).
Dzieci śpią, pies ani nie drgnie,
tylko ukochany Bobcio wstał razem ze mną
i mrucząc od czasu do czasu,
porozumiewawczo mruży swoje dwukolorowe oczy.
(Ułożył się wygodnie na stosie ważnych papierzysk na stole
i swoim miękkim brzuszkiem od razu odjął im ważności).
Głaszczę go po aksamitnym futerku, mamy nocną sztamę niezakłóconą kocio-psią konkurencją.
Kilka ostatnich dni bardzo mnie zmęczyło, skacząca gorączka odebrała mi ochotę do pracy, choć z kronikarskiego obowiązku muszę zanotować fakt,
że gdy mam trzydzieści sześć i sześć pracować też mi się nie chce.
(Szkoda, że wszyscy z którymi mogłabym pogadać przez telefon-śpią).
Głęboka noc ma swój urok, ale z reguły szybko go traci,
a to na samą myśl o porannej konieczności wyjścia z domu.
Będę mieć podkrążone oczy i opóźnioną reakcję- mogę być łatwym łupem, ale na szczęście moi poranni przeciwnicy procesowi nie czytają mojego bloga.
(Czary-mary, mam taką nadzieję).
Li.
Idą, będą, przeminą, a narobić się trzeba.
18 grudnia, 2012Robię Wigilię. Pierwszy raz w życiu.
Oczywiście ma być niezwykła, magiczna,
a potrawy wigilijne mają wprowadzić gości w osłupienie nad moim kunsztem kulinarnym, gotowanie na ekranie oblige.
Będzie nasza trójka, mama, mój brat z narzeczoną
i Gabriel- Meksykanin z krwi i kości.
Siedem osób, plus pies i cztery koty.
Zrobiłam dziś listę potraw, na zielono zaznaczając te,
które pracowicie i w pocie czoła kupię w najgłębszej tajemnicy.
Te w czerwieni zrobię osobiście i mam w sumie na to wielką ochotę.
Na szczęście kartka jest głównie zielona…
Li.
PS. Szaruś jest w szoku-jak to? Nie będzie lepienia pierogów???
Kochaj bliźniego swego i jego kota też!
17 grudnia, 2012Mam nowe koty- dwa znalazłam dziś w skrzynce pocztowej,
z samiuśkiej Ameryki (ingrid, dzięki są prześliczne!),
a to śliczności malutkie jak orzeszek dostałam od Ani M.
(dla porządku podam, że to kot niemiecki).
Biało-niebieski sybaryta mnie rozkłada…
(A na tym szarym kocie wygląda jak uosobienie dolce far niente.
I leciutko perwersyjnie:).
Z zazdrością-Li.
PS. Bileciki :)
… (dłuuuga ta notka, więc skróciłam tytuł).
17 grudnia, 2012Każdy ma chyba już dość nasilających się
okołobożonarodzeniowo próśb o wsparcie kogoś i czegoś.
Ale nie da się nie zauważyć, że otacza nas wieniec nieszczęść,
z którymi nie da się walczyć- li i jedynie- siłą charakteru,
gdy potrzebne są pieniądze- nie na nowy krem pod oczy,
a na lekarstwo ratujące życie, czy niwelujące wyniszczający ból.
…
Obiecałam sobie solennie, że już nigdy nie będę angażować się w żadną pomoc na moim blogu.
Nie będę apelować, prosić, pośredniczyć i zbierać.
Ci co mnie czytają od dawna- wiedzą dlaczego,
Ci co mnie czytają od niedawna, wiedzieć nie muszą.
Nie, po prostu nie.
Żadnych więcej apeli, maili i notek za serce łapiących.
…
Ale człowiek musi wiedzieć, że może liczyć na drugiego człowieka i nawet od solennych obietnic zwalnia stan wyższej konieczności i zwyczajne poczucie, że to ja przecież mogę być następna- na kogo wypadnie, na tego bęc, nie mam żadnej gwarancji, że nie zachoruję na raka. Żadnej.
Bo obliczu tej właśnie choroby stoi się przed murem z napisem NFZ, obowiązuje kolejka i przestarzałe procedury.
Wiem, co piszę, bo wiem, ile starań naszej- było nie było-lekarskiej rodziny wymagało leczenie Ilonki.
Ta wiedza budzi mój strach.
…
Będąc więc człowiekiem, nie mogę być obojętna.
…
Pamiętam też dobrze swoją bezsilność, gdy ból był tak wielki, że nie do ukojenia.
…
Lubię Magdę, nawet bardzo ją lubię.
Jest ciepłą, dobrą kobietą.
Mieszka w małym miasteczku, ma niewielkie możliwości.
…
Ludzie „znający Chustkę”, na czele z Piotrem, jej Niemężem, choć mężem, chcą przekuć chustkowe nieszczęście na coś naprawdę wielkiego- Fundację zajmującą się walką z bólem
i pomocą ludziom chorym na raka.
W projekt zaangażowało się wiele osób.
Rejestracja Fundacji w KRS-ie wymaga czasu, na razie działa Akcja „Chustka” i w ramach tej właśnie akcji organizowana
jest pomoc dla Magdy.
…
W piątek 21 grudnia w Warszawie odbędzie się koncert,
z którego dochód w całości zostanie przekazany na rzecz Magdy- bilet kosztuje 100 złotych i całe 100 złotych dostanie Magda. Fundacja „Alivia”, której Magda jest podopieczną nie pobierze od wpłat żadnych prowizji, zwyczajowo pobieranych na działalność statutową Fundacji.
To samo dotyczy portalu e-bilet.
Zapytacie na co? Przeczytajcie tu.
…
Nie trzeba jechać na ten koncert, choć oczywiście wspaniale byłoby zobaczyć pełną salę.
Ale trzeba kupić bilet, można złożyć się na niego w kilka osób,
nie wierzę, że nie da się tego zrobić.
Pięć osób to dwadzieścia złotych na osobę…
…
W sobotę do pociągu z Warszawy do Krakowa wsiadła panistarsza -Kinga wraz z Agnieszką Olejnik, przyszłym Prezesem Fundacji Chustka.
W przedziale były już dwie kobiety, które nie zwracając uwagi na innych, rozmawiały o sprawach firmowych, podwyżkach, zwolnieniach, korporacji…
w pewnym momencie zmieniły temat i jedna z nich zaczęła opowiadać drugiej o jakimś koncercie,
o dziewczynie która ma raka, małą córeczkę, nie ma pieniędzy na leczenie,
o tym, że jej znajoma aktorka organizuje ten koncert od strony artystycznej,
druga kobieta wyciągnęła 100 złotych i poprosiła o kupno biletu,
choć nie będzie mogła przyjść…
Kinga z Agnieszką nie mogły uwierzyć w to co słyszą, to była jakaś magia,
w końcu nieśmiało przyznały,
że one też są od tego koncertu, wzruszenie, z tamtej strony deklaracja większej pomocy…
…
Opowiadały mi o tym zdarzeniu w sobotnie popołudnie w mojej ulubionej knajpce na Kazimierzu, siedziałyśmy nad kawą
i innymi pysznymi, o których nie wspomnę
i zgodnie uznałyśmy, że to był ZNAK.
…
Li.
Ten weekend będę opisywać przez kilka dni.
17 grudnia, 2012Dużo by opisywać, zostawię to sobie na potem,
ale tego jednego nie zostawię: Ania M. doprowadziła mnie
do stworzenia definicji gościa doskonałego-
ma być taki jak Ona.
Gość doskonały bez znudzenia głaszcze psa i honoruje wszystkie koty.
Gość doskonały, gdy zauważa że gospodyni po nocnych przejściach
z 40-stopniową gorączką dziecka i alarmowym telefonem
dzwoniącym o wpół do czwartej rano,
w samo południe zasypia na kanapie,
na chwilę tylko przykładając głowę do jednej z poduszek,
to lekceważy konieczność zdążenia na pociąg o 12.55,
kładzie się cichutko i zasypia obok.
…
Na szczęście zdążyłyśmy na pociąg o 15.00.
:)
Li.
Realnie smaczna sobota.
15 grudnia, 2012Przekręty blogowe to jedno, a życie to drugie.
Mam dziś szczególną sobotę, bo pod wieczór wpada na kolację
z jutrzejszym śniadaniem Ania M, której blog jest dla mnie źródłem nieustannej zazdrości- bo pytam, jak można, jak można tak smakowicie kondensować słowa i jak można robić TAKIE zdjęcia?
A w południe zupełnie niespodziewanie staję do raportu przed Kingą-paniąstarszą, która przyjeżdża do Krakowa w sprawach Fundacji Chustka, razem w dodatku z samą Prezeską.
Zerwałam się więc z łóżka przed południem, co stanowi pogwałcenie świętej soboty, ale jednocześnie jest wyrazem mojej miłości do tej kobiety,
muszę być zwarta, gotowa i czekać na sygnał.
Tym samym oddalam się truchtem z zadyszką od spraw blogowych,
niech się wydzieje to co ma się wydziać, my wiemy, oni też wiedzą, najważniejsze być w zgodzie z własnym sumieniem.
Miłej soboty Wam życzę!
Li.
Causa finita.
14 grudnia, 2012Namawiałam, prosiłam, nudziłam, przypominałam (i nie-),
zależało mi. Bardzo mi zależało.
Ale nie zależy mi aż tak, by nisko upaść i działać metodami przeciwnika.
Pierwsza myśl była taka- pobić ich własną bronią.
Ale druga myśl jest taka- nigdy nie równaj w dół w stronę dna.
I dlatego odpuszczam, z wielkim żalem odpuszczam,
nie głosujmy przez proxy i Tora, nie ma to najmniejszego sensu,
do dnia dzisiejszego na blog Precla zagłosowało wielu ludzi,
trzeba to uszanować i nie profanować ich głosów sztucznym nabijaniem statystyk.
A blog prowadzony przez Gosię, to naprawdę świetny blog,
od sześciu lat pisany z tą samą lekkością i polotem
o sprawie bardzo trudnej, niewyobrażalnie trudnej- nieuleczalnej chorobie dziecka.
Stanowi jednocześnie źródło informacji dla osób w takiej samej sytuacji.
Kiedyś napisała do mnie pewna kobieta,
która ode mnie trafiła do Precla i tam przeczytała notkę
o nosicielstwie chorób genetycznych.
Akurat była na etapie życia,
w którym starała się o dziecko i pod wpływem słów Gosi,
zrobili z mężem badania genetyczne.
Okazało się, że obydwoje noszą w sobie gen,
który dałby im chore dziecko, ze stuprocentową pewnością.
Zdecydowali się na adopcję.
Jest mi bardzo przykro, ale przecież taki właśnie jest ten nasz świat-
pełen oszustw, cwaniaczków i drobnych kanciarzy.
Niech im będzie, niech wygrają, z jakiegoś powodu uważali, że zwycięstwo im się należy.
Niezależnie od tego jak gorzki będzie mieć smak,
bo czy można cieszyć się z takiej wygranej?
Wygrać głosami wirtualnych IP, to dopiero satysfakcja!
A Ty Gofer jesteś najlepsza, ja Ci to mówię :)
Li.
PS. I zrobiła się afera, widocznie taki już mój los…
W tym samym miejscu, dziesięć lat później.
14 grudnia, 2012Dziesięć lat temu.
Sprawa rozwodowa, reprezentuję pozwanego- młodego mężczyznę,
powódką jest 26-letnia, pewna siebie, atrakcyjna, wyszczekana kobieta.
Z niezrozumiałych przyczyn zajadle walczy
o każdą godzinę kontaktu ojca z synem.
Nie, bo nie. Na złość.
Dziś, reprezentuję tego samego mężczyznę,
naprzeciwko ta sama kobieta, choć inna,
schowana w sobie, ze zniszczoną, obrzękniętą twarzą,
ma rozbiegane oczy,
rzadkie, mysie włosy, drżą jej ręce.
Wyszła właśnie z odwyku.
Syn, o którego „dobro” tak walczyła,
cztery lata temu Policja przywiozła do domu ojca,
bo ona była w stanie kolejnego upojenia alkoholowego.
Jej konkubent z wyrokiem za znęcanie się,
ma zakaz zbliżania się do niej i do dwójki ich dzieci,
dzieci- dwa biedne maluchy,
kolejny raz jej odebrane, są w rodzinie zastępczej,
syn-ten z małżeństwa z moim klientem, nie chce jej widzieć.
Zrujnowane życie? Ma dopiero 36 lat.
Solennie przysięga, że nigdy już nie sięgnie po alkohol.
Skończyła trudne studia, a dorywczo sprząta,
o ile ktoś da jej pracę.
Obserwuję ją, widzę jak bardzo się wstydzi.
Nie jest mi jej żal.
Nie czuję empatii.
Skrzywdziła swoje dzieci, to nie-wy-ba-czal-ne.
Sąd pozbawił ją dziś władzy rodzicielskiej,
z punktu widzenia prawa nie może już decydować o swoim dziecku.
Z punktu widzenia dziecka… ech…
Li.
PS. Precel! Ja tylko nie przypominam:)
Kurczę, niewiele nam brakuje do pierwszej pozycji,
ogłaszam pełną mobilizację, jeszcze tylko dziś i jutro, pamiętajcie, by głosować też z telefonów,
wiele z Was ma internet w telefonie, prawda?
Wchodzimy na bloga Precla, na pomarańczowy banerek na końcu każdej notki, klikamy jeden i drugi raz,
a potem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku
przytulamy się do swojego dziecka/kota/psa/fretki/kobiety/mężczyzny/cioci/wujka/siebie samego.
I absolutnie zniewalamy swym urokiem wszystkich znajomych,
by głosowali! Na pewno Wam się chce!
A Ci co nie mają uroku, działają siłom i godnościom. Osobistom.
Blog Precla jest jednym z piękniejszych świadectw rodzicielstwa,
wzrusza mnie. Do łez.
Poranne zapienienie.
13 grudnia, 2012Wstałam, włączyłam ekspres, poszłam pod prysznic,
wróciłam, dom pachniał już kawą, wzięłam do ręki mleko,
wlałam je do dzbanuszka, spieniłam, wlałam do kubka,
dolałam kawy, z niecierpliwością łyknęłam,
zszokowałam kubki smakowe, wyplułam, sprawdziłam,
spieniłam kefir, przynajmniej już wiem,
że kefir też potrafi się zapienić.
Zapieniłam się razem z nim, okulary są mi już niezbędne.
Tak zaczął się mój dzień…
Ale będzie tylko lepiej.
(Widać słońce przebijające się przez smog).
Za dwie godziny będę na kawie z Gosią, Mamą Precla
(głosujecie? Głosujemy!).
Bo inaczej nie spojrzę Jej w oczy:)
Li.
Opublikował/a Li 









