Robię wszystko,

by zmienić krakowski za szybki, niszczący tryb mojego życia w kalabryjski plaster miodu na skołatane nerwy- bez pośpiechu, z wczesnym kładzeniem się do łóżka i pobudką o szóstej rano. Do ideału- czyli piątej rano nawet nie śmiem dążyć, musiałabym przestać czytać wieczorami, nie zrobię sobie tego. Ale i ta szósta godzina dnia ma swoje cudowne właściwości, całkiem spokojnie wypijam drugą kawę i mam przed sobą cudowny dzień!

Lidia namalowała dla mnie dwa nowe obrazy! Oba to moje miasteczko! Ściany czekają, a mam już przecież miejscowego ramiarza, ściągnę je z blejtramów, zroluję i prześlę do siebie Inpostem. Los jest bowiem tak łaskawy, że ustawił kalabryjski paczkomat Inpostu dwadzieścia kilometrów ode mnie. Paczkomat jak prawdziwy południowiec ma godziny sjesty, bo znajduje się w sklepie, ale co tam, ważne że jest i że moja pierwsza testowa paczka, której w aplikacji dałam imię „Pierwsza Kalabrystka” doszła po sześciu dniach. Same plusy- przesyłka kosztuje tylko 53 zł, a walizka kabinowa, w której niewiele zmieszczę to wydatek 123 zł, paczką mogę przesłać 25 kg! Pakuję więc książki, kosmetyki, prezenty, tynk dekoracyjny, szablony, pacę wenecką itp, naoglądałam się filmików na YT i mam zamiar zostać tynkarką, bardzo mnie to kręci!

Kilka dni temu pierwszy raz w życiu użyłam szlifierki, wyszlifowałam krzesło i pomalowałam je na niebiesko, jakie to bylo relaksujące i twórcze.

Wszystkiego można się nauczyć, oglądam tutoriale i mozolnie, bo jestem manualnym beztalenciem brnę przez kolejne etapy szlifowania, wkręcania, a za chwilę i wiercenia. Tak, nauczę się wiercić i przestanę wiercić bratu Riny dziurę w brzuchu. Biedak, wywiercił mi już kilkadziesiąt dziur, a to przecież nie koniec. Bardzo, bardzo chcę sama zrobić tynki dekoracyjne, mam piękne szablony, jakie to pole do wyobrażni, gdy przebrnie się przez prozaiczne sprawy typu gruntowanie ścian. Będę mieć co robić podczas zimowych wyjazdów. Plany są! Najważniejsze jest mieć plan, choć przecież zostawiam spory margines na życiowe niespodzianki, którymi los obdarza mnie w nadmiarze, co uderza rykoszetem w moich bliskich, czasem sobie myślę że mój pech jest naprawdę zaraźliwy. Wiadomo, że póki co wychodzę cało ze wszystkich opresji, ale czy to będzie trwało zawsze? Przedwczoraj Gusia z Michałem jechali na lotnisko w Katowicach, odwoziła ich matka Michała i złapali gumę na A4 w okolicach Jaworzna. Ponieważ było to auto Michała, to nikogo nie zdziwił brak zapasowej opony (w bagażniku zamiast opony jest akumulator, bo to hybryda plug-in). Opona okazała się być przeciętą, więc doraźne środki jej naprawy nie działały. Czas nieubłaganie gnał do przodu, kurczył się czas do odlotu, Gusia do mnie zadzwoniła w panice, a ja sobie przypomniałam, że w pobliskim Chrzanowie jest człowiek, który po tym jak mu pomogłam, powiedział, że zrobi dla mnie wszystko. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: „nadszedł czas spłaty długu, Panie Edwardzie”. Jak tylko wyszedł ze stanu przedzawałowego, to natychmiast wsiadł w auto i odwiózł towarzystwo na lotnisko, a matka Michała ogarnęła lawetę i zajęła się autem. „Uratowałaś nas Mami”, powiedziała mi Gusia, „Pan Edward jechał jak szatan”. Na lotnisku byli na 50 minut przed odlotem, zdążyli na samolot. „Wszędzie masz swoje macki”, kolejny raz powiedziała mi Starsza, co zawsze mnie bardzo śmieszy, ale to jest prawda! Znam tak wielu ludzi i na tak wielu ludzi mogę liczyć, że rozlewa się to na cały świat. Życzliwość ludzka jest wspaniała, trzeba tylko mocno w nią wierzyć i walczyć ze złymi tego świata.

Zawsze jak jadę do mojego domku, staję w Marinie i witam się z morzem. Kocham tę księżycową drogę. Jest jak moje życie, idzie prosto do końca, ale po drodze tyle meandrów, tyle drobnych wysepek spraw i sprawek, tyle ludzkich kropek, trzeba się zauważać, lubić, kochać, pomagać, przytulać.

Li

PS. Gwoli wyjaśnienia- nigdy nie robię zdjęć pod bloga. Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszego rodzinnego czatu, gdzie jest nasza trójka. Dokumentujemy tam co robimy, to jest kilkadziesiąt wiadomości dziennie, nazwa jest lekko dla mnie kompromitująca, ale bardzo śmieszna- Jęki Klusencjusza. Tak, Klusencjusz to ja. W opisie Starsza napisała: miejsce. gdzie Klusio(dalej to ja:D) sobie pojękuje(oraz okazjonalnie inni ludzie, którzy także mają do tego prawo, bo Klusencjusz nie ma monopolu na jęczenie).

Przy takich córkach nigdy się nie zestarzeję!

8 Responses to Robię wszystko,

  1. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    Moniko, o jakim „zaraźliwym pechu” Ty w ogóle mówisz? ❤️ Przecież jest dokładnie odwrotnie.

    Nie dość, że sama wszystko przygotowujesz, urządzasz, upiększasz i robisz, co możesz, żeby Twoje córki pokochały to miejsce i przyjeżdżały właściwie na gotowe, to jeszcze bierzesz na siebie odpowiedzialność za to, że samochód złapał gumę na A4? No daj spokój! 😘

    Popatrz na tę historię inaczej. W trudnej sytuacji błyskawicznie znalazłaś rozwiązanie, przypomniałaś sobie o właściwym człowieku, zadzwoniłaś i uruchomiłaś pomoc. Zdążyli na samolot. Czyli gdzie tu pech? Ja widzę raczej ogromne szczęście w nieszczęściu.

    A nawet można pomyśleć jeszcze inaczej: może ta przecięta opona zatrzymała ich właśnie w tym miejscu i w tym czasie, żeby nie wydarzyło się coś znacznie gorszego kawałek dalej? Tego nigdy nie wiemy.

    Więc żadnego „zaraźliwego pecha”.
    Ja bym powiedziała, że masz raczej zaraźliwy talent do wychodzenia z opresji. I tego się trzymaj!

    • Li's awatar Li pisze:

      Moje córki w przeciwieństwie do mnie pracują na etacie i nie mogą sobie jechać kiedy chcą. Ale pamiętajmy o tym, jak obie przyjechały na samym początku naszej włoskiej drogi, jeszcze do pierwszego domu i odwaliły potężny kawał roboty, skrobiąc ściany i usuwając wiekowego grzyba zza szafy… w sumie u nas w domu jest pewien podział na koncepcyjność i wykonanie:D A że miały przy tym łzy w oczach to inna sprawa, bowiem obie mają fobię zarazkową. W przeciwieństwie do mnie :D Myślę, że Gusia już kocha nasz domek, Karolcia jeszcze nie miała okazji go zobaczyć po remoncie, ale przyjdzie i na nią pora. A co do pecha, to naprawdę go mam. Ale jeszcze większą mam siłę przetrwania i umiejętność szybkiej reakcji i tylko dzięki temu jeszcze żyję:D Ważne, że wszystko dobrze się skończyło i Pan Edward stanął na wysokości zadania:))) Niech żyje w zdrowiu długo i szczęśliwie! I tak, masz rację- nigdy nie wiadomo, dlaczego ta opona padła akurat na tym kilometrze autostrady, też wierzę w igraszki losu.

  2. M.'s awatar M. pisze:

    Cudne obrazy! Jak się przeprowadzałam z małego mieszkanka do własnego niewykończonego domu, to też miałam taki zapał i entuzjazm, tak że doskonale Cię rozumiem :). Niech Ci się tam wspaniale mieszka!

  3. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    Bardzo podoba mi sie Twoj entuzjazm. Ja tez wierze ze wiecej jest dobrych ludzi niz zlych. Duzo radosci znauki szlifowania.

  4. teatralna's awatar teatralna pisze:

    achacha Klusencjusz mnie powalił 😂

    a ja robię zdjęcia bo mam taki imperatyw wewnętrzny ale jest oczywiście różnica, i to spora pomiędzy zdjęciami technicznymi, jak je nazywam, dokumentujących postęp w pracach. wiadomo.

    i wiadomo, że obrazy bardzo, bardzo.

    • Li's awatar Li pisze:

      Kocham swojego Klusencjusza:)

      Nie umiem robić ładnych zdjęć, bardzo nad tym boleję. Czasem jednak wyjdzie mi coś pięknego, bo widok jest taki, że nawet ja go nie zepsuję i moje córki są wtedy w szoku :D

      Obrazy Lidii są cudowne!

Dodaj komentarz