więc od tyłu.
5 ostatnich dni z weekendem w Kalabrii dostarczyło mi kontentu na kilka notek. Zacznę od końca, bo to co zrobiłam dzisiejszej nocy wpędziło mnie w poczucie winy i szukanie odpowiedzi na pytania, czy to już czas zacząć się o siebie martwić? Czy to koniec Moni-Wielkiego Ogarniacza Rzeczywistości, ze Skłonnością do Ryzyka, ale z Wielką Ilością Szczęścia? Muszę ubrać w słowa i spróbować zrozumieć, co właściwie się stało i jak temu przeciwdziałać.
Wylądowałam o pierwszej w nocy w Krakowie i poszłam po odbiór walizki. Musiałam ją zabrać z Kalabrii, bo wywożąc tam pięć naszych dużych walizek zagraciłam schowek i pozbyłam się dużej walizki w Krakowie. Nocne loty są męczące, byłam senna i marzyłam o łóżku. System wypluł moją walizkę jako jedną z pierwszych, złapałam za rączkę, poszłam na parking, gdzie czekała na mnie moja Karolcia, nota bene przyleciała z UK trzy godziny przede mną. Wpakowałam walizę do auta, usiadłam, wzięłam do ręki kubek z herbatką (kochane dziecko) i gadając pojechałyśmy do domu. Pół godziny później, o wpół do drugiej w nocy zadzwonił mój telefon i padło pytanie: czy Pani ma swoją walizkę?
Walizka w bagażniku NIE BYŁA MOJA!
Szok.
Zawróciłyśmy na lotnisko, no i tu zmaterializował się mój dramacik: otóż przemiłej kobiecie z małym dzieckiem buchnęłam walizkę, która w dodatku miała do uchwytu przywiązaną jakąś szmatkę (czego nie zauważyłam), była bardzo zniszczona (czego nie zauważyłam), była innej marki (czego nie zauważyłam), a jedyne co ją łączyło z moją walizką to kolor srebrny.
Do tego kobieta była po prostu miła, a miała pełne prawo mnie zabić. Dzidziuś był rozkoszny, uśmiechał się do mnie, nie wiedząc, że to przeze mnie tkwił godzinę na lotnisku. Przepraszałam jak umiałam, ale sama jestem na siebie wściekła i mam poczucie, jak bardzo zawaliłam i jak bardzo zawiodłam samą siebie. (Pakując się wczoraj, miałam myśli o ryzyku pakowania akt do nadawanej walizki, ale szybko je odgoniłam. A przecież gdyby kobieta się nie zorientowała, to… strach pomyśleć! A w walizce moje akta, sery, czerwona cebula z Tropei i książki do włoskiego).
Czy to już? Czy zacznę robić TAKIE błędy? Zapominać? Gubić się?
Mam w sobie tyle lęku! Nie chcę skończyć z Alzheimerem jak moja mama, ćwiczę umysł, uczę się włoskiego, nie piję ani kropli alkoholu, nie palę, wydaje mi się, że ciągle jestem bystra, a jednak… Nie mam usprawiedliwienia, bardzo mi z tym źle. I chociaż wszystko dobrze się skończyło, to sam fakt, że sprawiłam kobiecie tyle kłopotu, przysporzyłam stresu, że nie za-u-wa-ży-łam, wpędza mnie w ponure myśli i smuteczek.
Jeszcze ta szarość i zimno!
Li
PS. Ściana przy schodach:





Niedługo zabraknie mi ścian.
A te cztery akwarelki z kotami kupiłam w Hong-Kongu w 2008 roku, przeleżały między książkami i nareszcie znalazły swoje miejsce.



