ostatniego weekendu potrwa kilka dni. Nie dlatego, że był szczególnie wybitny, choć na pewno był zaskakujący, ale dlatego że przekroczyłam nieprzekraczalną do wczoraj granicę pomiędzy ogarnianiem i nieogarnianiem, nagle poczułam, że dzieli mnie tylko cienka, czerwona linia od bycia roztrzepaną staruszką. Muszę więc ubrać w słowa to uczucie bezradności i spróbować zrozumieć, co właściwie zrobiłam dzisiejszej nocy.
Zacząć muszę od końca mojej podróży- wylądowałam o pierwszej w nocy w Krakowie i poszłam po odbiór walizki. Musiałam ją zabrać z Kalabrii, bo wywiozłam tam pięć naszych dużych walizek i w domu nie było już ani jednej. Byłam zmęczona i senna, ostatnio dbam bardzo o swój sen i pierwsza w nocy ścina mnie z nóg. System wypluł moją walizkę jako jedną z pierwszych, złapałam za rączkę, poszłam na parking, gdzie czekała na mnie moja Karolcia, nota bene przyleciała z UK trzy godziny przede mną. Wpakowałam walizę do auta, usiadłam, wzięłam do ręki kubek z herbatką (kochane dziecko) i gadając pojechałyśmy do domu. Pół godziny później zadzwonił mój telefon, zdziwiona odebrałam, a Pan mnie zapytał, czy mam swoją walizkę.
Bo walizka w bagażniku NIE BYŁA MOJA!
Szok.
Zawróciłyśmy na lotnisko, no i tu się zaczyna mój dramacik: buchnęłam przemiłej kobiecie z małym dzieckiem walizkę, która w dodatku miała do uchwytu przywiązaną jakąś szmatkę (czego nie zauważyłam), była bardzo zniszczona (czego nie zauważyłam), była innej marki (czego nie zauważyłam), a jedyne co ją łączyło z moją walizką to kolor srebrny.
Do tego kobieta była po prostu miła, a miała pełne prawo mnie zabić. Dzidziuś był rozkoszny, uśmiechał się do mnie, nie wiedząc, że to przeze mnie tkwił godzinę na lotnisku. Przepraszałam jak umiałam, ale sama jestem na siebie wściekła i mam poczucie, jak bardzo zawaliłam i jak bardzo zawiodłam sama siebie- Ogarniacz przestał być Ogarniaczem.
Do tego wszystkiego pakując się wczoraj, miałam myśli o ryzyku pakowania akt do walizki, ale szybko je odgoniłam. A przecież gdyby kobieta się nie zorientowała, to… strach pomyśleć! Akta i sery!
A w sobotę wracając z Sycylii, nadkładając dwie godziny drogi przyjechał do mnie mój nauczyciel włoskiego-Achillus. Pierwszy raz zobaczyliśmy się na żywo, niesamowite przemiłe spotkanie, świetny wieczór, nocował u mnie, a łażąc w niedzielę po moim miasteczku mieliśmy przeciekawe spotkanie, ale o tym cdn. Muszę ochłonąć i wrócić do szarej rzeczywistości, jest tak zimno! W Kalabrii było cudownie miękkie, ciepłe słońce, bez upału, otulająca woda w morzu i absolutny spokój. Tego mi trzeba, oprócz błękitnego nieba. Ten spokój mnie koi i daje paliwo na przetrwanie do następnego przyjazdu, będę tam w październiku na całe osiem dni!
Li