Nieustannie trwa moja

cicha, przypudrowana wojenka ze stolarzem Agazio. Zaciskam zęby i staram się, naprawdę staram być miła i uprzejma, z uśmiechem przyjmuję kolejne opóźnienia, czekam w domu, bo będzie „na pewno”, a oczywiście nie przychodzi. To miły człowiek, ale mam z nim bardzo złe doświadczenia. Kuchnia miała być gotowa w maju, potem w czerwcu, potem postawiłam sprawę na ostrzu noża i przymuszony koniecznością zwrotu zaliczki część mebli zaistalował w lipcu, ech…

W sobotę nastał wielki dzień montażu półek nad kaflami. Przyszedł z synem, zostawiłam ich na chwilę i oczywiście co mogło pójść nie tak? Agazio za nic ma symetrię, powiesił podpory półek na oko, wwiercając się oczywiście w kafle, dość w dodatku nieudolnie bo dwa z nich pękły. A mnie pękło serce i cierpliwość. Musiał przesunąć jedną podporę, zostały dziury po wkrętach, ale jakoś je załatam, bo nie mam siły do kolejnego wydłubywania trzech płytek i wsadzania nowych, trzeba zacząć odpuszczać, bo tej wojny nie wygram.

Postanowiłam, że sama odnowię schody. To nie może być takie trudne. Nie wyobrażam sobie jednak zlecić tego Agazio, przecież zostałabym bez schodów na długie miesiące. A innego stolarza nie ma.

Tyle się wydarzyło przez 4 dni w Kalabrii, wszystko pamiętam, a ostatnie 4 dni w Krakowie zlały mi się w jedną całość, nie wiem co było we wtorek, a co w środę, dziś jest już sobota, tam żyję wolniej, ale intensywniej, pamiętam każdy dzień, tu żyję szybko, ale byle jak, zadaniowo, nieuważnie, zabijam swój czas.

Li

Dodaj komentarz