Żyję,

ale z trudem. Znowu wzięłam na siebie dużo za dużo, trochę mnie to przytłacza. Pisałam już o tym, że mam teraz dwa życia, pierwszym życiem muszę zarobić na pierwsze i drugie życie, a drugie życie spowodowało skurczenie się czasu pierwszego życia. Nie ma bezwzględnego szczęścia, ale mój włoski entuzjazm ciągle pcha mnie do przodu, ciągle jest napędem, ciągle się nim karmię, póki tak jest, to daję jakoś radę.

Tydzień w Kalabrii był wspaniały. Posadziłam na tarasie cztery bugenville, a miejscowy krawiec Fortunato uszył mi zasłony.

Nie mógł zrozumieć o co mi chodzi z troczkami do wiązania, rany boskie ale się namęczyłam, by mu to wyjaśnić. Ale się udało!

Domek zaczyna trochę pękać w szwach, bo nie umiem oprzeć się kolejnym pięknym przedmiotom. Były u mnie dwie moje dobre koleżanki, jak one wpadły do sklepu z używkami, to łupy były wspaniałe, nie mogę się nimi nacieszyć.

Ten duży dzban (naprawdę ogromny) kupiłam za 10 euro! Mniejszy za 6 euro, a ten malutki dostałam w prezencie.

Talerz z gruszką, ujmująco piękny kosztowal mnie 4 euro.

To cudo poniżej kupiłam za 5 euro.

A ten komplecik (portacatino) kiedyś był wyposażeniem sypialni i służył do mycia. Od dawna takiego szukałam. Bez wahania zapłaciłam za niego 40 euro, zbijając cenę z 60!

Moje kinkiety i lampy dostały abażurki. Wstydzę się tego, ale kupiłam je na Temu.

Zdjęcia tradycyjnie beznadziejne.

Mam przed sobą bardzo intensywny okres w pracy, ale potem lecę i będę w Kalabrii na swoje urodziny. Robię miejscową imprezę, zaprosiłam wszystkich włoskich znajomych bliskich mojemu sercu, przylatują moi przyjaciele z Turynu, będzie 17 osób!

Jakoś przetrwam ten straszny dla mnie dzień, bo serio- 59????

Li

Skomentuj