A co na to Lec?
Kiedy człowiek pokona przestrzeń międzyludzką?
PRZYDATNE INFORMACJE:
Pampersy 4+, od 9-20 kg.
Ciuchy na malucha 82 cm.
Dziewczynka ma 1,34 cm, jest bardzo szczupła
Chłopiec ma 1,28 cm, również szczupły
mleko Gerber 2
zupki i deserki wszystkie od 5 i 6 miesiąca życia.
Klepali razem biedę, ale umiarkowaną. Nie stać ich było na przyjęcie komunijne dla córki, ale nie brakowało na jedzenie. Piotr zarabiał pracując na dwóch etatach, Sylwia zajmowała się domem i dziećmi, ot przeciętna rodzina.
15-go grudnia 2010 roku Piotr nagle i niespodziewanie został aresztowany na trzy miesiące, podobno za udział w tzw. aferze paliwowej. Trudno mi w to uwierzyć, sądzę że jest to jak zwykle pomyłka organów ścigania, to jest zwykły kierowca, dopuszczam jedynie możliwość, że został wplątany w coś wbrew swej wiedzy i woli. Jakiekolwiek jednak nie byłyby przyczyny aresztu, Sylwia została sama z dziećmi.
Dawała sobie radę przez kilka dni, aż przed Świętami pękła i przyszła do mnie. Bo nie miała do kogo.
Nie miała też na bilet tramwajowy i z głębokiej Huty do centrum miasta przyszła na nogach z dzieckiem w wózku. Kto zna Kraków to wie, jaka jest to odległość.
Dałam jej trochę pieniędzy, kupiłam zapas pampersów, jedzenie, zupki dla niemowląt, itd i zbadałam sytuację.
Jest bardzo źle:
Nie ma żadnych pieniędzy. Jej matka nie żyje, ojciec mieszka w małej wsi gdzieś na Pomorzu i nie może na niego liczyć, pomimo że będąc byłym wojskowym, ma wysoką emeryturę. Ale pije.
Bliższej rodziny w postaci babć, dziadków i ciotek brak, jej siostra ma 19 lat i jeszcze się uczy.
Koleżanki są, ale są to głównie poznane na placu zabaw inne matki, nie ma przyjaciół, za krótko mieszkała w Krakowie, by nawiązać jakieś mocniejsze więzi.
Matka Piotra mieszka ze swoją matką, obie w sumie mają 1700 złotych z emerytury i renty, z czego 1300 złotych wydają na mieszkanie. Od czasu do czasu przynosi Sylwii jakąś bieda-zupkę, ale jest schorowana i sama wymaga opieki, nie można zostawić z nią dziecka i iść do pracy.
Opieka społeczna opłaca dzieciom obiady w szkole.
Czynsz za styczeń wraz z mediami wynoszący 1200 złotych zapłaciła, bo miała na ten cel na szczęście wcześniej odłożone pieniądze. Za luty już nie ma.
Córka zachorowała i nie miała na leki.
Powiedziała mi, że kilka razy dziennie otwiera pusty porfel, jakby miał stać się cud.
Napiszę Wam tak:
nie jestem w stanie sama utrzymać jej z trójką dzieci.
Potrzebne są pieniądze na mieszkanie i na niezbędne rzeczy dla półrocznego dziecka, typu pampersy, mleko i zupki, dla dziesięcioletniej dziewczynki wyglądającej jak mały elf i dla siedmioletniego chłopca.
Znam Sylwię od dwóch lat, widzę jak walczy z losem.
Na rodziców męża nie może liczyć, są na nią obrażeni, tak na wszelki wypadek, żeby nie prosiła ich o pomoc. Mimo wszystko poprosiła- odmówili, bo cytuję: „im samym jest ciężko”.
Sylwia ma trzydzieści lat, a wygląda jak szesnastolatka. Prawie jej nie ma.
Ujmuje mnie swoją troską o dzieci i miłością do nich. Ona niczemu nie jest winna, poza winą w wyborze męża.
Może niedługo, za dwa -trzy miesiące uda się dostać alimenty z Funduszu Alimentacyjnego, jak tylko komornik nareszcie weźmie się do roboty, przestanie bezsensownie szukać jej męża, tam gdzie go nie ma i wyda postanowienie o umorzeniu postępowania o egzekucję alimentów . Mamy wydane przez sąd zabezpieczenie alimentów na tysiąc złotych.
Sylwia dziś wieczorem dowiedziała się, że jej ojciec jadąc autem pod wpływem alkoholu potrącił 74-letniego jadącego prawidłowo rowerzystę, który poniósł śmierć na miejscu.
Ojciec jest aresztowany, grozi mu kilka lat kary pozbawienia wolności, a rowerzystą był dziadek chłopaka jej siostry. Tak to sobie wymyślił los.
Załamała się zupełnie.
Kilka dni temu poprosiłam, by założyła sobie konto.
Jest w tak prawdziwej desperacji, że pozwoliła mi podać swoje nazwisko:
Sylwia Hala, Kraków, nr rach: 65 1050 1445 1000 0090 7055 3459
Może ktoś z Was wpłaci 10 złotych, 20, a może nawet i 50?
W lutym zapłacę za wynajem jej mieszkania, a z Waszych wpłat może uzbiera się na jedzenie dla dzieci, pampersy, mleko i zupki dla małego, bardzo żarłocznego synka. Widziałam go, to wiem. Prawdziwy z niego mały smok, waży już prawie dziewięć kilo.
Potem będziemy martwić się o marzec.
Ręczę sobą, że pieniądze nie pójdą na żaden inny cel, bo to naprawdę jest porządna i uczciwa dziewczyna, walczy z losem jak umie, ale sama nie ma szans.
Muszę powalczyć o wyciągnięcie Piotra z aresztu, jest przecież jedynym żywicielem rodziny!
Trzeba jej pomóc, naprawdę trzeba. Ma zdrowe dzieci, ale za chwilę te dzieci będą głodne.
Patrzę na nią i widzę jak chudnie w oczach, na pewno nie dojada.
Pomożecie? Proszę! Wystarczą naprawdę małe wpłaty, byle od wielu z Was!
A na znajomych z reala powywieram nacisk bezpośredni.
Li.
PS. Taka notka w obliczu konkursu może wyglądać dwuznacznie, jestem pewna, że odezwą się trolle, będą posądzenia o populizm i takie tam, ale mam to w swojej wirtualnej i realnej d…
Nie proszę o pomoc dla siebie.
Update: Pytacie o adres:
Do przelewu adres starego miejsca zameldowania, u teściów Sylwii, taki ma w dowodzie osobistym, choć podobno teściowie wszczęli sprawę o wymeldowanie jej i dzieci. Jak tak rzeczywiście zrobią to powstanie kolejny problem- bez stałego meldunku w Krakowie trudno będzie uzyskać pomoc socjalną.
Pomartwię się tym jednak później: ul. Biskupia 11/10, 31-144 Kraków
Do wysłania paczki lub listu właściwy jest adres wynajętego mieszkania: os. 1000-lecia 1/84, 31-603 Kraków
Zakładam, że psychopaci mnie nie czytają :)
Nie mam dziś ochoty na pisanie.
Może Wy coś napiszecie do mnie?
Coś lekkiego, niezobowiązującego, miłego, dowcipnego, z puszczeniem oka, bez oka…
Cokolwiek! Byle bez problemów.
Czuję się dziś opuszczona i samotna, jak sierotka.
Sierotka Monisia (chyba nie ma bardziej dramatycznie brzmiącego zdrobnienia mojego imienia).
Li.
Poniżej: widok z drugiego poziomu na lampę i sterczący kabelek na suficie. Oczywiście, że na etapie budowy było zrobione specjalne wzmocnienie pod lampę, bo już wtedy mialam przeczucie powieszenia tu czegoś ciężkiego. Okazało się jednak, że nie pasuje… akurat ta lampa nie zmieściła się między schodami.
No cóż, na wszelki wypadek nikt pod nią nie staje.
Bobcio zapozował pod rybą, nie mogłam się oprzeć…
Sterczące kable wyglądają jednak dramatycznie przygnębiająco:
Przeprowadziłam się, zamieszkałam, pokochałam, przytuliłam do mojego serca i nie zauważam na co dzień wad, braków i niedociągnięć.
Akceptuję bez zastrzeżeń, ślepo wpatrzona i zakochana do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Coś mi to przypomina, haha…
Li.
Sms-y i prośby o nie dojdą pewnie do zestawu moich nocnych mar.
Już mi się śnią, gdy tylko uda mi się zasnąć.
Trzeba niestety głosować nadal. Rzecz jasna, że nikogo nie namawiam, haha, ale spróbujcie nie głosować!
Z tych samych telefonów, na ten sam numer 7122, ta sama treść A01026, tym razem na wybór Bloga Blogerów.
A jury zaczęło czytać wybrane blogi.
Miłego piątku, mój będzie koszmarny, aż nie chce mi się wychodzić z domu.
Li.
Z walki myśli rodzi się pokój człowieka.
Życie ciągle uczy mnie wiary w konieczność zmian, ciekawości w zaglądaniu za róg i walki ze strachem o byt.
Bo to przecież jasne, że się boję. Czasem boję się tak, że zwijam się z bólu i czuję jak mi brakuje powietrza.
Żeby zdobyć sms-y, które potem zamieniają się w kulki ( a mam już trzy)- trzeba mieć Anię.
Ania jest cudowna i nie każdy może ją mieć. Ja ją mam.
Mam ochotę na kąpiel.
Zapalam ulubioną lampę nad lustrem i …
… wejść do pachnącej piany.
Kaczuszka nie umie pływać i rozpaczliwie kiwa się w npianie, leżąc na boku.
Ma jednak na kaczej piersi napis zapewniający mnie o wielkiej miłości i jest prezentem od mojej starszej córki.
Kąpię się z nią zawsze, kolorystycznie tworzy piękny kontrapunkt dla zgaszonej szarości i bladego różu ściany.
Król Szary zjawia się pod koniec, udaje że nie jest zainteresowany, a w łazience znalazł się przypadkiem, właściwie to…
A to kolekcja przedwojennych buteleczek na perfumy pomieszanych z ładnym szajsem.
Grunt to mieszać.
Chciałam jeszcze dołożyć zdjęcie jak wychodzę z wanny, ale film mi się właśnie skończył.
Następnym razem…
: )
Li.
Sylwester się udał, choć wrodzona skromność nie pozwala mi napisać, jak bardzo się udał!
D. zaszalała i zrobiła pięć rodzajów masełek- z czosnkiem i skórką pomarańczy, z szałwią, z kasztanami i pancettą, z żurawiną i czymś tam jeszcze pysznym, do tego były małe bułeczki prosto z piekarnika i właśnie teraz, pisząc te słowa jem sobie ostatnią bułeczkę, gorącą i pachnącą, dopalają się świece, koty powyłaziły ze swoich kryjówek, Nowy Rok bez żadnych postanowień czas zacząć, proszę go tylko, by dał sobie szansę na bycie dobrym i pogodnym rokiem, bez nieszczęść i smutków, takim rokiem którego zawsze chce się pamiętać, przywoływać we wspomnieniach, zachlystywać się życiem w czasie jego trwania, być w zdrowiu i zgodzie z sobą samym i resztą świata.
Tego Wam i sobie gorąco, z całego mojego poranionego serca, ze wszystkich jego kątów, wyganiając z nich lęki przyszłości i strachy o bliskich- życzę!
Li.

„A dlaczego jeszcze nie mamy choinki?” pytało dziecko na dwa tygodnie przed Wigilią.
A dlatego, że jest mi daleko do ideału i odkąd sięgam pamięcią nie cierpię Świąt Bożego Narodzenia. Ale jak mus to mus, dzieci mają swoje prawa. Choinkę przecenioną o połowę z powodu braku zainteresowania, kupiłam w wigilię Wigilii w Castoramie. Wybrałam jodłę kaukaską, bardzo gęstą, licząc na to, że żaden z moich kotów nie zmieści się pomiędzy gałązkami. O tym, że jak zwykle się przeliczyłam, dowiedziałam się zaraz potem- koty oszalały na widok nowego drapaka, a Bobcio nie schodzi z drzewka, poza częstymi chwilami, gdy drzewko się przewraca… W celu zrobienia świątecznej atmosfery i bez myśli o obowiązku /się/ całowania powiesiłam na lampie w kuchni jemiołę, a nad stołem w salonie suszone plastry pomarańczy, lekko co prawda przypalone- zapomniałam, że suszą się w piekarniku i spędziły tam całe przedświąteczne popołudnie. Balustradę od schodów owinęłam łańcuchami i lampkami i tym sposobem świąteczny kicz wprowadził się i zadomowił. Prezenty kupiłam w piątek, w ostatniej chwili, ale za to bez towarzystwa szalejącego tlumu i wyjątkowo udane.
Wieczerza wigilijna u Rodziców, potem powrót do domu, dziwne zmęczenie, jakiś film, ale nie pamiętam jaki, chyba zasnęłam, męczące sny, w sobotę późno wstałam, miałam gościa, zapaliłam świece i choinkę, bo przecież świąteczna atmosfera, potem znowu zasnęłam, niedziela, późno wstałam, dzieci nareszcie pojechały do babci ojczystej, u mnie znowu goście, ale mam przed sobą perspektywę dwóch wolnych od ukochanego potomstwa dni, teraz jest późny niedzielny wieczór i już po świętach, ale za to z kłopotem pozbycia się sporej choinki. Nie znoszę przymusu odczuwania świątecznej atmosfery, fałszywego lukru, nieśmiertelnych świątecznych piosenek, dzikiego tlumu nawet na Kleparzu, szaleństwa, robienia remontów, generalnego sprzątania, udawania i pustosłowia. Nie znoszę Świąt, zawsze jest mi smutno, to pewnie jakaś genetyczna skaza. Cieszę się, że minęły, a za rok obiecuję sobie wyjazd z domu gdziekolwiek, byle daleko. Jest to moja tradycyjna poświąteczna obietnica, której nigdy nie dotrzymuję, ale przecież należy pielęgnować tradycję, prawda? Brniemy w to czego serdecznie nie znosimy, spętani tradycją i oczekiwaniami, ta pierwsza zmusza nas jako istoty społeczne do pewnych zachowań, te drugie rzadko się spełniają, a przecież smutek podbity rozczarowaniem nie wiadomo czym i kim, samotnością w tłumie, i świąteczną atmosferą jest jakoś bardziej … smutny.
Co roku są Święta i co roku znam datę mojego najbardziej smutnego i przygnębiającego smutku.
Mogę iść na kompromis i nie pisać na blogu o chorobie taty.
… i wtedy wrócę!
Niedziela, wpół do dziesiątej wieczorem, Młodsza niesie kilka podręczników ze swojego pokoju do salonu i sadowi się przed telewizorem. Pytam:
-Gusia, mówiłaś, że lekcje są odrobione?
-Odrobiłam! Teraz tylko będę się uczyć.
Wczorajszy tekst rozłożył mnie na łopatki:
-Mamaaaa, jedźmy do McDonalds’a…!
-A co z Twoim wegetarianizmem?
-Przecież mówiłaś, że tam w mięsie jest sama chemia!
:)
Li.