Notka porządkująca

nie świadcząca najlepiej o moich zdolnościach umysłowych, ale jak to zwykle u mnie- porażka okazała się sukcesem.

Skoro powiedziałam A, to powiem i B.

W styczniu 2026 roku kupiłam dom z Madonną. Kupiłam go nie widząc go w środku ( gdzie miałam rozum? Na szczęście, że go nie miałam!!!) Nazwijmy go Prima Casa, pierwszy dom.

Dom niewątpliwie piękny, z pięknymi podłogami, wysokimi sufitami. Ale zalewany przez nielegalny taras sąsiedniej nieruchomości, nie zamieszkałej od 10 lat. Zalanie zobaczyłam dopiero, gdy weszłam do niego pierwszy raz. Było to po cyklonie Harry, ściany kuchni i salonu były mokre.

Pośrednik Agazio próbował naprawić sytuację, bo wiedział, że nie odpuszczę, więc wynegocjował ze spadkobiercami tego sąsiedniego domu, że mi go sprzedadzą za 5 euro, w ramach odszkodowania za zalewanie. A potem ojciec Agazio niejaki Cosimo, właściciel miejscowej firmy budowlanej pięknie mi wszystko wyremontuje. Wahałam się, bo po co mi dwa domy, ale ten drugi był naprawdę malutki-wąska kamieniczka przyklejona do mojej, a jako wielbicielkę dużych powierzchni do mieszkania kusiła mnie myśl o przebiciu się przez ścianę. No i miałabym od razu taras, choć do remontu, bo sąsiad „zapomniał” o odpływie dla wody i z tarasu podczas deszczu robiła się wanna, a woda wsiąkała w moje sufity. Plusem było to, że odpływ mógł przechodzić pod dachem Prima Casa. Wszystko szło w dobrym kierunku, choć byłaby to ogromna inwestycja. Jak ogromna przekonałam się po otrzymaniu kosztorysu- zdecydowanie podwyższonego dla cudzoziemki co najmniej trzykrotnie. Oburzyłam się i wkurzyłam się i na Agazio i na Cosimo, bo mówiąc wprost- głupia nie jestem (choć mając na uwadze opisywane powyżej okoliczności można mieć co do tego wątpliwości:)

W międzyczasie poznałam Rinę, która namówiła mnie do obejrzenia jej domu do sprzedania. Zakochałam się w nim od razu. Był dla mnie idealny, tańszy o 10 tysięcy euro, miał trzy sypialnie i nie wymagał aż tak dużych nakładów na remont, jak pierwszy dom.

Kupiłam więc dom od Riny, nazwijmy go Seconda Casa- drugi dom, i zaczęłam główkować co zrobić z pierwszym domem. Plan był taki, że Antonio- właściciel konkurencyjnej dla Cosimo firmy budowlanej (którego wcześniej poznałam i poszła iskra między nami) nielegalnie wejdzie przez mój dach na ten nieszczęsny taras, uszczelni go wielką ilością żywicy, poprowadzi rurę odprowadzającą wodę pod moim dachem do rynny i wystawię dom do sprzedaży, nie ukrywając jego wad. A ma ich aż cztery: zalewany sufit (choć żywica powinna pomóc), położenie przy głównej ulicy, co powoduje że w sypialniach była głośna autostrada, ma tylko dwie sypialnie, a ja potrzebuję trzech, no i jeszcze ten nieszczęsny kościelny dzwon, bo wskutek kaskadowej zabudowy miasteczka dzwonnica kościoła znajduje się na wysokości okien sypialni, w odległości 80 metrów. Można było oszaleć, serio! To jest bardzo religijne miasteczko. Na pewno musiałabym wymienić okna na dźwiękoszczelne, albo… przywyknąć.

(Zjednałam sobie Antonia tym, że powiedziałam mu, że zanim sprzedam dom, to muszę naprawić źródło zalewania, bo nie chcę nikogo oszukiwać, tak jak ja zostałam oszukana. Był w szoku, co nie najlepiej świadczy o ludziach:) Ale powiedział mi, że mu zaimponowałam i on zrobi wszystko, by zatrzeć złe wrażenie o Włochach. I robi:)

Zanim zabrałam się do sprzedaży znalazłam kupca, a raczej kupczyni sama się znalazła. Dom- Prima Casa ze względu na jego położenie i urodę postanowiła kupić moja przyjaciółka, ta dzięki której w ogóle znalazłam się Kalabrii. Ma już jeden dom w naszym miasteczku, ale chciała mieć drugi, jako siedzibę swojej Fundacji. Zna wszystkie jego wady, mam więc czyste sumienie. W dodatku umówiłyśmy się na cenę obejmującą wszystko to, co na dom wydałam (kwotę kupna, notariusza, pośrednika, wywóz śmieci), bo to i tak jest poniżej jego obecnej wartości (ceny w Kalabrii szybko idą w górę) Ale ja jestem jej tak wdzięczna za moją wspaniałą włoską przygodę, że warto było sprzedać za mniej, ale też i mieć problem z głowy. W sumie nie straciłam ani jednego euro.

Agazio i Cosimo nie remontują mi niczego, niech szukają innych naiwnych. Wszystkim u mnie zajął się Antonio, który jest uczciwy do kości, dał mi cenę naprawdę dobrą i w dodatku prace jakościowo są bez zarzutu.

Podsumowanie: kompletną głupotą było kupowanie domu bez oglądania go w środku. Miałam tylko jego plany. Ale, ale! Gdyby nie ta spontaniczna głupia decyzja nie miałabym teraz mojego kochanego, cudownego domu, bo Rinę poznałam tylko dlatego, że przyszła zapytać, czy może wziąć obtłuczoną białą miskę z wyrzucanych przeze mnie śmieci. Nie spotkać Riny! To byłoby straszne! Uwielbiam tę kobietę!

Jak to zwykle u mnie, los był łaskawy litując się nad taką głupotą, haha! Teraz jestem wyedukowana, mogę każdemu pomóc, bo dokładnie wiem jak nie kupować domu we Włoszech.

Ot, taka historia z której płynie jeden wniosek- trzeba wierzyć w swoje życiowe szczęście i być optymistką. Oraz nie przejmować się sprawami, na które nie mamy wpływu, ale łapać szanse jakie daje los.

Li

4 Responses to Notka porządkująca

  1. Nieznane's awatar Rybeńka pisze:

    Czyli wszystko się układa tak jak powinno, wspaniale!

    Podziwiam ten zapał i nie zrażanie się nie powodzeniami. Trzymam kciuki!

    • Li's awatar Li pisze:

      Ale gdzie tu widzisz jakieś niepowodzenia Rybciu? Same powodzenia, acz z malymi perypetiami. Nie nazywajmy płotek rekinami! )

  2. Nieznane's awatar Anonim pisze:

    Monia. Twoja Wielka Włoska Przygoda, moja wleńska i Piotrkowska-obie już wiemy, jak nie kupować:). Chociaż, ja nabywając Wlen myślałam o spokojnej enklawie a póki co mam niekończące się emocje w postaci powodzi, Biedronek stawianych obok zabytkowych pałaców a ostatnio – to już dramat- katastrofy ekologicznej. Ale biuro pt. „czego, gdzie i jak nie kupuj” możemy już założyć:)

    • Li's awatar Li pisze:

      Biorąc pod uwagę nasze doświadczenia, sukces mamy murowany:D Ja opowiem o Kalabrii, Ty o mieszkaniu z widokiem na Biedrę, której nie zauważyłaś…:D

Dodaj komentarz