dwa życia i to jest bardzo dużo na jak taką jedną Monię. Pierwszym życiem muszę zarobić na drugie życie, a drugie życie spowodowało skurczenie się czasu pierwszego życia, więc mój kołowrotek kręci się jeszcze szybciej.
Ale nie, nie narzekam, bo kocham moje dwa życia i każde kocham inaczej.
Pierwsze kocham z definicji- trzeba kochać własne życie. Czasem słońce, czasem deszcz, zmartwienia, radości, smutki i śmiechy. Obowiązki, praca, dzieci, dorosłość dzieci, bliskość, cieknący kran i przegląd auta. Codzienność, którą ubarwiam sobie jak mogę.
Drugie życie to czysta przyjemność, sama radość, tworzenie, malowanie, upiększanie, chłonę je całą sobą, uszczęśliwiam się każdą minutą, tam fruwam, a nie chodzę, tam uśmiecham się do każdego, bo realizuję swoje marzenie, dopiero piszę historię swojego włoskiego dolce vita i jak na razie nie spotkało mnie nic złego. Drobne niedogodności nie zasługują na rangę problemów. Bagatelizuję je, przeczekuję w trybie dolce far niente, kuję kolejne włoskie słówka, cieszę się wszystkim tak bardzo, że nic i nikt nie jest w stanie mnie z tego stanu wyrwać. Moje córki twierdzą, że gdy jestem w Kalabrii, to mnie nie ma. Istotnie, znikam z pierwszego życia do drugiego życia i nie biegam pomiędzy nimi.
O jak mi to było potrzebne! Jakim luksusem jest wypad pod inne niebo, ale do własnego domu! Za tydzień lecę więc na cztery dni do mojego miasteczka, do ludzi i miejsc, za którymi tęsknię, już planuję nowe rzeczy, może pomaluję schody, może zacznę odnawiać drzwi, a może tylko wybiorę farbę na ścianę mojej sypialni. Na pewno poleżę na plaży, nareszcie nagadam się z A., bo lecimy razem, oba nasze domy kochamy tak samo. Odwiedzę wszystkie oswojone już miejscówki, oczywiście sklepy z używkami, bo tam A. jeszcze nie była. B. z kolei odkryła nowy sklep w Lamezii, nie mogę doczekać się jego eksploracji, choć w sumie niczego nie potrzebuję, poza tym co mi wpadnie w ręce i zachwyci.
Paradoks jest taki, że kupując i remontując kalabryjski dom zubożałam finansowo w znaczeniu posiadanej ilości pieniędzy, ale zyskałam niesamowity skarb, czuję się bogata jak nigdy w życiu.
Lampy z Hogwartu/Draculi już nie mam, kupiłam inną:

Jeszcze jej nie widziałam na żywo, kochana Rina przyjęła kuriera. No i nareszcie podoba jej się jakaś lampa, co skwitowała: QUESTA e bella :)
Lampy Draculi nie znosiła. I słusznie.
Li.