(czwartek), w późny wieczór, z lotniska do domku dotarłam przed północą. Byłam obładowana jak juczny(biedny) osioł, bo tak zwlekałam z wysłaniem paczki, że ostatecznie musiałam kupić dużą walizkę. Szłam sobie przez puste miasteczko, czując jak gwałcę tę ciszę turkotem kółek. Ale za to usłyszały mnie wszystkie moje znajome koty i tłumnie wyległy na powitanie. Ten koci truchcik w moją stronę niezmiennie mnie wzrusza, co odważniejsze ocierają mi się o nogi, dają się pogłaskać i nie ma się co łudzić- liczą na jedzenie. I je dostają.
Weszłam do domu, jak zawsze ze wzruszeniem i miłym oczekiwaniem. W holu Rina postawiła mój ostatni zakup- klęcznik/schodki bliblioteczne, z których miałam zamiar zrobić obszerną na półkę do książek. Wytężyłam wzrok… no cóż, ten z Was kto zna historię mojej toskańskiej ławy przyściennej nie będzie zdziwiony.
Kupiłam schodki dla krasnoludków.



Moja toskańska skrzynia (miniatura, haha, o tym nie zapominamy) prezentuje się na nich bardzo ładnie.
Co do książek, to zmieściła się ich niewielka ilość i ostatecznie stanęły w tym miejscu, za kanapą:

Nie będę nic więcej kupować na tym przeklętym Catawiki, bo to oczywiście nie koniec moich przygód. Zdecydowanie lepiej wychodzą mi zakupy w ulubionych sklepach z używkami w Catanzaro, kupiłam taki stoliczek, za 25 euro.



Nie mam pojęcia dlaczego mam dziś taki beznadziejny nastrój. Może dobija mnie kontrast pomiędzy włoską beztroską, a ciężarem krakowskiego życia. Coraz bardziej dociera do mnie, jakim bezsensem jest ten cholerny codzienny kołowrotek, gdy nie zauważam kiedy mija mi dzień. W Kalabrii dzień mam bardzo długi, z kojącymi momentami absolutnego spokoju i relaksu, w Krakowie mam tylko stres, pośpiech i ciągle dzwoniący telefon. Jemy swoje własne ogony, a i tak nie jesteśmy w stanie dogonić uciekającego czasu. Tam śpię jak zabita, tu budzę się w nocy z bijącym sercem. Tam izoluję się od wiadomości i wszystkiego złego czym karmi nas współczesny świat, tu jestem tym przesiąknięta, przebodźcowana i bez szans na kryjówkę. Całe moje nieszczęście polega na tym, że nie mogę rzucić pierwszego życia, bo nie utrzymam się w drugim. Miotam więc się w tej sieci zależności, dopóki nie wymyślę trzeciej drogi na życie.
Li