w piątek, znalazłam pod drzwiami i na schodach wejściowych ślady krwi. Ich rozmiar nie wskazywał na człowieka, więc zmartwiłam się że jakieś „moje” zwierzę ostatkiem sił podeszło pod moje drzwi szukając pomocy.
Nie pomyliłam się, bo był to Rudolfo.
Południe Europy nie jest łaskawe dla bezpańskich kotów i psów, a jednak ten pies jest królem miasteczka. Wszyscy go lubią, jest „swój”, regularnie dokarmiany, kropiony przez Assuntę płynem przeciw pchłom i głaskany. Dobrze żyje z kotami, choć wyjada im miski, trzeba go pilnować. Codziennie rano siada przed sklepem Francesco- rzeźnika i dostaje trochę mięsa. Rina chciała go udomowić, ale Rudolfo się nie dał, on musi być w nieustannym ruchu. To jest pies krążący, ale jego domową miejscówką jest moja ulica. Tu przyłazi spać, tu je, tu się rozwala brzuchem do góry. Pokochał mnie od pierwszej dobrej puszeczki, ma do mnie ogromne zaufanie, pozwolił mi wyciągać kleszcze z okolic oczu, ani drgnął. W czasie swoich wędrówek przeciął sobie opuszek w łapie, to jest bardzo bolesne, bo opuszki są bardzo unerwione. Krew się lała, Rudolfo przyszedł do mnie, pod moje drzwi, skąd wiedział że jestem? Dał sobie obejrzeć łapę, przeraziło mnie to co zobaczyłam. Napisałam do weta, z którym po kilku wysterylizowanych przeze mnie kotach, mam już nić porozumienia. Według mnie ranę należało zszyć, według weta, nie było na to szans, bo tego psa nie da się utrzymać w jednym miejscu. Przepisał maść, którą aptekarz sprowadzil dopiero na drugi dzień. Rudolfo pozwolil wpychać sobie maść w ranę, a potem kładł się w moim schowku i zasypiał. Po kilku godzinach dostawał następną porcję i przenosił się do domu obok na łóżko Riny.
Dwa dni dochodził do siebie, widać było, że cierpi, trzeciego dnia zniknął. Do mojego wyjazdu już go nie zobaczyłam.

Tu koty z Marysią, wielbicielką zwierząt i nasz król ulicy:

W moim schowku:

Na łóżku Riny:

Na łóżku Riny.

Przepaskudna ta rana!
Pytacie, czy się nie nudzę?
Li